warto go przeczytać
Pseudonim: anyway
Sen Pierwszy.
Ruki.
25 maja.
Zwyczajem już jest, że gdy kładę się na miękkiej pościeli, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sufit, myślę o tobie. Jak zwykle staje mi przed oczami twoja blada, ozłocona pasmami włosów twarz. Jak zwykle wzdycham, wyobrażając sobie czułe spojrzenie czekoladowych oczu wbite we mnie. Marzę wtedy o pożądliwych pocałunkach i kołaczącym sercu. Pragnę zobaczyć, jak twoja nienaturalnie piękna twarz wygina się w grymasie spełnienia, jak wzdychasz, jak pieścisz głosem moje imię. A ja byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybym ci to dał. Gdybyś dzięki mnie choć raz westchnął. Twoje serce jest moim największym marzeniem, choć nieosiągalnym. Kocham cię, Reita. Kocham każdy fragment twojego umysłu i ciała. Kocham twój śmiech, twój zapach... Kocham. Po prostu kocham. Tak nadzwyczajnie. I nie ważne, jak banalnie to brzmi. Jednak jest to rzecz, której nigdy bym ci nie powiedział. Nie wiem, czego konkretnie się boję. Najwyżej byś mnie wyśmiał. Może nie chcę widzieć zmieszania na twojej twarzy, kiedy na koncercie obdarzę cię subtelnym muśnięciem warg? Wiedziałbyś przecież, że dla mnie to coś więcej. Żyję tylko tymi koncertami, podczas których mogę bez krępacji poznawać smak twoich ust. I choć nie mogę się nim nasycić, a pozostaje mi jedynie gorzkie pragnienie, to daje mi to siłę i chorą nadzieję. Ściskam w ręce chustkę, którą zwykle masz na twarzy. Jest wręcz przesiąknięta tobą. Zaplątuję w nią dłoń, po czym mozolnym ruchem zawiązuję ją na mojej twarzy, na wysokości nosa. Kołysany słodkością twojego zapachu, zamykam powieki. Czuję, jak delikatnie otula mnie ciemność. Przestaję myśleć, uchylam usta. Zewsząd otacza mnie zniewalająca woń białej czekolady. Cudowne uczucie, doprawdy. Nie wiadomo, kiedy zasypiam.
Sen był dziwny. Czułem, jak brutalnie odrywam się od gruntu. Otaczające mnie powietrze było nieprzyjemnie gęste, także podczas dryfowania musiałem się naprawdę starać, by móc się poruszać. Otaczały mnie barwy słodkich owoców. Intensywny róż, głęboka czerwień... Kolory mieniły się i przechodziły od jaśniejszych, weselszych, do dojrzalszych, jakby mocniejszych. Wirowało mi przed oczami, widziałem już tylko smolistą czerń. A może cały krajobraz był spowity ciemnością? Straciłem władzę w nogach. Miażdżąca siła snu mnie oszałamiała. Gdy zacząłem się dusić, niemal umierać w mglistych majakach, gęste powietrze uderzyło mnie w plecy. Boleśnie. Nigdy nic mnie tak nie bolało. Uczucie niemal rozrywało, zderzyłem się z kamienną posadzką. Wyczuwałem pod palcami nierówności faktury chodnika, który mógł okazać się moim grobem. Odetchnąłem, zasysając łapczywie powietrze. Spojrzałem na swoje dłonie. Były brudne, pokryte pyłem, ale również... jakby delikatniejsze i bardziej porcelanowe niż na jawie. Zaskoczyło mnie to niezmiernie, ponieważ pierwszy raz zachowałem we śnie świadomość. Trochę mnie to przerażało, ale byłem ciekaw, jak to się dalej potoczy. Wstałem z zadziwiającą wręcz lekkością i swobodą. Chociaż było mi przyjemnie ciepło, podświadomie wyczuwałem, że na ulicy, na której się znajdowałem, było chłodno. Nie zimno, lecz chłodno. Powoli zapadał zmrok. Słońce mieniło się koralowym blaskiem, dając upust całej swej nostalgii. Rozejrzałem się z zafascynowaniem. Uliczka, jak i również otaczające mnie domy, wyglądały zaskakująco znajomo, choć zapamiętałem je w o wiele nowszej wersji. Odrapana olejna farba tego samego, blado-kremowego koloru, pokrywała wszystkie budynki i budyneczki. Jestem pewien, że kiedy wyjeżdżałem z tego miasta, każdy był biały i pomazany markerami. Między innymi przeze mnie. Pamiętam, że jako osiemnastoletni gówniarz wyskrobałem na ścianie naszego liceum twoje inicjały. Marzyłem o twoich delikatnych, mokrych pocałunkach. Nic się od tego czasu nie zmieniło. Poza tym, że kocham cię jeszcze bardziej, jeszcze zacieklej i jeszcze intensywniej. Zmieniło się przynajmniej to, że teraz z całą dumą mogę powiedzieć, że cię znam i jesteś moim najwspanialszym przyjacielem. Obyś tylko nigdy się nie dowiedział, że mi to nie wystarcza.
Rozejrzałem się ponownie, zwracając tym razem uwagę na detale. Niewątpliwie było to moje rodzinne miasto. Tylko, dlaczego akurat o nim śniłem? Dziwnie lekkim krokiem, bardziej płynnym i pełnym gracji, aniżeli normalny człowiek, podążyłem kamienną uliczką przed siebie. Nagle do moich uszu, dotychczas smakujących ciszę, dobiegł cichy, cienki szloch. Odwróciłem głowę tak szybko, że aż mnie zabolała szyja. Rozmasowując kark, podszedłem do źródła płaczu. Pod odrapanym, brudnym murem siedział skulony, samotny chłopiec. Szeroko otwartymi, przerażonymi oczami wpatrywał się w przestrzeń. Jego drobne ramionka drżały. Z pewnością nie był żebrakiem, był zadbany i porządnie ubrany. Drobna twarzyczka jednak nie wyglądała już tak dobrze. Z bladego czółka spływały wąskie strumyczki krwi, kończąc żywot na uchylonych w agonii, rozciętych wargach. Rozpaczliwie łapał powietrze, zapewne próbując się uspokoić. Schował głowę w delikatne ramiona, a po chwili szloch ustał, płynnie przechodząc w obojętną inercję. Ciągnęło mnie do tego biednego dziecka. Nie mógł mieć więcej niż dziewięć lat, a już wydawał się bardzo dojrzały, nie dostał przecież ataku histerii. Dostrzegłem, że mimo poharatanej buźki jest naprawdę śliczny. Uroczy.
Znajomy...
Podszedłem do niego ostrożnie, nie wiedząc jak się zachować. Ze zmieszaniem usiadłem bezdźwięcznie obok niego, a on zmierzył mnie badawczym, inteligentnym spojrzeniem. Było to niesamowicie dziwne, zupełnie niepasujące do jego wieku. Moje serce zabiło mocniej, gdy dostrzegłem barwę jego oczu, tak niepodobną do zwyczajnej, japońskiej czerni.
- Dlaczego płaczesz? - wyszeptałem, patrząc jak w znajomym geście wykręca sobie palce.
- Kim jesteś? - zapytał niezwykle zmieszany, próbując wytrzeć poranioną twarzyczkę w rękaw. Wywołało to natychmiastowy syk bólu, jednak ponowił pytanie.
- Kim jesteś?
- Sam nie wiem - oparłem podbródek o wierzchnią stronę dłoni, lustrując go wzrokiem.
- Gdzie mieszkasz? - zapytało dziecko, nagle tracąc zainteresowanie wszystkim, poza moją twarzą, marszcząc czółko, jak gdyby dostrzegł w mojej twarzy coś znajomego. Zaskoczyło mnie to.
- Kiedyś mieszkałem tutaj - odparłem krótko, zaciekawiony.
- Więc kim jesteś? - ponaglił mnie wzrokiem.
- A co to ma do rzeczy? – zmarszczyłem czoło. Oczy chłopca wyrażały znużenie z bezbrzeżną litością. Tak, znajomy wyraz twarzy... Znów serce zakołatało.
- Ja na przykład wiem, kim jestem, dzięki miejscu, w którym mieszkam. Gdybym mieszkał z innym tatą, to by mnie nie bił. A ja nie byłbym taki samotny. Bo jak dzieci widzą moją buzię, która wygląda tak, jak teraz, to nie chcą mnie znać. Boją się, że tata ich też zbije. I gdybym mieszkał z innym tatą, byłbym o wiele słabszy, bo wiem, że kiedyś dzięki temu będę bardzo silny i będę mógł bronić mamę. Jakbym żył z kimś innym, byłbym weselszy i mniej poważny. Nie odstraszałbym wszystkich - wpatrywałem się w malca szeroko otwartymi oczami. Słowa, które wypowiadał... Spijałem je z jego ust jak nektar. Był taki młody, a tak cholernie mądry. Mówił cicho, jakby uważnie dobierając każde słowo. Mimo stanu, w jakim się znajdował, uśmiechał się łagodnie. Zapewne wyobrażał sobie lepsze życie, z dala od... Ojca. Wstrząsnęły mną mdlące dreszcze. Spojrzałem na zakrwawioną twarzyczkę i szalona nienawiść zakiełkowała w moim sercu. Patrzyłem na znajome oczy, zastanawiając się, jak mogłem nie wiedzieć. Mogłem mieć przynajmniej kruchą nadzieję, iż to jedynie część snu.
- Mówisz trochę jak Mały Książę - zauważyłem, odgarniając zbłąkany kosmyk czarnych włosów z jego czoła.
- Podziwiam jego siłę - wyznał, wpatrując się w niebo. Koral ustępował mozolnymi ruchami kobaltowi, który swym pięknym odcieniem zalewał firmament. Gdzieś w oddali zamigotała pierwsza gwiazda.
- Ja podziwiam ciebie - uśmiechnąłem się pokrzepiająco, widząc oblewające jego lica blade rumieńce.
- Powinienem już iść - wstał chwiejnie.
- Jak się nazywasz? - zapytał, odwracając się do mnie. W słabym księżycowym świetle jego śliczna buzia wyglądała jeszcze bardziej przerażająco, błyszcząc krwią.
- Sam nie wiem. A ty? - wciąż opierałem się o mur, lustrując jego drobne ciało.
- Akira. Suzuki Akira - uśmiechnął się lekko, samymi kącikami ust. Moje serce znów przyspieszyło. Przypuszczenia się sprawdziły. Rozmawiałem z dzieckiem, które w przyszłości stanie się moim Reitą.
- Mam nadzieję, że i ty dowiesz się kim jesteś - odwrócił się i zamigotał. Ciałko rozpłynęło się w tysiące, miliony kryształków, które uniosły się delikatnie w księżycową noc, zaścielając niebo gwiazdami.
Budzę się, głośno łapiąc oddech.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 28.10.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(30): 27 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, dezerter89, Zygmunt Krasiak