Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt

Sny cz. 5, cz.6

Nie wiem jak opisać uczucie, które mnie wypełnia. Nigdy nie byłem szczególnie dobry w dobieraniu słów ani w ich wyrażaniu. Ty jesteś całkowitym przeciwieństwem. Kiedy piszesz, mówisz... Robisz to całym sobą, przeżywasz każdą sylabę, głoskę i literkę. Zdania, które wypowiadasz same w sobie są poezją, choć zapewne nie zdajesz sobie z tego sprawy. Zauważyłem kilka lat temu, że zawsze, kiedy mówisz, patrzę w twoje oczy. Zawsze, bez jakiejkolwiek ingerencji. Wtedy tak niesamowicie błyszczą, rozpraszają skradające się w ich zakamarkach cienie, sprawiając, że ginę pod ich mądrym spojrzeniem. Jakbyś celowo wciągał mnie w otchłań o kolorze nocnego nieba. Właściwie twoje oczy zawsze przypominają ów niebo rozświetlone emocjami gwiazd. I zawsze, kiedy dostrzegam ten niesamowity firmament twojego wzroku mam ochotę jęknąć z zachwytu. Muszę być niesamowicie opanowanym człowiekiem, skoro do tej pory nie zrobiłem tego ani razu.



Wyśniłem wczoraj coś dziwnego. Bolesnego. Odkąd się obudziłem, wewnętrznie drżałem. Ruki, te twoje magiczne oczy zobaczyłem właśnie w tym śnie. Choć nie wiem, czy mogę nazwać to snem. Użyłbym innego określenia. Wspomnienie. Najgorsze jest jednak to, że koszmar, który widziałem w twoich dziecięcych tęczówkach i ciemnym pokoju jest prawdziwy. I teraz mogę być tego zupełnie pewien. Zapytałem. Po prostu. Niby obojętnie, a jednak niecierpliwiłem się ogromnie w oczekiwaniu na twoją odpowiedź.

- Ruki, co się stało z twoją matką?

Chwila ciszy. Napięcie. Kołaczące serce. Strach.

- Zmarła. Gdy mnie urodziła.

Po prostu mi powiedziałeś? Z uśmiechem na ustach?! Niemniej... Dowiedziałem się prawdy. Tak, Ruki, Takanori, to prawda. Śniłem twoje wspomnienia, wspomnienia dziecka, którym byłeś, którym wewnątrz nadal jesteś.

Jestem, a raczej byłem, człowiekiem ograniczonym przez pozorną normalność współczesnego świata. Nie wierzyłem w duchy, zjawy, czy Boga. Absurdem były dla mnie opowieści o podróżach w czasie, przepowiadaniu przyszłości, czy jakiejkolwiek magii. Jedyną taką magią w moim życiu byłeś ty, nadal jesteś. Teraz jednak uwierzyłem we wszystko, czego tak stanowczo się wypierałem. Zobaczyłem przecież we śnie coś, o czym w świetle praw nauki można jedynie marzyć. Czy to Bóg zesłał zbawienie na moje przepełnione bolesną miłością serce? I co dalej? Czy wspomnienio-majaki mają się powtórzyć? Co jeśli tak? Co zobaczę tym razem? A jeśli nie... to co się ze mną stanie? I dlaczego to wyśniłem? Nic nie dzieje się bez powodu. W przeznaczenie również uwierzyłem.

Właśnie dlatego teraz, kiedy zasypiam niespokojnym snem, cały drżę niemym strachem. Z nieświadomym oczekiwaniem wpatruję się w nachodzącą mnie z każdej strony ciemność.



Ten sen był całkowicie inny od poprzedniego. Była to pierwsza rzecz, jaką pomyślałem lecąc między miękkimi obłokami. Zewsząd otaczały mnie błękity i róże słońca, i nieba. Piękno nieznanego mi miejsca oszałamiało. Z opóźnieniem zdałem sobie sprawę, że pod stopami mam stabilny grunt. Chłodny, lecz nie zimny. Przyjemnie gładki, ale przy tym twardy i stały. Nieświadomie stanąłem na palcach, by pachnący konwaliami wiatr uniósł mi włosy swoim ciepłym podmuchem. Spojrzałem w dół, w miejsce, gdzie powinny znajdować się moje stopy. Nie zobaczyłem jednak ani ich, ani skały, na której powinienem stać. Był tylko gąszcz cienia. Uświadomiłem sobie, że zawisnąłem w powietrzu i jakby tylko na to czekając, spadłem. Trwało to sekundę, może dwie. Było mi zimno i duszno. Upadłem z impetem na białą podłogę. Nie czułem bólu wynikającego z uderzenia, byłem lekki i wręcz niezniszczalny. Jak ostatnim razem. Powróciłem do tamtego snu? Rozejrzałem się z pośpiechem. Sala szpitalna? Śnieżnobiałe kafelki, ściany i łóżko. Praktycznie wszystko było białe. Przy pustym łóżku siedziała samotna postać.

Serce zabiło mi mocniej.

Przejechałeś delikatną dłonią po pościeli, jak gdyby była najdroższym aksamitem. Po twoim nienaturalnie bladym policzku spłynęła pojedyncza łza. Nie łkałeś, nie szlochałeś. Po prostu siedziałeś, opierając podbródek na dłoni, gładząc białą poduszkę. Podszedłem do ciebie powoli, a ty, jakby zaalarmowany szumem wiatru, który kroczył za mną jak cień, rozejrzałeś się. Widząc mnie uśmiechnąłeś się delikatnie samymi kącikami ust. Wyciągnąłeś do mnie rękę, a ja mimowolnie chwyciłem ją mocno. Pewnie nie poczułeś siły mojego uścisku, moja dłoń była lekka niczym piórko.

- Wróciłeś - szepnąłeś niemal bezdźwięcznie, jakby czule. Zszokowany przyjrzałem się twojej twarzy. Sięgające do podbródka miękkie włosy, duże oczy. Wręcz zbyt duże, nieproporcjonalne do twojej twarzy i nacji. Dłonie, które trzymałem mocno były niewiele drobniejsze od tych, które tak pewnie trzymały mikrofon w prawdziwym, realnym świecie. Miałeś... Piętnaście lat? Czternaście?

- Co się stało? - zapytałem, gładząc wewnętrzną stronę twojej dłoni. Spuściłeś głowę i westchnąłeś głośno.

- Mój ojciec zmarł. Dwa dni temu - powiedziałeś swobodnie, niemal beztrosko. Spojrzałem na ciebie z zaskoczeniem, lustrując wzrokiem błyszczący ślad, po jedynej łzie, którą wypłakałeś.

- Nie myśl, że jestem bezduszny! - wytłumaczyłeś się szybko kręcąc głową. Widocznie zrozumiałeś, jak twoje słowa i ton kontrastowały. - Po prostu... Wyjaśniliśmy sobie wszystko, wiesz? Nie mogę powiedzieć, że mu wybaczyłem, ale... Chyba go zrozumiałem. Przynajmniej częściowo. Nie mógł patrzeć na moją twarz, bo twarz mojej mamy była niemal identyczna. Bolało go to, że widzi ją we mnie, dlatego tak mnie traktował, ignorował mnie. Nie nienawidził mnie. Jestem niemal szczęśliwy. Że ojciec umarł spokojnie, że ja mogę już spokojnie żyć. - Uśmiechnąłeś się niespodziewanie i szeroko. Kurz w powietrzu tańczył w świetle południa migocząc gamami barw, wirując i uciekając przed sobą, jak bawiące się w chowanego dzieci. Promieniałeś. Ja również byłem szczęśliwy, widząc cię tak szczęśliwego. Choć to tylko sen. Choć to tylko wspomnienie.

- Wybaczyłeś sobie - stwierdziłem, uśmiechając się na twój wzór.

- Tak. - Splotłeś nasze palce, przejeżdżając opuszkami po moich paznokciach.

- Dziękuję - wyszeptałeś.

- Nie masz za co mi dziękować - stwierdziłem, bezwiednie odgarniając z twojego czoła zbłąkany kosmyk włosów.

- Ależ mam. Dałeś mi siłę. Nie wiem kim jesteś, ale dzięki tobie, aniele, znalazłem nadzieję. No i zacząłem pisać. - Przygryzłeś dolną wargę z uśmiechem.

- Nikt nie pisze tak niesamowicie jak ty. - Wstałem, wypuszczając z uścisku twoje dłonie.

- Nie czytałeś - stwierdziłeś zaskoczonym tonem, stając obok mnie.

- Przeczytam.

- Spotkamy się jeszcze?

- Tak.

- Nie wiem, jak wyglądasz. Niczego o tobie nie wiem. Po prostu wiem, że jesteś. - Wychyliłeś głowę przez okno. Westchnąłeś, gdy chłodny wiatr uderzył delikatnie o twoje gorące policzki.

- Nie miałeś problemu ze zlokalizowaniem mnie, moich dłoni - powiedziałem. Nie rozumiałem. Zresztą, nigdy nie byłem jakoś szczególnie dobry w dedukcji. A może zdolność rozumowania była mi zbędna? Może to znów magia?

- Też się nad tym zastanawiam - usłyszałem, ale już cię nie widziałem.

Wracałem?

Tak, wracałem.



Budzę się bez wysiłku. Otwieram powieki, po czym je przecieram. Spoglądam na okno. Rozmyty zarys słońca, barwy głębokiego karminu pieści pomarańczowe niebo. Czwarta rano? Czuję, że bez problemu mogę jeszcze zasnąć. Niecierpliwie zamykam oczy. Leniwe promienie słońca-dziecka kołyszą mnie do snu. Tulę głowę do poduszki, mój oddech się stabilizuje. Zasypiam ponownie...





Tym razem nie byłem prowadzony przez ścieżkę twoich wspomnień. Nie błądziłem w bajecznie kolorowych chmurach, nie przytłaczał mnie ogrom ciemności i pustki, nie czułem wiatru, nie latałem. Po prostu otworzyłem oczy. Zamknąłem na jawie, otworzyłem we śnie. Stało się to natychmiast, bez żadnego przygotowania wprowadzając w historię twojego życia. Z zaskoczeniem zarejestrowałem, że już siedzę. Bez szczególnego zastanowienia mogłem powiedzieć, że na miękkiej trawie, na lekko opadającym w jedną stronę terenie. Na mojej twarzy przyjemnie igrały promyki słońca, ogrzewając ją swoim ciepłym blaskiem. Uchyliłem delikatnie jedno oko. Gdyby to był prawdziwy świat, a ja byłbym normalnym człowiekiem, słońce z całą pewnością boleśnie poraziłoby mi tęczówki. Jednak jako, że byłem we śnie, nie poczułem nawet ukłucia. Z zachwytem przyglądałem się migotliwym iskierkom, które tańczyły walca z wirującymi w wietrze liśćmi. Na czystym niebie zawisła tęcza. A ty siedziałeś obok mnie. Wyglądałeś na drobnego szesnastolatka. Zresztą, nawet bez tej dedukcji wiedziałbym, ile masz lat. Jak mógłbym nie wiedzieć? Właśnie wtedy straciłem dla ciebie głowę. Zaczarowałeś mnie pierwszego dnia liceum blaskiem kobaltowych oczu. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że nosisz koloryzujące soczewki, a twoje oczy są onyksowe. Szczerze mówiąc, takie podobały mi się nawet bardziej. Twoje wargi były lekko uchylone, bladoróżowe i pełne. Na lekko zaokrąglonym nosie miałeś okulary, których szkła odbijały światło. Światło, którego szlak rozpoczynał się na twoim jedwabistym policzku, przechodził przez szyję, ramię i dłoń, a kończył się na moim obojczyku. Twoje wówczas kasztanowe, półdługie włosy opadały na lica, nadając ci wyglądu chodzącej niewinności. Aż miało się ochotę podejść do ciebie, przytulić i obronić. Jakby cały świat był dla ciebie przerażający i wrogi, i tylko w moich ramionach byłbyś bezpieczny. Jakbyś był kawałkiem szkła, zbyt pięknego, kruchego i ulotnego, a ten świat nie był ciebie wart. Takie miałem odczucie, gdy po raz pierwszy cię zobaczyłem, kiedy się w tobie zakochałem. Czułem to również dzisiaj i czuję codziennie od jedenastu lat. W dłoniach trzymałeś odwieczny notatnik i czarny długopis. Tak, to niewątpliwie wczesne czasy licealne. Byłeś wtedy w pierwszej klasie, a ja w drugiej. Zauważyłem na twoich paznokciach połyskujący, czarny lakier i uśmiechnąłem się do siebie. Na pewno miałeś też ciemne kreski na powiekach. Uwielbiałem, uwielbiam tą twoją ekscentryczność. Chociaż wiem, że to złe określenie. Jesteś po prostu sobą. Będąc innym niż wszyscy jesteś szczęśliwy, bo dzięki temu wiesz, że nie znikniesz w szarości współczesnego świata. Że zawsze pozostaniesz kolorową smugą farby na przezroczystej wodzie. Westchnąłem cicho, lustrując cię zachłannie wzrokiem. Po chwili jednak zdałem sobie z czegoś sprawę. Czyżbyś był tak zajęty pisaniem, żeby mnie nie zauważyć? Dotknąłem delikatnie twojego obleczonego flanelą ramienia, ale nie zareagowałeś w żaden sposób. Zmarszczyłem brwi.

- Takanori? - cisza. Jak to, nie widział mnie? Moje serce przyspieszyło pracę. To musiał być znak. Zaraz coś się zacznie dziać. Do mojego umysłu nadeszła pojedyncza myśl, silna jak uderzenie w twarz. Byłeś obok mnie, nie czułeś mojej obecności, mojego dotyku. Czyli... mogłem cię pocałować? I nic by się nie stało? Adrenalina pulsowała mi w krwi. Od jedenastu lat marzyłem o twoim pocałunku. Ba! Chciałem choć móc chwycić twoją dłoń. Pragnąłem zrobić cokolwiek by być bliżej ciebie. Bliżej... Otworzyłem usta, gwałtownie wciągając do nich konwaliowe powietrze. Nagły napływ potrzeby znalezienia się bliżej ciebie mnie oszołomił. Nie, nie zrobiłbym ci tego. Za bardzo cię szanuję, za bardzo kocham. Nie mogę cię nawet musnąć kawałeczkiem skóry, bo nie wytrzymam... Zacisnąłem mocno ręce na kolanach. Starałem się dostrzegać detale historii, którą miałem obserwować. Było to trudne, mgiełka pożądania zasłaniała mi skutecznie widoczność. W pewnej chwili usłyszałem twoje ciche westchnienie, łagodne, jak powiew nocnego, letniego wiatru. Spojrzałem na ciebie, w twoje oczy. Miały czystą onyksową barwę. No tak, nie miałeś na sobie soczewek, nie było takiej potrzeby, skoro miałeś okulary. Skupiłem się na emocjach, wyzierających z twoich tęczówek. Rozświetlały one twoją twarz, rumieniły policzki. Widziałem w nich głęboką potrzebę, rozpaczliwą tęsknotę, cholerną bezsilność. Obserwowałem tę grę uczuć, obawiając się. Bo co innego mogło wywołać takie reakcje jak nie miłość? Moje serce łomotało o klatkę piersiową, która ściskała je w żelaznym uścisku. Byłem tak zazdrosny, tak piekielnie zrozpaczony... A mogłem tylko patrzeć, słuchać.

'Uspokój się' - powiedziałem sobie w duchu - 'przecież to było za czasów liceum, bardzo dawno, to mogło być głupie zauroczenie. Do tego wcale nie musi być zakochany, mogłeś to sobie uroić...' Powtarzałem to sobie jak mantę.

Na nic jednak zdały się te żałosne próby okłamania samego siebie. Co Bóg chce mi przez to powiedzieć? 'Odpuść sobie Reita, on już kogoś kocha'? Czy po to to wszystko przeszedłem? Z rozpaczy wyrwał mnie śmiech. Nie, nie twój śmiech, ty robisz to całkiem inaczej. Ten chichot był dźwięczny i donośny, dochodzący z drugiego końca podwórza, na którym cała szkoła jadła lunch. Oparłeś podbródek na dłoni, przygryzłeś wargę, podciągnąłeś kolana do siebie. Przesuwałeś delikatnie palcem wskazującym po chłodnym metalu długopisu. Oczy miałeś zaszklone, serce kołatało ci niemal jak mnie. Podążyłem za tobą wzrokiem do źródła owego śmiechu, do osoby, która, prawdopodobnie stanie się obiektem mojej najszczerszej nienawiści. Wodziłem oczami po zapełnionym podwórku nie mogąc dostrzec nikogo szczególnie wyjątkowego. Najbardziej wyjątkowa osoba w końcu siedziała obok mnie. Nie wiedziałem kogo szukać. Byłem taki bezsilny.

Usłyszałem cichy odgłos stalówki przejeżdżającej po papierze. Rzuciłem okiem na notes na twoich kolanach i zamarłem.

Nigdy nie sądziłem, że moje serce może bić aż tak szybko i mocno. Szok rozlewał się we mnie powoli, trawiąc ogniem każdy nerw. Nie wierzyłem. Nie mogłem, nie chciałem wierzyć. To był pamiętnik.

'Nie mogę już dłużej tego znieść. Nie mogę pogodzić się z myślą, że nigdy nie będę mógł go dotknąć. Za każdym razem, kiedy go widzę jest mi trudniej. Jak teraz. Wygląda pięknie. Zawsze kiedy znika mi z oczu zapominam, jak jest piękny. A potem gdy znów go widzę, czuję, jakby błyskawica przeszywała mi serce. Nie mogę się opanować od marzeń o jego pocałunku, dotyku, usłyszeniu jak wymawia moje imię. Tylko imię. Pragnienie poznania go jest nie do zniesienia. Wyśmiałby mnie, gdybym do niego podszedł. Bo co miałby we mnie zobaczyć? Pedała z pomalowanymi oczami, jak każdy? Nie zniósłbym tego. Mogę tylko na niego patrzeć. Tęcza ślicznie odbija się na jego jasnej cerze, a on się uśmiecha. Śmiał się przed chwilą... tak dźwięcznie... Znów stoi obok niego. Dlaczego mnie to złości? Chcę żeby był szczęśliwy. Dlaczego więc jestem tak niedojrzały, że sądzę, iż tylko ja mam prawo go uszczęśliwiać? Przecież nawet go nie znam! Nie mogę jednak znieść, kiedy ten wysoki chłopak dotyka jego ramienia. Pewnie woli właśnie takich, wysokich i silnych. Nie chciałby takiego zniewieściałego kurdupla jak ja. Ha, co ja w ogóle bredzę?! On przecież na pewno nie jest nawet gejem. Zapewne ma wysoką dziewczynę. Taką ze słodkim, świergotliwym głosikiem i dużym biustem. Cholera, dlaczego jestem aż tak zazdrosny?

Akira, Akira, Akira... Twoje imię jest równie piękne, jak Ty sam. A jak ten wysoki na Ciebie mówił? Reita. Reita, Reita, Reita... Pasuje do Ciebie nawet bardziej. Suzuki Akira, Reita... Jeśli kiedykolwiek zgubię ten zeszyt, a Ty go znajdziesz... wiedz ,że Cię kocham ponad życie. Ja, Matsumoto Takanori, Ruki. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię'

Byłem sparaliżowany. Mógłbym teraz umrzeć z nadmiaru szczęścia. Zdrętwiały mi ręce. Zacząłem drżeć. Ruki...

Ciemność. Tym razem jest wstępem do końca.



Budzę się.

- Ruki, Ruki, Ruki... - powtarzam nieświadomie.

Po policzku spływa mi samotna łza szczęścia. Niewiele myśląc, błyskawicznie wciągam na siebie pierwsze lepsze ubranie i w przelocie łapię kluczyki do samochodu. Muszę cię zobaczyć, teraz, natychmiast.



Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 28.12.2010r.

1     

Ridiculous 28 12 2010 (23:59:49)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Praca dość niechlujnie zapisana. Tu brak przecinka, tu spacja w nieodpowiednim miejscu. Błędy w dialogach (a raczej w ich zapisie). Fabuła, która przewinie się tu jeszcze nie raz. Zbyt romantyczna - nawet, jak na gejów. Niektóre związki heteroseksualne mają w sobie mniejszą dozę opisowości i skupienia na wyglądzie i przyrodzie... to skrajny sentymentalizm...
Aczkolwiek opisy dobre, trochę powtórzeń, rzadziej co innego. Tekst trochę się ciągnie i brak w nim akcji. Rozumiem, że stawiałaś/eś na statyczność, ale jednak... a może to wynika z tego, że tematyka niezbyt przypadła mi do gustu? Nie myśl, że jestem jakoś uprzedzona, jako redaktora miałabym grzech ciężki.
Tu dialogów zapis:
http://www.naszapisarnia.dyskutuj.com/temat-vt85.html#top
I tyle.
Praca dość dobra, stylem w miarę wysoką, a wszelkie zastrzeżenia wypisane są wyżej.
Pozdrawiam!
Ridiculous.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(29): 27 gości i 2 zarejestrowanych: exother, dezerter89

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl