warto go przeczytać
Leżałaś. Tak po prostu leżałaś. Wokół ciała piętrzyły się, jakby ospale szczątki czegoś, co sekundy temu było drzwiami. Gorąco na twoich różanych wargach, stygnące gdzieś w okolicach bladego podbródka oznaczonego pieprzykiem. Krople krwistego szkarłatu na niechlujnej bluzce. Podniosłaś się chwiejnie na rękach, które nie były w stanie utrzymać ciężaru zamroczonego alkoholem ciała. Upadłaś z piskiem rozsuwanych palców, w panice próbujących odnaleźć punkt oparcia, ratunek przed zimnem drewnianych paneli. Twoja głowa opadła beznamiętnie, długie brązowe włosy rozsypały się wdzięcznie, jakby nie wiedziały co się dzieje z ich właścicielką. A może nie chciały wiedzieć? Jeśli tak to nie doceniałam inteligencji twoich kosmyków, które mi przekazałaś.
Pochyliłeś się nad ciałem kobiety, której ślubowałeś przed Bogiem. Dlaczego Bóg jest tak okrutny? Dlaczego uderzacie w siebie wściekle pięściami zamiast trzymać się za ręce? I dlaczego ja muszę na to patrzeć? Nie chcę tego widzieć. Nie chcę słyszeć jej płaczu ani twoich krzyków bólu. Byłam zmęczona, chciałam spać. Byłam dzieckiem, jestem dzieckiem.
Wychodziłam tylko do toalety, choć i tego starałam się unikać. Kafelki korytarza były szare i zimne. Dla zwykłego dziecka wyglądałyby jak kamienie. Ja widziałam w nich osamotnione groby. Każda płytka była moim pochowanym pragnieniem. Każda symbolizowała stracony rok mojej młodości. Każdy zaprzepaszczony i zdeptany twoimi, mamo, obcasami, które z ostrym stukotem wbijałaś we mnie głębiej, bym zamknęła marzenia w sobie razem z charakterem, który ukształtowałam.
Ludzie mnie fascynowali. Z daleka. Niepowtarzalne gesty, promienie słońca tulące skórę, odmienność i wyjątkowość. Zatapiałam palce w swoich ciepłych włosach i łkałam w swoje przedramiona, bo chciałam poznać tych wszystkich ludzi. Każdy jednak na swój sposób przypominał mi o korytarzanych kafelkach. Nie zbliżałam się do nikogo, rozpaczliwie, panicznie bojąc się kolejnej rany, kolejnej krwawiącej blizny.
Następnego ciosu.
Byłam pewna, że jestem wariatką. Ataki zimno-gorącej histerii, gdy pozwalałam się zranić. Prawdopodobnie przyzwyczaiłam się do bólu, łaknęłam go. Gdy moje serce szeleściło w piersi jak gnieciona kartka, a gardło rosło czułam prawdziwie że żyję. Że jestem jeszcze człowiekiem z jakimiś uczuciami. Że nie zdarliście ze mnie wszystkiego.
Dłonie i stopy mogą służyć za broń. Osoby, z którą jak wy razem spędziło się kilkanaście lat, szczególnie. Opierałam się o drzwi swojego pokoju, tuląc rozgorączkowany policzek do chłodnej szybki, chwilowo dającej ukojenie, by po chwili zaniknąć. Jej rozdzierający lament, jego ryk. I znów, jej ryk, jego rozdzierający lament. I znów. I znów... Na przedpokojowych grobach leżały garści mieniących się w jej słabym świetle włosów. Jeden z nich szczególnie błyszczał, padał na niego snop światła z jej łez. Sama wyrwała te włosy. Nie rozumiem tego. Nigdy nie rozumiałam. Tak samo jak tego roztłuczonego szkła obok, gdy rzucała w niego szklanką, kończącą żywot na drzwiach, do których się przytulałam. Często żałowałam, że nie były wtedy otwarte.
Drewniana sklejka i jej chłód były jak jej ramiona. Puste, zimne i bezwzględne, a przy tym gładkie i kojące.
Stałeś nade mną wpatrując się w dziecięce oczy gniewnie. Miałam nawet wrażenie, że ciepły piwny kolor twoich tęczówek zamarzł na kamień. Mówiłeś z nienawiścią. Twój ton i mocny, niski głos rozcinał mi gardło boleśniej, niż gdybyś mnie uderzył, jak uderzałeś ją i ona ciebie. Mówiłeś, że to moja wina. Że mogłam zabrać jej kluczyki i nie pozwolić wyjść z mieszkania. Że jeśli miała wypadek samochodowy lub jeśli ktoś ją pobił, że jeśli nie żyje to przeze mnie. Byłam dzieckiem. Jestem dzieckiem. Ale nigdy nie chciałam dorosnąć tak jak w tamtej chwili.
Wtuliłaś się w moje ciało, krzycząc coś zachrypniętym głosem. Na szyi czułam materiał twojej polarowej bluzy, która nieprzyjemnie mnie drapała. Oszołomiły mnie twoje perfumy. Słodkie, przesadnie słodkie. Mówiłaś straszne rzeczy. Do dziś brzydzę się tego zapachu. Boję się do ciebie zbliżać, bo ciągle ich używasz, a biała buteleczka obrzuca mnie metalicznie ironicznym spojrzeniem, ilekroć wejdę do łazienki. Czując ten odór czuję jednocześnie twój oddech, mieszankę whiskey i wymiocin.
Jesteście jak światło żarówki. Dajecie złudne poczucie ciepła i bezpieczeństwa, na przekór sobie pozorując słońce.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 29.05.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 30 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Pawlak, dezerter89