warto go przeczytać
Pseudonim: Eska-floreska
O, światło... ooo... chodź do mnie...
To był taki śmieszny sen... Tak, śniło mi się, że oberwałam czymś po głowie, a potem odpłynęłam... O, jak mi błogo... Jak dobrze...
- Halo?! Słyszy mnie pani?!
Czego tam... Nie widać, że śpię? No, minimum jakieś taktowności! Żeby tak człowieka w ciemny dzień budzić! Co za bezczelność!
- Niech pani coś powie! Proszę się odezwać!
Czuję się taka lekka... Mogę się wznieść ponad ziemię, hen hen, daleko. Nikt mnie nie ściągnie na dół, nawet przyciąganie. Będę silniejsza od niego. Muszę być dzielna, jestem już coraz bliżej światełka.
Och...
Teraz wystarczy już tylko wyciągnąć rękę...
Ale chwila! Gdzie ono się podziało?
A przecież rachunek za prąd był dawno zapłacony!
***
Obudziłam się w jakimś oślepiająco białym pomieszczeniu. Zakwalifikowałam je do kategorii ,,gabinet lekarski”, gdyż panował tutaj specyficzny zapach. O pomyłce nie było mowy, upewniły mnie w tym plakaty o aktualnych szczepieniach i poukładane dokumenty na biurku. Dodatkowo, jakiś osobnik również w białym kitlu, był pochylony nade mną. Co więcej, wpatrywał się we mnie z natarczywością, średnio przeze mnie tolerowaną. Próbowałam się unieść w geście protestu, jednak ból głowy zmusił mnie do pozycji poziomej.
- Paniusia musi leżeć, bo może sobie tylko zaszkodzić – usłyszałam właśnie najbardziej irytujący głos w całym moim szesnastoletnim żywocie. Zmarszczyłam jedynie brwi, no bo co tak naprawdę więcej mogłam zrobić? Lewy sierpowy odpadał w zaistniałej sytuacji, w której znalazłam się na skutek... No właśnie, czego?
- Przepraszam – starałam się mówić wyraźnie i dosyć głośno, co przychodziło mi z niemałym trudem. - Co się ze mną stało? I czemu mam taki diabelny ból głowy? - dotknęłam jej, czując materiał noszący wszelkie pozory bandażu.
- Główka boli, gdyż uderzono panienkę jakimś ciężkim przedmiotem. Miała panienka wiele szczęścia, chociaż wstrząsu mózgu nie można wykluczyć.
Zrobiło mi się jakoś niedobrze. Chyba musiał to zauważyć, bo spytał się troskliwie:
- Dobrze się paniusia czuje? Wszystko w porządeczku?
Nie, nic nie było w porządku. Ktoś usiłował sprawić, żebym kopnęła przedwcześnie w kalendarz, a ja mam udawać, że jest cacy?
- Proszę pana, chciano mnie zamordować! I to z premedytacją! - powoli odzyskiwałam siły, a także świadomość tego, co się wydarzyło. Ten ktoś nie żartował, bawił się jak najbardziej serio. Na samą myśl o tym, do czego jeszcze jest zdolny, dostałam nieprzyjemnych dreszczy.
- Co też panienka bredzi. Jakie morderstwo? W jakim celu zabijać taką kruszynę?
- No, nie mam pojęcia. A wiem, że się uwziął i nie chce się odczepić!
- O, to źle. Jeden z objawów wstrząsu mózgu występuje u panienki. Diagnoza się potwierdziła. Zostanie panienka na kilka dni w szpitalu.
- Co? Nie ma mowy! Jestem zdrowa, czuję się świetnie! Niech pan tylko wypisze jakąś receptę, a wykupię te lekarstwa. - O...cholera! - wyrwało mi się wysoce niestosownie. Na twarzy lekarza zagościł na chwilę grymas, jednak szybko zniknął.
- Wydarzyło się coś strasznego?
- Normalnie katastrofa! Dom! Nie zamknęłam drzwi na klucz!
- Zdrowie przede wszystkim! Paniusia musi zostać!
- Dobrze, dobrze...
Nie ma co, pomyślałam. Trzeba doktorka wziąć podstępem, innego wyjścia nie ma. A szkoda, bo wydaje się nawet sympatyczny pomimo intonacji głosu...
- Panie doktorze, czy mogłabym zadzwonić do mamy?
- Oczywiście, to nawet wskazane.
- Tylko... chciałabym porozmawiać na osobności, prywatne sprawy...Żadnych osób trzecich. Zgoda?
- Hm... zgoda. Zajrzę na chwileczkę do bufetu, może jest jakaś pyszniutka sałateczka.
Odczekałam cierpliwie minutę od jego wyjścia, po czym wymknęłam się z gabinetu. Szłam teraz dla odmiany zbyt kolorowym korytarzem.
Ta służba zdrowia nie ma za gorsz poczucia estetyki, stwierdziłam zgorszona, gdyż wychowywałam się w domu architekta i projektantki wnętrz. Przy recepcji, dostrzegłam jakąś grupę maszerujących staruszek. Przyłączyłam się do nich z nadzieją, że a nuż, zahaczą o wyjście lub wejście główne. Nie pomyliłam się – wolność stała się jak najbardziej osiągalna. Co prawda z drobnym utrudnieniem, bo wracający prawdopodobnie z bufetu doktor, wszczął alarm, zobaczywszy moją uśmiechniętą gębę. Zanim jednak ktokolwiek się połapał, o kogo chodzi, ja dochodziłam do przystanku. Wsiadłam więc szybko do linii autobusu numer 696 i pomachałam przez okno lekarzowi. Widocznie jego dobre maniery, wysiadały kompletnie w sytuacjach krytycznych. Zrezygnowany, wrócił do szpitala, mrucząc pewnie niezbyt pochlebne epitety pod moim adresem.
***
Nie zastanawiałam się długo – przekroczyłam zamaszystym krokiem furtkę, a potem niczym Gestapo wkroczyłam do domu. Pozornie, wszystko wyglądało normalnie, wydawało by się, że stan rzeczy nie uległ zmianie od czasu mojej nieobecności. Jednak zamknięte okno, porozrzucane płyty, milczące głośniki wskazywały jednoznacznie na ingerencję intruza. I kto jeszcze wyprodukował taką straszną ilość popcornu?! Po prostu nie wytrzymałam, pobiegłam na złamanie karku na piętro.
- O rany...! - jęknęłam, pełnym boleści i utrapienia głosem. Widok piany pod drzwiami od łazienki roztroił nieco moje opanowanie. - Nie! Nie!!!
Z wanny, wylewały się kłęby piany. Ktoś zużył na to wiele środków, a unoszące się gdzieniegdzie na powierzchni wody butelki były na to niezbitym dowodem. Spojrzałam na posadzkę – porozrzucane na niej kawałki szkła, płyn tworzący wielką kałużę, tak skończył się żywot perfum. Znając mamę, śmierć Channel 5 pomści gorzej niż okrutnie. Oraz utratę swojej szminki, bo ktoś umazał nią całe lustro, bazgrząc coś po niemiecku. A kiedy ujrzałam pasmo, długich blond włosów na MOJEJ SZCZOTCE, chciałam tylko uklęknąć przy kiblu i oddać mu to, co należne.
- A mój pokój...? Co ten psychopata mógł z nim zrobić?! - prawie wyważyłam drzwi, wparowując do mojej świątyni. A tam, nie inaczej, napis sprejem głosił tak:
,, Przepraszam, za te mało oryginale pomysły. Ostrzegam jedynie, że jeśli nie zorganizujesz tej imprezy, zacznę miewać znacznie ciekawsze. Masz na to trzy dni, a tutaj specjalnie coś na zachętę”.
Już nawet nie przejmowałam się przemalowaniem ściany, spojrzałam na kierunek wskazywany przez strzałkę. Wyciągnęłam rękę pod łóżkiem, chwytając w nią kopertę. W środku znajdowały się moje nieudane próby tańczenia breakdance'a, a dodatkowo kolejna wiadomość:
,, Fotki wydają Ci się za mało przekonujące? Trudno, w każdym razie ja potrafię... Chyba się nie chcesz o tym przekonać, co księżniczko?”
Oparłam się plecami o chłodną ścianę. Nadal trzymałam przedmiot szantażu, po czym z mordem w oczach podarłam go. Przecież jemu właśnie o to chodzi – żebym zaczęła się bać, żebym zachowywała się jak więzień we własnym domu. Pozwoliła mu się na własne życzenie podporządkować strachem.
- Mam nadzieję, że nowa taktyka tej bitwy ci się spodoba – mruknęłam, wyprostowując plecy i otrzepując tyłek. Zabrałam się za porządki, przedtem jednak zamknęłam drzwi na klucz...
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 7
Data dodania: 25.12.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(34): 31 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Pawlak, dezerter89