warto go przeczytać
Pseudonim: Macabre
Nie czuję zimna. Lód, śnieg, wiatr... nie czuję zimna. Jest tylko otchłań wody.
Świat się zmienił. Pamiętam jak dziadek zabierał mnie do lasu, uczył nazw drzew, razem słuchaliśmy śpiewu ptaków, a potem były jagody, poziomki, maliny. Nie jadłem ich od wielu lat. Nie wiem, czy w ogóle są gdzieś jeszcze lasy. Wszystko jest brudne, szare, śmierdzące - zgliszcza. Słońce odbija się w moich snach, błyszczy na tafli starego jeziora, ale na jawie nie widziałem go od pięciu lat. Cela jest naprawdę mała. Twarda prycz i cuchnący kibel, to wszystko co mam, poza tym - cisza. Między kolejnymi sekundami mieści się tylko cierpienie.
Pamiętam, że urodziłem się w Moskwie (nikt już tej nazwy nie używa), w latach dwudziestych XXIw. Gdy miałem dziesięć lat na świat przyszła moja siostra - Sasza, a kilka miesięcy potem wybuchła wielka wojna, która zmieniła wszystko. Dziadek też wkrótce zmarł na zapalenie płuc. Leki były w owym czasie cieżko dostępne, a szpitale były oficjalnie "przepełnione ofiarami wojennymi", tak naprawdę był to blef i wiedzieli o tym wszyscy. Nie było żadnych ofiar. Rosja i Chiny połączyły nieoczekiwanie siły i w ciągu kilku tygodni zajęły całą Eurazję oraz Stany Zjednoczone, nie padł przy tym żaden strzał. Strzały zaczęły padać później. Póki co nikt nie wiedział czemu zamyka się szpitale przed cywilami, nikt nie wiedział czemu pod groźbą rozstrzelania nie wolno wychodzić po zmroku, tym bardziej, że w końcu to my byliśmy okupantem... Okupantem dla siebie samych. Na masową skalę rozpoczęły się rozstrzeliwania, w których straciliśmy z Saszą oboje rodziców. Miała wtedy dwa lata i odtąd musiałem ją wychowywać sam. Przez pierwszy, najsmutniejszy rok mieszkaliśmy u ciotki, ale później odkryto, że jej mąż działa w podziemiu, które uformowało się w pierwszych miesiącach po ogłoszeniu wojny. Pewnej nocy do mieszkania wtargnęli policjanci w hełmach i rozstrzelali ciotkę na moich oczach, a mnie i Saszę zabrali do Ośrodka. To były początki Ośrodków i chyba tylko dlatego przetrwaliśmy kolejne pięć lat walki o życie, jedzenie, prysznic czy materac. Sasza była dzielna. Niesłychanie dzielna. Nigdy nie płakała. Tak naprawdę mówiła również niewiele. Spędzałem z nią praktycznie cały czas. Uczyłem ją alfabetu, kreśląc litery na piasku, robiłem dla niej zabawki z tego co miałem pod ręką i nigdy nie zapomniałem o jej urodzinach. Myślę, że wiele jej to dało, ale zawsze widziałem w jej oczach strach. Noce były najgorsze. Krzyczała i kręciła się przez sen i praktycznie co noc, przez pięć długich lat, budziła się w nocy i przychodziła spać ze mną. A potem zdarzyło się to, co do końca nie pozwoliło jej zapomnieć o lęku. Była noc, usłyszałem, że Sasza wierci się w łóżku i myślałem, że znów ma koszmary, wstałem więc i poszedłem do jej pokoju. Wszędzie latało pierze. Na podłodze leżała moja siedmioletnia siostra, a na niej siedział starszy chłopak z pokoju obok, ze spodniami opuszczonymi do kostek. Jedną ręką zatykał jej usta, a drugą próbował ściągnąć z niej piżamę. Gdy wszedłem uderzył ją w twarz pięścią, tak że z jej małych ust poleciała krew. Resztę pamiętam jak przez mgłę, ale wiem że kazałem jej wejść do łóżka i zamknąć oczy, a potem bardzo długo tłukłem jego głową o ścianę. Na tyle długo, że wszystkie jego zęby zdążyły wypaść na ziemię. Wiem, że Sasza je później pozbierała i zachowała do końca, choć nigdy nie powiedziała mi tego otwarcie.
Spotkała mnie oczywiście kara. Zostałem wychłostany publicznie, a potem nieprzytomnego wrzucono mnie do izolatki na dwa tygodnie bez jedzenia, ale nie stało się nic poza tym. W Ośrodkach nie dbano specjalnie o życie czy zdrowie wychowanków. Tak naprawdę nie przejmowano się nami wcale. Tkwiliśmy tu do uzyskania pełnoletności, a potem przydzielano nam pokój w miejskich komunach i przymusową pracę do końca życia. Gdy wyszedłem z izolatki nie poznałem swojej siostry. Była bardzo zmieniona. Nigdy nie powiedziała mi, co się jej stało, gdy siedziałem w zamknięciu, ale niestety wiem, choć bardzo nie chcę wiedzieć.
Serce mi pękło... Czuję, że pękło mi serce. Prawda... boli. Moja mała siostrzyczka...
Gdy skończyłem osiemnaście lat wypuszczono mnie wraz z Saszą, nad którą od teraz sprawowałem prawną opiekę. Zamieszkaliśmy w małym pokoiku, w robotniczej dzielnicy. Nie mieliśmy prądu, a woda cuchnęła ściekami, ale byliśmy niemal szczęśliwi. Byliśmy sami, troszczyliśmy się o siebie. Tygodniowy przydział żywności był mały, jednak wystarczał. Przydzielono mnie do pracy na budowie i co drugi weekend miałem wolny. Zabierałem wtedy Saszę na spacery, a wieczorami czytałem jej książki, które kupowałem za swoje oszczędności. Sasza nie miała koleżanek i nie chciała ich mieć. Była bardzo cicha, zamknięta w sobie, wciąż miewała koszmary, a ja co noc płakałem cicho w poduszkę, bo nie umiałem jej pomóc.
Rok później poznałem Lierę. Zakochałem się w niej bez pamięci i dołączyłem do podziemia. To był błąd. O Boże, jak ja strasznie żałuję, gdyby nie to, Sasza... Zaniedbałem ją wtedy. Po pracy i w weekendy pracowałem w konspiracji, dostarczaliśmy jedzenie i lekarstwa biednym, potem książki, filmy, ale przez to wszystko coraz mniej czasu poświęcałem Saszy. Odsunęła się ode mnie i jeszcze bardziej zamknęła w sobie, ale naprawdę wierzyłem, że mamy szansę na lepsze jutro. Minął kolejny rok i mnie odkryli. Jakim głupcem byłem wierząc, że to się może inaczej skończyć. Pamiętam, że była zima, biegłem z Saszą za rękę, między gruzami, śnieg sięgał nam łydek. Wiedziałem, że są blisko i strasznie się bałem. Bałem się, że nie zdołam ukryć Saszy. I wtedy, przy włazie do kanałów zobaczyłem wybawicieli. Byli to Chińczycy, których pełno emigrowało do Rosji po wojnie, siedzieli nad włazem i rozmawiali mimo zimna i śniegu. Spojrzałem im w oczy tylko raz i bez słowa wzięli Saszę na ręce, po czym zeszli z nią pod ziemię. Zdołałem im jeszcze tylko dać swoją torbę, w której miałem pieniądze i nasze rzeczy, po czym znikli w kanałach, a chwilę później tamci już mnie mieli. Na następne pięć lat trafiłem do celi. Byłem przesłuchiwany, bity, torturowany, głodzony. Bardzo szybko powiedziałem im wszystko, co wiedziałem, było mi to obojętne. Liczyło się tylko to, że Sasza jest bezpieczna. Ludzie którzy ją wzięli byli dla mnie bogami. Bez słowa, bez wahania. Nigdy nie byłem nikomu tak wdzięczny jak im i nikomu tak nie ufałem, dlatego o wiele łatwiej pogodziłem się ze swoim losem.
Nie czuję zimna. Zimno koi ból, ale nie czuję zimna.
Ból jest wielki. Pękło mi serce, gorycz, gorycz wszystkich lat, spływa mi po nogach, prosto do przerębli.
Nie wiem czemu mnie wypuścili, tak naprawdę mam to gdzieś. Gdy tylko wyszedłem zacząłem szukać Saszy. Płakałem biegnąc, brudnymi ulicami. Szukałem wszędzie. Po tygodniu odnalazłem tamtych robotników, choć udało mi się to tylko przypadkiem. Poznali mnie, ale nie chcieli ze mną rozmawiać. Wiele mnie kosztowało wyciągnięcie od nich prawdy, ale niestety... prawda boli. Tak chciałbym by to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Tak wielki smutek przepełnia moje serce. Czuję, że jestem szalony i nie mogę z tym dłużej żyć...
... śnieg sięgał nam łydek. Wiedziałem, że są blisko i strasznie się bałem. Bałem się, że nie zdołam ukryć Saszy, bałem się, co ją czeka, jeśli nas złapią. Zatrzymaliśmy się, klęknąłem przed nią i mocno ja przytuliłem, łzy płynęły mi z oczu.
- Kocham Cię Sasza, tak strasznie Cię kocham.
Huk wystrzału spłoszył ptaki oblegające pobliski budynek. Jej małe ciałko upadło bezwładnie na śnieg. Kawałek dalej, przy włazie do kanałów siedzieli dwaj azjatyccy robotnicy, którzy za dziesięć rubli gdzieś ją ukryli. Przystawiłem sobie lufę do skroni. Zabrakło dla mnie naboju.
Klęczę pośrodku wielkiego, zamarzniętego jeziora, z twarzą nad przeręblą. Moje serce pękło, tkwi w nim ostry nóż. Gorycz wszystkich lat spływa mi po nogach razem z krwią. Płaczę i przez łzy krzyczę imię -Sasza.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 10.10.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(34): 31 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Pawlak, dezerter89