Pseudonim: Ravennie
Imię: Paulina
Skąd: Czeladź
Napisanych prac:
- proza: 2

Średnia ocen: 5.3
Użytkownik uzyskał: 15 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Numer Sześć" 01.09.2012
""Simon mówi żyj"" 27.12.2012

Inne prace tego autora:
""Simon mówi żyj"" 27.12.2012
"Numer Sześć" 01.09.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

"Simon mówi żyj"

*** Prolog - Simon mówi zdychaj. Teraz patrzę na niego z pewną dozą rozczulenia, jak podłużnym patykiem popycha ciało śpiącego psa, wykrzywiając usta w swój charakterystyczny sposób. - Zostaw to biedne zwierzę. Ono tego nawet nie czuje. Podnosi się z klęczek i rzuca patyk ze złością, a ten; wchłaniany przez ziemię, znika. Czasem zachowuje się jak dziecko, innymi razy jest poważny i całkowicie dorosły. Ma ciało mężczyzny, wiecznie roześmiane oczy, miękkie, falujące włosy, prawie dwa metry wzrostu. Lubi czekoladę, podobno. Dużo się śmieje, w większości; wyśmiewa, ale to tylko kolejna z jego cech. Nie znam nikogo tak rozkojarzonego jak on. I nikogo tak przyjacielskiego. - Dajże spokój. – Klepie mnie po plecach, mimo, że jego ręka przechodzi przez mój bark. Denerwuje się. Zawsze się denerwuje, kiedy tak się dzieje. – O, już południe, OBIAD. Chodź na obiad, chodź na obiad, obiad, jedzonko, mniam! – Odwraca się do mnie tyłem i maszeruje równym krokiem, z rękami nonszalancko wepchniętymi w kieszenie spodni. Przecież i tak nie może jeść. Dorównuje mu kroku i przez moment idziemy w milczeniu. - Wiesz co, Maria? – Spogląda na mnie przez ramię. - Hm? - Musisz w końcu powiedzieć mamie, żeby odstawiła ci leki. To i tak nic nie daje, a tylko włosy wypadają. Innym razem siedzimy przy stole, a on wciąż męczy mnie rozmową. Nie mogę mu odpowiadać; mama kręci się w pobliżu, więc tylko jem i z pustką w oczach obserwuję ścianę. - To przez te leki. – Mama podchodzi i przykłada mi dłoń do czoła. Jej palce są ludzkie, czuje je, czuję ich temperaturę, ich konsystencję. – Masz zaczerwienione oczy, idź się położyć, potem robię ci coś cieplejszego do jedzenia. Za oknem pada śnieg, dzieci biegają po dworze, rzucając się śnieżkami w asyście wesołych pisków, a ja leżę na łóżku, wykończona, zmęczona, słaba. Jego głos nie daje mi spokoju. Dziwnym trafem zawsze, kiedy jesteśmy w pokoju, puka nogą w kant biurka. Dlaczego biurko może dotknąć, a człowieka nie? W każdym razie ten denerwujący dźwięk przyprawia mnie o ból głowy, powoduje uczucie podobne do tego, kiedy się wymiotuje; ścisk w żołądku, uczucie pustki, ból bardziej psychiczny, niż fizyczny. - Proszę, chcę spać… - szeptam pod nosem. - Hę? Przesłyszałem się? – Puka jeszcze głośniej, nadstawiając uszu. Potem jego śmiech wypełnia mi głowę. – Oj, Maria, Maria. Nie śpij, jest popołudnie, czas na zabawę! - O czym ty bredzisz? Zasłaniam uszy dłońmi, ale trzask nie daje mi się skupić. Mam dość. Wstaję, ubieram bluzę, wychodzę z pokoju, brnąc korytarzem aż do kuchni. Nasze mieszkanie nie jest duże, ma tylko dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, więc ciężko jest znaleźć sobie odpowiednie miejsce. Mieszkamy na czwartym piętrze, czasem zimno zwyczajnie przedostaje się przez okna; w zimę nie mogę chodzić bez bluzy albo ciepłego swetra po mieszkaniu. Simon idzie tuż za mną, jego denerwujący śmiech nie daje mi żyć. - Hej, Maria. – marudzi – Pobawmy się w gotowanie. Lubię jeść. - Ty nie jesz, jesteś martwy! – krzyczę. Wtedy mama odsuwa drzwi swojego pokoju. Patrzy na mnie z politowaniem i idzie po telefon, z zamiarem wybrania numeru do znajomego psychiatry. Czeka mnie kolejna wizyta, wszystko przez Simona. Ale mimo kolejnych leków, mimo kolejnych poświęconych włosów i wymiotowania późną nocą, on nie znika. Czy to tak zaawansowana choroba, czy naprawdę jest duchem? Siedzę w ciemności, na łóżku, okryta kołdrą tylko do kolan, obserwując widok za oknem. Kolana trzymam przy brodzie, przyciskam je do siebie. Pada śnieg; rozświetla nocny krajobraz, sprawia, że trawa i pojazdy znikają, schładza nieprzyjemną atmosferę. Simon siedzi naprzeciwko mnie, wyjątkowo blisko, w pozycji kwiatu lotosu. Udaje medytację, mrucząc pod nosem. To przez niego nie mogę spać. Jak zwykle jest wesoły, jego usta rozciągają się w błogim uśmiechu. - Simon, jak ty właściwie umarłeś? Dlaczego nie spytałam go o to ani razu, skoro towarzyszy mi od pół roku? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Simon otwiera oczy, jego błękitne tęczówki badawczo obserwują moją twarz. Ile może mieć lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia pięć? Jest młody, za młody, by umrzeć śmiercią naturalną. Nie wygląda na chorego. Nie wygląda nawet jak po wypadku. Ale… czy duchy przybierają po śmierci taką formę, jak w momencie zgonu? Chce poklepać mnie po głowie, ale jego ręka przechodzi przez moją czaszkę, powodując nieznośny ból w mózgu. Po chwili się odsuwa. Smutno patrzy na swoją dłoń, nadymając policzki. - To nic ciekawego. – odrzeka – To tylko śmierć. Więcej o to nie pytam, a w zamian wciskam mu rękę w brzuch. Przechodzi przez koszulkę, przez ciało, czuję chłód. Mimowolnie obracam nią w prawo i w lewo, przejeżdżając przez całą rozpiętość sylwetki Simona. Wodzę za nią bezmyślnie, z pewną dozą uwagi, zerkając na mięśnie kurczące się pod moim dotykiem. Czuje to? Czuje mój dotyk? Simon śmieje się. - Ej, głupia, to boli! - Ty nie czujesz bólu. Jesteś martwy. - Chyba… masz rację. Znów widzę smutek w jego spojrzeniu. Podnoszę wzrok i wzdycham. - Proszę, daj mi spać. Kiwa głową. Zalewa mnie fala ulgi. Jeszcze przez moment go obserwuję; jest całkiem przystojny, młody, ma słodki uśmiech zwieńczony dołkami w policzkach i - sprawiające wrażenie nieziemsko miękkich - blond włosy wiecznie opadające na twarz. Pomijając jego wygląd; jest uroczy. Dziecinny. Sprawia mi problemy, ale gdyby nie on, nie miałabym życia. Jest całym moim życiem. Jedyną osobą, która mnie interesuje. Może przybrać absolutnie każdą postać, może zmieniać ubrania jak tylko chce, może mieć każdy gadżet. Może zachowywać się jak hologram. Jednak on woli pozostać przy swojej dawnej formie, woli ubrać się skromnie i chodzić z rękami w kieszeniach. Jak to jest, że duchy potrafią więcej, niż ludzie? Mimo to nie mogą nas dotykać. Może to forma zwabiania potencjalnych ofiar? W końcu Simon ma dar opętania; w każdej chwili potrafi wejść w ciało innego człowieka. Jednak znam powód, dla którego nigdy tego nie robi; zbyt bardzo jest przywiązany do swojego ciała. Wiem o nim tyle, że miał brata bliźniaka. Ale nigdy wcześniej nie widziałam w mieście nikogo podobnego do Simona. - Idź spać, Maria. Jutro pobawimy się w kucharzy. Jak ja kocham jeść, oh, oh, oh, oh! – mruczy, wyciągając się obok mnie. Czuję chłód, kiedy bok Simona mimowolnie wnika w moje ciało. Łóżko jest za małe dla nas obu. Jednak on wydaje się tym nie przejmować. Szuka kontaktu w możliwie każdej sytuacji. Jestem prawie pewna, że wciąż ma nadzieje, że zdoła mnie dotknąć. Obserwuje mnie nawet, kiedy się przebieram, a subtelne, poranne światło wpada do mojego pokoju, omijając najciemniejsze zakamarki. Mój pokój jest śliczny; utrzymany w ciemnobrązowych i białych kolorach, z łóżkiem pod oknem i charakterystycznym, szerokim parapetem całym w poduszkach. Szafki są niskie, drewniane, lekko obdarte z farby. Mały, wiklinowy fotel stojący w rogu zdaje się za moment złamać. Zasłony tłumią tylko część światła, które o tej porze roku i tak nie jest zbyt ostre. Moje dzieło. Sama wykańczałam to miejsce, od początku, do końca. Jestem dumna, mogąc widzieć takiego uroczego mężczyznę siedzącego po turecku pośrodku mojego pokoju, w pościeli, z lekko roztrzepanymi włosami. Przez pół roku zdążyłam wyzbyć się wstydu, więc przebieram się przy nim, mając świadomość, że mi się przygląda. Obserwuje moje ciało, wodzi wzrokiem od stóp do szczęki, przechyla głowę, by móc uważniej na mnie spojrzeć. Jego ciekawski wzrok także mnie już nie rusza. Wprost przeciwnie; przyciąga moją uwagę. - Nie idź do szkoły. – mruczy. - Muszę. Jak nie będę chodzić do szkoły, to w życiu się stąd nie uwolnię. - Chcesz wyjechać? - Przecież ciągle to powtarzam. – Łapię zakolanówki i wciągam je, stawiając stopę na szafce. Potem szukam spódniczki pośrodku sterty rzeczy wyrzuconych na fotel. Kiedy zerkam na Simona, nie odrywa ode mnie wzroku. – Hej, czasem mógłbyś mi się dać w spokoju przebrać. - Po co? – Unosi brwi, a jego oczy stają się wielkie jak dwa spodki. Mam wrażenie, że są jeszcze jaśniejsze niż zwykle. - Lubisz patrzeć, co? Zboczeniec. - Nie widzę w tym żadnego zboczenia. To normalne, że facet przygląda się pięknej dziewczynie. Czuję, że moje policzki płoną. Nigdy wcześniej nie powiedział czegoś podobnego. Kiedy spoglądam na niego kolejny raz, jest już ubrany i stoi przy drzwiach. Rozmawiam z nim całą drogę do szkoły, przegryzając rogalika czekoladowego. Patrzy na niego, jakby nie jadł co najmniej przez tydzień. Ale… on nie je od pół roku. Przynajmniej tak twierdzi. Potem wytrzepuję gruby, wełniany szal i strząsam okruszki z płaszcza. Przychodzę spóźniona; znowu. Całe szczęście, że idąc, nie spotkam żadnych ludzi, jednak w szkole nie mogę mówić do Simona, a on zaczyna mnie męczyć wyjątkowo mocno. - Simon mówi odezwij się! – Próbuje potrząsać moim ramieniem, a ja tylko trącam ołówkiem o ławkę, mając nadzieję, że zostawi mnie w spokoju. Światła w klasie dają pomarańczowy poblask, za oknem rozpętuje się śnieżyca, powodując, że niebo jest szare. Moje powieki same nachodzą na oczy. – Siiimon mówiii odezwiiij sięęę! – syczy mi do ucha. Odtrącam go ręką jak natrętną muchę. Ale nie daje za wygraną. Podczas przerwy obiadowej siedzę sama, w możliwie najcichszym i najspokojniejszym miejscu w szkole. Mam widok na dwa automaty z jedzeniem oraz kilka szafek, w których składuje się wszystkie prace uczniów. Szafki są rzecz jasna zamykane na klucz, a klucz jest w pokoju nauczycielskim. -Hej, Simon. - Spoglądam na niego. Siedzi, oparty o ścianę i obserwuje mojego batonika z karmelem. – Myślisz, że powinnam znaleźć twojego brata? Wtedy dałbyś mi spokój? - O, tak, tak, znajdź go! – Cieszy się. – Znowu zobaczę braciszka. Postanawiam nie przypominać mu o drugim pytaniu. Może jest denerwujący, ale nie chcę tracić jedynej osoby, której obecność potrafię znieść. Widzę dwie dziewczyny przechodzące przez korytarz. Przystają przy automacie z jedzeniem. Blondyneczki w markowych ubraniach, z telefonami najnowszej generacji, bezmózgie istoty wpatrujące się tępo w oblicza swoich przyjaciół. Patrzą na mnie i chichoczą pod nosem, mimo, że miałam nadzieję, że nie dojrzą mnie w mroku. Światła na korytarzu dają pomarańczową poświatę, która pada na ich twarze, sprawiając, że widać na nich każdą bruzdę. - Zobacz, mówi sama do siebie. Smutne. – słyszę z ust jednej z blondyneczek. Simon zdaje się nie zauważać, z uwagą obserwuje guziki na swojej koszuli, przekręcając je tak, by malutkie literki były na górze. Czuję do niego pewien rodzaj czułości. Jest jak mały chłopczyk uwięziony w ciele mężczyzny, jest dużym dzieckiem, którego nie jestem w stanie kontrolować. - Simon? Zerka na mnie z uśmiechem, który rozciąga całą jego twarz. - Tak? - Mógłbyś zrzucić tamtą doniczkę? – Głową wskazuje na kwiatka stojącego za dziewczynami, a te śmieją się jeszcze bardziej. Mniej jest im do śmiechu, kiedy kwiatek spada, a gliniana doniczka roztrzaskuje się na kawałki pomiędzy grudkami ziemi. - Wariatka! Ze strachem wymalowanym na twarzy znikają w głębi korytarza. Simon wraca do mnie, zadowolony, że mógł pomóc. Idzie wesołym krokiem. - Dobry chłopczyk. Patrzy na lekarza z rozbawieniem. Mnie nie jest do śmiechu, nie chcę, żeby zamknęli mnie w szpitalu psychiatrycznym. Choć pewnie jemu byłoby to na rękę; spotkałby kolegów. Siedzę, moje ręce drżą, cała drżę, a lekarz ciągle wypisuje jakieś dokumenty. - Wciąż go widzisz? - Kogo? – Próbuje udawać, ale lekarz wie już wszystko od matki. Każda zmarszczka na jego czole drga, kiedy podnosi wzrok. Nienawidzę go, w głębi duszy mam ochotę go zabić. - Tą osobę, do której mówisz. - Dlaczego określił pan ją w rodzaju męskim? – Gniotę palce w pięściach, starając opanować złość. - Matka twierdzi, że tak się do… niego zwracasz. - Po prostu czasem mówię sama do siebie. To chyba nic złego? - Wręcz przeciwnie. To bardzo źle. Zdrowa osoba nie powinna mówić do samej siebie. - Dzieci często mają wymyślonych przyjaciół. - Nie jesteś dzieckiem, Mario. - A po czym to pan wnioskuje? – Nachylam się tak, że koszula odsłania cały mój dekolt, a kiedy krzyżuje nogi, spódniczka odsuwa się, ukazując ich znaczną część. Opieram łokieć o rączkę fotela, splatam palce dłoni. Widzę, że lekarz zerka w dół, a potem stara się utrzymać kontakt wzrokowy, choć jego głos nieznacznie drży. - Po wieku. - Wiek nie świadczy o dorosłości. – Unoszę brwi. – Panie doktorze… - dodaję aksamitnym głosem, wyzbywam się z niego wszelkiego zdenerwowania. Simon nagle pojawia się obok niego, bez ogródek, z szeroko otwartymi oczami wpatruje się w moje ciało. Wracam do poprzedniej pozycji, lekko zawstydzona. - Jeżeli zrobi to pan jeszcze raz, powiem matce, że mówi pan nieprzyzwoite rzeczy. Matka jest histeryczką, a pan chyba nie chce problemów, prawda, panie doktorze? – Znów moje brwi idą w górę. Przykro mi z powodu podstarzałego doktorka, ale mam już dość wypadania włosów, mdłości i zdenerwowania. Chcę w końcu odpocząć. – Niczego nie widzę. Nie rozmawiam z kimś, kto nie istnieje. Wstaję i wychodzę, pewna, że podziałało. Doktor nie chce problemów na głowie. Początkowo, kiedy się jeszcze bałam obecności Simona, posłusznie wypełniałam wszystkie jego instrukcje, teraz nie widzę żadnego problemu do rozwiązania, więc uznaję, że nie jest mi potrzebny. Simon siedzi na łóżku, kiedy odrabiam lekcje. Wyciągam się wygodnie w fotelu. Co jakiś czas zerkam na niego, ale on ciągle siedzi nieruchomo i obserwuje ścianę. Padający za oknem śnieg stwarza przyjemną, cichą atmosferę. Popijam herbatę, patrząc na Simona, podziwiam jego smukłą, męską twarz, stosunkowo duże, błękitne oczy, jasne włosy spływające na ramiona. W końcu mnie przyłapuje, uśmiecha się, a moje serce mięknie. Męczy mnie ważne pytanie. Jestem w nim zakochana, czy po prostu aż zanadto się przywiązałam? - Simon, ile ty właściwie masz lat? – pytam, marszcząc brwi. Jego uśmiech znika. - Zachowuje się bardzo dziecinnie, prawda? Jestem okropnie dziecinny. Wiem, wiem, dużo osób mi to mówiło. Dzieciak. Łagodnieję. Uśmiecham się i odkładam zeszyty, biorę kubek, siadam w fotelu z nogami opartymi o krawędzie. - Pytam tylko, ile masz lat, głupku. - Dlaczego tak brzydko mnie nazywasz? – Opuszcza wzrok, nadyma policzki. Śmieję się mimo woli. – Koło dwudziestu sześciu. Nie wiem. Nie męcz mnie. Wchodzi głębiej na łóżko i siada na parapecie, tuląc do siebie poduszkę. Pewnie śmiesznie to wygląda z perspektywy zwykłego człowieka. Ale ja nie jestem taka zwykła, prawda? Ja widzę, że trzyma ją d u c h. - Masz swojego boga, Mario? – pyta. Dołączam do niego, zajmuję miejsce naprzeciwko. - Nie. - Ja też nie miałem. Może dlatego tu jestem? Bo nigdzie indziej nie było dla mnie miejsca. - Po co o tym myślisz? – Przymykam powieki. Wciąż mam wrażenie, że kiedy otworzę oczy, jego nie będzie. Ale jest. Ciągle przy mnie jest, niezmiennie od pół roku. – Dlaczego tutaj jesteś, Simon? - Dlaczego akurat przy tobie? - Uhm. - Nie wiem. Bo świeciłaś tak jasno. Nie wiem… Świeciłam tak jasno… Jego słowa rażą swoją trafnością. Słyszałam kiedyś, że ludzie bliscy śmierci widzą duchy. Może o to chodzi? Może dlatego tak bardzo świeciłam? W takim razie to nie ja wybrałam jego, to on wybrał mnie. Wracam wspomnieniami do tamtej chwili. Było lato. Mocno padało. Widziałam człowieka, przez którego przelatywały krople deszczu, a wtedy on spojrzał na mnie i pomachał. Gdybym wtedy nie odmachała, prawdopodobnie by go tu nie było. Ale odmachałam. Po co? W końcu gdyby nie był taki śliczny, nawet bym na niego nie zerknęła. Ale było mi smutno, pogoda nie sprzyjała, szukałam bliskości drugiej osoby. Nie zainteresowało mnie wtedy, że deszcz przez niego przecieka. Miałam wrażenie, że to sen, że śnię i zaraz się obudzę, ale on podszedł, a potem jego dłoń przepłynęła przez moje ramię. Wzdrygnęłam się. - Zobacz, jestem martwy. Ha, jestem duchem, popatrz! Zawsze był taki wesoły. Ale wtedy mnie przeraził. Zareagowałam na to jawną histerią. No i się zaczęło; szpital psychiatryczny – cztery dni, leki – cztery miesiące, wizyty u psychologa – co tydzień, wizyty u psychiatry – raz na jakiś czas. Ale on nie znikał. Przyszedł za mną do domu i zamieszkał tuż obok, zabierając pół mojego łóżka, krzesło przy stole i dwie poduszki. Po jakimś czasie się przyzwyczaiłam. Przez cztery miesiące kiedy przyjmowałam leki o nic nie pytałam. Rozmawiałam z nim tylko, kiedy naprawdę doprowadzał mnie do szału, wykluczałam jego istnienie. Ale on istniał i nie było innej możliwości. Krzyczałam, żeby dał mi spokój, płakałam po nocach, wpadałam w histerie. Potem przywykłam. To przyszło jednego dnia, nagle, po prostu zaakceptowałam to, że on jest. Wtedy pierwszy raz z nim porozmawiałam. Ale nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Mimo, że było to niecały miesiąc wcześniej, wciąż nie chciał mi nic powiedzieć. Przynajmniej znalazłam w nim przyjaciela. Wróć. Nagle? Nie. Wcześniej nie byłam tak silna i odporna na absolutną nienawiść ze strony rówieśników, wcześniej bolał mnie brak przyjaciół. Dlaczego tacy byli? Bo zawsze od nich stroniłam i nie potrafiłam się przełamać. Bo byłam inteligentniejsza od tych bezmózgów, irytowało mnie ich prymitywne poczucie humoru, tępe teksty, bezwartościowe rozmowy. I, o ironio, płakałam, bo nie miałam przyjaciół. Wtedy był przy mnie Simon. Powiedział, że on też nie jest normalny, w końcu nie jest już człowiekiem, a wciąż egzystuje na ziemi i nie ciężko będzie nam się zaprzyjaźnić. Poprosił, żebym zaakceptowała jego obecność. Tak zrobiłam. Kolejne dni przyniosły ulgę; miałam osobę, z którą mogłam porozmawiać. Wredne spojrzenia i nieprzyjemne odzywki przestały robić na mnie wrażenie. A więc dwadzieścia sześć lat. To mnie cieszyło, nie wiedzieć czemu poczułam radość. Nie był na poziomie planktonu zebranego ze szkoły, mimo, że nie wyglądał na swój wiek. - Gdzie mam szukać twojego brata? – Otwieram oczy. Przygląda mi się, przekrzywiając głowę jak szczeniaczek. - Braciszek powinien być w domu. Jest taki kochany. Zawsze robił mi pyszne rzeczy, bardzo dobrze gotuje, a kiedy byłem chory, to dawał mi gorącą herbatę i okrywał kocem, żebym nie zmarzł. I siedział przy mnie do późna w nocy, póki nie usnąłem. - Byłeś chory, Simon? Może dlatego umarłeś? Potrząsa głową. - Nie. B y w a ł e m chory. - Jesteś pewien? Może umarłeś na coś ciężkiego? Nie przypominasz sobie szpitala? Sali operacyjnej? Znów kręci głową. - Niczego takiego. Nie umierałem powoli, Mario. Ale często chorowałem, miałem niską odporność, pamiętam, że przez to rzadko chodziłem do szkoły i… - Widzę, że smutnieje. Nie dokańcza wątku, w zamian za to opiera głowę o szybę i patrzy za okno, na coś ściśle określonego i wiadomego tylko jemu. Postanawiam, że w za dwa dni, kiedy tylko nastanie sobotni poranek, pójdę szukać brata Simona. - Pamiętasz adres swojego domu? - Tak. – Uśmiecha się. – Nie. – Znowu markotnieje. – Ale stoi obok kawiarenki z lodami, za rogiem, jak tam pójdziemy, na pewno będę znał dalszą drogę. - Czy całe twoje życie było podporządkowane jedzeniu, Simon? – Śmieję się. Odpowiada mi tym samym. - Oczywiście. Jedzenie jest ważne. - Ale nie najważniejsze. - Gdyby nie ono, to byś umarła. Pociągam łyk zimnej herbaty. Grzejnik parzy mi stopy, orientuję się, że umknął mi moment, kiedy je na nim oparłam. Simon przysłania mi cały widok na świat. Jest zawsze i wszędzie, prawie jak Bóg dla chrześcijan, wypełnia mi każdą pustkę. - Nie zostawisz mnie, co? – Unoszę brwi. Simon, odrywając wzrok od widoku za oknem, wpatruję się we mnie z uwagą. Czuję, że policzki mi czerwienieją. Nie, nie chciałam się przed nim otwierać, nigdy wcześniej nie robiłam tego przy ludziach, a skoro jest duchem… Mimo wszystko pokazałam swoją kolejną słabość. Po chwili napięcie spada, Simon uśmiecha się, przymykając oczy. - Pewnie, że nie. Nawet gdybym chciał, to po co? Przebywanie tu jest mi na rękę. - Czyli nie chodzi o mnie? – śmieję się. - Nie wiem. – Odchyla głowę i opiera ją na wnęce w ścianie. Często zastanawiam się, czy nie spytać go jak to jest w momencie śmierci, ale boję się zadać ból Simonowi. Jego szczęście jest dla mnie świętością. Jak na razie jest szczęśliwy, po co to psuć? - Byłeś szczęśliwy, Simon? – pytam. - Oczywiście, przecież braciszek przy mnie był. Pociesza mnie to. Miał kogoś, nie był sam. W przeciwieństwie do mnie. Jem kolację, a Simon siedzi naprzeciwko mnie, nachylony nad stołem i obserwuje kanapki, które unoszę raz po raz do ust. Matka kręci się po kuchni. Panuje napięta atmosfera. Jestem nad wyraz spokojna, Simon wyjątkowo milczący, a matka tak zła, że woli się nie odzywać. W końcu wybucha. - Dlaczego nie dasz sobie pomóc?! Flegmatycznie podnoszę wzrok, przeżuwam zawartość moich ust, połykam, potem popijam herbatą. W końcu decyduję się na odpowiedź. - Bo nie potrzebuję waszej pomocy, mamo. Ostatnie słowo niemal z siebie wypluwam. - Jesteś chora! - Nie krzycz. - Będę krzyczeć! Popieprzyło cię na dobre! JAK MOŻESZ MÓWIĆ, ŻE NIE POTRZEBUJESZ POMOCY?! - Nie unoś się! – Uderzam pięściami w stół, wstając. Simon się niepokoi. - Kto tu jest? Kto tu jest, co?! – Podchodzi do mnie, stajemy w odległości jednego kroku. – Przecież ciągle do kogoś mówisz! - Mówię do siebie. Simon staje za mną, stara się położyć ręce na moich ramionach, ale przechodzą przez nie. Krzywię się, drżę. - Co to było? – Widzę, że zaczyna panikować. – Co przed chwilą zrobiłaś? - Zimno mi. - W tym pomieszczeniu jest trzydzieści stopni, Mario! – Rozgląda się. – Do kogo ty mówisz?! - Do nikogo nie mówię! - Ej, to niemiłe. – słyszę cienki głosik z tyłu. - Daj sobie pomóc! - Po co mam przyjmować leki, które mnie niszczą, skoro nie są mi do niczego potrzebne, a tylko osłabiają mój organizm? Widzę, że się boi. Tak, boi się, jest przerażona. Kręci głową i znika za rogiem, zostawiając mnie samą. W końcu. Opadam bezradnie na krzesło. - Widzisz, nie mogę z tobą tak często rozmawiać. – szeptam pod nosem, mając świadomość, że mnie słyszy. Simon nachyla się nade mną. - Chodź do pokoju. Tam nikt nas nie będzie podsłuchiwał. - Tak bardzo ci zależy? – Opieram głowę na złożonych dłoniach. – Zamierzam poszukać czegoś na temat duchów. Chcę wiedzieć, dlaczego cię widzę.



Płeć: kobieta
Ocena: 5.25
Liczba komentarzy: 10    
Data dodania: 27.12.2012r.

1     

Skryta_w_Snach Użytkownik wpmt 25 04 2013 (13:14:52)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Moja ulubiona proza w całym portalu jest Twojego autorstwa ;)

subtelny demon Użytkownik WPMT 31 01 2013 (22:10:02)

Przede wszystkim: czy to NA PEWNO jest prolog? Bo - nie jestem ekspertem i mogę się mylić - ale czy nie jest aby czasem za długi? I jaką rolę miałby pełnić w stosunku do "właściwej" fabuły? Rozpoczynasz swoje opowiadanie "od środka", ale to mu absolutnie nie szkodzi. Wręcz przeciwnie - pokazujesz tym sposobem, że traktujesz swych czytelników z szacunkiem, ba, bierzesz ich za inteligentnych (!) ludzi. Właściwie nie mam pojęcia, o czym miałabyś pisać w "pierwszym" rozdziale, bowiem wszystko, co mogłabyś w nim zamieścić, "wtrąciłaś" - bardzo zręcznie - już tutaj. W związku z powyższym, nie mianowałabym tej części epilogiem.

Drugą, stricte techniczną sprawą - a mój dalszy komentarz będzie dot. się głównie takowych - jest umieszczanie tytułu w cudzysłowie. To błąd. Jesteś autorem tego opowiadania i nie cytujesz cudzego tytułu. Redaktor powinien to niezwłocznie poprawić.


- Simon mówi zdychaj.
Teraz patrzę na niego z pewną (...)

Zaimek miejscowy jest tu kompletnie zbędny - byłby na miejscu, gdybyś nawiązywała do jakiejś zmiany, którą tenże by akcentował. W sytuacji, gdy ledwo rozpoczyna historię, daje poczucia wyalienowania, niedopasowania. Absolutnie zdanie, które rozpoczyna, radzi sobie lepiej bez niego.

Podnosi się z klęczek i rzuca patyk ze złością, a ten; wchłaniany przez ziemię, znika.

Podejrzewam, iż ten średnik to wypadek przy pracy. Przecinek byłby ok.


Dużo się śmieje, w
większości;
wyśmiewa, ale to tylko kolejna z jego cech.
Ok, teraz zaczynam się zastanawiać, czy to taka Twoja "maniera" z tym średnikiem, niemniej zgłęb proszę jego zastosowanie - nie zastępuje bowiem przecinka we wtrąceniach, jak w przypadku wcześniejszym, ani, hm, pseudo-dwukropka? Nie wiem właściwie, co miałby robić w tym zdaniu.

Klepie mnie po plecach, mimo, że jego ręka przechodzi przez mój bark.

Drugi przecinek jest błędny. W przypadku połączeń wyrazowych, takich jak powyższe "mimo że", stawiamy przecinek przed całością wyrażenia; stawianie go przed samym "że" jest błędne.

O, już południe, OBIAD
.
Niepotrzebnie wcisnęłaś CAPS LOCK. Wystarczyłby wykrzyknik. WOŁAMI KRZYCZYMY W OSTATECZNOŚCI - w temacie dialogów - poza tym nachalnie to wygląda/brzmi, a tutaj zwyczajnie nieadekwatnie do sytuacji.

Dorównuje mu kroku i przez moment idziemy w milczeniu.
Dorównuję.

Nie mogę mu odpowiadać; mama kręci się w pobliżu, więc tylko jem i z pustką w oczach obserwuję ścianę.

Dla odmiany - przykład DOBREGO zastosowania średnika. ;)

W każdym razie ten denerwujący dźwięk przyprawia mnie o ból głowy, powoduje uczucie podobne do tego, kiedy się wymiotuje; ścisk w żołądku, uczucie pustki, ból bardziej psychiczny, niż fizyczny.

Wyliczasz - dwukropek, nie średnik.

- Hej, Maria. – marudzi – Pobawmy się w gotowanie. Lubię jeść.

Czasem jesteś bardzo konsekwentna i poprawna, innym razem gubisz się. I np. tutaj powinno być o tak:

- Hej, Maria – marudzi. – Pobawmy się w gotowanie. Lubię jeść.

albo

- Hej, Maria. – Marudzi – Pobawmy się w gotowanie. Lubię jeść.

Wiem, takie pierdoły, ale są ważne.

Ok, to chyba na tyle. Pamiętam jeszcze o kilku zjedzonych/błędnych przecinkach w zdaniach złożonych, jakieś zjedzone ogonki, no i głównie te średniki. Och i jeszcze myślnik, którym akcentujesz kwestię dialogową, powinien być "długi" (taa, mi też się nie chce nigdy w to bawić podczas pisania ;p).

Co do samej treści, bardzo dobrze prowadzisz dialogi, nie trącąc sztucznością. Twoi bohaterzy są prawdziwi (if you know, what i mean), ciekawie szkicujesz ich portrety, historie. Opowieść jest niebanalna, naturalna, sympatyczna, ale przede wszystkim wciągająca. Bardzo dobrym zabiegiem jest obdarzenie Simona miłością do jedzenia, co ciekawie kontrastuje z jego a-cielesnością, ponadto dopełnia jego postać.

Jak już pisałam, jestem bardzo ciekawa ciągu dalszego. Obyśmy nie musieli na niego długo czekać. ;)

subtelny demon Użytkownik WPMT 10 01 2013 (13:11:44)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Naprawdę świetnie zapowiadające się opowiadanie. Z przyjemnością doczytałam do końca. Kilka spraw co prawda wymaga dokręcenia, głównie technicznych, niemniej co do fabuły nie mam żadnych zastrzeżeń.

Jeśli znajdę czas, którego w tej chwili nie mam, wypunktuję Ci błędy, bo głupio byś miała je nieświadomie w kółko popełniać (chyba że swej powinności dopełni w końcu ktoś z redakcji). Ze swojej strony życzę weny na ciąg dalszy. Pozdrawiam

Ravennie Użytkownik wpmt 28 01 2013 (01:47:04)
Dziękuję bardzo za opinię i taką wysoką ocenę :)
Liczę na to i czekam na kolejny komentarz :)

Nowokaina Użytkownik wpmt 30 12 2012 (09:31:23)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj

Od razu napiszę, że zgadzam się z Terilą. Rzadko kiedy mam okazję czytać takowe prace. Na początku byłam nieco sceptycznie nastawiona, ale z czasem zrozumiałam, że stworzyłaś coś naprawdę swoistego i godnego uwagi. Jednocześnie, jest to niecodzienna praca. Wydaje mi się, że dzięki swojej pisarskiej wrażliwości jeszcze nie raz stworzysz coś takiego.

Co do strony technicznej, było całkiem nieźle. Momentami jednak pogubiłaś się w dialogach, nie wiedząc, czy po danej wypowiedzi bohatera, zdanie po myślniku powinnaś zacząć z wielkiej czy z małej litery. Wszystko da się poprawić.

Również piątka.
Pozdrawiam



Ravennie Użytkownik wpmt 30 12 2012 (23:35:27)
Dziękuję : )

subtelny demon Użytkownik WPMT 10 01 2013 (13:03:19)
Super, extra, ale może jakaś edycja by się przydała? Bo sądzę, że praca na nią zasługuje (i jej wymaga).

Terila Redaktor 28 12 2012 (16:59:06)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Cześć :)
Przyciągnął mnie tutaj tytuł, który pod koniec tekstu okazał się bardzo trafny.

Z pracy bije niesamowita autentyczność. Nic nie jest przerysowane, dzięki czemu pozwalasz błądzić czytelnikowi między domysłami czy Simon faktycznie jest duchem, czy może to objaw choroby psychicznej.
Dialogi są silnym atutem, wprowadzają naturalne niedopowiedzenia, tajemniczość, zagadkę. Postacie nie chcą wiele zdradzać swoim zachowaniem, słowami, myślami, ale wszystko to zdaje się uzasadnione. Odbiorca nie chce wymuszać od nich prawdy, ponieważ stwarzasz w swojej pracy bardzo intymną atmosferę, czytelnik staje się "podglądaczem" osobistych zdarzeń.

Co do strony technicznej, wolałabym, żeby wypowiedział się jakiś redaktor. :D

Znam różne rozwiązania podobnie prowadzonych historii, ale w tym przypadku nie chcę niczego przewidywać. Twoja wizja zdaje się być najciekawszą i na nią właśnie chcę zaczekać. Od Ciebie chcę się dowiedzieć, dlaczego Simon pojawił się w życiu Marii i kim właściwie jest.
Pozdrawiam. :)



Ravennie Użytkownik wpmt 28 12 2012 (23:47:07)
Obiecuję, że dodam fragmenty, kiedy tylko napiszę.
Dziękuję za pozytywną opinię, dzięki temu wiem, że godziny spędzone na tym nie są bezcelowe : )

Terila Redaktor 29 12 2012 (04:14:39)
Ależ proszę, cała przyjemność po mojej stronie. :D Teksty śmiało dodaj w swoim czasie, choć nie ukrywam, że czekam na nie z ciekawością. ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(36): 36 gości i 0 zarejestrowanych: