warto go przeczytać
Wieczorne niebo powitało królestwo Halvoru. Noc zapowiadała się dość spokojna. Gwiazdy rozrysowane na niebie niczym malutkie lampki pomagały niejednemu wędrowcowi przejść przez mroczną połać Galnoru. Ogromny las, który strzegł przedniego wejścia do królestwa powoli utulał swoje iglaste dzieci do snu. Ciepłe powietrze osładzało krainę, od czasu do czasu lekki podmuch wiatru zaklekotał w szybie. Czuwanie przed główną bramą przypadło Diego i Rafusowi. Byli to dwaj przyjaciele, dzielni wartownicy, najczęściej to właśni im dostawały się nocne dyżury, ale nie narzekali. Późne godziny już od dawna były spokojne. Ostatni raz orkowie zapuścili się w ten teren cztery lata temu i raczej nic nie zapowiadało ich kolejnego najazdu, zwłaszcza, że los jaki ich spotkał nie powinien zachęcać współbratymców do wybierania sromotnej śmierci u stóp Galnoru. Noc dłużyła się niczym nieskończona próżnia, toteż od czasu do czasu równowaga wartowników została zachwiana przez senną mgłę. Jedynie melodyjne szepty ptaków ubarwiały bezszelestną woń mrocznej otchłani. Znużenie coraz bardziej oplatało powieki pokusą opadnięcia, a tym samym odejściem w głąb dzikich krain, w jakie zaniesie je sen. Diego, który bardziej przypominał jakiś zapomniany posąg, zainspirowany wołaniem sowy ocknął się, podskoczył do góry, chcąc chociaż w najmniejszym stopniu rozgrzać zziębnięte ciało.
- Kolejna spokojna noc- rzekł nie unikając przy tym ziewnięcia.
Przyjaciel nawet nie miał ochoty mu odpowiadać, więc początek tej nie prowadzącej do niczego rzeczowego rozmowy stał się jednocześnie jej ślepym końcem. Diego rozglądał się po ciemnym płaszczu krajobrazu jakby szukał czegoś, sam nie wiedząc czego. Nagle, gdzieś w oddali zamajaczyły dwa niewyraźne światełka, z którymi w parze rozchodził się szmer zgniatających liści. W pewnym momencie światełka stanęły w miejscu, zachwiały się i z niewiadomej nikomu przyczyny znikły niczym zgaszona lampka. Po lesie rozległ się trzask złamanej gałęzi, co niemal od razu postawiło na żywe nogi wartowników. Chwilę później w powietrze uniósł się przerażający krzyk, jakby wydobyty ze źródła, które właśnie co zostało głęboko zranione. Obaj odruchowo chwycili za rękojeść miecza i próbowali wypatrzeć lub usłyszeć, czy owe zdarzenie nie było jedynie wybrykiem jakiegoś leśnego zwierza.
- To raczej nie zwierze – odparł Rafus – łamiąca się gałąź spłoszyła by go, a przynajmniej zmusiła do zdradzenia jakichś kroków. Musimy podejść tam i zobaczyć, co się stało, ewentualnie wypadać ślady na wypadek, gdybyśmy nic w pobliżu nie ujrzeli.
- Spacerowanie we dwóch o tej porze chyba nie jest rozsądnym pomysłem – zripostował zaniepokojony Diego – powinniśmy wziąć kogoś do kompani. Co zrobimy, jeżeli to wszystko okaże się zasadzką?
- Bzdura! Przecież to były tylko dwa światełka. Jeżeli tą zasadzkę zgotował nam jeden ork lub jakaś inna poczwara, to tylko dowód głupoty, jaką posiada owa tajemnicza istota. Chodźmy tam, starając się bezszelestnie przebyć dzielącą nas od miejsca zdarzenia odległość.
Diego szedł drugi, jakby zmagając się z wszechogarniającym go strachem i napędzającą go niepewnością. Niemal nie zdradzając znaku obecności uszli kilkadziesiąt metrów, po czym Rafus intuicyjnie stanął, jakby zaczął przeczuwać nadciągające niebezpieczeństwo. Ciężko przełykali ślinę, ich oddech nie był równomierny, a serce dudniąc wręcz pragnęło uciec z trzęsących się ciał. Teraz nawet mucha bzyczącym koło ucha szeptem byłaby w stanie wystraszyć wartowników. Nagle po lesie echem rozległ się ochrypły oddech, gałęzie zatrzepotały, by po chwili wszystko ucichło. Diego w tym napięciu nie miał wręcz odwagi nawet wyszeptać jakiegoś słowa w stronę przyjaciela, wyciągnął z pochwy miecz, który rozbłysnął blaskiem odbijającym się od gwiazd. Gałęzie znów zatrzepotały, tym razem trochę ciszej, jakby ktoś obcy próbował się skradać, Rafus delikatnie podbiegł w stronę usłyszanego trzepotu, ochrypły oddech dał się usłyszeć wyraźniej. Obaj podeszli bliżej, skuszeni tajemniczym głosem, gdy niespodziewanie przed nimi stanęła niemal dwa razy większa, dwunożna bestia. Zwierze pokryte ciemną, łuskowatą skórą rzuciło się z impetem na przybyłych. Ostre niczym rozjuszona strzała kły błyszczały w zapienionym pysku. Drapieżnik szybkim, zwrotnym ruchom szyi oraz skocznymi łapami próbował zaskoczyć rywali. Diego wyskoczył mu naprzeciw i machając długim sztyletem starał się zranić gada, jednak ten swym długim ogonem, przypominającym bicz zakończony ostrym szponem przejechał po jego piersi. Żądło na pół wbite w ciało rywala przepłynęło po nim z taką delikatną łatwością niczym wiosło po wodzie. Diego upadł na kolana wypuszczając z okradzionych z sił dłoni klingę. Jego klatka piersiowa zmieniła się z ścianę, z której spękane usta wypluwały konającą krew. Otaczający go krajobraz zmienił się w zamgloną próżnię, która ściskała go wysysając tchnienie z coraz płytszego bicia serca. Wartownik wstrzymał oddech. Ochryple syczący cień zbliżył się doń przenikając duszę niczyim wzrokiem. Rafus niedowierzającym spojrzeniem patrzył jak przyjaciel powoli wyciągnął dłoń w geście zwycięstwa, po czym w swej bezradności całując ziemię pod łapami stwora przywitał sen wieczny. Poczwara najwyraźniej była tak głodna bądź rozochocona zwycięstwem, że nawet zapomniała o pozostałym na polu bitwy Rafusie. Pochyliła się nad leżącym, węchem sprawdzając czy zdławiła jego życie i czy może zabrać się na zasłużony posiłek. Nagle przed jej ślepiami zatańczył miecz, by po chwili zagościć w jej szkarłatnym wnętrzu. Bestia wyjąc w stronę rozzłoconego firmamentu, zatańczyła obłędnie niczym ukłute wiatrem ognisko, a następnie runęła z impetem na ziemię. Niedługi czas leżała z piskliwym pyskiem, skierowanym w stronę martwego przeciwnika. Jej okno na świat powoli domykało się, jakby zdając sobie sprawę, że sidła czasu znicawiają materialną powłokę.
Starcie dobiegło końca. Kurz bitwy wysączył ból z iglastych łez Galnoru. Drzewa odetchnęły oczyszczając powietrze. Rafus podbiegł do nieżyjącego już przyjaciela, który leżał bezsilnie obok drzewa. Jego twarz wyrażała spokój, jakby była pochłonięta uczestnictwem w jakiejś kojącej wyprawie w nieznane. Rafus ułożył go na plecach, wsadzając trzon miecza w uścisk dłoni, a następnie przywarł go do piersi. Postanowił wrócić do miasta, by opowiedzieć o całym zdarzeniu. Miał zamiar wrócić ze strażnikami po zmarłego. Chciał bowiem, aby jego przyjaciel został pochowany obok miejsca, gdzie razem z nim strzegł wejściowej bramy. Ruszył więc w drogę, cały czas rozmyślając o zaistniałej sytuacji. Twarz Diego ciągle przewijała się przez jego zaplątany umysł. Wyglądał jak bezradne dziecko, które pozbawione okrycia wołało bezszelestnie o pomoc. Wokół dało się wyczuć smutek, nawet pieśń słowików ucichła, wyraźnie przybita krwawiącym sztyletem. Gdzie nie gdzie modlitewny szept pogrążonej w zadumie sowy dodawał otuchy wilgotnemu powietrzu. W pewnej chwili coś tchnęło Rafusa, który przystanął na moment. Przypomniał sobie o światełkach, które zwabiły ich do zasadzki. Był wyraźnie przekonany, że nie miały one nic wspólnego z Ząbiakiem. Tajemnicze lampki zanim zgasły obniżyły się w dół, jakby ścięte brakiem sił, bądź przygwożdżone przez przewyższający je młot. Postanowił wrócić na miejsce, w którym doszło do całego zdarzenia. Nie zobaczył tam jednak nic interesującego prócz śladów wydeptanych podczas bitwy. W pewnym momencie do jego prawego ucha doszedł osłabiony, ledwo słyszalny jęk. Nie było wiadomo do jakiego stworzenia ów głos mógł pochodzić. Rafus zwrócił oczy na Diego, nadzieja z powrotem zaświeciła w jego piwnych oczach. Podbiegł szybko do leżącego towarzysza. Obraz, który zobaczył był jednak taki sam, jak w chwili odejścia. Mimika twarzy nie zmieniła się, usta były chłodne, powieki przysłonięte żarem wiecznego snu. Rafus chwycił za trzon swojego miecza i spojrzał na zwierze. Jak dotąd był przekonany, że zabił bestię. Pysk stwora był nienaruszony. Zaciskał on mocno zęby i było widać, że ostatnie chwile życia spędził w cierpieniu. Przednia cześć ponurej jamy była splamiona krwią, której źródło narodziło się w miejscu złamanego kła. Krew była dość świeża, jednak Ząbiak nie poniósł takich strat podczas walki ze strażnikami. Na chwilę przed zgrzytem musiało dojść jeszcze do jednej potyczki. Noc coraz bardziej stawała się tajemnicza, co napawało strażnika niepokojem. Po raz kolejny dało się usłyszeć nieznajomy jęk. Rafus postanowił bezszelestnie pójść w kierunku, z którego pochodził dźwięk.
Przebywszy dystans około trzydziestu metrów stanął u stóp wielkiej jaskini. Z jej głębi wydobywał się dławiący smród, w obrębie wejścia gniły pogruchotane kości, gdzie nie gdzie wbity w ziemię miecz samotnie opłakiwał rozstanie z jego właścicielem. Na jednym zawieszony był lekko pęknięty hełm. Rozszarpane szaty, porozrzucane po terenie niczym jesienne liście wydawały się być ostrzeżeniem przed wejściem do zagadkowych czeluści. Z jednej strony chęć zajrzenia w głąb jaskini kusiła Rafusa. Po drugiej stronie stało jednak zaniepokojenie widokiem tych, którzy nie przeżyli spotkania z nieznanymi siłami mroku. W tym momencie kolejny jęk, już bardziej wyraźny wykluł się z głębi jaskini. Był oschły, całkowicie obdarty z sił. Żaden inny dźwięk nie unosił się powietrzu. Najwyraźniej w środku uwięziono jakiegoś człowieka, który ostatnią resztką życia próbował wołać o pomoc. Rafus nie był przekonany, co do bezpieczeństwa wejścia w głąb jako nieproszony gość. Obawiał się kolejnej zasadzki. Podejrzewał, że jakaś poczwara siedzi w jaskini i tylko czyha, aż ktoś do niej wejdzie, aby przywitać się ze śmiercią. Strażnik uzbierał kupkę liści, rozpalił ognisko w nadziei, że żar wypłoszy ciemne moce albo przynajmniej oświetli teren. Niedaleko ogniska znalazł łuczywo. Pochodnia najwyraźniej nie było wcześniej używana, gdyż ani smoła, ani włosy lnu pozostały nienaruszone. Jej właściciela widocznie spotkał surowszy los. Rafus odpalił iskrą ogniska smolistą substancję pochodni i postanowił wejść do jaskini, rozświetlając sobie prowadzącą doń ścieżkę. Nora nie była zbyt wielka. Posiadała niewielki korytarz, na ścianach którego widniały nieczytelne, zamazane zapiski bądź malowidła. Idąc dalej wartownik natknął się na niewielki pokoik, o dziwo pościelony zniszczonym już dywanem, na środku którego stał skalny piedestał. Wokół postumentu usłane były świeczki. Najwyraźniej w owym miejscu dawniej czczono jakiś rodzaj magii, bądź bóstwa. Na piedestale nic jednak nie stało, toteż trudno było odszyfrować prawdziwe pochodzenie tajemniczego miejsca. Niedaleko, w kącie stała otwarta skrzynia, a obok niej leżała tajemnicza postać. Rafus szybko podbiegł do niej, przewrócił na plecy, by zobaczyć twarz. Był to mężczyzna ubrany w wiejskie łachy. Ledwo żył. Nie wiadomo jakie szaleństwo przysłało go tutaj, miał jednak sporo szczęścia, że został znaleziony. Być może czas jego życia był zbyt młody i misja mu powierzona nie uległa zamknięciu albo po prostu przybycie Rafusa było jedynie zwykłym zbiegiem okoliczności.
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 31.10.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 30 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Pawlak, dezerter89