warto go przeczytać
Dotychczas uwielbiałam soboty, ale od września już nie są miłe. W weekend zawsze mam więcej wolnego czasu i nie umiem nic ze sobą zrobić. Moje myśli kierują się ku różnym tematom, jednak najczęściej użalam się nad sobą. Nie boję się tego powiedzieć wprost, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Jednak to coś na kształt uzależnienia, nie potrafię przerwać tego kręgu. To wszystko boli… Dziś rano, kiedy tylko wstałam, otworzyłam okno. Nagle zerwał się wiatr, tak gwałtowny i porywisty, idealnie oddający moje uczucia pozaklinane w środku duszy. Zrozumiałam, że to wszystko musi się skończyć. Zbyt wiele czasu minęło; dziś jest dokładnie dwudziesty pierwszy września. Nie mogę tak żyć, jest to zbyt trudne. Nasze Rubinowe Lato może przecież trwać za pomocą Internetu. Będę go widzieć prawie realnie, gdyż kamera uczyni cuda.
Tak pocieszona, w jakiś sposób zdołałam podjąć decyzję o ponownym odwiedzeniu czereśni. Musiałam z powrotem wkupić się w jej łaski, bowiem dawno nie odwiedzana, zdziczała nieco i nie zamierzała przyjmować gości. Powitała mnie chłodno, jednak czarująca, bowiem nie straciła ani krztyny swego powabu i wdzięku. Powoli wspinałam się ku górze. Mimo swoich intencji, spoczęłam już na ‘drugim piętrze’, czyli drugiej gałęzi wzwyż. Nie potrafiłam wejść wyżej. To było takie dziwne. Nagle ogarnęła mnie jakaś siła i ciągnęła ku dole. Nie dałam rady wspinać się dalej, musiałam poddać się woli ukochanej czereśni.
Wreszcie, po godzinie spędzonej z drzewem, postanowiłam wrócić do domu i pouczyć się trochę. Jakże niefortunny czas sobie wybrałam! Ledwie weszłam do domu, jak zwykle cicho i wręcz niewidocznie, usłyszałam dwa głosy. Pierwszy rozpoznałam natychmiast, był to oczywiście głos mojego dziadka. Dopiero kiedy wsłuchałam się w szemranie, pojęłam, że rozmówcą mojego opiekuna jest dziadek Michała. Zaciekawiona, podeszłam bliżej drzwi, ku łazience. Moje nogi leciały w powietrzu, ciało wyginało się, starając się poczynić jak najmniej hałasu. W skupieniu dostałam się do łazienki i skupiłam się na podsłuchiwaniu rozmowy, omamiona nadzieją, że dowiem się czegoś nowego o Michale i jego życiu za granicą.
- To bardzo trudna sytuacja… Jednak mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Moja córka… ona zawsze była bardzo silną kobietą. Wiele przeżyła, jednak twardy charakter trwał z nią od dzieciństwa. Pamiętasz, jak bardzo była uparta… Tak, tak… Ale, tak się zastanawiam… Ona się załamie… Jeśli… jeśli już się nie załamała… Boże, Boże! Najpierw Nepomucen, potem Michał!
‘Nepomucen, potem Michał?’ – myślałam ze zdziwieniem, próbując się domyślić, o co chodzi, jednak ciemnota umysłu wciąż się mnie czepiała.
- Ale przecież Michał musiał mieć jaki powód – stwierdził mój dziadek, wyraźnie chcąc pocieszyć swojego wieloletniego przyjaciela. Jednak nie mógł i to się wyczuwało w sposobie jego mówienia.
- Miał, miał… - dziadek Michała co chwilę przerywał, wydawał się szlochać i załamywać. – Boję się, że tu chodzi o wyjazd z Polski… Może nawet o twoją wnuczkę…
- O Florę? A cóż ona może mieć z tym wspólnego? – dziadek wyraźnie się zdziwił.
- To była prawdziwa przyjaźń. Widziałem to… A… A Michał był… Tylko kilka lat brakowało mu dorosłości. On dorastał. Wydaje mi się… Tylko nie neguj tego, dobrze, Eustachy?
Dziadek obiecał się nie sprzeciwiać jego słowom.
- Wydaje mi się, że… to mogłaby być miłość.
- Flora i Michał? Jesteś pewny?
- Tak… I to wydaje mi się prawdziwym powodem jego… śmierci.
I wtedy się rozpadłam. Na wieki, na zawsze… I wszędzie. Już nie byłam Florentyną z małej wsi, tylko cząstkami dziewczyny rozsianymi po całym świecie. Trwałam sobą w najpiękniejszych miastach świata, szukając jego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak zginął. Przyłożywszy rękę do ust i stłumiwszy okrzyk przerażenia, wybiegłam, głośno tupiąc nogami. Z impetem wpadłam do swojego pokoju i przekręciwszy klucz w drzwiach, rzuciłam się na łóżko. Płakałam, aż do utraty tchu. Traciłam samą siebie, swój puls, świeżość myślenia. Wszystko przysłaniała złocista mgiełka i niepewność. Jak zginął? Gdybym wtedy zapytała, oni wiedzieliby, że podsłuchiwałam. Cudem Boskim było to, że nie usłyszeli wówczas mojego tupania.
Po pół godzinie byłam już bliska omdlenia. Zamknięta w pokoju, w kółko otwierałam i zamykałam okno. Każde moje działanie sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej. Mogłam tylko myśleć o tym, co się stało. Wspominałam jego twarz, wyobrażałam sobie jego sylwetkę, słowa, jakimi by do mnie przemawiał w takiej sytuacji. Czy pocieszałby mnie, czy też po prostu przemawiał o jakiś błahych sprawach? Nie mogłam się już dowiedzieć i to bolało najbardziej. Nagła, bardzo frustrująca świadomość, że jego już nie ma, nie ma, nie ma…
Serce wciąż wybijało nerwowe powiadomienia dla kruchego, pustego umysłu.
Chciałam się tylko dowiedzieć…
Po godzinie przyjaciel dziadka wreszcie wyszedł. Usłyszałam kroki, które wskazywały na to, że zaraz wejdzie do mojego pokoju i będzie chciał porozmawiać. Oczekiwałam tej rozmowy, bardzo się jej bałam, ale wiedziałam, że cokolwiek uczynię, wszystko i tak obróci się przeciwko mnie. Postanowiłam czekać na jego krok.
Po dwudziestu trudnych minutach stania na korytarzu, dziadek zdecydował się nacisnąć klamkę mojego pokoju. Kiedy okazało się, że drzwi są zamknięte, z pewnością mocno się zdziwił.
- Flora? Jesteś tam?
- Jestem – odpowiedziałam cicho i ciężko podeszłam do drzwi, aby je otworzyć.
Dziadek wpadł z impetem do środka, objął wzrokiem moją zaczerwienioną od łez twarz i wreszcie przemówił.
- Florciu, musimy porozmawiać.
To, że chciał być miły i zamierzał pomóc, rozwścieczyło mnie jeszcze bardziej. Nie myśląc, nie wariując, wysyczałam cicho słowa przeklętej rusałki.
- Ale ja wiem, do cholery!
- Nie klnij – upomniał mnie spokojnie i zerknął w bok. Po chwili milczenia zdecydował się mówić dalej. – Więc wiesz?
- Wiem. On… on… nie żyje, tak?
- Tak. Skąd o tym wiesz?
- Słyszałam... to znaczy… podsłuchiwałam! – załkałam, trzymając się łóżka ostatnimi siłami. Wbijałam w nie moje ostre, obgryzione paznokcie. Traciłam siłę przez takie trzymanki.
- Ach, tak. Podsłuchiwałaś – stwierdził tak obojętnym tonem, jakby komentował pogodę za oknem.
- Powiedź coś! Cokolwiek! No, powiedź! – wykrzyczałam, nie mogąc znieść jego opanowania. Chciałam, żeby powiedział mi coś swoim moralizatorskim tonem, żeby skrytykował moją wulgarność, złośliwość i podsłuchiwanie. A on nic. Siedział i uważnie oglądał podłogę.
Wreszcie spojrzał na mnie, tak jak się patrzy na lustro, lustro, które jest tylko skrawkiem otoczenia.
- Im się tam dobrze wiodło. Ale jego matka i ojciec pracowali, Michał miał szkołę do późna, a Nepomucen któregoś dnia wracał sam. Rzuciły się na niego jakieś męty, zaatakowały… Nie wrócił na noc, zaalarmowali tamtejszą policję. Znaleźli go rano w jakiejś małej uliczce i to martwego… - rzekł dziadek, patrząc z umiłowaniem na brudną podłogę.
- Ale jak? – wymamrotałam, nie mogąc uwierzyć. Ten mały chłopiec, tak kochający życie? Człowieczek, który interesował się wszystkimi? Czy tam żyją tak okropni ludzie?
- To były pijane męty, gnojki – dziadek o mało nie splunął. – Nie znali się na niczym, tylko pili. Pewnie chcieli pieniędzy, jak to bywa z takimi…
- A… A Michał?
- Poczekaj, po kolei. Jego rodzinę to załamało. Wszczęła dochodzenie. Ten… ten ojciec Nepomucena bardzo go kochał, tak twierdzi Florian… Znaleźli chamów. Na razie toczą się rozprawy, ale pójdą siedzieć, to rzecz wiadoma. Szkoda tylko, że skurwysynów nie powiesili!
I… i tu dochodzimy do gorszego momentu… Michał się załamał. Widziałaś, że opiekował się bratem, oni się bardzo kochali. Michał był dla niego ostry, ale to z troski o niego…
- Przecież wiem – wyjęczałam, z oczami pełnymi łez.
- Tak, ty to wiesz. Znałaś ich lepiej niż ja, a ja powtarzam tylko opinie… Podobno trzy dni temu Michał… Michał nie wytrzymał tego, napisał listy do rodziny…
- Napisał? – zdziwiłam się, trochę głupio, ale widać taki mój charakter.
- Tak… Poszedł na most… Jakiś zrujnowany, opuszczony… Ponoć na obrzeżach miasta… Skoczył do rzeki.
- I nikt go nie widział? Nie zareagował?!? – wykrzyczałam, emocjonując się tak, że rozklekotane, rozwrzeszczane serce chciało wypaść mi z piersi.
- Widzieli. Są świadkowie, ale przybiegli za późno. Michał wpadł w wir wodny… Skoczył i krzyczał, że… że ‘chce być wolny’, czy coś takiego… No i najwyraźniej jest wolny…
- Chciał być wolny? To, co go trzymało? Dawno mógł być… - denerwowałam się.
- On tęsknił za bratem, to się ewidentnie rzuca w oczy, Floro – oznajmił stanowczo dziadek.
- I nie chciał tam jechać. Mama mu kazała.
- Chciała dla niego dobrze…
- Wszyscy to powtarzają jak jakąś mantrę! Wszyscy! A może byłby szczęśliwszy, gdyby tu został? I może ja też bym była?!?
Zapadła cisza. Płynęła niespokojnymi, szalonymi falami, obmywając nasze spłowiałe twarze. Nie było się gdzie schować. Należało odpierać nacisk wody.
- Florciu… Kochałaś go? – dziadek zadał odważne pytanie po chwili ciszy.
- Nie! Dlaczego wy wszyscy…
- Nie wszyscy! Nie mierz mnie miarą innych, Floro! – przerwał mi bezlitośnie.
- No dobrze, nie wszyscy… Ale ty…
- Ja nie… Ja daję ci prawo wyboru.
- Więc wybieram. Nie kochałam go i nie kocham. To był tylko przyjaciel, dobry przyjaciel, który wiele dla mnie znaczył…
- A więc dobrze pielęgnuj jego pamięć, Florciu. W komputerze… Jego rodzice zeskanowali ci jego list do Ciebie. Masz go na mailu. Prawdziwa wersja przyjdzie pocztą…
Wyszedł, nie oglądając się na mnie, zapewne głęboko wierząc, że tak będzie lepiej. Że pragnę spokoju, ciszy, przemyślenia sprawy. Guzik prawda! Marzyłam o bliskości. Bardzo chciałam znowu być mała, żeby ktoś mnie ucałował w główkę, przytulił z całych sił… Pokazał, że mu na mnie zależy. Nagle przestałam być dojrzałą, często poważnie zachwianą nastolatką. Wróciłam do etapu małego dziecka i gorąco wierzyłam, że nadal nim jestem i pozostanę.
Po pewnym czasie opanowałam się na tyle, aby wstać z łóżka i uruchomić komputer. Drżącymi rękoma wpisywałam dane, aby się zalogować. Następnie, pełne niepokoju i rozchwiana emocjonalnie, czekałam, aż załaduje się skrzynka, po czym kliknęłam w dany list. Obrazek ukazał się natychmiastowo.
Ot, biała, nieskazitelnie czysta kartka jako tło i atramentowa kaligrafia młodego, zrozpaczonego chłopaka.
Zaczęłam czytać.
Nie będę pisał jakiś głupiutkich pożegnań, zbędnych słów. Pragnę przekazać Ci tylko to, co najważniejsze. Rodzice mają przykazane, aby dać Ci ten komunikat. Wierzę, że dopełnią swego obowiązku.
To wszystko brzmi jak film sensacyjny. Idzie sobie chłopiec, chłopiec zbyt mały i niewiele wiedzący o życiu, jednak idzie. On chce poznawać to życie całym sobą. Niestety, los mu w tym pomaga. Bo na drodze chłopca stają jakieś bandziory, którzy bez skrupułów atakują. Nie wiadomo nawet, czy chłopiec się bronił… Zapewne tak, ale nieśmiało – w jego przypadku pewnie przerażenie wzięło górę, jak to się dzieje w takim wieku. Można się pocieszać, że to samo mogłoby się stać także w Polsce, na jakiejkolwiek uliczce. Ale co z tego, skoro stało się właśnie tu?
Starałem się o tym zapominać, trzymać uczucia w ryzach i zdystansować się, ale… Wszystko zawiodło. Bo już nic nie jest takie jak dawniej. Wiem tylko, że Ty mnie zrozumiesz. Nasze ostatnie rozmowy dały mi wiele do myślenia i zdecydowałem, że Tobie mogę powierzyć wszystko. Pytanie tylko, czy jesteś na tyle silna, aby czytać dalej. Jeśli nie, odłóż kartkę lub spal, lecz jeśli tak, czytaj dalej.
Cóż, jeśli to czytasz, to jesteś odważna. A ja nie. Może miałaś mnie czasem za takiego, ale tchórzostwo przebija się coraz częściej w mojej ogólnej aparycji. Najwyraźniej taki los…
Odkąd Nucka już nie ma, coś we mnie umarło. Nadal czuję do Ciebie głębokie uczucie, ale z racji tego, co nastąpi, postaraj się o tym wszystkim zapomnieć. Będzie Ci tym łatwiej, że łączyła nas tylko przyjaźń. A szacunek, pamięć i względy to obrządek, który odprawia się raz do roku, zazwyczaj na Święto Zmarłych. Wypełniaj go, zachowaj mnie żywego. Jednakże odnajdź także swoją prawdziwą miłość i żyj pełnią życia. Jak już mówiłem, śmierć Nucka sprawiła, że i ja umarłem. Znaliśmy się długo, odkąd się urodziłem, często się nim opiekowałem. Bywałem dla niego szorstki, ale i oddawałem mu sprawiedliwość w razie potrzeby. Mogę się pocieszać, że rzadko bywał niesłusznie ukarany przeze mnie. Nie mogę dłużej bezkarnie żyć, kiedy jego już nie ma. Nocą nawiedzają mnie dziwne zjawy i napominają, że życie będzie jeszcze trudniejsze. Widzę siebie za dziesięć, dwadzieścia, czterdzieści lat… To nie jest miłe. Nie potrafię żyć i mówię to bez ogródek. Zamierzam umrzeć, może sposobem zbyt konwencjonalnym, jednak sprawdzonym przez wielu i trafnym.
Boli mnie, że nie spełniam przyrzeczenia, które dałem Ci przez telefon. Mam tylko nadzieję, że przez wzgląd na okoliczności, zrozumiesz. Nie zobaczymy się już więcej, ja będę w piekle, ty w niebie i to dopiero za kilkanaście lat.
Mocne zakończenie, zero tkliwości, zero banału, po prostu bijąca po oczach dojrzałość.
Mając to na uwadze, na moją twarz wpłynął lekki uśmiech. Chciał się pożegnać ze stylem. Poderwałam się ze stołka i widocznie uczyniłam to zbyt szybko, gdyż zemdlałam i ocknęłam się dopiero po jakimś czasie. Widziałam nad sobą tylko zaniepokojonego dziadka. Przymknęłam oczy ze spokojem w duszy…
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 03.11.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 28 gości i 5 zarejestrowanych:
exother, 77majka77, Mii, Pawlak, dezerter89