Pseudonim: Mozzie
Imię: Gosia
Skąd: Kraków
O sobie: "If you want a happy ending, that depends, of course, on where you stop your story" ~ Orson Welles
Napisanych prac:
- nowości: 7
- wiersze: 63
- proza: 15

Średnia ocen: 5.1
Użytkownik uzyskał: 401 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Z wynurzeń huśtawki..." 06.10.2011
"Stres" 31.12.2011
"Ukartowana" 17.01.2012
"Wyznania pralkoholika" 08.10.2011
"Rozwiane popołudnie" 18.12.2011

Inne prace tego autora:
"Rozwiane popołudnie" 18.12.2011
"Pięta antylopy, cz. 1" 21.05.2010
"Z wynurzeń huśtawki..." 06.10.2011
"Szopka, część I" 07.02.2012
"Pięciolistna koniczynka..." 05.04.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Rozwiane popołudnie

Każdego dnia ludzie obiecują sobie miliardy rzeczy. Zaczynając od takich prostych obietnic jak posprzątanie pokoju albo umycie naczyń, kończąc na przysiędze małżeńskiej, kapłańskiej, czy tej składanej bliskim na łożu śmierci. Zdarza nam się robić to ot tak, odruchowo. Ktoś prosi, a my po prostu dajemy słowo, że to zrobimy. A potem zaczynają się kłótnie, bo wyjątkowo szybko zapominamy o przyrzeczeniach. Ja nie umiałem. Nie w tej sprawie. Nie w tym życiu. Nie w tej śmierci. A tamta była piękna. Miała oczy jak płatki alpejskich niezapominajek, burgundowe usta i liliową cerę. Jej włosy lśniły swą czerwienią w pełnym, lipcowym słońcu. Były lekko pofalowane, czasem nieco skołtunione, ale zawsze robiły wrażenie. Nawet, kiedy była rozczochrana, poplamiona i niezadbana, kochałem ją i chciałem spędzać z nią czas. To były nasze wspólne rozwiane popołudnia. Łapaliśmy wiatr w swe objęcia i wyciskaliśmy z niego każde ostatnie tchnienie trawy. Zwykle leżeliśmy wtuleni w siebie, frywolnie bawiąc się z czasem w chowanego. Zdarzało mi się zapominać, że to szczęście kiedyś będzie musiało się skończyć. Z transu budzili mnie dopiero Gunsi. 'Cause nothin' lasts forever And we both know hearts can change And it's hard to hold a candle In the cold November rain Wtedy pojawiały się nerwice. Zaczynało się od zwykłych napadów lęku, potem nagle rzucałem wszystkim, a gdy już nic mi nie zostało do rozwalenia, płakałem. Ale nie tak, jak te wstrętne nastolatki, kiedy łamią ostatniego tipsa. Ja przelewałem łzy jak żołnierz krew na polu bitwy. Wiedziałem, że są one elementem mojej walki z losem. Buntowałem się, bo nie widziałem innego rozwiązania. Byłem trochę jak Heathcliff, tylko bez udziału Edgara Lintona w całej tej sprawie. Jednak zawsze starałem się opanować, gdy Lena była obok. Nie chciałem, żeby widziała, jak cierpię z jej powodu. Muszę przyznać, że trochę bałem się tego, że gdy zobaczy, że ewidentnie nie daję rady, zostawi mnie dla mojego własnego dobra. W tej sytuacji nie mogłaby zrobić rzeczy głupszej. Bo z nią, czy bez niej, i tak bym się w końcu załamał. Ona mogła tylko pomóc mi stawić czoła własnym lękom. - Kochanie, mógłbyś mi coś obiecać? - zapytała kilka dni przed śmiercią. Najwyraźniej wyczuwała, że już długo nie pożyje. - Oczywiście, moja droga – odparłem bez zastanowienia. - Kiedy odejdę, a wiesz, że tak będzie już wkrótce... – głos jej zadrżał, ale tylko na chwilę – pochowaj mnie na tej łące i codziennie zapalaj jeden i ten sam znicz. Zielony, bo wiesz, jak lubię ten kolor, daje mi nadzieję na to, że kiedyś znowu będziemy razem. Przychodź o tej samej porze. Będę chciała z Tobą dalej spędzać czas, jak za życia. Wiedz, że kiedy tylko zawieje wiatr, złączymy się na te kilka godzin w radosnym uścisku. I nie bój się, Dominiku. Po tych słowach pocałowała mnie, delikatnie i namiętnie, jednak w moich ustach było zbyt dużo goryczy, żebym mógł się cieszyć tym spontanicznym gestem. Mieliśmy okazję do jeszcze kilku tego typu schadzek. Nie pamiętam z nich wiele, bo byłem wtedy bardzo pochłonięty staraniem o ukojenie serca, to przyćmiło słodkie przyjemności. Potem odeszła. W chwili śmierci na jej twarzy gościł uśmiech. Jak zawsze. Mi z kolei trudno było powstrzymać łzy, nie miałem już siły udawać. Wiedziałem, że teraz wszystko będzie beznadziejne, straciłem cały sens życia. Moja nadzieja była rozwiana. Pochowałem ją tam, gdzie chciała. Na jej pogrzebie, na przekór sobie, zagrałem „Don't cry” zespołu Guns N' Roses. Chociaż myśl przewodnia tej piosenki została całkowicie zatracona, bo powinna być skierowana do mnie, nie do niej, zrobiłem to najlepiej, jak umiałem. Dla niej. Bo tego właśnie pragnęła. Nie miała rodziny. Wychowywała się w domu dziecka, gdzie ciężko było nawiązać jakiekolwiek przyjaźnie, więc chyba byłem jedyną osobą, której tak naprawdę na niej zależało. Mimo tego, żegnał ją tłum ludzi. Nie wiem właściwie, skąd się tam wzięli, ale przyszli, poszli, zapomnieli i dla nich to było na tyle. Przez pewien czas trochę im zazdrościłem. Jej śmierć tak bardzo ich nie dotknęła. Ale potem zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że przecież tak wiele stracili, z tych rzeczy, które ja zyskałem wraz z jej poznaniem. Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj. Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj, nie! Bo przyjaciela straciłbyś, Bo przyjaciela straciłbyś, jak ja! Już następnego dnia pojawiłem się na naszej łące. Przyniosłem ze sobą gitarę i zacząłem grać. Wiatr to delikatnie muskał moje policzki, to drapieżnie szarpał za długie włosy. Wyraźnie czułem jej obecność. Zdałem sobie sprawę z tego, że ona również nie do końca pogodziła się ze swoją śmiercią. Stąd te zawirowania. A poza tym, w innym wypadku kazałaby mi zacząć żyć teraźniejszością, zapomnieć. Przecież była tak dobrą osobą, nie chciała psuć mi życia. Ona tylko radziła, jak sobie z nim radzić. Przychodziłem tam aż do pamiętnej niedzieli. W drodze na łąkę spotkałem dawną znajomą. Miała na imię Jagoda. Poznałem ją w parku, kilka lat temu, jak jeszcze chodziłem do liceum i lubiłem opuszczać zajęcia. Od tego przypadkowego spotkania wszystko się zaczęło. Spędzałem z nią mnóstwo czasu, nawet więcej niż kiedyś z Leną. Jednego dnia wpadłem na pewien pomysł. Postanowiłem zabrać Jagodę na łąkę i opowiedzieć jej o mojej utraconej miłości. Tak mocno się wtedy wzruszyłem, że kompletnie zapomniałem, gdzie jestem i co tam robię. Zaczęliśmy się całować. Inaczej niż z Leną, ale równie przyjemnie. Kompletnie zatraciłem się w tej bliskości. Ocknąłem się, kiedy prawie cała łąka była już w płomieniach. Odsunąłem się od Jagody, próbując zebrać myśli. Wstałem i rozejrzałem się wokół siebie, w poszukiwaniu drogi ucieczki. W tym momencie straciłem równowagę i przewróciłem się na zdezorientowaną dziewczynę. Gwałtownie odskoczyła, tym samym niefortunnie wpadając w ogień. Potem zaczęła się wichura, lunął deszcz i w sumie to po całym pożarze pewnie nie byłoby śladu, gdyby nie spalona trawa i zimne ciało Jagody. Obok mnie leżał zielony znicz. Potłuczony i zmasakrowany. Wtedy wiedziałem, że Lena odeszła na dobre, a samo popołudnie jest już tylko wietrzne.



        Dedykacja: Panu Darcy, który przysłał mi dzisiaj biały i puszysty list w postaci śniegu, jednocześnie zaznaczając swoją obecność, a także Mobe, Szaj, Ajro i Inso :)

Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 18.12.2011r.

1     

Angelika596 Użytkownik WPMT 20 12 2011 (08:23:01)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Sentymentalne, wzruszające, trochę kiczowate, czyli dobre:) Kolejna historia miłosna zakończona śmiercią. Zarówno miłość jak i śmierć są wokół nas i niejednokrotnie splatają się ze sobą. Tak ścisle, że nawet kiedy tej drugiej osoby zabraknie przeszłość wciąż nie chce odejść. Lena bardzo egoistycznie postapiła. Jak można kazać ukochanemu codziennie przychodzić na swój grób i to o każdej godzinie. Przecież wiadomo, że to niewykonalne. I co? Ma już nigdy nie wyjeżdżać, nie spełniać swoich marzeń? Chyba właśnie o to jej chodziło, bo kiedy jej chłopak przyszedł na grób z inną, kiedy znów zaczynał być szczęśliwy i zaczynał radzić sobie jakos z jej śmiercią, ona ją... spaliła? Rany, jak to makabrycznie brzmi... Może to jednak był przypadek? Nie... To ona. Z jej winy wybuchł pożar a stłuczony znicz symbolizuje to, że już nigdy nie będą raze. Obraziła sie. Myśle, że dopiero po smierci pokazała swoją prawdziwą twarz.

Błędów nie znalazłam, literówki też nie. Jedyne zgrzyty są w zdaniach:
"Z transu budzili mnie dopiero Gunsi." < niezrozumiała metafora. Mimo wszystko najpierw człowiek myśli o budziku:)
"(...)przecież tak wiele stracili, z tych rzeczy, które ja zyskałem wraz z jej poznaniem." < równiez niezrozumiałe.

Naturalnie piatka:) Nawet z plusem



EdwardSkwarcan Użytkownik wpmt 18 12 2011 (22:34:47)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Wszedłem tutaj poczytać. Wrażenia: lubię teksty wesołe, jednak ten przeczytałem z przyjemnością, delektując się stylem pisania
trzymającym w napięciu ciekawskiego, zaintrygowanego tematem.
Musiałem skończyć czytać, wzięło mnie i trzymało do końca.
Nazywam to wciąganiem tekstu i wyniosłem same pozytywne doznania. Zdarza się, że porzucam tekst, bo jest nudny.
Podziwiam fachowość.Jest gdzieś zgubiona literka. Liczą się
emocje czytelnika, moje były wielkie(lubię czytać). Mogę za
wrażenia czytelnika, bo to jest najważniejsze, dać opinię!

Mozzie Użytkownik wpmt 18 12 2011 (22:41:10)
Dziękuję za komentarz. Byłabym wdzięczna, gdybyś mi napisał, gdzie zrobiłam literówkę, od razu poprawię.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(22): 22 gości i 0 zarejestrowanych: