Pseudonim: Falcor
O sobie: Scio me nihil scire. Więcej na: http://bambararowo.blogspot.com
Napisanych prac:
- proza: 10

Średnia ocen: 3.5
Użytkownik uzyskał: 31 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Przed siebie - część 4" 06.10.2014
"Połączenie" 17.05.2015
"Zagubiony Kangur" 20.10.2014
"Była sobie Mewa" 01.06.2014
"Kapsuła" 05.07.2014

Inne prace tego autora:
"Przed siebie - część 3" 03.09.2014
"Przed siebie - część 4" 06.10.2014
"Kapsuła" 05.07.2014
"Przygody, dnia jednego,..." 19.07.2015
"Przed siebie - część 2" 15.08.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Rozmawiając z Butem

Fred zaczynał dzień dość wcześnie. W zasadzie w ogóle nie spał, przez co noce dłużyły mu się niemiłosiernie. Starał się wtedy wyłączyć i pogrążyć w świecie fantazji. Marzył głównie o tym, aby grać w zespole jazzowym na gitarze basowej, co było dla niego zupełnie nieosiągalne i zdawał sobie z tego sprawę. Mimo to, im bardziej uzmysławiał to sobie, tym częściej o tym marzył. Fantazjował oczywiście i o innych, bardziej przyziemnych rzeczach, jak nowe, czarne wiązania, czy większa półka na buty. Jeszcze o tym nie wiedział, ale niektóre z tych pragnień miały się ziścić podczas najbliższych świąt. Ze snu, który przecież faktycznie nim nie był (chociaż o przebywaniu na jawie także nie mogło być mowy), wyrwał go Pieere. Nie było żadnego dzień dobry, a jedynie delikatne szturchnięcie stopą. - Wstawaj staruszku, już czas iść do pracy – powiedział cicho Pieere. - Taaak? – odparł Fred z ociąganiem. Nawet nie zauważył nadchodzącego świtu. W swoich myślach właśnie odbywał tournee po Włoszech i nie był zbyt szczęśliwy, że musi je zakończyć. Rozejrzał się leniwie po przedpokoju oraz kawałku kuchni, który mógł zobaczyć ze swojego legowiska. Pieere kończył pakować śniadanie. Fred zeskoczył z półki i poczłapał do swojej toalety, która znajdowała się tuż obok. W jej wyposażenie wchodził między innymi kawałek szorstkiej wykładziny, o którą mógł wytrzeć swoją podeszwę stopy oraz przymocowana na stałe do ściany, miękka szczotka i pojemnik na pastę do butów. Miał też do dyspozycji niewielkie, kieszonkowe lusterko, w którym mógł zobaczyć, czy jest już wystarczająco przygotowany do wyjścia. Zresztą od niego zaczynał poranny ceremoniał. Przejrzał się z lewej i z prawej. Zauważył nieco zaschniętego błota prawie na samym końcu buta, koło obcasa. Odwrócił się do szczotki i zaczął się w nią wycierać. Pieere, który siedział już obok na stołku i zakładał prawy but, uśmiechnął się. Ta czynność zawsze przywodziła mu na myśl szorowanie się ręcznikiem poniżej pleców. - Gotowy? - zapytał. Fred przejrzał się jeszcze raz w lustrze, po czym odparł: - Gotowy. Możemy iść. Wskoczył Pieerowi na stopę i sam zawiązał swoje sznurówki. Szli teraz wąskimi, rzadko odwiedzanymi przez turystów uliczkami, w kierunku Montmartre. Obaj pracowali na Place du Tertre. Teoretycznie jedynie Pieere coś robił - był portrecistą - ale rozmowny but bez wątpienia ścigał klientelę. Fred był brązowym, skórzanym i dość dystyngowanym półbutem. Zawsze chciał być czarny, gdyż takie buty wyglądały jeszcze bardziej dystyngowanie i dlatego używał dość ciemnej pasty. Stanowił swego rodzaju fenomen i zdawał sobie z tego sprawę. Nie pamiętał zbyt dobrze swego dzieciństwa. Jakieś strzępy świadomości dochodziły do niego dopiero z dość niespokojnego okresu, który został potem nazwany drugą wojną światową. Jedyne wspomnienia jakie rysowały się w jego umyśle z tego czasu, wiązały się z niebezpieczeństwem. Raz o mało nie zginął pod walącą się ścianą, która przygniotła, jak podejrzewał, jego pierwszego „nosiciela”. Miał też w pamięci widok jakiegoś płonącego miasta oraz ogromny huk wydobywający się z okrętu, którym chyba płynął. Przez wiele lat nie odzywał się do nikogo, aż w końcu trafił na Mitula. Był z niego półkrwi Indianin i kawał drania, który często go wykorzystywał. Mimo to coś ich jednak łączyło. Uzmysłowił to sobie wtedy, kiedy postanowił pójść swoją drogą. Mitul nie miał może i zadatków na zbyt dobrego człowieka, ale jakoś raźniej było wałęsać się po Ameryce we dwójkę. Potem spotykał jeszcze wielu ludzi. Z niektórymi na chwilę zostawał, inni nie chcieli się od niego odczepić. Kolejnego przyjaciela znalazł dopiero w Ashland, niewielkim, górskim miasteczku w stanie Oregon. Był koniec lat sześćdziesiątych i Pieera nie było wtedy jeszcze na świecie. Tak naprawdę to Steva Nuggetsa poznał poprzez jego małżonkę Mary, która zwróciła na niego uwagę, gdy starał się zarobić parę dolarów, stepując przy jednym z okolicznych sklepów. Nie wyglądał wtedy najlepiej, a jego sznurówki były w opłakanym stanie. Steve z początku nie chciał, jak się wyraził - Tego starego kapcia – ale z czasem obaj bardzo się polubili. Inaczej sprawa wyglądała z Mary. Jej początkowa sympatia – Do biednego bezdomnego bucika – poczęła kończyć się w momencie, w którym jej mąż zaczął poświęcać więcej czasu jemu niż jej. Mimo to z Nuggetsami spędził wiele wspaniałych lat. Po śmierci żony, Fred namówił pogrążającego się w melancholii Steva, aby wyjechali do Europy. Miał to być początek nowego życia, które oderwałoby go od tak wielu rzeczy, jakie były związane z Mary w Ashland. Zamieszkali w Mennecy, niedaleko Paryża. Tam też poznał Pieera. Był on dzieciakiem z sąsiedztwa, który lubił przychodzić do Steva, gdyż ten uczył go rysować. Rysowanie stanowiło jeden z niewykorzystanych w pełni talentów Steva. Sam nigdy nie zarabiał w ten sposób, chociaż z pewnością mógłby, gdyby życie potoczyło się dla niego trochę inaczej. Traktował on swe szkice głównie jako niezobowiązujące hobby. Dla Pieera miało to stanowić w przyszłości główne źródło utrzymania. Kilka lat temu Steve opuścił ten świat, zapisując Pierrowi w testamencie swój stary, poczciwy but. Była to jednak czysta formalność, dokonana ze względów urzędowych. I tak oto Fred i Pieere dochodzili właśnie do miejsca swej pracy. Przywitali się z innymi portrecistami, którzy bywali tu codziennie, po czym rozstawili swój niewielki kramik, składający się głównie z dwóch, rozkładanych krzeseł oraz kilku naszkicowanych podobizn znanych osób i oczekiwali na chcących się sportretować turystów. Fred jeszcze raz sprawdził, czy sznurówki na pewno są zawiązane w elegancką kokardę. Dzień był pogodny, prawie bezwietrzny, a słońce przyjemnie grzało twarz, czy też schowany za sznurówkami język. W momencie pojawiania się potencjalnych klientów, Fred zwykle zaczynał mówić niby to do Pieera: - Nie wiem po co marnujesz swój talent w takim miejscu. Człowiek z twoimi zdolnościami powinien wystawiać się w najznamienitszych galeriach, gdzie jego kunszt zostałby należycie doceniony. Była to jedna z typowych gadek Freda, mających na celu przyciągnięcie ludzi. W rzeczywistości Pieere nie miał większych szans na wystawianie się w najznamienitszych galeriach, ani też zbytnio tego nie pragnął. Jego miejsce było tutaj – na Montmartrze. Turystów także zwabiała nie tyle sama treść wypowiedzi Fredna, co zaskakujący obrazek gadającego buta. Obaj doskonale o tym wiedzieli. Tak czy inaczej nigdy nie narzekali na brak klientów. Niektórzy z nich przychodzili nawet kilkakrotnie, aby jeszcze raz usłyszeć but. - No, no Pieere, twoje dzieła są coraz lepsze. Ciekawe ile będą warte za parę lat? – Fred z głosem wytrawnego znawcy zachwalał kolejny obraz przed pozująca klientką, która nie mogła już doczekać się obejrzenia ów dzieła z sobą w roli głównej. – Madame, myślę że będzie pani oczarowana. Sportretowane przez Pieera osoby nigdy nie były zawiedzione. Po części z powodu całkiem dobrego warsztatu Pieera, ale i z uwagi na komentarze Freda, które nastrajały bardzo pozytywnie osoby portretowane. W swym bucim życiu napatrzył się już na tyle osób, iż bez większych trudności potrafił odgadnąć, czego oczekują od drugiego człowieka, w tym od portrecisty. - Myślę, że obraz ten oddaje cały pański charakter. – Tym razem zwracał się do grubego, amerykańskiego turysty w średnim wieku z założoną niedbale czarną, skórzaną kamizelką oraz ubranego w niebieskie, lekko postrzępione dżinsy. – Nikt nie powiedziałby, że został namalowany w Paryżu. Raczej podczas wyprawy w górę Amazonki. Prawdziwy twardziel. Kolejny klient odszedł zadowolony, przyglądając się narysowanemu samemu sobie. Czas płynął, dochodziło południe. - Czas na małą przerwę. – Pieere wyjął z plecaka torebkę z croissantami. - Istotnie. – Fred rozluźnił nieco sznurówki, zeskoczył ze stopy i zaczął się rozciągać. – Nieco zesztywniałem. Mógłbyś trochę ruszać nogą podczas rysowania. - Dobrze, jeśli chcesz. Lekki uśmiech pojawiał się na twarzy Pieera. Znał Freda już tyle czasu, a przyglądając się niektórym jego czynnościom, nie mógł się nadziwić, iż faktycznie zna żywego buta. W dodatku trzewik ten był bez wątpienia mądrzejszy ze swym doświadczeniem od niego. - Bardzo dobrze znasz ludzi, wiesz? Prawie zawsze odgadujesz, co chcą zobaczyć w sobie na portrecie. Fred spojrzał z ukosa, nie przerywając rozciągania. - Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. Znasz buty bardzo słabo. – I kiwnął języczkiem w kierunku prawej stopy Pieera. Znajdował się na niej prawy but. Był to zwykły adidas, mocno już zużyty i zdawał się nigdy nie być choćby lekko przetarty szmatką. Pieere nie dbał o buty. Oczywiście z wyjątkiem Freda. W ogóle niezbyt dbał o swój strój, ale o buty szczególnie. Bardzo mu to odpowiadało. Uważał, że taki kontrast pomiędzy dwoma butami nie tylko zwraca uwagę, ale i podkreśla jego duszę artysty. - Myślę, że znam potrzeby obuwia bardzo dobrze, ale mam po prostu inny styl, wymagający nieco poświęceń ze strony buta – zażartował Pieere. - Właśnie po tym poznaję wasze charaktery. Przywiązujecie ogromne znaczenie do ubioru, jakbyście chcieli nim przedstawić całe wasze wnętrze – Fred wpadł w profesorski ton. - I kto to mówi? Panie elegancki. - Ja to co innego. Jestem butem, który nadaje się na przykład do garnituru i moim obowiązkiem jako takim jest schludność. Wymaga tego także mój wiek. Poza tym, swego czasu poznałem, co to znaczy być brudnym butem i nie chciałbym do tego wracać. - Ok, ok, ale czy nie uważasz, że i ludzie czasami muszą się ubierać inaczej niż chcą? - Nie tutaj. W tym miejscu często są daleko od domu, rozluźniają się i nie muszą udawać kogoś innego. – Fred rozejrzał się sentymentalnie dookoła. – W takich miejscach są naprawdę wolni. - I w ogóle nikogo nie udają? – zapytał podchwytliwie Pieere. Uwielbiał gdy Fred roztaczał przed nim swój czar doświadczonego obserwatora. - Oczywiście, że udają! – Faktycznie było to dla Freda oczywiste. – Ich strój ma bardziej uwidaczniać ich tam, gdzie tego pragną. Ale nawet jeśli, to gdzieś w nich musi tkwić ta cząstka ich osobowości, która ich do tego skłania. Najprawdopodobniej gdyby mieli takie możliwości ułożyliby swe życie tak, że ów cząstka byłaby głównym elementem ich charakteru. W ich podświadomości... - Jaki zabawny bucik. To pański? – pewna wysoka pani przerwała wywód Freda. Zniesmaczony Fred zmierzył ją wzrokiem. Był zupełnie samodzielnym butem, a nie czyjąś własnością. I jak można tak nieelegancko przerywać komuś zdanie?! „Wysoka i wyniosła” pomyślał. - To mój przyjaciel – poprawił Pieere. – Pracujemy tutaj razem. Może zechce się pani sportretować? - Ojej, ma pan przyjaciela bucika? Pewnie się nim pan opiekuje. To takie miłe – prawie zapiszczała kobieta. - „Wysoka, wyniosła i do tego idiotka”. – Analizował Fred, który był nadal nieco zły. Postanowił jednak zachowywać się profesjonalnie. - Szanowna pani myślę, że ktoś o takiej urodzie powinien... co ja mówię, powinien, musi! Skorzystać z tej nadarzającej się okazji, aby zostać uwiecznionym przez tego tu mistrza. – Głos Freda brzmiał nieco fałszywie, z lekką nutką ironii, której jednak kobieta nie wyczuła. - Hi,hi,hi i jaki zabawny. A będę mogła z nim porozmawiać? – mimo przemowy Freda, cały czas zwracała się do Pieera, jak do właściciela małego psiaka. - Jeśli tylko będzie pani miała ochotę – odparł Pieere z uśmiechem, po czym dodał, starając się udobruchać przyjaciela, dodał - Fred jest bardzo elokwentnym butem. Kobieta przysiadła na krześle, stojącym naprzeciw Pieera, a ręką pogłaskała Freda. „A niechże ją...” myślał wzburzony Fred, ale na głos powiedział: - Rozmowa z panią będzie prawdziwym wyzwaniem. – Znowu nie wychwyciła złośliwości w jego głosie. Pieere wyjął nową kartkę z tekturowej teczki, położył ją na drewnianej podkładce, którą trzymał na kolanach i zaczął rysować. Wysoka kobieta traktowała Freda cały czas jak małego szczeniaka i wszelkie pytania, które go dotyczyły, kierowała do portrecisty. Jeśli w ogóle zwracała się do „milusiego bucika” to w tonie typu: - Jaki masz ładny języczek. A pomerdasz sznuróweczkami dla pani? Na początku Fred myślał, że pęknie ze złości, ale starał się zawsze nad sobą panować i nie chciał robić awantury na cały plac. Wyrzucał więc z siebie jedynie zdawkowe odpowiedzi lub zupełnie ignorował rozmówczynię. Ta zresztą zdawała się tym nie przejmować. Gadający but stanowił dla niej jedynie jedną z turystycznych atrakcji, o których zapominała już po piętnastu minutach, odkąd znikały z jej pola widzenia. Tymczasem elegancki półbut, rozglądając się po okolicy, wypatrzył grupę biegających dzieciaków. Znał je z widzenia, bo często się tutaj bawiły. Musiały mieszkać niedaleko. Lubił patrzeć, jak gnają przez Place du Tertre, śmiejąc się, a czasami kłócąc i zupełnie nie zważając na pracujących malarzy, czy potrącanych niechcący turystów. Z rzadka ktoś na nie krzyknął albo nawet pogonił, ale po kilku dniach wracały jakby nic się nie stało. Zazdrościł im beztroski dzieciństwa. „Czy kiedykolwiek byłem dzieckiem?” ponownie zadawał sobie w myśli pytania, na które nigdy nie potrafił znaleźć odpowiedzi. „Odkąd pamiętam zawsze miałem ten sam rozmiar, ale czy to wystarczy, aby być dorosłym butem? Kiedyś na pewno byłem bardziej niedorosły.” Jeden z chłopców podbiegł i przykucnął za pobliskim portrecistą. Widać, było to związane z jakąś zabawą. Fred przypatrywał mu się, aż zwrócił jego uwagę. Chłopak zaczął przyglądać się butowi, a następnie skierował wzrok na rysującego Pieera, który siedział tyłem do niego. Powoli, coraz bardziej wychylał się ze swej kryjówki i zaczął przypatrywać się pilnie tworzonemu portretowi. - Ta pani wcale nie jest taka ładna, jak na tym obrazku – rzekł wreszcie z rozbrajająca szarością. Na te słowa Fred rozpromienił się wewnętrznie, ale na głos wyrwało mu się jedynie: - Khym, khym. Kobieta wybałuszyła oczy w pełnym zaskoczeniu. Z kolei Pieere był nieco zakłopotany. Zawsze nieco retuszował portrety swoich klientów, usuwając z nich drobne niedoskonałości. Tym razem faktycznie musiał przyłożyć się nieco bardziej. - Podczas rysowania kogoś, trzeba uchwycić nie tylko jego piękno zewnętrzne, ale i duszę – powiedział w końcu z lekkim zażenowaniem. Po minie chłopca widać było, że ta odpowiedź go nie usatysfakcjonowała. Pomogła natomiast kobiecie - przestała się wybałuszać i znów spokojnie oparła się o krzesło. Nie była już jednak tak swobodna jak poprzednio. Siedziała w milczeniu, oczekując z niepokojem na efekt końcowy pozowania. Pieere, lekko zaniepokojony sterczącym mu teraz nad ramieniem dzieciakiem, starał się skupić na rysowaniu, a jednocześnie obawiał się kolejnych, niespodziewanych uwag. „Nigdy nie wiadomo, co tym dzieciakom zaraz przyjdzie do głowy” myślał. Fred także nic nie mówił. Chętnie by zabrał głos w tej dyskusji, ale wiedział, że nie wypada wypowiadać zdania, które miał na ten temat. Chłopak tymczasem bacznie obserwował pracę Pieera. Zapanowała trudna do zniesienia cisza. Cały plac żył pełnią dnia, wydając z siebie odgłosy rozmów, szurgotu stóp i pracy aparatów fotograficznych, ale wokół naszej grupki powstała swego rodzaju bariera. Odgradzała ich ona od wszelkich dźwięków i innych osób. Byli sami, oni i ładniejszy od oryginału portret. W pewnym momencie Pieerowi zdawało się, że słyszy myśli dziecięcego obserwatora: „Zupełnie nie ona. A gdzie pieprzyk? A gdzie zmarszczki? Czemu włosy takie długie?” Kotłowało mu się teraz w głowie. „Jak wybrnąć z tej sytuacji? Co mam odpowiedzieć na kolejny komentarz chłopaka?” zupełnie już skupił się na nim i jego, czuł to, zbliżającej się wypowiedzi. I wtedy stało się! Ręka poszła jakoś nie tak, drgnęła i pociągnęła linię nosa o wiele za daleko. - Ale trąba! – krzyknął rozbawiony chłopiec i zaczął się głośno śmiać. Fred rzucił spojrzenie w kierunku portretu, po czym mu zawtórował, starając się jednak hamować. - He, he! – w myślach tłumaczył sobie: „Spokojnie, uspokój się.” – Uspokojenie jednak nie nadchodziło. – He, he! – wyrwało mu się znowu. – „Spokojnie... hm... trąba!?” – Cha cha cha cha cha! – nie wytrzymał w końcu. Nie było trudno przewidzieć reakcji kobiety. Wstała, powiedziała coś o chamstwie i prostackim zachowaniu, po czym odwróciła się napięcie, dumnie wyprężyła głowę i odeszła. Chłopak i Fred już nie zwracali na to uwagi. Gdy jeden przestawał się śmiać, drugi zarażał go swoim rechotem. Pieerowi nie było jednak do śmiechu. Nie dlatego żeby dotknęły go słowa kobiety, ale dawno już nie popełnił takiego błędu. Czuł się mocno zakłopotany. W dodatku koledzy, siedzący obok, sprowokowani wybuchem śmiechu, zaczęli dociekać co go wywołało. Podchodzili, spoglądali z ukosa na niedokończony portret, po czym także uśmiechali się lekko i powracali do swojej pracy. Oczywiście nie przywiązywali do ów zdarzenia jakiejś większej wagi. Pieere jednak sądził, że właśnie mocno się skompromitował w lokalnym środowisku artystycznym. Pierwszy wyczuł to Fred. - Spokojnie Pieere. Nawet największym czasami coś pójdzie nie tak. – Starał się być opanowany i rzeczowy, ale śmiech chłopaka sprawił, że poczuł, iż musi dodać. – Zresztą z tą trąbą niewiele mogłeś zrobić. Cha cha cha! Widział, że Pieerowi trochę ulżyło. Pomogły mu zwłaszcza słowa o tym, że nie był jedynym człowiekiem, któremu nie wyszedł rysunek. - Dobra, muszę coś zjeść – oświadczył Pieere po odrobinie namysłu. - Dopiero co mieliśmy przerwę. - Wiem, ale muszę zjeść coś solidnego. – Stanowczy Pieere skierował wzrok w kierunku A La Mere Catherine. – A potem wziąć jeszcze coś na deser. Jean-Luc – zwrócił się do siedzącego najbliżej portrecisty – idę do Catheriny i zostawiam graty. – Znajomy rysownik kiwnął porozumiewawczo głową, nie odrywając wzroku od kartki. Fred wskoczył na lewą stopę swego przyjaciela, elegancko zawiązał kokardę ze sznurówek i razem udali się do pobliskiej kafejki. Za nimi podążył chłopiec, a po chwili dołączyły do niego inne dzieciaki, zwabione wcześniejszymi śmiechami. - Pan jest bardzo zabawnym butem – malec zwrócił się do Freda. Ten, spojrzał na niego uważnie, pomiędzy kolejnymi krokami Pieera. Zwykle ludzie nie traktowali go, jako w pełni auntonomiczną osobę przy pierwszym spotkaniu. I nawet jeśli zachowanie kobiety z trąbą było tego skrajnym przykładem, to minęło nieco czasu zanim nowo poznani przestali myśleć o nim „to”, a zaczynali „on”. Doszli do kafejki i siedli przy jednym ze stolików w ogródku. Grupka dzieci stanęła obok, przyglądając się im z uwagą. Przyszła kelnerka i przyjęła zamówienie od Pieera. Fred patrzył na dzieciaki, a dzieciaki patrzyły na Freda. Pieere spoglądał na znikającą, zgrabną kelnerkę, a potem spojrzał na dzieciaki i poczuł, że taki tłumek przy ich stoliku to nieco krepujące mimo, iż dzieciaki wcale na niego nie spozierały. - O co chodzi maluchy? – zapytał w końcu Fred. Chciał wyjaśnić sytuację. - Czy pan zawsze był butem? – zapytał chłopak, który wcześniej nazwał go zabawnym. - Odkąd pamiętam. Po tej odpowiedzi dzieciaki stały się nieco śmielsze. - To pana nie boli jak pan jest na nodze? – spytała rudowłosa dziewczynka ze śmiesznymi warkoczykami. - Nie, absolutnie nie boli – odparł spokojnie, po czym dodał. – W końcu przeznaczeniem buta jest być noszonym na stopie. Po kolejnej odpowiedzi Freda, grupka urwisów już zupełnie nabrała przeświadczenia, że jest on nie groźny i na nich nie nakrzyczy. Był w ich oczach rozmownym panem butem. Jednym z tych czarodziejskich trzewików, o których czasami można przeczytać w bajkach tyle, że ten był prawdziwy. - A jak się pan nazywa? – spytał ponownie znajomy już chłopak. - Fred. - A może pan chodzić bez tego drugiego pana? – spytał ktoś inny z grupki. - Ile pan ma lat? - Fajnie być butem? Czasami ludzie zadawali mu podobne pytania, ale nigdy nie mnożyło się ich tyle na raz. Fred był w zupełnym centrum uwagi, bez odrobiny Pieera, który w tej chwili był dla tych maluchów zupełnie nieistotny. Nie wiedział, czy mu to odpowiada. Z jednej strony było to przyjemne uczucie – wreszcie ktoś interesuje się nim i tylko nim. I to w jaki sposób. Nie jest butem, jest... Panem Butem. Z drugiej, całe życie był dość skromny i nie nawykł do czegoś, co choćby trochę mogło przypominać blask jupiterów. Czuł się nieswojo. - Mogę chodzić sam, gdzie i kiedy chcę, jak każdy z was. Mam już całkiem ładny wiek na karku. Nie mogę narzekać na mój buci los, w końcu jestem potrzebny – starał się nadążać z odpowiedziami. Dzieciaki jednak dopiero zaczynały zaspokajać swoją ciekawość. - Czy każdy może być butem? – pytał wesoły blondynek. - Głupi, musiałbyś się urodzić butem – wtrąciła się krótkowłosa dziewczynka i popukała się palcem w czoło. - Skąd możesz wiedzieć, widziałaś kiedyś dziecko buta? - Co trzeba robić jako but? – pytało jakieś inne dziecko. - Ja też chcę być butem!!! – krzyczało jeszcze inne. Fred nie ogarniał sytuacji, która zaczynała go przerastać. Co miał powiedzieć i komu? Sam nigdy nie widział małego buta. Poza tym kto z nich w ogóle o to zapytał? A kto odezwał się teraz? Czy ma odpowiedzieć na wcześniejsze pytania, czy też starać się nadążać za najnowszymi? W poszukiwaniu pomocy spojrzał na Pieera. Ten był wyraźnie rozbawiony sytuacją, ale nie zamierzał nic zrobić. „Przynajmniej wrócił mu humor” pomyślał. „Zaraz, czy ktoś mówił, że chciałby być butem?” Tym czasem dzieciaki doszły do wniosku, że jak ten pan jest taki fajny to one też chcą być takie fajne, a to znaczy, że trzeba być butem. - Niech nas pan nauczy bycia butem. - Nie wiem czy potrafię, ja nigdy nie próbowałem... Starał się wytłumaczyć, ale dzieciaki go przekrzykiwały. - Cisza! – Pieere w końcu przyszedł mu z pomocą. Harmider ucichł. – Fred z chęcią nauczy was jak być dobrym butem, ale musicie mu dać dojść do słowa. Nie przekrzykujcie go, bo sobie pójdzie. Ta ostatnia uwaga zrobiła na gromadce silne wrażenie. Nikt już się nie odzywał. - No Fred – kontynuował Pieere – dalej pokaż tym maluchom jak żyje porządny but. – Porządny But wahał się jednak, wiec Pieere dodał. – Pomyśl, że taka okazja może ci się więcej nie trafić. Faktycznie, bycie swego rodzaju nauczycielem dla dzieci nigdy mu się do tej pory nie przytrafiło, a czuł, że to go w pewien sposób pociąga. Było w tym coś z roli ojca, którym nawet nie wiedział czy może być. Istotnie, okazja mogła być niepowtarzalna. W chwili kiedy analizował sytuację, podeszła kelnerka i postawiła na stoliku tacę z czymś, co było mu trudno dojrzeć z dołu. Życzyła Pieerowi smacznego i ponownie zniknęła w kafejce. - Dobrze – zdecydował w końcu. – Ale odejdźmy kawałek, by nie robić zamieszania. Po czym zeskoczył ze stopy Pieera i przeszedł kilka metrów. Dzieciaki podążyły za nim. Nagle odwrócił się na obcasie i dość surowym tonem powiedział: - Więc przede wszystkim... – popatrzył po gromadce. Słuchali go z przejęciem. - Ustawcie się w szeregu. Gromadka posłusznie wykonała polecenie po niewielkich przepychankach. Fred zaczął przechadzać się tam i z powrotem, lustrując zebranych zupełnie jak w wojsku. Taki miał zresztą zamiar. Jeśli ma nad nimi zapanować i coś wytłumaczyć, to musi zaprowadzić dyscyplinę i porządek. Widział jak to się robi w jakimś programie w telewizji. W końcu przemówił: - Po pierwsze każdy but powinien wyglądać schludnie. – Spojrzał na dzieci, a te spojrzały po sobie. Co niektóre zaczęły coś poprawiać w swoim ubiorze. – Dobry but to zadbany but, który osobie która go nosi nie przynosi wstydu. Zrozumiano? – spytał ostrzejszym tonem. - Tak – odparły niektóre dzieci, a inne zaczęły potakiwać główkami. - Dobrze. Czas na podstawowe zadanie każdego buta: chodzenie – zrobił pauzę i sprawdził, czy nadal jest słuchany. Był. – Myślicie, że chodzenie to taka prosta sprawa? Otóż nie. Trzeba nie tylko właściwie naprowadzać stopę na podłoże, ale i chronić ją. Kałuże czy błoto to tylko najdrobniejsze z przeszkód. A co byście powiedziały gdyby trzeba było własnym ciałem ochronić kogoś przed, dajmy na to, ostrym kawałkiem stłuczonej butelki? - Przecież pan nie ma ciała tylko podeszwę – zauważyła ruda dziewczynka. - Podeszwa to właśnie moje ciało – szybko wybrnął Fred. – Chociaż faktycznie jest ona dość odporna, tak jak na przykład wasze... wasze paznokcie. – „Uff”. – Nie czujecie wiele gdy się je obcina prawda? Dzieciaki pokiwały głowami ze zrozumieniem. - Podobnie jest z butem, gdy wejdzie na szkło. – Rozejrzał się dookoła. – Dobrze, przećwiczmy może chodzenie. Gotowi? To za mną. – Fred ruszył, a za nim cała gromadka. – Pamiętajcie, aby uważać jaką przyczepność dajecie stopom. Nie możecie się pośliznąć, bo nogi, a z nim reszta ciała, polegają na was. Przeszli tak przez całą Norvins i skręcili w Rue Des Saules, a następnie St-Rustique. Dzieciaki precyzyjnie stawiały stopy, dokładnie oglądając miejsce przed następnym krokiem. Wyglądało to trochę jak pochód saperów, którzy baczą, by nie wejść na minę i wzbudzało niemałe zainteresowanie przechodniów. Niektórzy z nich zatrzymywali się w zdziwieniu, inni przechodzili uśmiechając się wesoło. Tym czasem but dumnie prowadził swą drużynę, co jakiś czas udzielając cennych wskazówek na temat właściwego chodzenia. W końcu wrócili przed kafejkę, w której Pieere akurat kończył porcję lodów. Gromadka zebrała się dookoła Freda. - Jak na początek to całkiem nieźle – podsumował. - A co jeszcze oprócz chodzenia robią buty? – zapytał jakiś chłopiec z odstającymi uszami. - Hm, no ja w wolnych chwilach lubię na przykład posłuchać muzyki. - To tak jak ja – ucieszyła się ruda dziewczynka. - No tak, ale to ludzkie zajęcie – „Uszaty” był dociekliwy. – A co jest typowym butowym zajęciem? „Typowo butowym zajęciem? kłopotał się w myślach Fred. „Co jest typowo butowym zajęciem oprócz chodzenia?” W końcu rzekł: – Szczerze mówiąc to nie wiem, czy oprócz chodzenia jest coś jeszcze bardziej butowego. - A pańscy koledzy, buci, to też nie robią jakiś innych dziwnych, nieludzkich rzeczy? - Niestety nie znam żadnego buta podobnego do mnie – westchnął Fred. Widać było, że raptownie posmutniał, choć starał się trzymać fason. Był jedynym znanym sobie butem, który posiadał świadomość. Często czuł się zupełnie odosobniony w świecie ludzi. Zupełnie sam. Nie wiedział, czy faktycznie jest jedyny w swoim rodzaju, czy też jeszcze nie spotkał na swej drodze innych, żyjących butów. Skrycie marzył, że ta druga możliwość jest bardziej realna. Raz, jedyny raz wydawało mu się, że widzi śmiejący się pantofel, rozmawiający z osobą, która go właśnie nosiła. Scena ta trwała jedynie kilka sekund, a on obserwował cała sytuację jadąc w autobusie, spoglądając przez szybę w drzwiach. Pamiętał jak w pierwszej chwili widok ten zupełnie go sparaliżował, a zaraz potem chciał zatrzymać autobus, ale nie zdołał. Zdarzyło się to grubo ponad 20 lat temu, jeszcze w Stanach. Dzisiaj sam już nie wiedział, czy tylko mu się zdawało, czy też faktycznie widział kogoś podobnego do siebie. W każdym razie pozostała nadzieja. Tym czasem dzieciaki posmutniały razem z nim, choć chyba bardziej ze względu na niefajną odpowiedź, która oznaczała, że nie będzie więcej niezwykłości niż z powodu westchnień Freda. - Nawet takich jak rodzice? – zapytał chłopiec, który wymyślił trąbę. - Nie – w głosie Freda czuć było gorycz. - To nie pochodzi pan z żadnego buciego państwa? - Niestety, jeśli takie istnieje, to nie wiem gdzie. - Czyli zawsze był pan wśród ludzi? - Odkąd pamiętam. - To dlatego pan jest taki jak ludzie – wydedukował chłopiec Fred spojrzał na niego z uwagą. - Zachowuje się pan zupełnie jak każdy człowiek – kontynuował chłopiec. - Gdyby pan wyglądał inaczej to nikt by nie powiedział, że jest pan butem. - Faktycznie, to możliwe – odparł po namyśle Fred. – Nigdy tak na to nie patrzyłem. Chłopiec jednak nadal nad czymś myślał, a jego twarz przybrała filozoficzno-łobuzerski wygląd. - Czy to oznacza, że gdybym ja wychował się wśród butów, to byłbym butem? – zapytał z błyskiem w oczach. „Sprytny dzieciak.” Fred był pod wrażeniem swego młodego rozmówcy. – Wydaje mi się to prawdopodobne. - To głupota! – wtrąciła się ruda dziewczynka. – W takim razie mógłbyś być wszystkim. Nawet takim wieszakiem na ubrania. - No tak, mógłbym być, jeśli moi rodzice byliby wieszakami – chłopiec podjął wyzwanie. - I co, sterczałbyś tak całymi dniami z uniesionymi rękami i trzymał płaszcze? Już to widzę! - Ja tam bym wolał być samochodem – z zadowoleniem powiedział uszaty. – Jeździłbym wtedy wszędzie i nie musiał mieć prawa jazdy. Wkrótce wybuchła mała awantura o to kto i czym mógłby być oraz dlaczego. Dzieciaki przekrzykiwały się, wyśmiewały i przytaczały coraz bardziej absurdalne argumenty, nie zwracając już uwagi na Freda, który stał trochę z boku, pogrążony w we własnych myślach. „Kim jestem?” pytanie to zadawał sobie już wiele razy ale, przynajmniej w pewnym zakresie, odpowiedź na nie wydawała się do tej pory prosta. Teraz to się zmieniło. „Czy faktycznie jestem już człowiekiem uwięzionym w bucim ciele? Czy gdybym spotkał „prawdziwe” buty to tak naprawdę należałbym do nich? Na pewno urodziłem się butem i byłem nim, ale co teraz?”. - Wracamy do pracy? – Nad Fredem stanął Pieere. Jego twarz była radosna. Fred powoli spojrzał na niego. Lewa stopa była odziana jedynie w trochę naddartą, kolorową skarpetkę. Lekko uśmiechnął się na ten widok. Pieere jednak już wcześniej dostrzegł, że jest przygnębiony. - Dla mnie jesteś przede wszystkim moim najlepszym przyjacielem i nie dbam o to, czy wyglądasz jak but, człowiek czy... wieszak – powiedział zdecydowanym, pogodnym głosem. - To nie takie proste... – Fred znowu utkwił w zamyśleniu. - Wiem. – Pieere nieco spoważniał, ale zaraz, dużo żywiej dodał. – Chcesz, przejdziemy się do Sacre-Coeur. Zapalimy świeczkę. Turyści mogą poczekać. Fred pogdybał chwilę, po czym powoli zaczął wracać do siebie. - Dobrze więc, chodźmy – i wskoczył na stopę Pieera. – Widzę, że lody pomogły – uśmiechnął się kpiarsko. - Pomogły, pomogły. Jak będziemy wracać do domu to kupię ci nową pastę. Taką zapachową. - Najlepiej ciemnobrązową. - Jasne. Obaj ruszyli w kierunku kościoła. Lubili tam zachodzić. Zawsze można było zapalić świeczkę w jakiejś intencji. Jak długo się paliły pozwalały mieć nadzieję.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 22.11.2014r.

1     

Vinylandia Redaktor 17 05 2015 (00:08:26)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Witam.

Zacznę od ogromnych przeprosin za to, że twoje opowiadanie tak długo czekało na ocenę i sprawdzenie. Wprawdzie jestem Redaktorem Wierszy, ale skoro nikt nie rusza działu opowiadań to mogę coś i tutaj zdziałać. Stąd przepraszam za wszystkie niedociągnięcia związane z poprawianiem błędów. Zanim jednak o nich to o tekście.
Stworzyłeś dosyć ciekawy tekst. Z jednej strony pokazuje on przyjaźń między właścicielem obuwia a butem, z drugiej- życie buta, z trzeciej- to co najgłębsze w tekście: nie musimy być idealni i "jak wszyscy" tylko dlatego, że jesteśmy wpisani pomiędzy pewne ustalone zasady. Początkowo tekst mi się dłużył, jednak, kiedy doszło do rozmyślań nad byciem butem zrobiło się ciekawiej.
Niemniej jednak przez ilość błędów, które były bardzo męczące i bardzo liczne, a także przez nieco nieciekawą momentami historię dostaniesz 3 z drobnym -. Głównie ze względu na tak dużą ilość błędów, których liczbę masz mniej więcej poniżej (nie wszystkie wypisałam, pominęłam kilka, które zdarzały się bardzo często). Zapewne nie wszystkie wyłapałam, bo niestety nie jestem mistrzem ortografii, interpunkcji, składni, fleksji i wielu innych rzeczy, ale się starałam. Twoim głównym problemem jest interpunkcja. Najczęstsze błędy to niestosowanie przecinków przed "który", "która", "w których" itd. Poza tym było sporo literówek, niepotrzebnych spacji. Na przyszłość sprawdzaj dokładniej swoją pracę.

1.
przez co noce dłużyły mu się niezmiernie.

Bardziej pasowałoby mi tu słowo "niemiłosiernie" niż "niezmiernie", ale to taka mała dygresja brzmieniowa.

2.
pogrążyć świecie fantazji.

"Pogrążyć w świecie fantazji"- zgubiłeś 'w'.

3.
co było dla niego zupełnie nie osiągalne

"Nieosiągalne" piszemy razem, nie osobno.

4.
i zdawał sobie z tego sprawę. Mimo to, im bardziej zdawał sobie z tego sprawę, tym częściej o tym marzył.

Powtórzenie. Staraj się tego w swoich tekstach unikać. Można by było powtórzenie zamienić np. na "Mimo to, im bardziej uzmysławiał to sobie, tym częściej o tym marzył." Już lepiej to brzmi.

5.
a jedynie delikatne szturchniecie stopą.

Zgubiłeś ogonek- "szturchnięcie".

6.
Fred zeskoczył z półki i poczłapał do swojej toalety. Znajdowała się ona tuż obok.

Zamiast budować dwa osobne zdania lepiej je połączyć w jedno- " Fred zeskoczył z półki i poczłapał do swojej toalety, która znajdowała się tuż obok."

7.
Stanowiło ją kawałek szorstkiej wykładziny, o którą mógł wytrzeć swą podeszwę oraz przymocowana na stałe do ściany miękka szczotka i pojemnik na pastę do butów.

Nie uważasz, że to zdanie dziwnie brzmi? Zacznijmy od jej pierwszego członu- jak może stanowić łazienkę kawałek wykładziny? Poza tym brakuje przecinka po "przymocowana na stałe do ściany". Zdanie po korekcie powinno np. wyglądać tak: "W jej wyposażenie wchodził między innymi kawałek szorstkiej wykładziny, o którą mógł wytrzeć swoją podeszwę stopy oraz przymocowana na stałe do ściany, miękka szczotka i pojemnik na pastę do butów."
Tak na przyszłość czytaj każde zdanie osobno. To pozwoli ci na zauważenie błędów, które się czasem nie wychwytuje, gdy czyta się ciągiem.

8.
kieszonkowe lusterko w którym

Po "lusterko" powinien znajdować się przecinek. Przed każdym "które", "którym", "z którym". "w którym" itd. stawiamy przecinek.

9.
Od niego zresztą zaczynał poranny ceremoniał.

Poprawniej brzmiałoby "Zresztą od niego zaczynał poranny ceremoniał."

10.
Zauważył nieco zaschniętego błota prawie na samym końcu, koło obcasa.

Na samym końcu czego? Powinno być tam "buta". Na przyszłość staraj się nie gubić słów.

11.
zaczął się weń wycierać.

Staraj się także nie używać archaicznych słów. Zamiast "weń" możesz napisać "w nią".

12.
przywodziła my na myśl

Literówka. Zamiast "my"- "mu".

13.
Fred przejrzał się jeszcze raz w lustrze po czym odparł

Przed "po czym" stawiamy przecinek.

14.
wydobywający się z okrętu którym chyba płynął.

Zgubiłeś przecinek przed "którym".

15.
gdy starał się zarobić parę dolarów stepując przy jednym

Przed "stepując" powinien się znaleźć przecinek.

16.
Madam, myślę że będzie pani oczarowana.

Skoro już wstawiasz do tekstu obcojęzyczny termin, tutaj francuski, to stosuj się do poprawnej formy- "Madame", możliwe, że jest to także twoja literówka. Tego nie wiem ;)

17.
iż bez większych trudności potrafił odgadnąć czego oczekują

Przed "czego" stawiamy przecinek.

18.
z założoną niedbale czarną, skórzaną kamizelką oraz niebieskich, lekko postrzępionych dżinsach.

Czy widzisz co tu nie gra? Nie? Patrz, wytnijmy część tego zdania i zostawmy ją w ten sposób: "z założoną niebieskich, lekko postrzępionych dżinsach". Źle gramatycznie dopasowałeś drugą część zdania. Chyba najbardziej poprawnie powinno to brzmieć "z założoną niedbale czarną, skórzaną kamizelką oraz ubranego w niebieskie, lekko postrzępione dżinsy".

19.
Pieere wyjął z plecaka torebkę z cruasantami.

Nie wiem, co zrobiłeś biednemu pieczywu z ciasta francuskiego w kształcie półksiężyca, ale piszemy "croissant".

20.
Leki uśmiech

Drobna literówka- "Lekki".

21.
iż faktycznie zna żywego buta. W dodatku but

Ponownie powtórzenie. Zamiast "but" może być np "trzewik".

22.
- Myślę, że znam potrzeby butów bardzo dobrze, ale mam po prostu inny styl, wymagający nieco poświęceń ze strony buta – zażartował Pieere.

"Butów"-"buta" -> kolejne powtórzenie.

23.
Przywiązujecie ogromne znaczenie do ubioru. Jakbyście chcieli nim przedstawić całe wasze wnętrze – Fred wpadł w profesorski ton.

Zamiast kropki powinien być przecinek.

24.
Jestem butem który nadaje się na przykład do garnituru i moim obowiązkiem jako takiego jest schludność.

Primo- przecinek przed "który". Secundo- "jako takim" a nie "jako takiego". Po korekcie powinno to wyglądać tak: "Jestem butem, który nadaje się na przykład do garnituru i moim obowiązkiem jako takim jest schludność."

25.
Poza tym, swego czasu poznałem co to znaczy

Przed "co to znaczy" powinien być przecinek.

26.
uwidaczniać ich tam gdzie tego pragną.

Przed "gdzie" przecinek.

27.
Najprawdopodobniej gdyby mieli takie możliwości ułożyli by swe życie tak

Primo- po możliwości przecinek. Secundo- "ułożyliby" piszemy razem.

28.
- „Wysoka i wyniosła” - pomyślał.

W żadnym wypadku nie stawiamy przed 'przemyśleniami' myślnika. Jeśli byś napisał przykładowo: "Fred pomyślał: "Wysoka i wyniosła"" to nie stawiasz, jeżeli wolisz tak jak ty to najlepiej by to chyba wyglądało w ten sposób: ""Wysoka i wyniosła" pomyślał".

29.
- „Wysoka, wyniosła i do tego idiotka”. – Analizował Fred

To samo, co wyżej pisałam.

30.
Skorzystać z tej nadążającej się okazji

Drobna, podwójna literówka- "nadarzającej się".

31.
po czy dodał

Najprawdopodobniej miało było być "po czym".

32.
starając się udobruchać przyjaciela - Fred jest bardzo elokwentnym butem.

Zmieniłabym to zdanie tak: "starając się udobruchać przyjaciela, dodał- Fred jest bardzo elokwentnym butem."

33.
- „A niechże ją...” – myślał wzburzony Fred

Ten sam błąd, co kilka punktów wyżej.

34.
drewnianej podkładce którą trzymał

Przed "którą" stawiamy przecinek.

35.
A pomerdasz sznuruweczkami dla pani?

Błąd ortograficzny- "sznuróweczkami".

36.
już po piętnastu minutach odkąd znikały z jej pola widzenia.

Przed "odkąd" przecinek.

37.
Tym czasem eleganci półbut

Primo- piszemy razem "Tymczasem". Secundo- literówka, "elegancki".

38.
gnają przez Place du Tertre śmiejąc się

Przed "śmiejąc się" przecinek.

39.
po kilu dniach

Literówka- "kilku".

40. [- „Czy kiedykolwiek byłem dzieckiem?” - ponownie zadawał sobie w myśli pytania, na które nigdy nie potrafił znaleźć odpowiedzi. – „Odkąd pamiętam zawsze miałem ten sam rozmiar, ale czy to wystarczy, aby być dorosłym butem? Kiedyś na pewno byłem bardziej niedorosły.”/quote]
Ponowny błąd, co kilka punktów wyżej.

41.
Widać była to związane z jakąś zabawą.

Literówka albo niedopasowanie gramatyczne- "było".

42.
Po woli, coraz bardziej wychylał się ze swej kryjówki i zaczął przypatrywać się pilnie, tworzonemu portretowi.

Primo- "powoli" piszemy razem. Secundo- niepotrzebny przecinek przed "tworzonemu".

43.
piękno zewnętrzne ale i duszę

Przed "ale" przecinek.

44.
Siedziała w milczeniu oczekując

Przed "oczekując" przecinek.

45.
- „Nigdy nie wiadomo, co tym dzieciakom zaraz przyjdzie do głowy” – myślał.

Ponownie ten sam błąd.

46.
Chłopak tym czasem

"Tymczasem" piszemy razem. Zapamiętaj, bo drugi raz popełniłeś ten sam błąd.

47.
Byli sami. Oni i ładniejszy od oryginału portret.

Połączyłabym te dwa zdania- "Byli sami, oni i ładniejszy od oryginału portret.

48.
tłumaczył sobie - „Spokojnie, uspokój się.” – Uspokojenie nie nadchodziło.

Według mnie powinno wyglądać to tak: "tłumaczył sobie: "Spokojnie, uspokój się". Uspokojenie jednak nie nadchodziło."

49.
Czuł się mocno zakłopotany. W dodatku koledzy, siedzący obok, sprowokowani wybuchem śmiechu, zaczęli dociekać co go wywołało, podchodzili, spoglądali z ukosa na niedokończony portret, po czym także uśmiechali się lekko i powracali do swojej pracy.

Rozbiłabym to na dwa zdania: "Czuł się mocno zakłopotany. W dodatku koledzy, siedzący obok, sprowokowani wybuchem śmiechu, zaczęli dociekać co go wywołało. Podchodzili, spoglądali z ukosa na niedokończony portret, po czym także uśmiechali się lekko i powracali do swojej pracy."

50.
Ha ha ha ha ha!

Poprawnie ortograficznie pisze się "Cha cha cha cha cha!"

51.
- Dopiero co mięliśmy przerwę.

Literówka- "mieliśmy".

52.
elegancko związał kokardę ze sznurówek

Lepiej by brzmiało "zawiązał".

53.
Zwykle ludzie nie traktowali go jako wypełni antonimiczną osobę przy pierwszym spotkaniu.

Primo- przed "jako" przecinek. Secundo- literówka "autonomiczną". Tertio- "w pełni".

54.
to mijało nieco czasu

Użyłabym tutaj czasu przeszłego- "minęło".

55.
Grupka dzieci stanęła obok przyglądając się

Przed "przyglądając" przecinek.

56.
Fred patrzył na dzieciaki, a dzieciaki patrzyły na Freda. Pieere patrzył na znikającą

Potrójne powtórzenie. O ile jestem w stanie zrozumieć je w pierwszym zdaniu, o tyle w drugim powinieneś użyć synonimu np. "spoglądał".

57.
zapytał chłopak który

Przed "który" przecinek.

58.
spytała rudowłosa, dziewczynka

Niepotrzebny przecinek.

59.
rozmownym panem butem. Jednym z tych czarodziejskich butów

Powtórzenie, ponownie przydałby się synonim.

60.
- Mogę chodzić sam gdzie i kiedy chcę jak każdy z was.

Przed "gdzie" przecinek".

61.
Nie przekrzykujcie go bo sobie pójdzie.

Przed "bo" przecinek.

62.
W końcu przemówił.

Zamiast kropki, dwukropek, bo zaczynasz linijkę niżej wypowiedź.

63.
Dobry but, to zadbany but

Niepotrzebny przecinek.

64.
Podobnie jest z butem gdy wejdzie na szkło.

Przed "gdy" przecinek.

65.
Pamiętajcie aby uważać

Przed "aby" przecinek.

66.
którzy baczą by nie wejść

Przed "by" przecinek.

67.
przed kafejkę w której

Przed "w której" przecinek.

68.
innych żyjących butów

Po "innych" przecinek.

69.
rozmawiający z osobą która go właśnie nosiła

Przed "który" przecinek.

70.
niezwykłości, niż z powodu westchnień Freda

Niepotrzebny przecinek.

71.
zapytał chłopiec który wymyślił trąbę

Przed "który" przecinek.

72.
wychował się w śród butów

Niepotrzebna spacja "wśród".

73.
moi rodzice byli by wieszakami

"byliby" piszemy razem.

74.
po czym po woli zaczął

"Powoli" piszemy razem.

75.
ciemno brązową

"Ciemnobrązową" piszemy razem.

Pozdrawiam.

Falcor Użytkownik wpmt 17 05 2015 (15:30:26)
Dzięki za opinię i uwagi. Z tymi błędami to sam nie wiem co zrobić. Zawsze czytam swoje prace przed publikacją, często wielokrotnie, a potem i tak wszyscy znajdują w nich masę błędów. Nie wiem o co chodzi - chowają się one przede mnie i nie mogę ich dostrzec, czy jak? Nie zgodzę się natomiast jeżeli chodzi o myślniki i cudzysłowy przy "przemyśleniach". Mój sposób zapisu, nie jest moim wymysłem. Zaczerpnąłem go od innych autorów, z normalnie wydanych książek. Niestety nie pamiętam dokładnie, w których tytułach spotkałem taki zapis (może to było w "Diunie"?). Poszukałem też trochę w Internecie i, jeżeli można wierzyć temu co tam piszą, to nie ma jakiegoś obowiązującego standardu.
Tak, czy inaczej, jeszcze raz dzięki za sprawdzenie oraz recenzję. Pozdrawiam :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(21): 21 gości i 0 zarejestrowanych: