Pseudonim: Terila
Imię: Patrycja
Skąd: Wrocław
O sobie: "Wyryj to sobie w pamięci, chłopcze: świat wspiera się na czterech filarach... - [...] - Na naukach mądrych, na sprawiedliwości wielkich, na modlitwach prawych i na waleczności dzielnych."
Napisanych prac:
- nowości: 2
- wiersze: 12
- proza: 41

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 235 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Rozdział XXV..." 27.04.2013
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"Rozdział IX "Będę..." 18.05.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012

Inne prace tego autora:
"Rozdział XXI..." 03.12.2012
"Rozdział XVII "Rafael..." 23.08.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012
"Głównie Deszcz cz.10" 08.04.2014
"Rozdział XVIII "Nic co..." 16.10.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Rozdział XXV "Przecież o to cię prosiłem"

Diana miała wrażenie, że czas się zatrzymał. Kamienny, chłodny korytarz, przez który ciągnęła Bernadetę, wydłużał się i wydłużał. Coś zamarło bądź zmarło. Dziewczyna nie potrafiła sprecyzować własnych odczuć. Ściany zastygły, jakby wcześniej faktycznie się poruszały. Cóż za nonsens, drwiła z zamku Diana, kąpiąc się we wrzącej goryczy. Strach odszedł na drugi plan. Pojawiła się magia, iluzja, szatańska sztuczka. Znikąd, właściwie. Ktoś bawił się umysłem dziewczyny. Jej postrzeganiem i ona po części zdawała sobie z tego sprawę, jak wtedy, gdy śpiący uświadamia sobie, że śni. Wolną dłonią przytrzymywała kieszeń spodni. To był jedyny test rzeczywistości, którym mogła się zadowolić, któremu była w stanie zaufać. - Skąd wiesz, dokąd iść? – zapytała Bernadeta, śledząc plecy przyjaciółki. Diana prychnęła, zrozumiawszy, że brunetka miała rację. Spojrzała na nią z czułością oraz bolącą bezradnością. - Ktoś bardzo chce, żebym się tam znalazła – szepnęła. Nagle obie zwróciły oczy ku Lucyferowi, który stał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie uprzednim razem mijał go Gerald. Diabeł wyciągnął spod płaszcza zapalniczkę, podpalając trzymane w ustach cygaro. Kłęby dymu rozeszły się po wilgotnym przejściu, a Lucyfer podniósł na dziewczyny wzrok. Bernadeta chwyciła Dianę mocniej za rękę. - Za tymi drzwiami jest Gerald i Gabriel – odezwała się ta o miedzianych włosach, wpatrując się we Francuza. - A ja nie zamierzam was zatrzymywać – odparł ze zdumieniem. - Dlaczego? - Jakby wam to wytłumaczyć. – Potarł palcami skroń, a jego twarz stężała w zamyśleniu. – Diabeł jest tylko jeden. – Roześmiał się w głos. Dziewczyny z fascynacją obserwowały jego dziecięcą radość, a nikły rumieniec zaszkarłacił ich policzki. Odniosły wrażenie, że Lucyfer całe wieki przygotowywał się do wypowiedzenia tych słów. Diana ocknęła się, szturchając przy tym Bernadetę. Pociągnęła ją ku zamkniętym drzwiom. Światło pchające się z drugiej strony wpadało przez wolne szpary razem z płatkami śniegu. - Jeszcze w życiu nie widziałam czegoś takiego – odezwała się brunetka, a głos jej brzmiał odlegle, jak u człowieka w transie. - To dopiero początek. – Uśmiechnął się lubieżnie Diabeł, puszczając im oczko. – Jeszcze tylu rzeczy nie widziałaś, moja droga, że twoja buzia ponownie przybrałaby kolor rozłożystej róży. * * * Geraldowi zrobiło się zimno. Rozbiegane dreszcze przeszywały jego ciało, kując, szczypiąc oraz dręcząc. Obserwował płonące żywym ogniem oczy Gabriela. Świadomość powoli uchodziła z mężczyzny. Powieki stały się diametralnie cięższe. Człowiecze ciało umierało. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez nie powstało, A bez niego nic nie powstało co powstało. W nim było życie a życie było świętością ludzi, A światłość świeci w ciemności, A ciemność jej nie przemogła. - Gerald! Archanioł i wspominany spojrzeli w kierunku, z którego dobiegł rozpaczliwy krzyk. Diana drżała. - Dobrze wiem, że sobie poradzisz! – Gabriel znieruchomiał, cały się napinając, jak struna. – On nie potrafi sobie radzić z ludzkimi emocjami! A ty jesteś Bogiem! Anielita w mgnieniu oka zmienił obiekt zainteresowania, wiercąc wzrokiem mężczyznę, którego dusił już od jakiegoś czasu. Faktycznie, jak na człowieka dość długo to trwało. Wtedy wyraz twarzy Gabriela uległ zmianie. Otępiał albo zgłupiał. Wypuścił gardło Geralda ze śmiertelnego uścisku, odsuwając się przerażony. - Ja cię poznaję – szepnął, niczym zagubiony wędrowiec, który wreszcie odnalazł swój dom. Tak tęskny, a jednocześnie tak obcy. Gerald podniósł się z ziemi. Drobne warstwy śnieżnego puchu posypały się z jego ramion. Mężczyzna przesłał brunetowi zmęczone, stare spojrzenie. Archaniołem targnął histeryczny śmiech. - Prawie ci się udało – wydusił przez łzy. Dwa świetliste punkty skoncentrowały się na obszarze anielskich dłoni. Coś buchnęło, a zerwane skały z wysokich gór posypały się wzdłuż kamiennych ścian. Mgliste opary podniosły się z otchłani, otaczając taras. Światło rozbłysło ponownie, powalając Geralda na ziemię. Blask wdzierał się pod jego skórę, przewiercał gałki oczne, szarpał za klatkę piersiową, pozbawiając tchu. Anielska siła domagała się wstępu do duszy starca. Siwowłosy obserwował krążące, jak po orbicie lęki, twarze, czyjeś oraz własne słowa. Widział ludzi tańczących wokół ognia, dwóch rzezimieszków czyhających na samotną kobietę w ciemnej alei, skaczące ze wściekłości oraz zalane płaczem dziecko. Zobaczył kościół, wielką świątynię, przykrytą mrokiem nocy, topiącą się w błocie, które falowało, przywodząc na myśl burzące się morze. Grzęzawisko zaczęło pochłaniać Dom Boży. Po ścianie spływała strużka krwi. Gerald zaniósł się dramatycznym szlochem. Piękne, świetliste łzy sunęły po jego policzkach. Zasłonił twarz dłońmi. - Tak, jak myślałem – odezwał się Gabriel. – Bóg Jest tchórzem. Archanioł zbliżył się do leżącego na posadzce. Gwałtownie znieruchomiał. Niepewnym wzrokiem spojrzał na Geralda, który nie wyglądał już tak staro. Piękna, umęczona twarz mężczyzny wciąż była mokra od łez, ale w oczach jawił się spokój i coś, co Gabriel widział bardzo dawno temu. Cicha potęga. Mężczyzna podniósł się z ziemi, a anielita nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego przeciwnik promienieje nadludzką siłą. Zrozumiał, dlaczego nie mógł się ruszyć. - Ostrzegam cię, Gabrielu – zaczął spokojnie Gerald. – Wycofaj się teraz. Później nawet ja nie będę w stanie ci pomóc. Twarz archanioła wykrzywił paskudny grymas. - Puść mnie, plugawy kapcanie! - Nie trzymam cię. Gabriel zrobił krok do przodu. Faktycznie, mógł się już ruszać. Podszedł do Geralda, czując, jak z każdym krokiem wstępowała w niego nowa pewność siebie. Nogi lekko mu drżały, ale nie przejmował się tym. Stanął twarzą w twarz z mężczyzną. Swoim chytrym, pełnym paranoi wzrokiem wpatrywał się w zagubione oczy starca. Archanioł wciągnął ślinę, po czym zamierzał splunąć na rywala, ale zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Gerald chwycił Gabriela za szyję, okręcił i rzucił na drugi koniec tarasu. Brunet jęknął, czując, jak ból rozsadzał jego kości oraz mięśnie. Zakręciło mu się w głowie, kiedy delikatne promienie chwały musnęły anielską skórę. Co gorsza, to nie była jego chwała. Zamazanym wzrokiem patrzył na zbliżający się ku niemu blask. Boski, potężny. Jakaś siła, o nieokreślonym kształcie, pełna miłości, prostoty i dobra zbliżała się do niego, wprawiając w drżenie zimną posadzkę, ale i chyba wszystko dookoła. Tym razem to Bóg stanął przed archaniołem, ponownie chwytając delikwenta za gardło i przyszpilając do ściany. Anielita szlochał. Szare łzy wylewały się z jego oczu, niczym cienkie strumienie z górskich skał. - Proszę – szepnął. – Nie możesz zabić tego, co sam stworzyłeś. Zaniósł się śmiechem. Zdawało się, że chwila ta trwała i trwała. Rechot anielity niósł się coraz dalej, aż Bóg przymknął swoje niewidzialne oczy. Gabriel z satysfakcją patrzył, jak boska dłoń przemieniła się w rękę Geralda. Mężczyzna drżał, wzrok miał utkwiony w ziemię. Rzęsy lśniły wilgotne od płaczu. Nagle archanioł rozchylił w krzyku usta, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jego gardła. Oczy Gabriela rozszerzyły się w niemym szoku, a ręce zaczęły gwałtownie trząść. Nieprzytomny Gerald spojrzał na anioła i zamarł. Strużka ciemnej krwi brodziła anielskie popiersie. Gabriel z niedowierzaniem lustrował wbity w siebie sztylet, który zajaśniał błękitnym brzaskiem. Diana drżącą dłonią trzymała za rękojeść ostrza. Odsunęła się raptownie, z oszołomieniem widząc falującą sylwetkę konającego archanioła. To ona go zabiła. Nogi się pod nią ugięły, gdy w ostatniej chwili przytrzymał ją Gerald. Chwycił dziewczynę w swoje ramiona, przyciągając mocno do siebie. Oboje spoczęli na posadzce. Gabriel osuwał się powoli na ziemię. Dianą targnął szloch. Skryła twarz przy piersi Geralda, a on zaczął gładzić ją po włosach. - Dziękuję – mruknął, pochylając się i składając delikatny pocałunek na drobnej głowie. - Przecież ja go zabiłam. – Załkała głośno, pociągając nosem. - Przecież o to cię prosiłem. Gabriel ciężko oddychał, ale wciąż to robił. Diana, otulona ramionami Geralda widziała, jak oczy anielity przybierały barwę kruchego węgla. Z jego ust ulatywał pył. Śnieżne, potężne skrzydła struchlały, a całą ich objętość zaczęła pokrywać sadza. Dusza Gabriela przechodziła w mrok. Ni stąd, ni zowąd pojawił się Lucyfer. Gładził dłonią swoje jasne włosy, cmokając z naganą. Kręcił z niedowierzaniem głową, jakby zaistniała sytuacja wydawała mu się karygodną bądź haniebną. Źrenicy dziewczyny rozszerzyły się, kiedy spojrzała na Diabła. Chciała mu powiedzieć tyle rzeczy – żeby sobie poszedł; że dokładnie wiedział, co się wydarzy; by przestał ciągnąć ten spektakl, chociażby na moment, w tej chwili pełnej wewnętrznego katharsis. Nie odezwała się jednak ani słowem. Szatan przerzucił swój wzrok na Geralda. - Wcale nie podpuszczałem Gabriela, by zszedł na ziemię – odezwał się Francuz. – Może i troszkę zdegradowałem młodzież. – Uśmiechnął się wstydliwie. – By w odpowiednim momencie podrzucić im zapalnik. Coś tak nierealnego, jak nagi anioł na środku ulicy. Ty trafiłeś do nich sam. Dobrze znałeś drogę. - Lucyfer przerwał na chwilę, ze smutkiem spoglądając w dal. Płatek śniegu opadł na jego mankiet. – Wpadłeś w taką pułapkę, że aż mnie nie chce się w to wierzyć. Swoją własną. Ludzka niedoskonałość zburzyła percepcje twojej boskości, wystarczająco na tyle, by wplątać cię w intrygę, na którą jeszcze jakiś czas temu w życiu byś sobie nie pozwolił. Chwila zachwiania, braku wiary. Oh, jakiż to był godny pożałowania widok! – Diabeł klasnął w dłonie, po czym gwałtownie spoważniał. - Gabriel był przewidywalny, prosty. Objął szkołę, najbliższe towarzystwo Diany, policję, a następnie rozsiał chaos. Robił, co chciał. Mamił każdego, nie będąc pewnym własnych pobudek. Nie obchodziło go, kogo wplecie w spisek. Głupia Regina Barton i jej córka. Brr… nawet mnie nie przyszłoby to do głowy. „Zabiłbym cały komisariat” – Zaczął przedrzeźniać słowa archanioła, imitując jego głos. - , „Choć, Rafaelu, mam genialny pomysł! Porwijmy paru mnichów z Austrii, na pewno powiedzą nam, gdzie czai się Bóg! Co ty na to?”, „Głupia, stara wiedźma! Nie chciała wydać tego tchórza w zamian za ładną parcelę w niebie! Niech ją diabli zeżrą!” – krzyczał Lucyfer, śmiejąc się w głos. Oczy jego zaszkliły się, omalże się nie popłakał. – Taki cyrk! Taki cyrk i to bez mojego udziału! Gratuluję ci, Gabrielu! Naprawdę, gratuluję! Jeszcze nigdy, ale to nigdy się tak nie uśmiałem. Co ty sobie myślałeś? Że człowieka pokonasz? Z Bogiem człowieka pokonasz? Idź ty, stuknij się w łeb lepiej. Francuz westchnął z roztargnieniem. Chwycił leżącego na posadzce anioła i przerzucił go przez bark, jak niegdyś pozłacany ołtarz. - A więc, moi drodzy. – Skłonił się. – Au revoir*. Oboje zniknęli w płomieniach, które rozproszyły się wraz z ich odejściem. Diana ocknęła się, jakby słowa Diabła wprowadziły ją w trans. Wtedy też zdała sobie sprawę, że zrobiło się straszliwie zimno. Podniosła zmarznięte dłonie z posadzki, Gerald jej już nie obejmował. Rozejrzała się niespokojnie po tarasie. Mężczyzna zniknął. Wielka fala żalu podeszła jej do gardła, gdy wzrokiem spotkała Bernadetę. Mrugnęła ze zdezorientowaniem, a na rozchylonych ustach majaczyła niewypowiedziana prośba. Tylko płatki śniegu pozostawały na swoim miejscu, tańcząc dookoła dwóch ludzkich sylwetek. - Diano, czas wracać do domu – powiedziała zachrypniętym głosem Bernadeta. Dziewczyna skinęła głową. Podniosła się z ziemi, rozumiejąc, że już nigdy więcej nie zobaczy Geralda. Nie wolno jej oglądać go jako Boga. Spuściła głowę, zaciskając w dłoni materiał ochronny po sztylecie. To będzie jedyna pamiątka. - Jak się tu dostaliście? – zwróciła się do brunetki, uświadamiając sobie, że pominęła ten istotny element. Bernadeta uśmiechnęła się delikatnie, przesyłając Dianie promienne, łagodne spojrzenie. - Nie widziałaś jeszcze tych dużych, białych koni ze skrzydłami – odparła z ekscytacją. * * * Gliniarze kręcili się praktycznie wszędzie. W garderobie, za kulisami, przed wejściem, w kasie biletowej i na balkonach. Dwóch grubszych policjantów stało nad martwym ciałem, wpatrując się w nie od dobrych paru minut. Podszedł do nich chudy, wąsaty mężczyzna w szarym garniturze. Zaraz za nim ustawiła się grupa funkcjonariuszy. - Brak narzędzia zbrodni – powiedział z przerażeniem. - To wiemy – odezwał się gruby. – Panie prokurator, daję sobie rękę uciąć, że narzędzie zbrodni jest tam, gdzie morderca. Splunął na podłogę, wykrzywiając twarz w zniesmaczonym grymasie. Prokurator pobladł jeszcze bardziej. - O, nie, nie– zaprotestował gorączkowo. – Mówiąc brak narzędzia zbrodni, miałem na myśli, że kałuża krwi, którą teraz podziwiamy, wylała się z brzucha ofiary. Koszula dziewczyny jest postrzępiona, struga zaczyna się dokładnie w tym miejscu, ale na ciele nie ma ani rysy. Gruby spojrzał wściekle na chudego mężczyznę. - Co, pan? Niech głupka ze mnie nie robi! Jak to nie ma rany? - Nie ma. Policjant podrapał się po głowie, pochylając nad zwłokami. Między pozostałymi funkcjonariuszami rozległy się nerwowe szepty. - Matko Bosko, Jedyna! – zawołał gliniarz. – No, nie ma! Prokurator wyciągnął z kieszeni chustkę, po czym otarł spocone czoło. - A mówiłem. To nie koniec – rzucił tonem tak piskliwym, jakby kolejne słowa miały przyprawić go o nagłą śmierć. – Zostały odciski palców. * Au revoir – do widzenia



        Dedykacja: To ostatnia część. Dedykuję ją Marybeth, dzięki której ten tekst wytrwał do końca. Mam nadzieję, że jeszcze wrócisz, by powiedzieć mi, co naprawdę o tej historii myślisz i czy warto było śledzić ją tak długo. A także wszystkim, którzy przechodzą przez cały ten proces tworzenia całej książki. Lekkiego pióra i jeszcze lżejszej psychiki. :)

Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 27.04.2013r.

1     

Nowokaina Użytkownik wpmt 28 05 2013 (18:02:17)

Użytkownik ocenił pracę na 6

No, moja droga, jak mogłabym zaprzepaścić Twoją powieść? I to ja, która niemal pod każdym jej rozdziałem zrzędziłam? :)
Proszę o wybaczenie, że nie mogłam być na bieżąco, ale tak jak to już było wspomniane - matura robi swoje i trzeba było się nieco przygotować.

Jestem pod wrażeniem Twojego pióra, że tak powiem. Pamiętam trudne początki, ale to, co najważniejsze to, fakt, że się nie poddałaś i pisałaś dalej. Nawet wtedy, gdy wypominałam Ci najmniejszy nawet błąd. To oznacza, że jesteś ambitna i za wszelką cenę dążysz do obranego przez siebie celu. :)

Cóż jeszcze mogę dodać? Szóstka za całość, szóstka za Twój poświęcony czas! :)

Terila Redaktor 28 05 2013 (21:31:48)
Nawet nie wiesz, jak bardzo brakowało mi Twojego zrzędzenia. Uwielbiam je. ;)
Niczyje słowa tak mnie nie wspierały jak Twoje, podczas pisania swojej pierwszej "powieści". :)
Dziękuję Ci z całego serduszka!
Cieplutko pozdrawiam!

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 28 04 2013 (17:04:15)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj,

spojrzałam na dedykację i wiesz, nie musisz się martwić- Marybeth do nas wróci, na razie jest kimś w rodzaju ,,redaktora zawieszonego" ze względu na chwilowy brak czasu.
Co do tekstu, muszę przyznać, że jest naprawdę dobry. Masz ciekawy styl, całość jest lekka i przyjemna. Intrygujesz, wciągasz, aż człowiek żałuje, że to już koniec- mam nadzieję, że już zaczynasz następną powieść!

Wkradły się drobne błędy interpunkcyjne, które pozwoliłam sobie poprawić, drobne niedociągnięcia.
Z nikąd, właściwie.

,,Znikąd" piszemy razem, zapamiętaj!

- Jakby wam to wytłumaczyć. – Potarł palcami skroń, a jego twarz stężała w zamyśleniu. – Diabeł jest tylko jeden. – Roześmiał się w głos.

Świetny fragment, mimowolnie się uśmiechnęłam. Mam jednak takie drobne pytanie- czy nie lepiej brzmiałoby np. ,,na głos"? Nie słyszałam jeszcze tak funkcjonującego związku wyrazowego w tym przypadku. Zwykle mówimy coś właśnie ,,na głos".
Rozbiegane dreszcze przeszywały jego ciało, kłując, szczypiąc oraz dręcząc.

Poprawniej byłoby ,,kując".

Nie mam żadnych zastrzeżeń. Ciekawe zakończenie, 'scena' z dwoma funkcjonariuszami, niby taka zwykła, codzienna, dodaje uroku. Dzięki niej czytelnik jakby budzi się z wizyty w innym świecie, ale wciąż o niej pamięta. Piąteczka. Tyle na dziś ode mnie, pracę akceptuję.

Pozdrawiam ciepło
Marzycielka :)

Terila Redaktor 28 04 2013 (23:20:00)
Tak myślałam, Marybeth w ostatnim czasie wspominała, że przed nią matura. Dziękuję jednak za słowa otuchy. :)

Jej, jak mi głupio, że popełniłam taką gafę przy "znikąd" czy "kując". Obiecuję, więcej się to nie powtórzy!
Pierwsza wersja "w głos" brzmiała "na głos", ale dokładnie nie wiem dlaczego ją zmieniłam. :D Miałam wrażenie, że "na głos" nie oddaje tego, co właściwie chcę przekazać.

Bardzo dziękuję Ci za komentarz i ocenę. Cieszę się, że ten rozdział został tak pozytywnie przyjęty, naprawdę balsam dla duszy. :D
Pozdrawiam i życzę miłej nocy!



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(52): 52 gości i 0 zarejestrowanych: