Pseudonim: Terila
Imię: Patrycja
Skąd: Wrocław
O sobie: "Wyryj to sobie w pamięci, chłopcze: świat wspiera się na czterech filarach... - [...] - Na naukach mądrych, na sprawiedliwości wielkich, na modlitwach prawych i na waleczności dzielnych."
Napisanych prac:
- nowości: 2
- wiersze: 12
- proza: 41

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 235 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Rozdział XXV..." 27.04.2013
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"Rozdział IX "Będę..." 18.05.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012

Inne prace tego autora:
"Rozdział XV "A..." 05.08.2012
"Rozdział XVII "Rafael..." 23.08.2012
"Rozdział IX "Będę..." 18.05.2012
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Co by było gdyby cz.3" 28.05.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Rozdział XVII "Paniczny nieznajomy"

Diana stanęła przed potężną konstrukcją, stworzoną na cele wiary rzymsko-katolickiej. Budowla wzniesiona w 1925 roku zdążyła przeżyć już dwie renowacje i ambitniejszą przebudowę lewej części kościoła, która przechodziła w obszerny klasztor z archiwum pewnych dokumentów chrześcijańskich. Oczywiście, znaczna zawartość starej biblioteki koncentrowała się wokół listów oraz prac autorskich mało znanego, średniowiecznego duchownego. Dla tutejszej społeczności był to atut ich miasta. Zwabiał pobliskich podróżnych oraz całkiem liczne grupy poszukiwaczy boskiej prawdy. Budynek posiadał dwie kondygnacje, a także nieprzebrane liczby korytarzy łączące monaster ze świątynią. We wschodniej części klasztornego obszaru wzniesiono przysadzistą wieżę. Rezydował w niej stary odźwierny, sprawujący opiekę nad obiektem. O jego pochodzeniu mieszkańcy wiedzieli niewiele. Był cichy, małomówny i unikał kontaktu z innymi ludźmi. Nikt nie przychodził do starca z wizytą, a on sprawiał wrażenie, jakby ta sytuacja wyraźnie mu pasowała. Mamroczący pod nosem Edgar minął Dianę, łypiąc na nią spod byka. Dziewczyna zignorowała odźwiernego. Tępo wpatrywała się w szczyt podświetlonej budowli. Rozległ się trzask zamykanych drzwi, po czym oczom starca ukazała się szczupła brunetka. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, obdarzając wymownym grymasem na twarzy. Edgar zaklął do siebie, by po chwili zniknąć za rogiem kościoła. - Nie wiem, czy to a oby najlepsze miejsce na spotkanie konspiracyjne. Stary odźwierny wszędzie wciska swój haczykowaty nos – powiedziała Bernadeta, stając u boku Diany. - Jest stary. - Wiem to. Jesteś pewna, że ten twój nadawca koperty wie, co robi? - Bądź spokojna. - Uśmiechnęła się kasztanowłosa, klepiąc przyjaciółkę po ramieniu. - On też jest stary. Diana postąpiła parę kroków. Przyłożyła dłonie do mosiężnych, kościelnych wrót i pchnęła je do wewnątrz. W środku było ciepło... oraz pusto. Dziewczyna na pierwszy rzut oka nie dostrzegła w pobliżu nikogo. Dopiero później w pierwszej ławie po prawej rzucił jej się w oczy siwiejący czubek czyjejś pochylonej głowy. Chłód zadął z zewnątrz, a siła podmuchu prawie przesunęła lewe skrzydło drzwi, razem z opierającą się o nie Dianą. Dziewczyny drgnęły nerwowo, z roztargnieniem lustrując swoje twarze. Obie szybko przekroczyły próg świątyni, a wrota zatrzasnęły się za nimi z hukiem. Gwałtownie odwróciły się, w duchu zastanawiając czy rzeczywiście jedynym sprawcą hałasu mógł być wiatr. Sakralny hol zalała cisza. Diana przełknęła ślinę, co ze względu na akustyczne możliwości pomieszczenia zabrzmiało głośniej niż w normalnych warunkach. Dziewczyny skierowały się ku przednim ławom. Gerald klęczał, modlił się. Diana odczuła niezręczność. Czy powinna mężczyźnie teraz przerywać? Pochylony wyprostował się, przeżegnał, po czym przesłał dziewczynie promienny uśmiech. Jego rozbawiony wyraz twarzy natychmiastowo uległ zmianie, gdy dostrzegł wpatrzoną w niego, przestraszoną parę obcych oczu. Spuścił wzrok, a eleganckie ruchy nabrały ledwie zauważalnej niezręczności. Usiadł na ławce, nerwowo omiatając kościół, jakby w oczekiwaniu na większą liczbę nieproszonych gości. Diana zajęła miejsce obok, kiwając głową na Bernadetę, by ta podążyła jej śladem. - Przyprowadziłaś nowego kompana – odezwał się mężczyzna, a w jego głosie dało się słyszeć przeraźliwy chłód, na jaki jeszcze nigdy sobie nie pozwolił. Był zły. Brunetka wyczuła napiętą atmosferę spowodowaną jej obecnością. Policzki Bernadety zalały rumieńce wstydu i właśnie wtedy, gdy drgnęła, by opuścić świątynię, Gerald wyciągnął do niej rękę. - Witam, ta młoda dama obok ciebie pewnie zdążyła już mnie przedstawić, ale pozwól, że zrobię to osobiście. Nazywam się Gerald i pragnę przeprosić za oziębłość ze swej strony, którą niewątpliwie odczułaś. Z racji wieku pewne stany udzielają się częściej. Jeżeli przyprowadziła cię tu Diana, znaczy to, że ci ufa. Czy możemy spodziewać się jeszcze jakichś gości? - Ostatnie pytanie skierował do kasztanowłosej. Dziewczyna energicznie pokręciła głową po części oniemiała wypowiedzią mężczyzny. Dokładnie taki wydawał jej się na początku ich znajomości. - Gerald, nie mamy na to czasu – wyrzuciła z siebie, chciała to powiedzieć już o wiele wcześniej. - Anielici porwali naszą przyjaciółkę, a Gabriel wcale nie zamierza zwiastować kolejnego Mesjasza z miłości. Mężczyzna nie wydawał się zaskoczony nagłym wyrzutem Diany, zamiast tego rzucił roztargnione spojrzenie na kościelny hol, ołtarz, a nawet wiszący świecznik. - Domyślałem się tego – odparł. - Musimy znaleźć Boga! - naciskała dziewczyna. - Dziecko Gabriela ma zająć Jego obecne miejsce. - Gerald omalże nie podskoczył na dźwięk tych słów. - Siedzi po prawicy Ojca, i powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu Jego nie będzie końca – wyrecytowała Diana. - Dobrze, dobrze! - wybuchnął mężczyzna. - Rozumiem, ale za to ty nie rozumiesz pewnych rzeczy! To wcale nie jest takie łatwe, ba! To nigdy nie było łatwe. Próbowałaś kiedyś szukać Boga?! Nie? Oczywiście, że nie! Ja próbowałem, żmudna, ciężka, bezproduktywna praca! - To nasza jedyna nadzieja! - Naszą jedyną nadzieją jesteś ty! Człowiek! Nie Bóg! Diana zamilkła, nie wiedząc czy powodem nagłego odebrania mowy był gniew, czy raczej zdumienie. Bernadeta pobladła, drżące ręce wciskając między uda. Mogła zostać w domu, nigdzie się nie ruszać. Napiętą scenę przerwał zgryźliwy dźwięk uginającej się klamki. Nie minęła chwila, kiedy potężne drzwi kościoła otworzyły się na oścież, wpuszczając do pomieszczenia zimny wiatr. W progu wrót zamajaczyła ciemna, dostojnie wyprofilowana sylwetka. Ubrany w czarny garnitur, tego samego koloru buty i krawat dystyngowany mężczyzna zrobił parę kroków ku wnętrzu świątyni, pozwalając, by rozchylone za nim drzwi zamknęły się z hukiem. Zbliżał się powoli, chodem płynnym oraz dumnym. Jasne jak poranne słońce włosy zaczesał do tyłu, pomagając sobie jakimś kosmetykiem. Brak zarostu na twarzy podkreślał jego francuską urodę. W prawej dłoni trzymał żarzące się cygaro. Diana pełna obaw i podejrzeń zerknęła na Geralda, szukając w jego mądrych oczach rady albo choćby jakiejś wskazówki, ale to, co zobaczyła przeraziło ją jeszcze bardziej. Mężczyzna trząsł się do tego stopnia, że dziewczyna oczami wyobraźni widziała jak Gerald wstaje z krzykiem i zrywa się biegiem w stronę zamkniętych wrót. Staruszek spojrzał na dziewczyny z dziwnym wyrazem twarzy, o ile nie panicznym. - Nawet nie ośmielcie odezwać się słowem – wydusił. Tymczasem tajemniczy gość zdążył dojść do głównego ołtarza, który podziwiał iskrzącym ciekawością wzrokiem. Oblicze miał srogie, wręcz można powiedzieć, że kamienne. - Dziwne słuchy mnie dochodzą, mój drogi przyjacielu. Nazbyt absurdalne, nawet dla takiego męczennika jak ja, który to i owo zdążył podczas swego marnego istnienia przeżyć, a przecież ja nie Bóg. Ten to dopiero musi przeżywać wewnętrzny rozjusz, nie uważasz Geraldzie? Pamiętam te czasy, gdy jeszcze Mu pomagałeś. Byłeś taki młody, mimo ciążącego bagażu ciekawych doświadczeń. Tak, wiem, że nie popierasz mego zdania. Ciekawość każdy pojmuje inaczej. Nie mam pretensji, zresztą dawno jakoby takich nie posiadałem. Przyznam się jednak, że poniekąd odczuwam... rozczarowanie. - W tym momencie mężczyzna uważnie przewiercił wzrokiem spojrzenie Geralda, po czym ponownie przeniósł go na ołtarz. - Klasa, mój drogi przyjacielu, klasa. Zawsze podziwiałem ją w tobie, dlatego musisz zrozumieć moje zażenowanie wywołane twoimi uporczywymi staraniami walki z przeznaczeniem. Dziczejesz przyjacielu, człowieczeństwo ci nie służy. Gerald po raz pierwszy od wejścia intruza wyprostował się, opanowując targający nim strach. Nieprzytomne oczy mówiły jasno – dobrze znał eleganckiego Francuza. - Jaki masz w tym interes? - zapytał. Twarz tajemniczego mężczyzny przyozdobił szeroki uśmiech. - Duszę, przyjacielu – prawie wyszeptał te słowa, jakby krople słodyczy w tym samym momencie spłynęły na jego usta. - Mnie również miło cię widzieć, Lucyferze. Lucyfer wybuchnął gromkim śmiechem, kurczowo chwytając się za brzuch. Wzdychając z rozbawienia, niedbale oparł się o pozłacany ołtarz. - Głupcze, ja ci tu oferuję pomoc w zgładzeniu Gabriela, a ty nią gardzisz. Śmiało! Utrudniaj sobie życie, tylko później nie przychodź do mnie na kolanach z powołaniem na dawne czasy! - Mężczyzna ponownie zaniósł się śmiechem. - Na kolanach?! - Prawie się popłakał. - Rozumiesz to? Na kolanach! Lucyfer zwijał się na podłodze, nie mogąc powstrzymać radości z własnego żartu. Gerald uśmiechnął się pobłażliwie, choć głupota towarzysza naprawdę go rozbawiła. - Ubóstwiane przez ciebie cechy właśnie mną nasiąknęły, więc zrozum za pierwszym razem, bym nie musiał się powtarzać – zakomunikował ostrzegawczo. Diabeł podniósł ciekawe oczy na opanowanego już mężczyznę. - Nie przyjmuję twojej pomocy. - Nie, Geraldzie – zaprzeczył blondyn, podnosząc się z ziemi. - To ja nie przyjmuję twojej. Spoważniał, a na jego oblicze wystąpiło zakłopotanie, które bardzo starał się zatuszować. - Myliłem się – przyznał, a po głosie zdawało się, że mówił szczerze. - Drogę Gabriela do tronu zagrodzą prawdziwe tytany. - Najprawdziwsze, Lucyferze. Wspominanym wstrząsnął chichot. - No, proszę coś nowego. Nutka bezczelności w geraldzkim poczuciu humoru... Może na zawsze pozostaniesz w tej formie? Gerald milczał. Diabeł wpatrywał się przez chwilę w mężczyznę. Westchnął teatralnie, spuszczając zawiedziony wzrok. - Cóż tu po mnie? - zapytał. - Cóż tu po pozłacanym ołtarzu?! Masz rację Geraldzie, wezmę go ze sobą i już mnie nie ma. Zanim którekolwiek ze siedzących w ławie zdążyło zareagować, Lucyfer wziął na barki kościelny ołtarz, dostojnym skinieniem głowy, żegnając towarzystwo. Jego głośne kroki ucichły, a mosiężne wrota same otworzyły się na oścież. Szatan rozpłynął się w panującym na zewnątrz mroku razem ze swoim pozłacanym łupem. - Chodźmy. Gerald podniósł się, chwytając w dłonie swój ciemny kapelusz. Bez słowa wyjaśnienia skierował się w tę samą stronę, co uprzednio Lucyfer. Cała trójka opuściła kościół, zatrzymując na szerokim dziedzińcu. Mężczyzna spojrzał przenikliwie na każdą z dziewczyn, po czym skłonił niemalże w pół. - Żegnam, drogie panie. W cieniu panującego mroku zmarszczki Geralda gdzieś się zamazały, uwydatniając przystojne oblicze właściciela. Bernadeta wstrzymała oddech. Odruchowo spuściła wzrok, obawiając się, że zostanie przyłapana na zachwycie nad urodą mężczyzny, który wchodził w bliskie relacje z Lucyferem. Diana widziała go zupełnie inaczej. Wpatrzona w hipnotyzujące oczy od razu dostrzegła w nich troskę, dużo lęków i niepewności. Domyśliła się, że dziś usłyszała o wiele więcej niż Gerald zamierzał jej przekazać. Żałowała, że nie poznała go w innych okolicznościach. Kto wie? Może ten nigdy do końca niezrozumiany mężczyzna z własnej woli, a nie przypadku, zechciałby uczyć ją życia. Diana kiwnęła głową, a Gerald odpowiedział jej uśmiechem. - Do widzenia, Bernadeto – zwrócił się do brunetki. Kasztanowłosa długo przyglądała się jego ginącej w ciemności sylwetce, podczas gdy Bernadeta nie mogła powstrzymać się od komentarza. - Kto to jest? Z kim ty się zadajesz? Dlaczego w ogóle ufasz człowiekowi, który ma wspólną przeszłość z samym diabłem?! Taki wyrafinowany, to chłodny, to opanowany, to wulkan gniewu i frustracji i... i cholernie przystojny. Diana zmarszczyła brwi. Chwila, moment. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Przecież cały czas mówię do ciebie! Nie wierzę, że zjawiałaś się na każde jego wezwanie. Przecież coś tu cuchnie niegodziwością, dwulicowością oraz podstępem na kilometr! To może być jakiś demon, jego odmiana, rodzaj, może nawet ukradł jakiemuś nieszczęśnikowi jego ciało! Kasztanowłosa uśmiechnęła się pod nosem, zadziornie spoglądając na Bernadetę. - On jest niebezpieczny! A ty jeszcze patrzysz na mnie, jakbyś właśnie coś odkryła! Diana zaśmiała się, kierując ku samochodowi. - Jedźmy do domu, Bernadeto. Rodziny na nas czekają. Brunetka wytrzeszczyła oczy. - Wariaci. Całe chmary majaczących wariatów – szeptała do siebie, otwierając drzwi pojazdu. - O, nie, nie. Ze mnie nie zrobicie pomyleńca. Ja wiem, kiedy trzeba użyć mózgu. - Bernadeta! - Przecież już wsiadam! Ostatni raz pozwalam ci otworzyć jakąkolwiek kopertę. Kiedy wrócimy do domu, masz spalić skrzynkę na listy. Szatańskie urządzenie. Ja też swoją spalę.



Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 29.08.2012r.

1     

Nowokaina Użytkownik wpmt 02 09 2012 (11:43:31)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witam po raz kolejny z szerokim uśmiechem na twarzy. Dlaczego? Być może wyjaśnię to w dalszej części mojego komentarza.

Strona techniczna. Tym razem, nie mam się do czego przyczepić. Tak jak ostatnim razem być może nie dopracowałaś wszystkiego do końca, tak teraz możesz być z siebie dumna.

Treść. Chyba jest to jeden z moich ulubionych rozdziałów, a mam nadzieję, że takowych będzie jeszcze więcej. Nie sądziłam, że wprowadzisz postać Lucyfera, dlatego było to dla mnie zaskoczeniem. Miłym zaskoczeniem. Gustuję w powieściach, gdzie łączy się świat rzeczywisty z tym, którego trudno dostrzec. Wprowadzone przez Ciebie anioły i demony są nie lada gratką i poniekąd przypominają mi te z serialu "Supernatural".
Gerald nadal mnie fascynuje. On i jego sposób bycia. Wydaje się być zmienny w swoich zachowaniach, a mimo to Diana potrafi rozpoznać, w którym momencie Gerald zachowuje się najprawdziwiej.
I oczywiście, postać Lucyfera. Mam nadzieję, że powróci.

Musiałam wystawić szóstkę, ponieważ w Twoich pracach znajduję to, czego szukam od dawna - tajemnicy, strefy mroku, walki dobra ze złem we współczesnym świecie z armią aniołów i demonów w tle.
Pozdrawiam gorąco ;)

Terila Redaktor 03 09 2012 (10:33:41)
Jejku, spodziewałam się pozytywnych słów, mnie również ten rozdział bardzo przypadł do gustu, ale nie aż tak pozytywnych. :)Od jakiegoś czasu ciężko przychodzi mi sklejenie choćby paru fragmentów, ale w tej części tak nie było. Ten rozdział napisałam, można by powiedzieć "od tak". ;)

Cieszę się, że godzę w Twoje gusta. (jakkolwiek to brzmi :P )Sama również param się podobnymi tematami i wiem, że jeszcze coś o tym napiszę.
Nie sądziłam, że postać Lucyfera będzie zaskoczeniem. Twoje odczucia względem mojej pracy są zawsze bardzo ciekawe, nie wspomnę już o tym, że dają mi mnóstwo do myślenia. Pozwalają zobaczyć tę historię innymi oczami. Oczami, które widzą bardzo wiele, które rozumieją bardzo wiele i nie boją się o tym mówić. :)

Szczęściara ze mnie, że moją powieść śledzi tak cenny czytelnik. :) Jestem Ci bardzo wdzięczna Marybeth.

Co do serialu "Supernatural" to nigdy go nie oglądałam. ;)


Nowokaina Użytkownik wpmt 04 09 2012 (16:18:26)
Żałuj! "Supernatural" to mój ulubiony serial. :D


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(26): 26 gości i 0 zarejestrowanych: