Pseudonim: Terila
Imię: Patrycja
Skąd: Wrocław
O sobie: "Wyryj to sobie w pamięci, chłopcze: świat wspiera się na czterech filarach... - [...] - Na naukach mądrych, na sprawiedliwości wielkich, na modlitwach prawych i na waleczności dzielnych."
Napisanych prac:
- nowości: 2
- wiersze: 12
- proza: 41

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 235 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Rozdział XXV..." 27.04.2013
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"Rozdział IX "Będę..." 18.05.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012

Inne prace tego autora:
"Głównie Deszcz cz.10" 08.04.2014
"Rozdział XI "Nie..." 01.06.2012
"Rozdział VII "Witam!"" 22.04.2012
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"Co by było gdyby cz.4" 01.06.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Rozdział XII "Ściągnij wszystkie talizmany"

Gerald szedł jedną z tych uliczek miasta, które pragnie się omijać szerokim łukiem. Jego cichy chód i zwinne manewry, pozwoliły zgubić łażącą za nim parę oczu. Nie wiedział dokładnie kto go śledził, ale podążał za nim już od posągu św. Marka, postawionego przed miejscową katedrą. Deszcz lunął z nieba, bębniąc o rondo jego kapelusza. Gerald zawinął w przyciemniony zaułek, czekając na intruza. Na ulicę wyszedł kot. Zwierzę czarnej barwy miauczało niemiłosiernie, żaląc się na przemoczone futro. Zza rogu wyłoniła się leciwa kobieta. - Kici, kici - zapiała ochrypłym głosem. - Kici, kici. Mężczyzna powstrzymał odruch wymiotny, zasłaniając twarz dłońmi z obrzydzenia. Staruszka była przeraźliwie szpetna. Łysą głowę owinęła starą, amarantową chustą. Długie, dziergane ponczo zasłaniało jej zbitą sylwetkę. Echem odbijał się od ścian stukot jej drewnianych chodaków. Zmarszczki, brzydkie rysy oraz blizny można było wytłumaczyć wiekiem, ale wydzielany przez nią odór był nie do zniesienia. Przynajmniej dla nosa Geralda. Kobieta chwyciła kota, przyciskając go mocno do piersi. Zwierzę początkowo wyrywało się, później dając za wygraną. Jego nowa pani była zbyt krzepka. Na szczęście nie tak bardzo jak mężczyzna w płaszczu. Gerald sprawnym ruchem pojawił się tuż za staruszką, zakładając wokół jej szyi stabilną dźwignię. Kobieta wygięła się do tyłu, ciężko łapiąc powietrze. Kiedy się uspokoiła, zarżała odpychającym śmiechem, plując na wszystkie strony. - Witaj, Gerald - przywitała się. - Po co mnie śledzisz? - Jak to po co? Dbam o twoje bezpieczeństwo. Mężczyzna zacisnął mocniej uchwyt, bezlitośnie skręcając kobiecie kark. Babina wrzasnęła potwornie, otwierając szeroko oczy. Parę razy mrugnęła powiekami, ze strachem spoglądając przed siebie. - Dobrze, już dobrze - odezwała się potulnie jak baranek. - Pójdę sobie jak chcesz, ale musisz wiedzieć jedną rzecz. Gerald wypuścił staruchę z rąk. Obróciła się w jego stronę, mechanicznie pocierając skórę wokół szyi i nastawiając głowę z powrotem na swoje miejsce. - Ktoś kogoś odwiedził tej nocy. Ktoś dzisiaj nie dotarł tam, gdzie miał dotrzeć. Ktoś inny przypłaci za to życiem. Mężczyzna obdarował ją sceptycznym spojrzeniem. - Idź do domu. Zobaczymy się później. - Przyprowadzisz ją? - zapytała ożywiona staruszka. - Muszę - uciął rozmowę. Kobieta poprawiła ponczo, odwracając się do Geralda plecami. Po chwili zniknęła w mroku. Mężczyźnie nie podobało się zainteresowanie jakie wzbudzała dziewczyna. Wiedział, że z jakiegoś powodu była ważna, nie wszystkie jego zdolności do końca zaniknęły, ale nie potrafił powiedzieć nic więcej. Kiedyś zastanawiał się nad byciem piękną plamą planktonu. Bo niby, co ma do robienia plankton? Czego wymaga się od planktonu? Całkowicie niczego. Gerald gdziekolwiek się nie pojawił, dosięgało go to, od czego starał się uciec - odpowiedzialność za drugą istotę. Zdenerwowany obszedł pobliskie osiedle blokowisk. Zatrzymał się przed jednym z budynków, uznając, że jest wystarczająco wysoki. Po schodach wszedł na samą górę, pchając dłonią drzwi prowadzące na dach. Gdy przekroczył próg, wiatr otulił jego gęste włosy. W spokoju przemierzał betonową powierzchnię, zatrzymując się tuż na skraju budynku. Z sentymentem podziwiał okolicę. Pozwolił, by chłodne powietrze swobodnie targało jego płuca. W oddali dostrzegł hamujący przy drodze samochód. Z pojazdu wysiadła Diana. Gerald obserwował jak dziewczyna grzecznie odprawia kierowcę auta. Znużonym krokiem razem z Bernadetą skierowały się w stronę blokowisk. Twarz mężczyzny przyozdobił uśmiech. Diana pożegnała przyjaciółkę, która skręciła w alejkę, prowadzącą na zachodnią część miasta. Gerald kucnął nad krawędzią, tym razem po przeciwnej stronie dachu. Kiedy dziewczyna znalazła się tuż pod nim, skoczył. Diana wrzasnęła, upadając do tyłu. Coś, przed nią uderzyło z niesamowitą siłą, robiąc dziurę w ulicy i wyrzucając kawałki betonu w powietrze. Szara mgła wzbiła się na wysokość paru metrów. Z niej wyłonił się Gerald, lekko pokaszlując. - Przepraszam za tak nagłe najście, ale nie mogłem się powstrzymać - powiedział roześmianym głosem. Dziewczyna wciąż ciężko oddychała na ziemi. W geście rezygnacji opadła na plecy, wkładając palce między kosmyki włosów. Kręciła głową, mamrocząc coś do siebie. - Mam nadzieję, że jeszcze nie oszalałaś. Twój odpowiedni stan psychiczny będzie mi dzisiaj bardzo potrzebny, nie musi być zdrowy, wystarczy, że będzie przyzwoity - oznajmił, pochylając się nad leżąca. - A to niby dlaczego? - zapytała sarkastycznie. - Słyszałem o twoim spotkaniu, mniej przyjemnym bądź bardziej. Nie dotarłaś do chatki górskiej czyż nie? Diana wytrzeszczyła oczy w zdumieniu. - Skąd ty to wiesz? Gerald powstrzymał subtelny uśmiech na twarzy, wymykający się spod jego kontroli. - Wiesz, ma się swoje sposoby. Czasem jest to zwykłe podsłuchiwanie, a czasem skręcanie karku paskudnej staruszce. Tak czy inaczej, musimy porozmawiać. Prawdopodobnie zdobyłaś wiedzę, która jest mi niesamowicie potrzebna. Podał leżącej na ziemi rękę i podciągnął mocno do góry. - Dobrze, nie będę się sprzeczać - przyznała. Wojnę o czarne stwory zamierzała odłożyć na później. "Jeszcze się zdziwi.", postanowiła. - W takim razie, gdzie idziemy? - zapytała, otrzepując kurz z podartej sukienki. Uśmiechnęła się złowieszczo, spoglądając na strzępy. "Na miłość boską!", skarciła się w głowie. Jej także zaczął udzielać się chory nastrój. - W sumie nie mam zamiaru nigdzie iść - odparł obojętnie mężczyzna. - Pojedziemy tam na twoim włosiu. - Co? Dianę zamurowało. Gerald zaśmiał się głośno. Rozłożył obie ręce jak ksiądz odprawiający kazanie. Wciągnął powietrze nosem i zakrył dłońmi pół swojej twarzy. Konary drzew ugięły się, gdy wypowiedział nieznane dziewczynie słowa. Pochylił głowę, a tułów złożył w ukłonie. Wyprostował się, dopiero jak na drugim końcu ulicy zajaśniały dwa białe punkty. Diana wpatrywała się w nie z zainteresowaniem. - Jedzie twoje włosie - poinformował mężczyzna w kapeluszu. - To? Czy? Czy to są? Co to w ogóle jest? Przed bohaterami gwałtownie zatrzymały się dwa piękne stworzenia. Stanęły dęba, ukazując się w całej swojej okazałości. Diana nie mogła oderwać wzroku od śnieżnej grzywy i bladych pysków. - Chcesz powiedzieć, że z włosów białego konia zrobiłeś mi sukienkę? - zapytała oszołomiona. - Dokładnie, dlatego twój wierzchowiec nie ma tak długiej grzywy jak mój, prawdę powiedziawszy nie ma jej praktycznie wcale. Sam ci ją ofiarował. Dziewczyna poczuła jak zalewa ją fala gorąca. "Czym sobie na to zasłużyłam?", zastanawiała się. Pokornie spuściła głowę, podchodząc do zwierzęcia. Wdzięcznie pogłaskała je po grzbiecie. - Dziękuję - szepnęła, by słowa nie dotarły do Geralda. - Słyszałem! - zakomunikował z satysfakcją. Diana zerknęła surowym wzrokiem na towarzysza, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu na twarzy. Mężczyzna siedział już na śnieżnym koniu. - Musimy jechać, czas nagli - powiedział, z niepokojem rozglądając się na boki. - Dobrze, ale... Gerald? - Tak, słucham. - Jak to jeździ? Mężczyzna pohamował śmiech, choć mocno musiał trzymać lejce, by nie spaść. - Naprawdę łatwo. - Dziewczyna wspięła się na zwierzę. - Wystarczy, że zawołasz "Akha!". Jak na komendę oba wierzchowce stanęły na tylnych kopytach, zrywając się w galop. Gwałtowne szarpnięcie sparaliżowało Dianę, która przylgnęła do rumaka niczym druga skóra. Zadrżała, kiedy zwierzę przyśpieszyło, by dogonić Geralda. Szybko mijali kolejne budynki. Gdy konie przeszły w cwał, miasto zostawili już daleko w tyle. Dziewczyna chwyciła drżącymi dłońmi mocniej lejce. Do paraliżującego strachu dołączyła jego koleżanka - adrenalina. Z bladym uśmiechem na twarzy Diana spojrzała na przestrzeń przed sobą. Podążali teraz drogą, która przecinała rozległe pola szarych zbóż. Gdzieniegdzie majaczyły samotne drzewa bądź całe skupiska lasów. Wiatr smagał pochylające się kłosy. Gerald pewnym ruchem dłoni skręcił konia w jedno z pól. Przedzierali się przez nie, niemalże na oślep. Tutaj jedynym źródłem światła był marnie jarzący się księżyc. Dziewczyna zorientowała się, że wyjechali już z ziemi uprawnej, ponieważ pod kopytami zwierzęcia rozwidniała gęsta trawa, momentami bardzo postrzępiona. Serce nadal waliło jej jak oszalałe. Nie mogła się uspokoić. Nagle okrył ją mrok. Masywne konary drzew przysłoniły nocne niebo, wjechali w las. Diana rozróżniła w otaczającym ją szumie przeciągły skowyt wilków. Włosy zjeżyły jej się na głowie. Gałęzie drzew łamały się, wydając głuche stuknięcia. Coś poruszało się między krzakami. Wiedziała, że nie są tutaj sami. Wierzchowce były spokojne, a dziewczyna postanowiła im zaufać. Gerald zatrzymał znienacka zwierzę. Wyhamował tuż nad przepaścią wysokiego zbocza. Odetchnął z ulgą. "Mało brakowało.", pomyślała Diana, zrównując się z mężczyzną. U dołu urwiska widniały kolejne rzędy rosłych modrzewi. W przeciwieństwie do poprzedniego lasu, wydającego setki budzących grozę dźwięków, ten wydawał się martwy. Nieprzenikniona cisza była jedynym gościem, który mógł wyjść im naprzeciw. - To jak? Gotowa? - zapytał Gerald. Był bardzo podekscytowany. Oczy zaiskrzyły mu młodzieńczym zrywem. "Gdzie do cholery podział się ten dojrzały, elegancki mężczyzna?". - Myślę, że mój koń jest gotowy na wszystko - odparła z udawanym niesmakiem. - W takim razie, na dół! Akha! Dziewczyna otworzyła oczy ze zdumienia. - Jak to na dół?! - krzyknęła, gdy wierzchowce dzikim galopem skoczyły w stronę stromego zbocza. Nerwowo objęła szyję zwierzęcia, jakby od tego zależało jej życie. Chciała wrzasnąć, ale nagły atak powietrza i silne turbulencje, które omal nie zwaliły ją z grzbietu, odebrały Dianie głos. Ciężko westchnęła, kiedy stworzenie płynnym kłusem wkroczyło między konary drzew nowego lasu. Gerald zerknął na towarzyszkę z rozbawieniem. - Jesteś zielona! - Pozwól, że tego nie skomentuję! Powolnym, spokojnym tempem zmierzali wąską ścieżką w dół. Mijali większe głazy porośnięte mchem jak i dziwne doły przykryte gałęziami. Przed nimi wyłonił się niewielki domek. Był dość ekscentryczny. Okrągły kształtem, przymocowany do pobliskiego pnia, sprawiał wrażenie wiszącej, drewnianej bańki. Unosił się metr nad ziemią, a łączyły go z nią owalne schody. Przejechali obok domku bez nerwów, choć Diana mogłaby przysiąc, że spomiędzy drewnianych szczelin wpatrywały się w nią ludzkie oczy. Gdy wyłonili się zza zakrętu, ich oczom ukazała się o wiele bardziej intrygująca konstrukcja. Obejmowała co najmniej pięć pni, a sama sięgała prawie czubków wygolonych z gałęzi sosen. Budowla przypominała sieć chatek, otoczoną serią drewnianych barierek oraz drobnych balkoników. Momentami z góry zwisała, aż po samą ziemię lina. Wewnątrz jednego potężnego pnia zrobiono schody. Widać je było przez filigranowy otwór, służący za okno. - Gerald, co to jest? - zapytała zdumiona Diana. Mężczyzna już miał odpowiedzieć, gdy raptem przerwało mu głośne beczenie barana. Wystraszona dziewczyna podskoczyła na wierzchowcu, po jej prawej faktycznie błądził mały rogacz. Spokojnie skubał sobie trawę. - Lepiej, żebyśmy zostawili tu konie - ostrzegł Gerald, schodząc z zwierzęcia. Diana przytaknęła. Oboje klepnęli stworzenia w zad. Śnieżne konie zarżały, po czym zniknęły w nocnym gąszczu. Mężczyzna w kapeluszu ruszył śmiałym krokiem przed siebie. Dziewczyna dopiero teraz zauważyła poszerzającą się ścieżkę. Podbiegła, by dogonić towarzysza, który zniknął już za zakrętem. Jej oczom ukazała się niewielkich rozmiarów wioska, zbudowana z rozstawionych w chaosie chat. Tego się nie spodziewała. Małe lepianki tworzyły najczęściej drewno, słoma i glina. Podłoże topiło się w błocie oraz zwierzęcych odchodach. Między domkami zwinnie poruszały się sędziwe kobiety, zapędzając co jakiś czas stadko kurcząt na drugi kraniec wioski. Dookoła unosił się swąd łajna, a także zwierzęcej sierści. Staruszki doiły krowy, patroszyły świnie i zamiatały podwórka. W powietrzu ciągle rozbrzmiewały ich chropawe głosy. Wielu z nich brakowało po parę zębów. Diana wzdrygnęła się, trzymając się tuż za Geraldem. - Nie bój się - uspokoił ją. - To tylko wiedźmy. Ta informacja wcale nie rozwiała strachu dziewczyny. Babiny dostrzegły nowo przybyłych. Ich znaczna część porzuciła swoje dotychczasowe zajęcia i wbiegła do domów. Mężczyzna uśmiechnął się. - Czekaj, zaraz wrócą. Miał rację. Kobiety wyszły z chat obładowane dziwną biżuterią. Prawdopodobnie własnej roboty. W dłoniach trzymały naszyjniki, łapacze snów, pierścienie i talizmany. Diana złapała Geralda za ramię, gdy zrozumiała, że wszystkie pędzą w jej kierunku. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem. - Cały czas idź. Pierwsza seniorka wręczyła dziewczynie bransoletkę, brutalnie wciskając jej na rękę. Kasztanowłosa została osaczona przez wyciągnięte ku niej stare, pomarszczone dłonie. Wszystkie babcie, o dziwo, miały sporo siły. Co chwilę spadały na szyję Diany nowe talizmany. Któraś z wiedźm była na tyle sprytna, że po chwili dziewczyna poczuła ciężar bransolet wokół kostki prawej nogi. Diana odczuła mdłości. Obraz przed oczami zawirował, lekko się zamazując. Na szczęście wszystko ustało. Otworzyła oczy. - Diana, wszystko w porządku? Gerald trzymał ją mocno ramieniem. Kobiety odeszły, wracając do swoich poprzednich zajęć. Oni stali na ganku, przed frontowymi drzwiami dużej, kremowej willi. - Witam w mojej rezydencji. - Ukłonił się nonszalancko mężczyzna. - Polecam jednak przed przestąpieniem progu, ściągnąć te wszystkie talizmany. Nie ręczę za ich moc działania. Diana ocknęła się zupełnie, lustrując swój mizerny stan po ataku starszych kobiet. "No, cóż", pomyślała, uśmiechając się z zakłopotaniem. Gerald pociągnął za klamkę i zniknął we wnętrzu mieszkania. Dziewczyna szybko pozbyła się ostatnich błyskotek, z kolei idąc w ślad za nim. W środku panowała ciemność, zakłócana subtelnymi refleksami płomieni świec. Świeczniki rozstawione były prawie w każdym kącie korytarza, wisiały również na ścianach, niektóre spokojnie spoczywały na przybocznych stolikach. - Lubisz mrok? - zapytała Diana. - Może inaczej... mam dosyć światła. Dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem. Skręcili w prawy korytarz, wchodząc do niewielkiego pomieszczenia. Diana widziała je już wcześniej. Było to te same miejsce, do którego została porwana po raz pierwszy. Poznała zapamiętaną kanapę i barek. Tak jak poprzednio, tak i tym razem w kominku palił się ogień. - Usiądź, proszę. Rozgość się. Zaraz dostaniemy coś do jedzenia - mówił uprzejmym tonem Gerald. Jego ruchy ponownie nabrały intensywnej elegancji i wyrafinowania. Jednym gestem ściągnął z siebie płaszcz oraz kapelusz, po czym rzucił je na stojący w kącie wieszak. Trafił z niesamowitą precyzją. Mężczyzna usiadł na kanapie, dziewczyna usadowiła się w fotelu. - Słuchaj mnie teraz bardzo uważnie, bo to o czym będziemy rozmawiać nie jest wcale przyjemne. Wymagam od ciebie skupienia. Będziesz musiała odtworzyć twoje spotkanie - zaczął poważnie. Diana przytaknęła. Do pomieszczenia weszła wysoka, dorosła kobieta. Była piękna. Jej jasne, proste włosy opadały za linię bioder. Oczy miała duże i okrągłe, barwy wzburzonego nocą morza. Ubrana w długą, beżową szatę przyniosła srebrną tacę z posiłkiem. - Nie przedstawisz mnie? - zapytała z wyrzutem. - Ah, tak. Wybacz moje roztargnienie. Jestem już stary. - To nie jest wytłumaczenie. Gerald zaśmiał się. - Diano, z przyjemnością przedstawiam ci Teklę. Kobietę, która mimo wszystkich moich dziwactw, a bywam naprawdę nieznośny, trzyma mój umysł w rydzach. Z resztą nie tylko, dom także. Tekla skinęła grzecznie głową, ale kasztanowłosa wstała, by przywitać się jak należy. Kobieta powstrzymała ją gestem dłoni. Postawiła tacę na stoliku. Diana skłoniła się, blondynka zawstydzała ją. - Usiądź, naprawdę nie przede mną należy się kłaniać. - Przesłała jej serdeczny uśmiech. Gerald wyraźnie się speszył. - W imieniu naszego gościa i swoim dziękujemy za kolację. Wynagrodzę ci to kochana, obiecuję - mówił szybko, nie kryjąc zdenerwowania. Tekla podeszła do niego od tyłu. Założyła mu ręce wokół szyi, przykładając swoją głowę do skroni mężczyzny. - Wiesz, że chcę tylko jednego. Gerald żachnął się. - Ale ja nie - powiedział stanowczo. Kobieta wyprostowała się. - Bzikujesz już mój staruszku - rzuciła, po czym opuściła pokój. Diana nie była pewna jak zachować się w takiej sytuacji. Gerald wyraźnie się nadąsał. "Jak dziecko!". Spojrzała na stół. Na tacy leżało pełno smakołyków: winogrona różnych kolorów, orzechy laskowe i włoskie, miseczka czerwonych porzeczek, agrest, czarne jagody oraz marchewki. Środek wieńczył ogromny, pieczony kurczak obłożony sałatą. Dziewczyna napawała się zapachem przeszywającym jej nozdrza. - Może wina? - zapytał uśmiechnięty mężczyzna, patrząc jak Diana łapczywie omiata wzrokiem stolik. - Naleję. Gdy najedli się do syta, gospodarz odchrząknął znacząco. Zabrał ze stolika tacę i przełożył ją na biurko. Z komody wyciągnął sporą stertę pojedynczych kartek papieru. Widać, że były podstarzałe, wyblakły. Mężczyzna rzucił je niedbale na ławę. - Zacznijmy od twojego spotkania. - W dłoni trzymał pióro. Dziewczyna obejrzała się na rozmówcę niepewnie. - Chyba nie będziesz spisywał "słowo w słowo"? - zapytała. Nikły uśmiech przebiegł po twarzy Geralda. Przystojnej twarzy, teraz skupionej i pochylonej nad papierem. - Oczywiście, że nie. Nie sądziłem, że po takiej dawce pysznego jedzenia nadal będziesz spięta. Może chcesz się napić wina? - Nie, nie - zaprzeczyła gorączkowo. Usadowiła się wygodniej. - Ja i Bernadeta jechałyśmy samochodem na tę imprezę. Miałam, co do niej mieszane uczucia. Nie chciałam tam jechać. Bernadeta uległa dla mnie i powiedziała, że jak chcę to może zawrócić, ale nie udało nam się. Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. - Nie udało nam się, bo wtedy samochód przekoziołkował na dach. Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem wyszłyśmy z tego cało. Wtedy zobaczyłyśmy te potwory. Były straszne. Ciemne, czarne cienie, które nie miały konkretnych kształtów. Rozmazywały się w okropne... ich kończyny były zniekształcone. - Rozumiem. - Zaatakowały nas. Wiem, że dostałyśmy chyba niezły łomot, bo jak ucichło to nie miałam siły się ruszyć. Wszystko mnie bolało. Ocknęłam się w lesie. Bernadeta leżała niedaleko mnie. Te potwory zaczęły latać dookoła i świszczeć, a później odeszły - urwała Diana. Nie chciała dzielić się z Geraldem wiedzą, którą przekazały jej potwory. Możliwe, że przydałaby się w razie agresji ze strony mężczyzny. - Dlaczego te istoty tak nas potraktowały? Czym były? Dobrze wiem, że świadomie wysłałeś nas na te przyjęcie. Właśnie tego chciałeś? Naszej śmierci? Pan domu wyprostował się. - Oczywiście, że nie. Jedyną ofiarą jakiej pragnę jest śmierć anielity. Jeden prosty warunek, jedna prosta reguła. Poza tym nic więcej w naszej umowie cię nie ogranicza - wyjaśnił. - Czyli mam rozumieć, że wszelkie "inne" istoty mają do mnie swobodny dostęp? - Zawsze miały. Dziewczyna gwałtownie zamilkła. Gerald przesłał jej pełne troski spojrzenie. - Nie przejmuj się. Co jest złego w stawaniu się bardziej świadomym? - zapytał. - Bycie świadomym przynosi ze sobą wiele strachu, odpowiedzialności. Nie wiem czy jestem na to gotowa - odparła z rozterką Diana. - Wiesz. Kasztanowłosa uśmiechnęła się, przenosząc wzrok na kominek. Po chwili zmarszczyła gwałtownie brwi. Gerald przyglądał jej się z zainteresowaniem. - Ale myślę, że dowiedziałam się tam czegoś, co o wiele bardziej cię zainteresuje - powiedziała tajemniczo. - No, słucham. - Zaśmiał się gospodarz. - Nie podoba mi się, że okłamałeś mnie w tej kwestii. Mówiłeś, że mam zabić anioła, nie archanioła - zakończyła, dając wyraźny nacisk na ostatnie słowo. Mężczyzna otworzył szerzej oczy. Jego oddech zrobił się niespokojny. Zatrzymał dłoń na podbródku, opierając się o nią. - Nie wiedziałeś - powiedziała zdumionym głosem. - Krystian nie jest tym za kogo się podaje. To Gabriel. Gerald zerwał się z kanapy i gorączkowo zaczął chodzić po pokoju. - Skąd wiesz? - rzucił. - Jestem pewna. Gdy te potwory zaczołgały nas do lasu, wkrótce pojawił się tam Krystian z Rafaelem, ale nie byli sami. Dołączyło do nich jeszcze trzech skrzydlatych. Nie pamiętam ich imion. Jeden, który przypominał Japończyka zwrócił się tak do Krystiana. - Gabriel? - Tak. - Pokiwała głową dziewczyna. - Krystian się wściekł. Wszyscy musieli zacząć go uspokajać. - To zmienia postać rzeczy, to naprawdę zmienia postać rzeczy - mówił jak przez chorobę. - Ale co? Co takiego? Powiedz mi wreszcie! - fuknęła Diana. Mężczyzna zerknął na nią przenikliwie. Stał tak przez chwilę, uspokoił się, po czym usiadł. - Wiesz, co się dzieje, gdy anioł kocha się z ziemską kobietą? Zawsze? Obojętnie za którym razem? Tak naprawdę wystarczy tylko raz. "To samo powiedział Rafael", pomyślała oszołomiona dziewczyna. - Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Zachodzi w ciąże. Rodzi mu dziecko - nefila. - Krystian chce, żebym urodziła mu dziecko? - Diana pokręciła głową, coś jej się nie zgadzało. - Nie Krystian. Gabriel. Gerald podniósł się znowu, energicznie szperając po szafach i komodach. Przerzucał księgi, zwoje i zwykłe maszynopisy. Diana obróciła się w fotelu, by zobaczyć jak przestrzeń zawirowała od tornada zapisanych kartek. - Kim jest Gabriel? Czym zasłynął w całej wierze chrześcijańskiej? - pytał mężczyzna, tym razem podchodząc do barku i biorąc do ust butelkę wina. - No. - Dziewczyna popatrzyła na niego niepewnie. - Zwiastował narodziny Mari Pannie. Gerald odstawił butelkę. Jej zawartość ściekała mu po brodzie. W oczach bił blask satysfakcji. - Mam gnoja. Diana obróciła się napięcie, krzyżując ręce na piersi. - Ja już nic z tego nie rozumiem! Mężczyźnie zrobiło się głupio. Odłożył butelkę, wytarł wino z twarzy, po czym usiadł na kanapie, przechylając się tułowiem w stronę swojego gościa. - Kto miał się narodzić poprzez zwiastowanie Gabriela? - zapytał, uważnie patrząc jej w oczy. - Jezus. - Właśnie, mesjasz. - Chyba, nie myślisz, że Krystian chce mnie zwiastować?! Gerald nie zaprzeczył. Uśmiech przebiegł po jego twarzy. - Nie zgadzam się! - krzyknęła, wstając. - Właśnie dlatego musisz go zabić - przyznał uspokajająco. - Nie tutaj jednak tkwi problem. Wciąż nie wiemy dlaczego ponownie chce to zrobić. Po co mu kolejny mesjasz? Po co? - Gabriel zwiastował przecież Jezusa na polecenie Boga. Dlaczego miałby to robić teraz z własnej woli? Dlaczego miałby zwiastować kolejne dziecko Boga? - myślała na głos dziewczyna. - Chyba, że jego zdaniem to nie jest dziecko Boga. Diana poczuła się zbita z tropu. - W takim razie Jezusa również nie uznawałby za dziecko Stwórcy. - Dokładnie - przyznał Gerald. - Uznałby je za swoje własne.



Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 07.06.2012r.

1     

Nowokaina Użytkownik wpmt 07 06 2012 (21:31:37)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Jej, rozkręcasz się, rozkręcasz co mi się bardzo podoba. :)

Strona techniczna. Nie mam zastrzeżeń. Widać, że pracujesz, co mnie niezmiernie cieszy. Niekiedy jednak robiłaś podwójną spację, ale nie zalicza się to nawet do błędów. Dialogi również piszesz bardzo sprawnie. A pamiętam, jak było na początku. Przeszłaś długą drogę. Stajesz się naprawdę dobra.

Treść. Początek mnie zaintrygował, rozwinięcie tego rozdziału trochę mniej, za to zakończenie również było ciekawe. Uwielbiam postać Geralda, sama nie wiem, dlaczego. To w końcu Twoja zasługa. Ty wykreowałaś taką postać, która niezmiernie mnie interesuje. Sama nie wiem, czy Twoje opowiadanie można by zaliczyć po trochu do fantastyki. Ta część z końmi i miasteczkiem ukrytym w lesie zdecydowanie za tym przemawia, ponadto cały zarys z anielitą. Jednak nadal jest to utrzymane w konwencji współczesności.
Musisz poza tym wiedzieć, że jest to jedno z opowiadań na portalu, które czytam z tak dużym zainteresowaniem. Niesamowite jest to, że przyciągasz czytelnika i pozostawiasz mu miejsce na snucie własnych, dalszych akcji. Podoba mi się i to bardzo. Liczę na to, że do końca opowiadania pozostaje jeszcze dużo rozdziałów. W innym wypadku nie będzie pozostawać Ci nic innego jak tylko zacząć pisać coś nowego. :)

Piątka z plusem.
Pozdrawiam :)

Terila Redaktor 11 06 2012 (02:13:44)
Cieszę się, że widzisz jak wiele pracy włożyłam w to, by móc wreszcie poprawnie pisać, co uwielbiam. :)
Mój styl od zawsze paskudził moje jakiekolwiek twórczo-szaleńcze wizje. :P

Co do gatunku, nawet się nie kłócę. Sama nie wiem jak mogłabym zaklasyfikować swoją powieść.

Dziękuję za tyle ciepłych słów. Jestem Ci ogromnie wdzięczna, że trwasz ze mną po ten dwunasty rozdział. :)
Cały czas dużo pracuję. Mam nadzieję, że punkt konfrontacji Twoich wizji z faktycznym motywem fabuły będzie czymś przyjemnym. :)

Pozdrawiam również :)




Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(20): 20 gości i 0 zarejestrowanych: