warto go przeczytać
Pomysł zaczerpnięty z filmu Judyty Tychmanowicz na podstawie autorskiego scenariusza.
Tak naprawdę zrodził się tylko w mojej głowie, ale o nim zapomniałam.
Jestem w krzakach. Gdybym pamiętała lata szkoły, pewnie wiedziałabym, że to wierzby, które nie wzbiły się w niebo, tylko stanęły. Je przytłamsił los, a ja wyboru dokonałam sama. To idiotyczne ocknąć się w pięknym płaszczyku, w kozaczkach i delikatnych legginsach, otulona szczelnie zimnymi gałęziami, opadłymi liśćmi. Pytanie jest zbędne, bo i tak w głowie mam tylko targane rysunki. Rękawiczki wisiały leniwie dyndając się, gdy zmięte skrawki rzucałam na wiatr.
Sięgam odruchowo do kieszeni, która powinna być pusta, ale w niej tylko zmięte słońce, dom, szary dym i postaci rodziców. Tego nie powinno być. Tak naprawdę, nic o nich nie wiem, nie wiem czy wciąż są i czy za mną tęsknią. Ważniejszy powinien być miś, ale na rysunku go nie ma. Pewnie uciekł, choć brzmi to niedorzecznie. Pluszowy miś zbieg, który nie pamięta czy tańczyłam z nim w swoim kolorowym pokoiku. W uszach powinien dudnić jakiś śmiech, śmiech dziewczynki, ale jest tylko nieznośny szum. Radio w kuchni zawsze szumiało.
Coś było potem.
Wiem, że rodzice się kłócili, że tata chciał mnie uderzyć.
Spoglądam na drzewo, na którym ktoś powinien być, ale nawet konary nie przypominają postaci, śnieg zakrył koronę, szron zawisł nienawistnie. Tak, jest zima. Szara, niepoważna, w której nic nie ma prawa się obudzić. A jednak wstałam i zagubiona spoglądam na białą dal. Nie rozumiem jej. Powinnam już wiedzieć, po co i dlaczego, ale nie umie wgłębić się w gołe drzewa, nagie pola oprószone zimą. Lód trzaska, a może ktoś młotem pracuje w mojej głowie.
Mam za duże ręce, jakby ktoś przyszył mi nie moje, a grunt pod nogami sprawia wrażenie zbyt odległego. Pąki ostre szarpią skórę na policzku, a przecież schylona powinnam przemknąć pod nimi niczym kot, zwiewnym krokiem, nonszalancko. Nie słyszę swojego głosu dziecięcego, a ton wydobywający się z ust wyciska łzy.
Czemu znam słowa, których znać nie powinnam? Czemu jest mi ciepło, choć cały świat zamarzł, zszarzał? Gdybym choć mogła pobawić się na zielonej łące i pozbyć się uczuć zbyt dojrzałych na mą pamięć. Nie wiedzieć, że jestem zagubiona. Śpiąc jest tak dobrze, tak błogo, a później ktoś musi wyrwać cię z tego stanu, przypomnieć o mgłach, o poranku i mokrych łąkach nie daleko stawu, zaraz obok domu.
Czuję, że jestem gotowa na miłość, a jednak nie rozumiem jej.
Wychodzę na leśną dróżkę i nie wiedząc czemu, idę przed siebie wpatrując się w horyzont, który mieni się mrokiem. Nieświadomie dokonuję czegoś, czegoś, co w przebłysku ze snu nie ma sensu. Mogę wypaczyć sens zdarzeń, bo błądzę po omacku.
Wiatr za mną krzyczy. Ma patetyczny głos, niski ton. Woła mnie po imieniu i czuję, że jest tuż za mną, ale gdy odwracam się jedynie śnieg w jakimś jednym promieniu słońca błyszczy, a żadna gałązka nawet nie drga.
Odrzucam szaleństwo, buntuje się, ale wciąż podążam ścieżką, w której jestem zamknięta. Nie wiem, a wiedzieć powinnam czy sama dokonałam tego wyboru.
Ktoś mnie mógł szukać. Biec jak cień w tłumie ludzi i krzyczeć, nie zostawiać. Ktoś, kto powinien być, a kto nie istnieje. Ktoś, kogo powołałam do życia, ktoś o kim zapomniałam. Musiał przedzierać się dworcami, wspinać na najwyższe drzewa, przemierzać wąskie uliczki miasta i zawsze być krok za mną. Chyba mu nakazałam to, chyba nie mógł i inaczej.
Kim to jest?
To śpiew unosi się wokół? To szare niebo jest błękitne? Czy biały śnieg jest niczym więcej jak rosą? Rosą, w której niczym leśna nimfa skąpałam swą młodość? Nie wiem ile mam lat. Gdyby ktoś stał, choć gdyby rozbrzmiał głos człowieka powiedziałby mi. Nazwałby stan rzeczy.
Jestem zagubiona celowo, odkryta przypadkiem, powstała z krzaków wierzby i idę przed siebie, nerwowo się odwracając i nasłuchując. Czekam, aż ktoś lub coś wyrwie mnie z tej pustki. Chciałabym krzyczeć o pomoc, ale szepczę słowa, które mnie więzią.
Co się stało z dziewczynką beztroską, która stworzyła przyjaciela na niby?
Poznaję cię – szepnąłem bawiąc się w piaskownicy – masz głos taty i spojrzenie mamy.
… - postać milczy.
Pomóż mi stworzyć zamek i bądź mym rycerzem – wzdycham, taka bardzo marząc bym spojrzeniem nadała mu życie.
Księżnicz-ka – jąka się, jak ja parę miesięcy wcześniej. Rusza się niefajnie, tak niezgrabnie
Ty żyjesz, ty mówisz – rzucam się na niego, wieszam na szyi – teraz będziemy już zawsze razem – pamiętam szczęście tej chwili.
Już zawsze razem – mówi płynniej, a jego twarz muskają gałązki wierzby, pod którą ukryto piaskownicę.
To jest wierzba – wyrywam się do odpowiedzi bez podnoszenia ręki.
Bardzo dobrze – nauczycielka się uśmiecha życzliwie – skąd wiesz?
Mój przyjaciel na niby mi powiedział – klasa wybucha śmiechem, ale to nic, gdy szepczesz wierszyki o wróbelku.
Potrafiłam być szczęśliwym dzieckiem. Ktoś to zabrał. Nie oddałam bez walki. Bawiłam się misiem, udając, że nie słyszę, że my i przyjaciel na niby jesteśmy centrum wszechświata, któremu nic nie grozi. Miałam beztroskie dzieciństwo, a później, zbyt nagle wszystko straciło kolor.
Nie rozumiem, co się stało?
Pobawmy się – roześmiał się beztrosko, stanął na gałęzi, zakołysał się i zeskoczył zgrabnie.
Nie chcę się bawić – włożyłam zmarznięte rączki do kieszeni – jest mi smutno.
Obserwujesz świat moja najdroższa, czegóż to więcej potrzeba by uśmiech mógł gościć na twej buzi? - jego optymizm był taki nie na miejscu, taki wymyślony.
Miś mnie okłamał, wcale już nie wydaje mi się fajny. Wszędzie jest zimny śnieg i słońca nie ma – westchnęłam spuszczając wzrok.
Zaczynasz wgłębiać się w coś, co wcale moje nie jest – spochmurniał, ale po chwili znów roześmiał się swym niskim tonem – Berek – podskoczył, dotknął mojej ręki i ruszył w wierzbowe zarośla.
... - stałam nieruchomo – Okłamałeś mnie. Wcale zabawny nie jesteś.
Nie kłamałem – przybrał poważną minę – zrozumienie świata bierze się z zabawy, krokami zmierzającej do dojrzałości. Nauczyłem cię przyjaźni.
Nie – szepnęłam – nie! Nie! Nie! Nienawidzę cię – pobiegłam przed siebie, topiąc się w zaspach.
Wiem! Ja wiem, że chciał cię uderzyć – krzyczał za mną – znajdę cię! Znajdę...
I biegłam w szaleńczym pędzie przed siebie. Chciałam żeby zniknął, tak jak się pojawił, czułam go blisko, więc zatrzymałam się i targałam wspomnienia. Ciskałam nimi w śnieg, pogrążając się w szarości.
Stworzyłam przyjaciela na niby, który miał się mną zająć, ale wciąż tylko słyszę szum radia w kuchni.
Nie umiem zabijać.
Spierdalaj! - to tata tak krzyczał.
Zostaw ją – przepychają się – nie będziesz bił jej! - mama uderza bokiem w blat stołu, widzę jej wyraz twarzy. Boli ją.
Ile razy mówiłem, żeby posprzątała! Taka sama jak matka! - ktoś ryczy i taty już nie ma.
Nienawidzę cię – łzy w jej oczach wcale nie pasują – zabije … - rzuca się na tatę z pięściami.
Ty szmato... - nie rozumiem, ale gdy mama upada wychodzę z pokoju.
Córusia pierdolona – tata mówi do pustego miejsca, nie widzi mnie.
Ty bydlaku – i mama ginie w tej szarości.
Błąkam się szukając jej. Czas nie ma znaczenia. Obiecałem i to jest ważne. Chce żeby się bawiła. Powinienem odnaleźć w niej dziecko, która uwięziła i istnieć żeby była szczęśliwa. Bez tego tracę sens życia i staje się tylko wyblakłym rysunkiem w teksturze świata.
Dlatego przedzieram się dworcami, wspinam na najwyższe drzewa, przemierzam wąskie uliczki miasta i zawsze jestem krok za nią.
Bardzo lubię bawić się w berka, i na śniegu wygniatać orzełki. Kiedyś malowaliśmy razem słońce, dom rodziny, szary dym i radosne postaci rodziców. Uczyliśmy się pisać proste opowiadania. Tematem była zawsze dziewczynka i jej przygody w zaczarowanym lesie ze swym wymyślonym przyjacielem. Chowany stał się symbolem istnienia.
Odebrałaś cel, porzucając jego świadomość.
Ludzie mnie potrącają, nie wiedząc, że jestem, że kocham swoją małą dziewczynkę, że chcę by była szczęśliwa. Gdybyś powiedziała dziękuję, zamieniłbym się we wspomnienia, gdybyś szepnęła stałbym się marzeniem. Mam duszę i choć ciała brakuje, przez ciebie istnieję. Jestem krok za tobą. Szukam cię i czekam na chwilę gdy się obudzisz. Przemierzam latami łąki bezkresne, wiedząc, że choć dorosłaś to jesteś wciąż dla mnie. Nie! Przecież jestem wymyślony więc to ja trwam, bo wciąż mnie potrzebujesz.
Nie wiem czy las stał się gęstszy, ale na pewno chłodniejszy. Czuję mróz na policzkach i drżę.
Wiem czemu się przebudziłam, czemu znów chcę być dziewczynką.
Dojrzałam do krzyku i płaczu, którego nie rozumiałam.
Wrzask wyrywa mnie z zadumy. Wymyśliłam już wtedy, gdy miś wirował wraz ze mną, ratunek na smutek. Mam wymyślonego przyjaciela. Nie wysoki, nie ma krótkich włosów, długich też nie ma. Głos niski jak mój tata, a spojrzenie mamy. Bawiliśmy się, bo nie chciałam innych dzieci. One były bystre i mogły wiedzieć, że miś przemija, a krzyk w nas trwa.
Byłam sama, nikt mi nie pomógł, a on, którego wymyśliłam i stworzyłam... nie istniał.
Czuję jego dotyk na swych plecach. Dopadł mnie znienacka i pyta czy chce się bawić. Wyciągam z kieszenie zmięty rysunek.
Kwiaty zakwitły wśród zielonych łąk.
Gdy znalazłem to po co żyłem, pora już odejść. Jestem szczęśliwym marzeniem.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 7
Data dodania: 28.04.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(35): 29 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, pasieczny14, 77majka77, Mii, Pawlak, dezerter89