Pseudonim: Dawied
O sobie: ...
Napisanych prac:
- wiersze: 154
- proza: 94
- publicystyka: 11

Średnia ocen: 5.2
Użytkownik uzyskał: 828 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Uwierzcie cz.1" 22.03.2009
"Uwierzcie cz.5" 25.04.2009
"Uwierzcie cz.6" 02.05.2009
"Uwierzcie cz.9" 18.05.2009
"Wieczne miasto odc.2" 20.07.2009

Inne prace tego autora:
"Zbliżenia - II etap..." 10.06.2012
"Radioaktywny piekarnik cz.1" 18.07.2013
"Uwierzcie cz.1" 22.03.2009
"Obcy nie odchodzi" 24.05.2013
"Na przejściu" 06.02.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Radioaktywny piekarnik cz.1

„Gdy w końcu udało się nam wdrapać na wzgórze, ujrzeliśmy niezmierzony ogrom pustki. Tumany kurzu unosiły się nad skalistą równiną, naznaczoną pasmami solnych wykwitów i gipsowych róż. Pojedyncze kaktusy i opuncje zieleniły się w prawie niezauważalnych nieckach. Daleko na horyzoncie majaczyły drapacze chmur, z których pozostały jedynie pojedyncze ściany, słupy i liny. Ich prawdziwy obraz i przeznaczenie zacierało się w odmętach kolejnych suchych burz, jakby z każdą drobinką przetoczonego piasku na świecie ginęła myśl o starym świecie i jego błędach. Słońce było jeszcze nisko i żar czaił się jedynie na otwartej pustyni. Błękitne, bezchmurne niebo, otwarte na oścież przez tysiące zrzuconych bomb, jeszcze kilka lat temu wydawało się błogosławieństwem. Ileż to miesięcy, a może lat, ludzkość zasnuta radioaktywnym pyłem walczyła z zimnem i ciemnością, modląc się o litość. I najskrytsze sny się sprawdziły. Nadeszło słońce. Upały dobijały resztki życia, jakie zdołało przetrwać. Ci, którzy wygrali z chorobami, zarówno ludzie, jak i mutanci ginęli z wycieńczenia, braku pożywienia i wody. Bez wody nikt nie przetrwa, a tej od lat skąpiła natura – adaptowane dziecko, które zmutowało na życzenie nowych rodziców. Życie zmieniło się, nabrało wartości, ale straciło sens i tak niezmienna pozostała jedynie wola istnienia.” - Gówno prawda! – mój towarzysz splunął, podrapał się po jądrach i dodał – Została jeszcze wola pieprzenia wszystkiego, co się rusza i nie ucieka na drzewo – staruszek zarechotał gardłowym śmiechem. Odłożyłem długopis, zwinąłem manuskrypt, schowałem go do plecaka i naburmuszony odszedłem od ogniska. - No już, już – staruszek wyciągnął z zębów fragment suszonej psiny, oblizał palec i kontynuował – To wszystko ładnie brzmi, panie poeta, ale papier by się nam przydał do bardziej prozaicznych czynności – pierdnął – z głodu chyba niestrawności dostaję. - Trzeba spisać, zachować! - Kopnąłem jakiś kamień, ale nie poleciał za daleko. Obrażony również na niego, schowałem ręce do kieszeni. – Pan to tego w ogóle nie potrafi pojąć. Tyle lat byliśmy zamknięci, nie ciekawi to w ogóle pana? - A co mnie ma synku ciekawić? Życie jest proste - jesz, srasz i pierdolisz. - To po co, tak bardzo zależy panu na odzyskaniu tego całego szajsu! - Żeby mnie było na to wszystko stać – staruszek zarechotał i zaczął swoją opowieść: Nim mnie synku zamknęli, wiodło mi się nie najgorzej. Nie pamiętam czy ci opowiadałem jak trafiłem do tej nory Altacet (Oczywiście, że opowiadał. Tysiąc razy musiałem wysłuchiwać tej durnej paplaniny. Niestety, to był stary człowiek, który jedyne co miał, to wspomnienia. Nie chciałem mu tego zabierać). Byłem na szczycie przestępczej hierarchii. Całe Nowe Stany zaopatrywałem w narkotyki, broń i dziwki wszelkiej maści, ilości kończyn i koloru skóry. Byłem prawdziwym władcą tego świata, jedynego cywilizowanego zakątka na zachód od wielkiej pustyni. To były czasy. Powodziło mi się, miałem wszystko, nawet starego forda Gran Torino z 1971. To było cacko, podobno zza morza mi go władze sprowadziły, bylebym nie podnosiły cen za bimber. Byłem gwałtowny, nie da się ukryć, ale prócz pierwszej żony, mordowałem tylko drani jeszcze większych od siebie. I przyszła pierdolona armia największych skurwysynów, jakich matka miała. „Wyzwolimy was” „Bóg nadchodzi” „ Winter is coming”, co to w ogóle ma znaczyć? Pojebusy zaczęły najpierw kościoły stawiać i modlić się do śrubokrętów. Powiem ci synku, że w tym podłym miejscu jedynym Bogiem jest brzdęk nakrętek, zapach władzy, dotyk zimnego pieniądza. Nic innego się nie liczy! Nie ma prawa się liczyć. Na początku wykazywali resztkę rozsądku i chcieli tylko drobny procent na kościół. Nie chciałem problemu, widząc, że cale Nowe Stany ulegają modzie. Podzieliłem się, a co zrobiły te popaprańce? „Czas na wielkie oczyszczenie”. Ulice spłynęły krwią, ale to nie było morderstwo! Nie było! Kurwa, to była łaska boża. Na początku liczyłem, że tylko między sobą będą się wyżynać, ale gdy moi ludzie zaczęli dyndać, musiałem wziąć sprawy w swoje ręce. Synku, jak tylko odzyskam to, co moje, a na pewno odzyskam, pokaże ci, co oznacza słowo życie. Będziemy kąpać się w szampanie. Nie! Lepiej, wyobrażasz sobie basen pełen kurw, a ty po środku? Wiem, żeś cnotliwy, ale takiemu widokowi nikt by się nie oparł. Nawet sodomita by musiał dostrzec zaletę noszenia miecza w pochwie, rozumiesz żart? Wracając do „braciszków nawróconych bez cipy” (nie wiem skąd brał takie nazwy), bym ich po kolei wyciął, ale uwierzysz kogo przekabacili? Moją córkę. I wierz mi synku. Siedziałeś ze mną parę lat i wiesz, że jestem twardym i okrutnym człowiekiem, ale dla niej jednej… Dbałem o nią, ukrywałem przed całym tym pieprzonym syfem, a ona zaczęła wierzyć w boga. To ja powinienem być dla niej bogiem, tylko ja! Starzy kompani, jak podłapali, że robi się miejsce przy korycie, dołożyli swoje trzy grosze. Zająłem się nimi (zawsze, naprawdę zawsze w tym miejscu rechotał jak szalony), zza więziennych murów. Przejdziemy tylko tę pustynię i odzyskam to, co moje. A wiesz co się stało z moją córką? (Wiem, ale nie będę przerywał ci opowieści, stary głupcze!). Rządzi! Wypędziła popaprańców i ogłosiła się królową. Moja krew! Ciekawe co powie, jak mnie zobaczy. Liczę, że padnie trupem z wrażenia, zawsze była chorowitkiem. Co by nie było, jestem trochę nawet z niej dumny, z tego jak sobie poradziła. Ciężko będzie mi wyrwać jej serce. Ha ha, był ze mną na celi taki jeden. Twierdził, że to niemożliwe, tym bardziej, że zamiast prawej ręki mam tego krótkiego kikuta. Krzyczał tak, że wszystkie bloki pobudził. Zdechł dopiero, gdy zobaczył jak miażdżę mu serce obcasem. Nie wiem, ale chyba nie chciał uwierzyć, że to koniec. Nie bój się, synku, musiałem pokazać cwelom, kto powinien rządzić. Przez te wszystkie lata w więzieniu wielu było takich, co chcieli odstawić na bocznicę „starą gwardię”. - Dobrze, staruszku. Moje bąble mówią, że pora spać – przykryłem się kocem. Noce bywały chłodne, a nabyłem też odruchu w podziemnych celach Altacetu. - W takim razie biorę pierwszy wartę. - Jak zwykle najgorsze zostawiasz dla mnie. - Niespecjalnie palisz się, żeby mnie już wyręczać. I tak daję ci nieco dłużej pospać. - Dobrze wiemy, że nie ufasz mojej spostrzegawczości i zaradności. - Nie będę się kłócił. „Obudził mnie, gdy pierwsza jasna łuna zamajaczyła na horyzoncie. Było coś romantycznego w tym wschodzie słońca, który rósł w szarej przestrzeni pustyni. Śpiew zdziczałych psów mroził mi krew w żyłach, a jednocześnie przypominał, że pustka, której wiernym widzem pozostała ognista kula ma w sobie nadzieję. Nieprzerwany ciąg podziałów i zmian, których nie można było zgasić, uciszyć. Rwały się do biegu, do ucieczki przez tę chwilę między mrokiem i jasnością, chłodem i żarem. Na granicy stanów wciąż tliło się coś więcej, to coś, czego mój towarzysz nie potrafił pojąć i z czego uparcie drwił. Czuwałem krótko. Mimo okropnego chrapania i kilku godzin snu, zmęczenie okazało się silniejsze. Mój organizm był dla mnie przewodnikiem. Nie zważając na dzikość i niepewność otoczenia postanowiłem mu zaufać. Tym bardziej, że miałem lekki sen.” Słońce było już wysoko, gdy staruszek mnie zbudził. Wszystko było popakowane i gotowe do drogi. Gdy wstałem, przetarłem oczy i ostentacyjnie ziewnąłem, dostrzegłem truchło zmutowanej pantery. Po odpowiedniej dawce promieniowania podrosła, a jej pazury wydłużyły się niczym bajkowy nos Pinokia. Pozostało mi dziękować opaczności, że nie zdecydowała się nimi nas podrapać. - Widzisz, bratku, tak jak mówiłem. Przez twój lekki sen zdechniemy na tym zadupiu. - Ma pan rację. Wolność nie różni się aż tak bardzo od krat. Wszędzie trzeba być czujnym. - Nie wiadomo, jakie gówno spadnie ci na twarz. - Mam wrażenie, że wielkiego wyboru nie ma. Co by to nie było, będzie wielkie i śmierdzące. - He he he, radzę nie wąchać. Za życia śmierdziała zgniłym ścierwem. - Nie muszę podchodzić, by się o tym przekonać. Ruszajmy, jeżeli mamy dotrzeć do kolejnej oazy. - O ile pamiętam, synku, teraz zaczną się schody. Więc pilnuj się. - Oczywiście, staruszku. Oczywiście. „Piach, wszędzie wokół piach pchany podmuchami wiatru po twardej, spieczonej skale, która swoją powierzchnią bliższa jest tafli szkła, niż wychodniom krystalicznych warstw. Na północy widać olbrzymie ściany krateru. Przypominają wodę, która zastygła wzburzona uderzeniem. Wokół rozchodzą się koncentrycznie fałdy, tworząc zwartą zaporę. Nikt stamtąd nie wrócił i pewnie przez wieki, miejsce to będzie odbiciem mitycznego Tartaru. Zamiast przewoźnika na Styksie, jest tylko szary piach, który nie przerwanie gna swym prądem, a wraz nim pyły zagubionych wędrowców. W południe temperatura jest zbyt wysoka by iść. Czułem jak skóra prawie zaczyna skwierczeć. Mimo wąskiej przepaski na biodrach, z każdego centymetra ciała lał się ze mnie pot. Gdy w końcu mogliśmy schłodzić cię w cieniu niewielkiego ostańca, czułem każde stare poparzenie i dziesiątki nowych. Czerwona skóra pełna była drobnych ran. Miąższ z opuncji okazał się błogosławioną ulgą dla moich warg, ale staruszek słusznie zabronił nadużywania wilgoci do łagodzenia pieczenia. Nasza skóra jest twarda, przyzwyczajona do piekła, jakie sobie stworzyliśmy. Żadna z blizn nas nie zabije, nie wstrzyma oddechu, natomiast śmierć z odwodnienia to najgorsze, co może spotkać wędrowca. Gdy ukryci w cieniu, odpoczywaliśmy, z trudem łapiąc każdy oddech, mój towarzysz znów wrócił do wspomnień. Rozmowa nie pozwalała poddać się i zamknąć oczu. Wygłodniałe sępy wirowały nad nami każdego popołudnia, a staruszek doskonale wiedział, że jeżeli odpuści, utraci swój cel, pozostanie mu tylko zasnąć i śnić, nim drapieżca nie nadejdzie.” Widzisz synku, z tym moim kikutem, to nie jest tak, że się od razu z nim urodziłem. O ile bark uszkodziła mi stara matrona, kiedy wyrywała mnie z łona mojej matki, o tyle dłoń i przedramię straciłem na początku swej wielkiej kariery (Zawsze rzęził w tym momencie swojej opowieści. Na początku bałem się, że umiera, ale moje obawy kwitował tylko śmiechem i mówił dalej). Nie żałuję, bo te patałachy, co mi obcinali prawicę, nie wiedzieli, że jestem mańkutem. A tak się śmiali, że nawet dupy sobie nie podetrę. I wiesz, synku, co im zrobiłem? Trochę to trwało, ale w końcu znalazłem ścierwa zapijaczone i wyrwałem im języki. Jadłeś kiedyś ludzki język (Mój żołądek nie znosi tego pytania)? To było niedługo po tym, jak zaczęła się pojawiać „cywilizacja” z bunkrów. Zaczęły powstawać na nowo pierwsze większe skupiska i szansa dla osobników takich jak ja, brzydzących się uczciwą pracą. Wierz albo nie, gdy zbierze się trzech ludzi, w końcu pojawi się czwarty - złodziej. Szybko rodziły się pierwsze miasteczka i równie szybko upadały te starsze, więc wędrowałem. Dopiero powstanie Nowych Stanów pozwoliło mi odnaleźć dom. Nie, ręki tam nie straciłem, do Nowych Stanów przybyłem już jako herszt bandy. Widzisz czasami, synku, przed snem, widzę jak w ostatnich podrygach moje palce wzbijają tumany kurzu, a ja na to patrzę i widzę jak wszystko opada i tworzy czerwoną breję. Słyszę swój krzyk i głos strażników – „Nie kradnij parszywy złodzieju! Nie kradnij”. Dopiero myśl o mojej zemście zawsze mnie uspokaja. - No dość tego leniuchowania. Powiedz twoim bąblom, że czas na pieczenie i szczypanie się skończył – staruszek zarechotał i zarzucił sobie plecak na ramiona. - Daleko jeszcze? – zapytałem. - Spójrz na horyzont. Widzisz te drapacze chmur? A teraz się obejrzyj za siebie – Staruszek śmiał się ze swojego dowcipu do późnego wieczoru. Wydawał się być wykuty z zupełnie innego materiału. Zmęczenie malowało się na jego twarzy, ale nigdy zniechęcenie, jakby kolejne dni naszej ucieczki były dla niego jedynie długim spacerem.



        Dedykacja: Justysiowi i PalBal za motywację ;p

Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 18.07.2013r.

1     

Deseline użytkownik 25 07 2013 (15:42:53)

Użytkownik ocenił pracę na 6

W zasadzie, weszłam tutaj ze względu na tytuł, bo byłam ciekawa, jaką historię ukrywa. Na wyobraźnię czytelnika działają barwne, plastyczne opisy, a całość zachwyca. W takim przypadku można przymknąć oko na kwestie techniczne, bo wg mnie ważniejsze są odczucia czytelnika. Powiem, że to mój pierwszy, dłuższy tekst od jakiegoś czasu, pomijając książkę, którą męczę rozdział po rozdziale... W tym przypadku można by powiedzieć, że pochłonęłam to na raz i pozostaje tylko czekać na ciąg dalszy...
Nasza skóra jest twarda, przyzwyczajona do piekła, jakie sobie stworzyliśmy. Żadna z blizn nas nie zabije, nie wstrzyma oddechu

Świetny, uniwersalny cytat, który zapada w pamięć!
Całość bardzo mi się podoba. ;)

Nula007 użytkownik 19 07 2013 (01:43:54)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Może i nie jestem specem w temacie, jeśli spojrzeć od strony technicznej. Wiesz to. Niech mnie jednak gęś kopnie z półobrotu jeśli wypatrzyłam jakiegoś "orta", czy brak przecinka, a już tym bardziej literówkę. Na przecinkach się nie znam, ale na pozostałe aspekty jestem wyczulona. Nie zauważyłam nic, co mogłabym skrytykować. Mam kilka malutkich wątpliwości, ale o tym napiszę później.
Teraz chciałabym się skupić na treści. Wiesz, jaka była moje myśl po ostatnim zdaniu? Gotowa byłabym stanąć i tupać, że CHCĘ WIĘCEJ! Wyrabiam jednak cierpliwość. Obrazujesz treść na bardzo wysokim poziomie. Twoja pustynia i mnie przyprawiła o siódme poty. Bardzo lubię, kiedy autor pozwala się wczuć.
Zaczynasz niepozornie, przyzwyczaiłam się już do opisu i spokoju, aż tu nagle w twarz zaśmiał mi się "staruszek" i wyśmiał wszystkie moje oczekiwania. Ciekawa jestem szczegółów. Narobiłeś mi "smaka" na jego życiorys. Liczę, że nie pozostawisz tego na takim etapie.
Spodziewam się również, że Synek ma swoją historię, którą mnie zaskoczy. CZEKAM na ciąg dalszy. To jest chyba najlepsze, co można usłyszeć. Piszesz zresztą na takim poziomie, że jeśli wydasz to w formie książki kiedyś, a kolejne fragmenty będą na TAKIM poziomie, to ja zakupię sobie egzemplarz. Pisz to dalej, a ja będę wypatrywać:)

Co do moich wątpliwości:

niezmierzony ogrom


Słowo ogrom już samo w sobie jest na tyle sugestywne by oznaczać coś, co jest niezmierzone, niepoliczalne, nie do ogarnięcia. Zostawiłabym je samo.



To było niedługo po tym, jak zaczęła się pojawiać „cywilizacja” z bunkrów. Zaczęły powstawać na nowo pierwsze większe skupiska i szansa dla osobników takich jak ja, brzydzących się uczciwą pracą.

Powtarzasz słówko" zaczęła- zaczęły" . Ot taka drobnostka. Wystarczy zmienić na "powstawały", czego się pewnie sam domyślasz. :)

Ostatnia uwaga( nie wiem czy mam rację) odnosi się do:

Czułem jak skóra prawie zaczyna skwierczeć.

Brakuje mi tu dookreślenia że moja skóra, ale to już take lekkie czepialstwo z mojej strony. :P

Reasumując mój pierwszy komentarz pod prozą powiem, że poziom Twojej pracy powiem, że z przyjemnością wrócę do świata, w który zostałam zabrana przed chwilą . Tyle ode mnie. Stawiam 6, subiektywne, ale moim zdaniem w pełni ZASŁUŻONE. Pozdrawiam :)

Anima użytkownik 18 07 2013 (21:02:05)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Twoja praca była dla mnie kompletną abstrakcją; naprawdę ciężko sobie wyobrazić taki świat. Myślę jednak, że w pewnym sensie wiernie odmalowałeś takowy obraz. Zdołałam się w to wczuć, starałam się zrozumieć bohaterów, ich motywy, przeszłość, a także cele na przyszłość. I jedno jest dobre; w pewien sposób uczysz czytelnika: nie oceniaj, przecież możesz skończyć jak oni. Podoba mi się to.
Postacie stanowią kontrast, wzbudzają całą paletę uczuć, od tych negatywnych po pozytywne. Choć łączy ich jedno: chęć stworzenia sobie lepszej przyszłości.
Hmm, co do błędów, to pojawiło się ich naprawdę sporo. Przede wszystkim brak przecinków w niektórych zdaniach, literówki, czy pewne błędy ortograficzne, których to naliczyłam dwa.
Akceptuję. Uważam, że możesz się jeszcze rozwinąć, może z tego coś powstać. Trójka.

Dawied Użytkownik wpmt 18 07 2013 (22:19:51)
Na pewno czytałaś to, co ja napisałem? Trudno sobie wyobrazić pustynię? Nie wiesz co to jest wykwit solny albo róża gipsowa? Rozwalają mnie takie teksty. W świecie, gdzie królują seriale typu Gra o tron, dla Ciebie taki świat jest nie do wyobrażenia? Opis pustyni jest abstrakcyjny... Dziękuję za jakże cenny i wnikliwy komentarz.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(50): 50 gości i 0 zarejestrowanych: