warto go przeczytać
Wędrowałaś pośród
szarych murów codzienności
uśmiechnięta
w purpurowym płaszczyku
i meloniku maleńkim
kokardką przewiązanym
Tak radośnie
promieniałaś w mroku
znieczulicy ludzkiej
Ty jedna wyciągnęłaś
rączkę i pomachałaś
na pożegnanie zwykłemu
człowiekowi
Dreptałaś rytmicznie
po bruku za tobą rosły
kwiaty
Purpurowa dziewczynko
(Tomek)
Kruszynka siedziała na dnie oczodołu Purpurowej Dziewczynki, nie wiedząc, czy był już odpowiedni moment, by ją opuścić. Od czasu do czasu skakała po jej rzęsach, zaglądała wprost do źrenicy, by zobaczyć duszę. Blady, tlący się płomyk, którego nikt prócz niej nie widział poruszał się radośnie we wnętrzu Dziewczynki. Kruszynka była w dodatku jej światłem, a światło bywa muśnięciem realnego szczęścia, nadziei. Nigdy nie chciała jej opuszczać. Nawet, gdy nastawał wieczór, przykrywała się płaszczem łez, by Purpurowa nie zobaczyła maleńkiego istnienia, żyjącego razem z nią, od zawsze. Kruszynka nie była Aniołem Stróżem… ten stał za Dziewczynką, chronił ją i nie pozwalał na smutek. Wiedziała jednak, że niedługo przyjdzie czas, gdy odejdzie. Swoją rolę wypełniła, choć nikt nie wiedział tak naprawdę, co uczyniła.
Poszła wraz z nią spać, a gdy rano się obudziła, była blisko Stwórcy. On milczał i zerkał na nią wtedy, gdy zamykała raz po raz oczy, żeby sprawdzić, czy to wszystko jest prawdą, czy tylko jej wymysłem. Spojrzała mu głęboko w jego ojcowskie oczy i się popłakała.
- Nie płacz, dziecko. To nie koniec, to dopiero początek.
Wtedy to pozwolił jej spojrzeć na Dziewczynkę, która stała się częścią jej samej. Przyglądając się uważniej spostrzegła, że coś było nie tak… coś się w niej zmieniło.
Ona była inna, ona stała się Żółtą…Dziewczynką idealną.
Mrugnęła ze zdziwienia.
***
To była niechciana jesień. I te liście burzyły percepcję na chmury, chociaż...i one nie były godne uwagi. Chodnik z wybrzuszonych, szarawych płyt czyhał na zły krok i skupiał się na małych, bezradnych stópkach chłopczyka. Malec ubrany był w musztardowy kubraczek, podkreślający wątłą budowę ciała. Bezczelny wiatr targał jego puszystymi, biernymi włosami koloru orzecha włoskiego i barwił zaciśnięte ustka na fioletowo. Było w nim coś niezwykłego, co pochłaniało wiatr bez reszty. Oczy świeciły przenikliwie, zaś policzki purpurowiały same sobie. I ta zawziętość w kącikach. Ściśnięte dłonie w piąstki. Zaintrygował się wiatr, ale nie wiedział jak przeniknąć umysł chłopca. Czuł, że mniej oddalone są statki płynące w oddali. Nagle dobiegł go cichy szept, smutny pomruk w zakamarkach myśli.
-Purpurowa...
Więc czekał na dziewczynkę? Więc miał odwagę i...tak. Jak mu to powiedzieć. Jak go przekonać, że jeszcze trochę? Ale czy trzeba? Czy historia nie poda ciągu dalszego w swoim czasie? Czy nie opowie się sama? Wiatr, gdyby miał głowę chętnie by się za nią złapał, gdyby miał brwi chętnie by je zmarszczył, tak czuł. Choć w sumie zmarszczone tchnienie to takie...nijakie. Zapach jesiennych liści niedługo się rozpłynie w nadchodzącej nadziei. Niedługo zawziętość ustąpi uldze. Zza zakrętu wyjdzie ona w żółtym berecie, uśmiechnięta, zawsze powracająca. I odkryje na nowo przestrzeń chłopczyka. Wiatr nabrał pewności i zanucił delikatną piosenkę. Zapachniało wrzosem. Niechcący strącił pod nogi chłopca purpurowy liść i kryjąc się za drzewem obserwował. Chłopiec był silny, to pewne. I miał wiarę, która miała swe niewyczerpalne źródła. I wewnętrzne światło, bez którego Purpurowa nigdy nie mogłaby pojawić się ponownie.
-Odkrywam siebie na nowo, Purpurowa, na nowo...
Zza zakrętu dobiegł lekki śmiech pachnący Szczęściem. Chłopiec podniósł samotny liść.
***
Purpurowa stąpała lekko, jej płaszczyk migał przybierając co chwilę żółtą barwę. Włosy leżały całkiem bezradnie na smukłych ramionach. Z każdym krokiem chodnik pulsował ciężej i ciężej. Wiatr zawirował zakłopotany, zahaczając o drzewa, świadczące wszystkiemu swą narzuconą obecnością. Dziewczynka zbliżyła się do chłopczyka. Jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu, jej oczy spoglądały w dół.
-Purpurowa...
-Nie nauczyłam się bez ciebie żadnych nowych słów, wciąż chcę popełniać plagiat tych pierwszych...
Nie mógł patrzeć spokojnie na jej przepraszające spojrzenie. Na jej smutek, który udzielał się przyrodzie.
-Purpurowa, ta jesień...ona nie mija...-szepnął.
Wiatr zawiał mocniej, wpadł w histerię. To zdanie mocno otarło się o jego wyimaginowaną duszę. Tak bardzo chciał mieć dłonie, którymi odwróciłyby uwagę od całej sytuacji jednym gestem. Z zawiścią pociągnął swym bezbarwnym ogonem pukle Dziewczynki, narzucając je na policzki.
-Ja już nie potrafię...
Na te słowa zwróciła powoli twarz ku słońcu, jesiennemu, czekającemu na wyż - słońcu. Chłopiec, nie zastanawiając się długo, włożył w drobną dłoń purpurowy liść znikąd. Powracająca do niego twarz rozjaśniła przestrzeń zdziwieniem. Z ust wydobył się cichy głos:
-Ja...
-Wiem, mamy czas, a ja jestem, tak jak ty potrafisz być przy mnie. A ta jesień, ten wiatr...one minął, a my nie, ta więź – nie, Purpurowa i popełnij raz jeszcze plagiat pierwszego uśmiechu.
Nastąpił odwzajemniony grymas. Chłopiec wiedział, wiedziały drzewa, wiatr, że jego wiara ma głębię. A słońce wyszło zza horyzontu, spokojnie, mając swój czas.
***
Bała się nocy, bała się wszelkiej, niezbadanej, obcej ciemności. Bała się zamierającego w niej blasku. Braku jego ciepłej, pokrzepiającej dotykiem dłoni. Nocą wszystko znikało i budził się Strach. Powieki zdradziecko zamykały wnętrze, tłumiły. I wracały koszmary. Tak bardzo nie chciała być sama, nie chciała być znowu goniona do kąta zakazanego pokoju, do którego nigdy nie miała dostępu za dnia. Nie chciała słuchać ciężkich kroków zwiastujących ból, przynoszących ból. Za co? Czemu? Skąd pytania, na które nie potrafi się odpowiedzieć inaczej niż przeżyciem czegoś jeszcze raz. Ściśnięte piąstki przyciskała z całej, dziecięcej siły do oczu, powstrzymując napływające łzy. Tak bardzo nie chciała, ale on mówił, że nie można uciekać... dla niego... nie chciała. Strach wniknął w jej komórki i niezauważalnie przepłynął do serca, które zdumione dławiło się adrenaliną. I wtedy rodził się dźwięk gorszy od smagnięcia pasem - drzwi skrzypnęły, a postać coraz szybciej zbliżała się do Purpurowej. Gdyby chociaż raz ją zaskoczyła i przyszła z uśmiechem, odgarnęła mokre włosy z bladego policzka i otarła łzy. Gdyby tylko pogłaskała po głowie i przytuliła, tak. jak to robią na reklamach masła albo oleju. Czemu codzienność u wszystkich nie wygląda tak szczęśliwie? Czemu?
Usłyszała szepczące poddenerwowanie. Raz. Dwa. Bez skrupułów, bez zastanowienia, bez żalu postać wypuszczała wąski pas, który scalał się z przygarbionymi plecami, drobnymi i zlęknionymi, opadającymi pod siłą każdego uderzenia. Zaciskała zęby z całej siły, z całej możliwej, podarowanej siły. Coraz ciężej łapała oddech, plecy piekły i swoim bólem odbierały cały sens wspomnieniom. Nagle poczuła zapach ciasta babci... tak, ona umiała, jak nikt inny wydobyć z ciasta zapach. Rodzynki...wanilia... kakao... poczuła słony smak łez. Niechciany, intensywny. 'Babciu...'
Cisza. Kobieta wybiegła. Zostawiła ją samą. W czerwieni. W skrajności uczuć. W niezawinieniu. Położyła ciężką głowę na podłodze, przytulając obolałe plecy do zimnej ściany. Cierpienie wraca. Nie zapomina o sobie. Nie zostawia na zawsze. Zbyt wierne. Niełaskawe. Bała się, tak bardzo się bała powrotu do niego bez uśmiechu. A obiecała odgonić niekochany wiatr. On tak bardzo na nią czekał, czuła to. Mieli znowu pójść do lasu z jabłkami szukać małych jeży. Kręcić się dookoła. Być.
Impuls, czasami on działa cuda. Pobudza, rodzi się znikąd. Znała impulsy, on jej tyle razy o tym opowiadał, tyle uczył. Nie może dopuścić do Nienawiści, nie teraz, nie, gdy...Opierając się na dłoniach podniosła się i wolnym krokiem wyszła z pokoju. Było wciąż tak bardzo ciemno. Przedpokój wydawał się tak niemożliwie długi. Przekroczyła próg salonu przepełniona zwątpieniem. Ona siedziała na fotelu, obserwując świat spod przymkniętych powiek. Obok leżał pas, a na oparciach ręce, jak dwie obcięte gałęzie. Zbliżyła się do niej niezauważalnie, cicho, tak, jak nauczyła się podczas zabaw w "chowanego". Kucnęła przy fotelu, patrząc wprost na gładkie, wysokie czoło. W drobne dłonie ujęła dłoń i wykręciła ją delikatnie na wewnętrzną stronę. Rany wyglądały boleśnie, powoływały do życia uśpione łzy. Nawet przez moment Ona nie drgnęła. Purpurowa drżącymi ustkami dotknęła linii serca. Ciszę rozpraszał, nadchodzący z fotelu szloch. On na nią czekał, dłużej nie mogła. Skąd wziąć siłę, skąd?
- Mamusiu...
***
Mrugnęła jeszcze raz i jeszcze... coś było nie tak, coś wywróciło ponownie jej świat do góry nogami. Jeszcze sekundę wcześniej była przy Bogu, a teraz ponownie błądziła między dwoma powiekami. Nie Purpurowej, z którą spędziła szmat czasu, wylała wspólnie mnóstwo łez, z którą się śmiała, którą kochała, ale Żółtej, skradającej się po cichutku za płaszczykiem swojej matki.
Patrzyła wraz z nią na jej dłonie. Dotykała ich. Mama miała stygmaty, a raczej blizny po nich. Wydawały się takie inne, bardziej boskie, niż cokolwiek innego na tym świecie. Czuła bruzdy, ufając babci, która mówiła, że są one darem od Boga, a nie tylko sposobem na zniknięciem z ziemi, który wybrała jej mateczka. Nie chciała wierzyć swojej mamie. Przecież mamusia nie mogła robić sobie krzywdy. Nie rozumiała jej słów, a może nie chciała? Wolała patrzeć na zabliźnione rany i nasłuchiwać śpiewu Matki Bożej z miejsca, w którym zawsze stała. „Tworzą ją tylko dwa kolory: niebieski i biały”, pomyślała, „To kolory Bozi, bo ona jest w niebie na chmurkach”. Nie wiedziała jeszcze, że pomnik Matki Boskiej pomalowali źli ludzie, żeby była estetyczniejsza i pasowała do standardów ulicy.
Kruszynka widziała to wszystko ze swojej perspektywy i nie potrafiła zrozumieć większości zachowań dorosłych. Czasem płakała, widząc okrucieństwo tego świata.
Wtedy to chciała być jak najbliżej Niebieskiego.
Często przeglądała się w źrenicy Żółtej. Chciała poznać swój kolor, jednak nie potrafiła określić barwy, którą nosiła w swoim sercu. Musiała czekać. Czekać na łzy Dziewczynki, które oczyszczały jej wnętrze i pomagały Kruszynce poznać swoje Imię. Ewoluowała wraz z Żółtą, ale to ona musiała wypowiedzieć jej nazwę, by stała się tym, kim stać się powinna.
Oczekuj cudu, Kruszynko… jestem już blisko...
***
'Mamo...' ten szept był wciąż tak żywy w jej głowie, pojawiał się nagle i hulał niczym upierdliwy wiatr pomiędzy zakamarkami jej umysłu, nawet tymi szczelnie zamkniętymi na wspomnienie i powrót. Czy powinna ją zostawiać samą? Z kolei... ile razy ona zostawiała ją w zadanym przez siebie bólu i narzuconej samotności... jej dusza śpiewała urywanym głosem, zachrypniętym i zlęknionym. Czuła, jak gdyby była jedną wielką płytą tektoniczną, której krawędzie się na siebie nakładały. Boleśnie. Z zamyślenia i z pustki wyrwał ją głos chłopczyka, który przyglądał się jej z pytaniem i troską. Nie umiała wytrzymać tych uczuć, a nie miała siły na łzy i na dzielenie się wszelkim smutkiem. Przybyła uczyć go nowych rzeczy i słów, być, a działo się zupełnie odwrotnie. Czuła się taka... bezużyteczna, uciążliwa. Zawiedziona swoją percepcją. A on wyglądał jej z taką ufnością. Swoją obecnością wywoływał pytania, bo czy faktycznie samą pewnością można kogoś uczyć życia? Czy ludzie nie są po to, aby uczyć się od siebie wzajemnie, by wspólnie coś przeżyć, by... opowiedzieć potem o tym? Komukolwiek. Tatuś uwielbiał opowiadać barwne historie w osiedlowym barze. Raz słyszała jak mówił, że to tam jest jego prawdziwy dom. A drugi jest w jej sercu. Aż pewnego dnia przyszedł zupełnie normalny do jej pokoju i wyszeptał 'Kochanie, tatuś umie przestać, ale umie też odejść'. Nie znała sensu tych słów, nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie w stanie odebrać przesłanie drugiego człowieka w sposób, którego on od niej oczekuje. Życie to niekończący się ciąg pytań, pomyślała wtedy, gdy Tatuś przy niej był. A teraz miała go. Jesień nie mijała, trwała niezlękniona i uparta jak nigdy, przyodziana w barwy zachodzącego słońca. I ten Wiatr...a obiecał, że będzie pokorny. Zawiódł.
- Purpurowa, przyniosłem jabłka...poszukamy wspólnie jeży?
Przyglądał się jej z pewnej odległości. Była tak blisko, a czuł się samotny. Jej kasztanowe, sprężyste loki opadały ciężko na drżących plecach. Patrzyła nieodgadnionym wzrokiem w dal. Co i rusz mrużyła oczy i marszczyła brwi. Te kilka gestów wytworzyło między nimi niewidzialną ścianę, której nie potrafił przebić. Przecież czekał na nią, pragnął jej obecności, zabaw z nią. Wokół unosiła się uciążliwa cisza i pustka. Tylko oni - jej czerwony i jego żółty kubraczek świeciły na placu. Jej oczy były przejmująco zgasłe, nie takie jakie pamiętał, ale czy mógłby ją opuścić? Nigdy jej tego nie mówił, ale jej obecność stała się koniecznością. Przyjemnością. Nauką. Pierwszy dotyk jej dłoni pokazał jak łatwo można zbliżyć się do duszy drugiego człowieka bez słów. Jak łatwo można musnąć jego wnętrze oddechem. Drgnął, gdy nagle obróciła twarz w jego stronę. Duże oczy koloru burzowego nieba spoglądały na niego przepraszająco, przenikały na wskroś. Nie wiedział jak im odpowiedzieć, dlatego wspomniał o jabłkach i jeżach, chciał tej rutyny, pragnął zwyczajności przy niej. Ostatnio świat stawał za bardzo na głowie, aby się udziwnić i sprawił, że prawdziwie niezwykła stała się naturalność i zwyczajność. I taka była Purpurowa - świeża. Prawdziwa. I jej łagodzący głos, w którym ostatnio pojawiała się chrypka bólu.
- Dzisiaj wspólnie poszukamy uśmiechu...
Uśmiechnęła się w ten szczególny sposób i musnęła ustami jego duszę. Poszli w jednym kierunku, patrząc w swoje, na moment odnalezione wnętrza.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 10.07.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(37): 32 gości i 5 zarejestrowanych:
exother, pasieczny14, 77majka77, Mii, Pawlak