warto go przeczytać
Pseudonim: anyway
Łapczywe, pewne dłonie i ich mocny, gwałtowny dotyk. Cichy chichot. To wystarcza, byś poczuł się jak szmata.
Płaczesz, choć jęczysz. Brzydzisz się sobą, wbijając paznokcie w jego plecy. Marzysz, by cię zabił, gdy chwyta w uścisk twój pośladek.
Chciałeś jedynie ciepła. Dostałeś gorąco, brutalny, okrutny ogień. Nie tego pragnąłeś. Nie chciałeś, żeby bolało.
Wiesz, że ON patrzy. Wiesz, że płacze. Wiesz, że rozdzierasz bezlitośnie jego martwe serce, które pozostawił w pustym, zimnym grobie. Jesteś świadom, że skostniałe dłonie drżą. Że z błękitnych niebios szepcze twoje imię.
Pragnąłeś dotyku. Dostałeś, czego chciałeś. Łzy, które spływają po twoich brudnych policzkach mordują wszelką obłudę.
Myślałeś, że wyobraźnia wystarczy. Myliłeś się, o jak bardzo się myliłeś.
Paznokcie przejeżdżające po delikatnej szyi. Czerwone pręgi na skórze. Krzyk obrzydliwego spełnienia, wypełniający szary, idiotycznie szary pokój.
Wiesz dobrze, że ci tego nie wybaczy. Mimo, że zszarzały i zimny wyściela sobą dębową trumnę. Że gdy samotnie skonasz, obrzuci cię jedynie pogardliwym spojrzeniem pustej czekolady.
Te palce są zbyt zachłanne. Ich opuszki nie są znajomo stwardniałe od dźwięcznych strun. JEGO dłonie nigdy nie zrobiłyby ci krzywdy. Dlaczego więc ty właśnie miażdżysz nieruchome serce? Przecież to drugie, wychylające się z firmamentu właśnie umiera. Wiesz to, wiesz...
Chciałeś poczuć się kochany. Zamiast tego stałeś się nikim. Pustym, nieznaczącym elementem układanki jego umarłych ust. Nie byłeś godzien pamiętać piękna jego twarzy. Równie dobrze mogłeś nie istnieć.
Brzydzisz się, gdy twoje ciało automatycznie odpowiada na pieszczoty. Krztusisz się, kiedy sam pieścisz. Te ramiona nie są kochające i czułe. Uciekłeś w nie, bo nie mogłeś znieść koszmarów samotnych nocy. Och, ile byś dał, by powrócić do tego dużego, wypełnionego bólem łóżka! Byle daleko. Daleko od niebiańskiego bólu spojrzenia martwego anioła.
To ty go zabiłeś. Nie choroba, trawiąca jego ciało. To byłeś ty. Białaczka odebrała jedynie powłokę. Tak okropnie ludzką powłokę, jakby zdarła z niego ubranie. Pozostawiła jednak nienaruszoną, czystą, nagą duszę. Twoje subtelne dłonie na innym ciele katowały. Pocałunki rozdrapywały, plamiąc niebo delikatną krwią. Twoje spełnienie było ciosem ostatecznym. Mimo ,że to wiesz, mimo, że kochasz go ponad swe żałosne życie, potrafisz jedynie krzyczeć z rozkoszy. Z rozkoszy i obrzydzenia.
Nienawidziłeś, gdy patrzył na ciebie zaborczo, zazdrośnie. Teraz również nienawidzisz tego, że tak bardzo cię kocha. Byłeś dla niego ważniejszy niż śmierć.
Byłeś.
Teraz on już nie istnieje.
Tak jak i twoje serce.
Być może gdzieś jeszcze tam jest. Być może masz szansę go przeprosić. Ba, paść na kolana, całować jego kostki, błagać o przebaczenia, krztusząc się łzami. Czy potrafiłby nadal cię kochać? Ufał ci. Bezgranicznie. Skonał z twoim imieniem na ustach, dziś mroźnych i skamieniałych. Być może już skruszonych, otulających niegdyś silne dłonie.
Kochasz go.
On kocha ciebie.
Lecz czy to wystarczy? Czy przyjmie splugawione ciało? Wiesz, że nie. Nie byłby w stanie cię dotknąć. Dlatego przestał być. Jego nie ma. Przez ciebie.
Nie nienawidził cię. To ty znienawidziłeś go za to, że umarł. Tymi drobnymi dłońmi odrywałeś po kawałku jego egzystencji.
Płakał. Nie otarłeś jego sinych łez.
Wiążesz na szyi szorstki sznur, powtarzając rozpaczliwie cichnącym głosem jego imię.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 23.12.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(35): 32 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, pasieczny14, Mii