Pseudonim: Unwritten96
Imię: Justyna
Skąd: Łódź
Napisanych prac:
- proza: 3

Średnia ocen: 4.0
Użytkownik uzyskał: 4 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Powieść w kawałkach" 07.06.2015
"Przed siebie" 11.06.2015
"Przed siebie" 13.07.2015

Inne prace tego autora:
"Powieść w kawałkach" 07.06.2015
"Przed siebie" 13.07.2015
"Przed siebie" 11.06.2015


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Przed siebie

- Chcę mieć z tobą dziecko. Leżymy w łóżku. Jest chłodny, listopadowy wieczór, a ja czuję, że koronkowa koszulka przykleja mi się do ciała od potu. On czyta gazetę sportową. Wiem,że ich nienawidzi. Mimo wszystko na chwilę unosi oczy znad grubych oprawek okularów. Nosi je, chociaż wcale ich nie potrzebuje. Mimo to czuję, ze stara się stworzyć wizerunek statecznego męża z wieloletnim stażem. Okulary i gazeta wpisują się idealnie. -Jak to? Marszczę brwi. -No... dziecko... z tobą... Nie do końca wiem, jak mogę to przybliżyć. Nie jest głupi. Wie, co do niego mówię. Wie, z czym to się wiąże. Mąż, żona i dziecko. Brzmi rodzinnie, bezpiecznie, wiecznie. Krępująco. - Nie jestem gotowy. To prosta odpowiedź. Mógłby powiedzieć więcej. Mógłby się tłumaczyć, plątać, zadawać pytania. "Jak sobie poradzimy?". "Jak utrzymamy to dziecko?". "A jeśli nam się nie uda?". Mogę tylko docenić to, że zawarł to wszystko w kilku słowach. Dziękuję, że pozbawił mnie złudzeń. **** Miałam dobrą noc. To moja pierwsza myśl po przebudzeniu. Dziwne, zważywszy na okoliczności. Nie czuję niepokoju, zagubienia. Budzę się z leniwym uśmiechem, przygładzam włosy rozsypane na poduszce, w oczy uderza mnie słońce. Łóżko jest puste, ułożone. Jakbym całą noc tkwiła w bezruchu. Jakbym o niczym nie śniła, nie marzyła, niczego się nie bała. Dopiero teraz zauważam, jak bardzo były obecne te emocje kilka tygodni temu. Przychodzi mi na myśl, że jestem trochę wydrążona w środku. Nie mam pojęcia, która godzina. Nie potrzebuję wiedzieć. Wstaję, mrużę oczy, wyginając ciało pod promieniami jak łasząca się kotka. Nie ma tu wiele więcej. Kuchenka, łóżko, prysznic, jednoosobowy stolik i tańczące w powietrzu drobinki kurzu. Pokój, umeblowany skromnie i minimalistycznie, zdaje się czekać, aż ktoś tchnie w niego życie. Aż ktoś przyniesie do niego własną historię i rozstawi ją po pustych kątach. Przypominam sobie, kiedy wprowadziłam się do domu z mężem. Świeżo po ślubie, jeszcze czułam na sobie dotyk tiulowej sukni. Dom dostał w spadku po dziadkach. Duży, potężny, bogaty w kolumny i przytłaczające, barokowe zdobienia. Umeblowany, zagracony. Wciąż bogaty w portrety, biżuterię i koraliki poukrywane za kanapą. Jakby poprzedni właściciele zostawiali siebie w każdym zakątku. Żeby nikt nie zapomniał. Nigdy ne czułam, że należę do tego miejsca. Nigdy nie mogłam zostawić tu części siebie. Czuć, że buduję z mężem coś własnego. Korzystałam tylko z cudzego szczęścia, pojmując je za własne. Piękny dzień. Czy tu naprawdę nigdy nie zachodzi słońce? Mała, wyasfaltowana dróżka otoczona jest z obu stron małymi, rodzinnymi domkami. Na balkonach suszy się pranie, słychać płacz dziecka, rozmowy, z których każde słowo brzmi jak wyznawanie miłości. W krzyku nie ma wściekłości, nienawiści. Słychać w nich może tylko krótki, związany żal, który zniknie od razu, gdy słowa rozpłyną się w powietrzu. A później wszystko znów będzie dobrze. Docieram do małego, zwartego placu. Jest mało ludzi. Nikt się nie spieszy. Idą wolnym, miarowym krokiem, jakby nie było konkretnego miejsca, gdzie muszą dojść. Jakby każdy punkt był tym odpowiednim i każdy był wart, żeby w nim pozostać. Niosą papierowe torby wypchane zakupami. Gdzies wystaje rumiana bagietka, rogalik, szyjka od butelki z winem. Przychodzi mi na myśl, że chciałabym móc kiedyś zrobić takie zakupy, zapakować w papier, zanieść do domu, gdzie ktos będzie na mnie czekał. Ale nie mam. Mogę tylko zatroszczyć się o samą siebie. Wchodzę do najbliższej kawiarni. Małej, ciasnej, nasiąkniętej zapachem świeżo palonych ziaren. Z dużych ekspresów buchają kłęby pary, stukają filiżanki. Na zegarze za kontuarem widzę, że jest szósta rano. Odnoszę wrażenie, że każda godzina tutaj jest na swój sposób celebrowana. Wieczorem powolnym spacerem, wdychaniem zapachu jesieni, suszonych liści, wilgotnego wiatru. Porankiem gorzkim smakiem kawy i słodkim croissantem. Każda godzina jest inna. Każda jest okazją, którą obchodzi się inaczej. Robię się głodna, gdy patrzę na zapisane grubą kredą tablice. Nie do końca, wiem co oznaczają nazwy. Caffe al vetro, caffe lungo... W nazwie każdej kawy pobrzmiewa jednak nuta, która sprawia że zawartość filiżanek jest intrygująca, nieznana. - Caffe al vetro, per favore.... Słychać, że nie jestem stąd. Ja to słyszę, barista to słyszy, ludzie to słyszą. Chyba ktoś z zewnątrz jest tutaj nowością. Filiżanka jest ciepła, delikatnie parzy dłonie. Intensywny, uderzający do głowy zapach. Próbuję. Piecze w język, drażni podniebienie. Nie jestem pewna czy goryczą, czy dlatego że jest gorąca. Nie tą goryczą, którą czuje się w rozpuszczalnym Nescafe. Goryczą egzotyczną, pobudzającą, pociągającą za każdy nerw jak za sznurki. -Ti sapore del caffe ? Barista patrzy na mnie z uśmiechem człowieka sukcesu, rzucając znaczące spojrzenie na porcelanę ukrytą w moich dłoniach. Domyślam się, że chodzi o kawę. -Si. Molto. Wychylam zawartość filiżanki jednym, szybkim łykiem. Jak prawdziwa Włoszka. - Hungry? W duchu dziękuję mu, że przeszedł na angielski. -Yes. Very hungry. Mężczyzna sięga wgłąb dużej, przeszklonej witryny i pewnym ruchem wyciąga niewielkiego, obsypanego cukrem pudrem rogalika. Trochę dziwi mnie, że nie spytał, na co mam ochotę. - Cornetto - mówi, wręczając mi porcelanowy talerzyk. Ma silnie włoski akcent i duże, wprawne dłonie baristy. Ciemny zarost, oczy koloru świeżo palonej kawy. Wygląda jak typowy Włoch z językowych podręczników Pons'a. Kruche, francuskie ciasto delikatnie ugina się w moich dłoniach. Gorycz w moich ustach miesza się ze słodyczą, smakiem masła, drobnego cukru, dając intrygujące, nienazwane dotąd połączenie. -Tasty? - Yhm. - Kiwam głową, zlizując cukier z wargi. Jestem we Włoszech. Uciekłam od wszystkiego. Siedzę w kawiarni, piję najlepsze espresso, zagryzając gorycz słodyczą i jestem niesamowicie szczęśliwa.



Płeć: kobieta
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 13.07.2015r.

1     

moriaty h.ayne Redaktor próbny 17 07 2015 (17:40:27)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Witaj.

Bardzo przyjemny tekst, ale chwilami niepotrzebne akapity irytują.

Twoje opisy cieszą oko, sprawiają, że czytelknik może niemal być w danym miejscu.

Znalazłam kilka literówek.

Ładnie wprowadziłaś do historii, jest spokojnie, jakoś mnie nie powaliło, ale to wcale nie jest źle.
Nie czekam w napięciu na dalszy ciąg, ale z miłą chęcią przeczytam nastepne części, jeśli takowe będą.

Pozdrawiam,
moriaty h. ayne


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(26): 26 gości i 0 zarejestrowanych: