Pseudonim: BlackQueen
Imię: Olka
Skąd: Straberry Fields
O sobie: Po dość długiej (rok, dwa?) nieobecności oświadczam wszystkim, że wróciłam i mam zamiar wziąć się do roboty. Chętnie zmieniłabym nick, ale jestem zbyt leniwa, by to zrobić, więc pozostanę przy smętnej emo-goth blackqueen.
Napisanych prac:
- wiersze: 69
- proza: 7
- publicystyka: 3

Średnia ocen: 5.1
Użytkownik uzyskał: 295 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Baśń o Utopii" 18.12.2010
"Margines cz.4" 11.05.2009
"Preludium cz. 1" 29.11.2009
"Margines cz.3" 01.05.2009
"Tajemnicze, zielone ślepia" 07.04.2009

Inne prace tego autora:
"Margines cz.3" 01.05.2009
"Tajemnicze, zielone ślepia" 07.04.2009
"Preludium cz. 1" 29.11.2009
"Baśń o Utopii" 18.12.2010
"Margines cz.2" 01.05.2009


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Preludium cz. 1

- Nie! - głośny i stanowczy okrzyk odbijał się echem w pokoju zaległym ciszą. Aurora rzuciła zdziwione spojrzenie na szczątki rozbitego talerza walające się na wypastowanej podłodze. Nie wiedziała, że jest do tego zdolna. Przez całe swoje krótkie i pozbawione blasku życie sumiennie gromadziła emocje, pod kamiennym płaszczem posłuszeństwa i obłudy, jak powietrze ściśnięte w gumowym baloniku. Żałowała tylko, że dopiero teraz pozwoliła mu się ulotnić. Zacisnęła szczęki, próbując wyswobodzić się z pętających jej ciało wyrzutów sumienia. Łańcuchy opadły. Była wolna. Gdyby teraz roześmiała się, pewnie uznaliby, że jest niespełna rozumu, lub przy odrobinie szczęścia, ma wysoką gorączkę. Nigdy więcej. Zduszone szepty i oburzone spojrzenia, unoszące się nad stołem zdawały się tylko podsycać buzujący w jej żyłach ogień. Jej palce same zacisnęły się na klamce, a nogi zaniosły ją ku wyjściu. Rozkoszując się słodkim dźwiękiem zatrzaskiwanych z hukiem drzwi, rzuciła się w otchłań nocy. Biegła, czując na karku subtelne pocałunki śnieżnych płatków. Miliony gwiazdek wiły się w agonii, żyjąc chwilą, która została im dana, by w końcu spalić się w ramionach przemarzniętej gleby. Jak ja – uśmiechnęła się niewyraźnie próbując dodać sobie otuchy. Przyśpieszyła tępa, ignorując pulsujący ból w górnej części stopy. Czuła się jak wybitny, doświadczony dramaturg przed ponowną premierą starego i dawno zapomnianego spektaklu. Znała go doskonale, klatka po klatce, szukając wciąż rysy na nieskazitelnej powierzchni swego alter ego. Ona potrzebowała tylko jednego elementu, by dzieło ostatnich dni zakończyło się wyczekiwanym sukcesem. Uniosła brodę do góry, wsuwając na twarz maskę ironicznej iluzji. Odetchnęła głęboko, próbując wyswobodzić się z więzów pętających ją wyrzutów sumienia. Nie miała wyboru. Nie mogła tak po prostu ulec. Miała dość potulnego wykonywania rozkazów i wysłuchiwania bezsensownych kazań. Z tej perspektywy coraz bardziej zaczęło przypominać to bitwę, heroiczną walkę z samym sobą i swoim sumieniem. Nie mogła już wrócić. Nie miała dokąd pójść. Pchnęła drzwi jedynego otwartego o tak późnej porze sklepu, jak w transie, uśmiechając się niewinnie do siedzącej w rogu kobiety. W skupieniu przyglądała się wystawom, licząc zmarszczki i niedociągnięcia na gipsowych twarzach manekinów. A więc tak smakuje swoboda. Dziś była przecież Wigilia, a odkąd pamiętała, towarzyszył jej zapach lasu i imbiru. Teraz, powietrze było bezbarwne, pozbawione woni, smaku i charakteru. Wszystko było nie na swoim miejscu. Wystarczyłaby krótka chwila zwątpienia, przebłysk słabości, a zawróciłaby, by ugiąć się pod ciężarem porażki. Wybiegła ze sklepu, niosąc za sobą słoną woń łez. Dźwięk alarmu, nagły i ogłuszający zatrzymał ją w drzwiach. Jej palce napotkały opór, a czyjaś potężna dłoń skuła jej nadgarstki w żelaznych okowach. Przez chwilę, przerażona i onieśmielona nie była w stanie się poruszyć. Kilka sekund paraliżującego strachu stopiło otępiającą bryłę spokoju ciążącą w jej żyłach. Krzyczała, a z zaciśniętego gardła nie wydobywał się żaden szmer. Słyszała, jakby przez mgłę, poważne, oburzone głosy. Dopiero na dźwięk słowa Policja” odzyskała zdolność czucia. Nagle uścisk zelżał, a po chwili usłyszała głośny huk. - Wiejemy! – poczuła tylko silne szarpnięcie i rzuciła się ku wyjściu. Nie zdążyła nawet dobrze przyjrzeć się swojemu wybawcy. Biegli, krok w krok, jak na skrzydłach. Skamieniałe mięśnie powoli odzyskiwały czucie. W końcu przystanęli, a blada łuna księżyca łaskotała ich zarumienione z wysiłku oblicza. - Jesteś nowa w tej branży. – Nieznajomy wyszczerzył się w uśmiechu palcami przeczesując wilgotne od śniegu włosy. Oddychał ciężko, wspierając dłonie na kolanach. Zabrzmiało to nie jak pytanie, bardziej jak stwierdzenie, stanowcze i dobitne. Wcześniej myślała tylko, jak ubrać swą wdzięczność w słowa, teraz czuła zalewające ją fale gorąca. Wściekłość. - Nie! – odpowiedziała, czerwieniąc się mimowolnie, pod wpływem jego dumnego, stalowego spojrzenia. Nie wyglądał na wiele starszego od niej, a wydawało się, jakby przeżył już cały świat. Wysoki, ciemnowłosy, otulony aurą tajemniczości i magii. Pierwsze skojarzenie przyniosło jej na myśl demonicznego Toma Riddla. Nerwowo przygładziła nastroszoną grzywkę. Musiała wyglądać strasznie. – Ja wcale nie chciałam kraść. – tupnęła nogą ze złością. Chłopak uśmiechnął się ironicznie, a jego kredowo biała skóra lśniła w rozbłyskach gwiazd. Nachylił się nad nią, muskając opuszkami palców jej włosy. Przez chwilę, zwiedziona instynktem żałowała nawet, że jej nie pocałował. – Rozcięłaś sobie czoło – zmarszczył brwi, a jego książęca twarz spoważniała. Aurora parsknęła śmiechem, próbując zgasić łzy płonące pod jej powiekami. To było jak najbardziej nie na miejscu. - Nabijasz się ze mnie? – zadrżał, a maleńki pierwiastek jego nieskazitelnego ja oderwał się z głośnymi łoskotem, wtapiając w puchową kołdrę śniegu. - Nie. – uśmiechnęła się, wbijając wzrok w ziemię. – Po prostu już dawno nikt nie okazał mi tyle współczucia. - Może trzeba to opatrzyć? – spytał po chwili, burząc dzielącą ich barierę milczenia. – Odprowadzę cię do domu. - Nie. – Ucięła krótko. Nie mogła tam wrócić. Jeszcze nie. Odetchnął cicho i zerwał się na nogi. Wstał, poprzedzany nerwowym zawodzeniem wiatru. Aurora dopiero teraz odczuwała skutki braku porządnego, ciepłego okrycia. Skinęła głową i bez słowa ruszyła za nim.



Płeć: nieznana
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 29.11.2009r.

1     

MGryglicki Użytkownik wpmt 29 11 2009 (21:29:08)

"pozwoliła mu się ulotnić" - raczej im, mowa w całym kontekście o emocjach. "(...) by w końcu spalić się w ramionach przemarzniętej gleby" - ładna próba igrania z oksymoronami, ale nie wyszło Ci co nieco, nie wiem dlaczego, ale po prostu to zdanie mi się nie podoba. Ładniej by brzmiało "spłonąć", które ma bardziej patetyczny wydźwięk imho, poza tym nie wiem jak to zamienić... może coś a'la "spłonąć dotykając przemarzniętej do szpiku ziemi"? No cóż, kwestia pokombinowania. Dalej sprawa treści. Zupełnie nie wiem, dlaczego ona chciała coś tam ukraść, po co, jak, jak to się stało, że zrobiła to mimowolnie, jak to się stało, że policja była na miejscu od razu (ochroniarze w sklepach nie mają kajdanek, ponieważ nie mają prawa zakuć teoretycznie). A na koniec jakim cudem sklep z manekinami - przywodzący na myśl oczywiście sklep odzieżowy - był otwarty w wigilijny wieczór? Jest to tragiczna seria niedociągnięć i błędów logicznych w pewnym sensie. Ponadto nie podoba mi się absolutnie wymienienie postaci Toma Riddle'a (nie ujmując już, że źle zapisałaś to nazwisko). Po prostu jest to zbyt blada postać, wpisana w pewną określoną popkulturę, niezbyt wyrazista i takie porównanie mogło by być ok, gdybyś nadmieniła, że dziewczyna jest fanką Pottera. Podobają mi się za to niektóre określenia, są poetyckie, ale wpisują się zgrabnie w prozatorską estetykę, nie są po prostu przepompowane, że tak powiem. Cóż, opowiadanie do uściślenia, poprawienia i przepisania według mnie. Od siebie powiem tylko jeszcze, żebyś nieco uporządkowała ciągi przyczyna - skutek, nadała całości kształtów logiki i nie starała się przesadzić z uporządkowanym chaosem. I będzie jak najbardziej ok.

mountainash taka mała misia 29 11 2009 (21:14:41)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Z początku myślałam, że to będzie się rozgrywało w XIX wieku, aluzje, którymi przykryłaś opowiadanie, były boskie. Boskie. Opisy, skomplikowane, starannie ważone nie w pośpiechu słowa, przemyślne metamorfozy. Sklep w wigilię, chłopak, cały ten reżyser i plan, który się popsuł. Dziwne, że w jakimś takim małym sklepie była ochrona i nagle się na nią rzucili, dziwne. To mi nie pasowało, było dziwne. Lepiej by było, gdyby sama chciała kraść, spróbować wolności, ucieczki od kary. jest dobrze. Pięć ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68308 | Użytkownicy: 12452
Online(19): 19 gości i 0 zarejestrowanych: