warto go przeczytać
Jestem taki spragniony. Godziny spędzone w dusznym pomieszczeniu dają się we znaki. Cierpię męki, jednak staram się… muszę przetrwać!
Najważniejsza stała się Zemsta: moja kusząca żona o imponującym stażu. Paliła mnie od tylu lat, mimo to wciąż ją hamowałem, przygaszałem. Rozum doskonale wiedział, że atakuje się tylko wtedy, gdy jest się pewnym swego. Tyle, że pani Zemsta to bardzo trudny partner do negocjacji.
Każdego dnia wstawałem z myślą pełną nadziei. Przeminął zły okres, Zemsta wreszcie się zlitowała i wyznaczyła termin ataku już w trzy lata po poniżeniu.
Nie chcę wracać do tych dni, to zbyt trudne. Okaleczono mnie wówczas duchowo i psychicznie. Ideały legły w ponurych gruzowiskach.
Albo nie, wytłumaczę wszystko. Cóż z tego, że mówię sam do siebie? To pomoże. Taka terapia przed zadaniem ostatniego ciosu. Potem pewnie oszaleję, ale w tej chwili nie dbam o to.
Cała historia zaczyna się w chwili, gdy poznałem Hadiszkę. Pochodziła z Kaukazu, a dokładniej rzecz ujmując, z Czeczenii. Śladem wielu innych Czeczeńców uciekła z Kaukazu, mimo, że z tamtym światem łączyła ją kultura i wspomnienia. Ją i jej rodzinę czekała ciężka przeprawa, jednak po długiej tułaczce dotarli do Polski, gdzie postanowili pozostać przez jakiś czas.
Hadiszka miała zaledwie dwadzieścia lat, kiedy zawitała do mojego kraju. Zdziwiłem się, gdy ujrzałem ją po raz pierwszy. Kobieta o nieco ciemniejszej karnacji niż większość Polaków, o ciemnych, mocno zarysowanych brwiach, z długimi czarnymi włosami. Ubrana była w dżinsową spódnicę, bluzkę z niedużym dekoltem i lekkie, tanie balerinki. Wyglądała na skromną licealistkę, a nie dorosłą kobietę! Oczywistym było, że nie ma zbyt wielu pieniędzy. Mimo wszystko miała niezwykłe pomysły, świetnie wcielała je w życie. Jej kreatywność wzbijała się ku niebu z każdym dniem spędzonym w Polsce.
Spotkaliśmy się w kawiarence internetowej, ona właśnie skończyła przeglądać jakieś strony, ja płaciłem za wydrukowanie mi referatu na biologię. Wpadliśmy na siebie w drzwiach, dziewczyna nie powiedziała ani słowa, spuściła tylko wzrok i usunęła się w bok. Zdziwiłem się, co jak co, ale spodziewałem się typowo polskiej reakcji: kilka niemiłych słów albo spojrzenie spode łba. Takimi na ogół darzyły mnie dziewczęta. Widząc jej zachowanie, postanowiłem chwycić srokę za ogon, to znaczy zaprosić kobietę na lody. Co mi szkodziło!
Uśmiechnęła się lekko, zupełnie jakby zaraz miała ze mnie zakpić i wystawić mnie na wieczne potępienie duszy. Mimo to nie zrobiła nic z tych rzeczy. Zgodziła się.
W trakcie rozmowy powoli odkrywała przede mną swoje życie.
- Co mi szkodzi i tak mnie nie znasz – stwierdziła na początku.
Dowiedziałem się, że jest sierotą, jej rodzice i rodzeństwo zginęli w trakcie działań zbrojnych, które w Czeczenii przeprowadził bezduszny rząd Rosyjski. Wówczas zaopiekowała się nią rodzina ciotki, siostry jej zmarłej matki. Wuj Idris Umar i ciotka Tamila Patia (członkowie rodzin czeczeńskich nie mogą wołać się po pierwszym imieniu, widnieje ono tylko w dokumentach oficjalnych) z radością przyjęła ją pod swój dach. Trójka własnych, młodszych dzieci w niczym nie przeszkadzała. Hadiszka przelała wszystkie swe uczucia na dwójkę dziesięcioletnich kuzynów i młodszą o cztery lata kuzynkę. Decyzję o ucieczce podjęli w trzy lata po śmierci rodziny Hadiszki. Nigdy nie dowiedziałem się więcej szczegółów tej podróży, wiem tylko tyle, że bardzo ciężko było im przedostać się do Polski.
Z czasem moja przyjaźń z Hadiszką kwitła. Została studentką Uniwersytetu Pedagogicznego, postanowiła walczyć o lepszy byt i godziwą pracę. Spotykaliśmy się w tajemnicy, kobieta bała się reakcji swego wuja na wieść, że zadaje się bliżej z którymś z Polaków. Czeczeni mają swoją dumę, są gościnni i przyjaźni, ale raczej ciężko akceptują okazywane im nieraz współczucie czy litość. Pod wpływem świeżo upieczonej studentki zdecydowałem się poczytać więcej o Kaukazie. Wszystkie znalezione informacje natychmiast weryfikowałem.
Któregoś dnia Czeczenka stała się niezwykle ponura. Wreszcie, widząc, że gaśnie w oczach, spytałem o przyczynę. Niechętnie wyjaśniła mi, że martwi się o kuzynkę, Kesirę Elbikę. Ponoć dziewczyna nie mogła odnaleźć się w nowym środowisku. Była w moim wieku i na domiar tego zaczęła naukę w moim liceum. Chodziliśmy do innych klas, dlatego nie spotkałem jej wcześniej. Byłem pewien, że w lot wyłapałbym na korytarzu tę kaukaską urodę. Jako chłopak kąpany w gorącym oleju, triumfalnie poinformowałem moją przyjaciółkę, że Kesira od przyszłego dnia przejdzie pod moją opiekę. Zapragnąłem być jej Aniołem Stróżem.
Rozpocząłem głębszy wywiad i szybko znalazłem dziewczynę. Zgodnie z tradycją kaukaską, traktującą o tym, iż dziewczętom i kobietom nie wolno nosić spodni (tylko małym dziewczynkom i mężczyznom), Kesira miała na sobie nieco krótszą spódnicę niż Hadiszka.
Widać było, że bardzo dba o siebie, odwrotnie niż Hadiszka. Brwi były idealnie wyskubane, tworzyły cienkie łuki ponad pięknymi, czarnymi jak smoła oczyma. Zdziwiłem się, widząc, że nosi brązową czuprynkę zamiast dominującego, czarnego koloru, często spotykanego na Kaukazie. Jednak najpiękniejszą częścią były jej usta. Maleńkie i kusząco wiśniowe.
Onieśmielony, podszedłem do niej niepewnym krokiem, obserwując jak jej oczy zamieniają w szklaną taflę, na której łatwo mogłem się poślizgnąć i zabrnąć ku samozagładzie. Schwyciła mnie tą swoją niepewnością.
- Cześć, wiem, że mnie nie znasz, ale jestem Patryk.
Dalej trwała jak zimna skała, jakby sparaliżowana moją obecnością. Teraz rozumiałem, dlaczego nie mogła zawrzeć tutaj żadnych przyjaźni. Odstraszała wszystkich milczeniem i spokojem. Każdy brał to za wielką dumę, podczas gdy dziewczyna wszędzie widziała zagrożenie. Bądź co bądź, wychowała się w atmosferze wojny i niepewności.
Modliłem się, aby przemówiła. Patrzyła tylko w dół, pozwalając tym naturalnie długim rzęsom rzucać cienie na policzki.
Wreszcie uniosła głowę, przechyliła ją lekko, jakby zastanawiała się nad jakimś wielkim problemem i kiwnęła nią.
- Kesira Elbika – przemówiła dźwięcznym, melodyjnym głosem. Każdemu obserwatorowi przywodziła na myśl dziewczynę niezwykle pewną siebie i swoich racji, jednak przemawiała niezwykle cicho, a usposobienie miała spokojne i miłosierne.
- Będę ci mówił Kesira, ok? Wiem, że u was zwracacie się do siebie po drugim imieniu, ale…
- Tylko w rodzinie. Musisz nazywać mnie Kesirą.
- Śliczne masz to imię – uśmiechnąłem się, widząc jej przemianę, gdy pouczała mnie o tradycjach kaukaskich. Wtedy nabierała ogromnej pewności siebie, dla niej to był pewnie jedyny pewny punkt. Kultura tak szybko się nie zmienia, nie dla Czeczeńców.
- Dziękuję – odparła tylko.
Nie powiem, dużo czasu zajęło mi przekonanie jej do siebie, ale myślę, że było warto. Zaczęliśmy spotykać się na korytarzach, razem jadaliśmy drugie śniadania, wymienialiśmy się anegdotami i spostrzeżeniami. Z czasem stwierdziłem, że piękna, skromna Kesira to mój ideał. Pamiętam pewną piękną dla mnie chwilę. Jej zakończenie było niezwykle przykre, a jednak dla tego ułamka szczęścia, byłem gotowy wiele zaryzykować.
Siedzieliśmy w parku i odpytywaliśmy się z lektur, bowiem każda klasa pierwsza na koniec semestru przechodziła specjalny test z wiedzy.
- To teraz opowiedz mi o tragizmie antycznym… - zaproponowała Kesira, zerkając do zeszytu.
- W tragizmie antycznym wyróżniamy: hamartię, fatum…
- Nade mną ciąży fatum – wtrąciła Kesira. - Nad całym Kaukazem. Oni tam dalej cierpią, a ja jestem tutaj i… - głos jej zadrżał, więc przerwała i przymknęła powieki, ukrywając oczy przepełnione cierniami. Dopiero tamtego dnia, o godzinie szesnastej, zrozumiałem, jak wiele przeszedł lud czeczeński. Pojąłem istotę cierpienia młodych emigrantów. Czuli się winni, że nie walczą o swój kraj, za jego pełną niepodległość. Mówiąc o pełnej niepodległości mam na myśli nie tylko brak działań zbrojnych, ale także dostęp do prasy z całego świata, do lepszego jedzenia i transportu. Możliwość wyjazdu jawnego, a nie dzikiej ucieczki.
- Rosjanie są psychiczni – mruknąłem pod nosem, wściekły, że to właśnie oni zapoczątkowali wojnę.
- Rosjanie nie są niczemu winni! – zaprotestowała ostro Kesira. – Przynajmniej nie ludność cywilna. To dobrzy, dobrzy ludzie, znaliśmy ich wielu. Rząd jest taki, a nie inny. Chciwy, pełen agresji i nienawiści.
- Putin? – spytałem, jednym słowem, gdyż nazwiskami wielu rosyjskich polityków posługiwaliśmy się już jak kodem.
Zerknęła na mnie i westchnęła.
- Ach, nie tylko on kręci tą machiną. Oni mówią, że jesteśmy terrorystami, cały świat to podchwycił! Nawet tutaj, w Polsce! Wyzwoliliście się spod jarzma komunistów, więc dlaczego nadal popieracie ich tezy? Jesteście zakłamani! – dziewczyna wyrzucała z siebie złość.
Pozwoliłem jej na to, od czasu do czasu rzucając tylko wrogie spojrzenia przechodniom. Byłem gotów zagryźć każdego, kto chciałby zwrócić nam uwagę czy wtrącić się do dyskusji. Liczyła się tylko Kesira, która nic nie wiedziała o moim coraz głębszym uczuciu.
- Tak, politycy wszystko wyolbrzymili. Kesira, ja… - przerwałem, chcąc opanować emocje.
W końcu nie wytrzymałem i delikatnie ucałowałem jej policzek. Znając delikatne reguły w świecie dziewczyny, postanowiłem najpierw spróbować w ten sposób, zaś potem ucałować te kuszące usta.
Rzuciła mi przerażone spojrzenie, szybko zerwała się z ławki, wrzuciła zeszyt do plecaka i pomknęła wzdłuż alejki. Wiedziałem, że nie ma sensu ją gonić. Bolało mnie tylko to, że zareagowała w ten sposób. Mogła mi powiedzieć, że nawet takie zachowanie jest według niej, czy tradycji niestosowne.
Przez parę kolejnych dni mignęła mi jeszcze nieraz na korytarzu, jednak postanowiłem dać jej trochę czasu. Okazało się to ogromnym błędem. Po tygodniu Kesira zniknęła ze szkoły.
Po raz pierwszy w życiu odwiedziłem podany mi kiedyś adres, jednak wielokrotnie nikogo nie zastałem. Odwiedziłem nawet skromny, wynajmowany pokoik Hadiszki, gdzie dowiedziałem się, że dwudziestoletnia kobieta wyjechała wraz z rodziną do innego miasta.
Złość przeszywała moje serce, umysł wariował. Odtąd moim jedynym celem, obsesją, było odnaleźć rodzinę Hadiszki i Kesiry. Marzyłem, by choć raz ujrzeć całą, tzw. „ca”, czyli rodzinę, w którą wliczani są jeszcze dalsi krewni. (W tym przypadku Hadiszka)
Trzy lata później, tuż po dwudziestych urodzinach, moje życie znowu nabrało sensu.
W wakacje wyjechałem do Poznania, aby przez miesiąc pracować w knajpce starszego o siedem lat kumpla. Któregoś dnia w ostatnim kliencie mojej zmiany rozpoznałem brata Kesiry, Ibragima Idrisa. Kiedy wyszedł, dyskretnie ruszyłem za nim. Szybko okazało się, że w trzypokojowym mieszkanku gnieździ się cała rodzina, łącznie z Kesirą.
Przez te wszystkie lata sądziłem, że zrobili mi to specjalnie. Uciekli, ponieważ Kesira ich do tego namówiła. Owładnięty dzikim, wręcz szaleńczym pragnieniem, by ich odnaleźć, zaczynałem stawać się coraz bardziej agresywny. Mając osiemnaście lat, po ciężkim roku poszukiwań, obiecałem sobie, że gdy tylko ich odnajdę, zniszczę tą idyllę. Zemszczę się ich narodowym sposobem: terroryzmem. Powoli zaczynałem wierzyć w tą okropną papkę, jaką rząd rosyjski wciska całemu światu. Ba, ja już myślałem tymi kategoriami!
Miłość do Kesiry przestała się liczyć, ogromna przyjaźń jaką darzyłem Hadiszkę gdzieś wyparowała. Zemsta owładnęła cały mój umysł, nie pozostawiając mi wyboru. Czułem, że mogę żyć tylko ze świadomością, że zabiłem tą, która pozbawiła mnie spokoju.
Od kilku godzin siedzę w ogrzewanej suszarni, tuż nad mieszkaniem pana Idrisa Umara i Tamili Patii. Jestem zamknięty na klucz, na drzwiach suszarni wisi kartka z perfidnym kłamstwem. Wokół mnie wszystko, co potrzebne. Już za jedenaście minut mieszkanie Kesiry oraz cały blok przeżyją ogromny szok. Zginiemy wszyscy razem, sprawiedliwie, według praw, które nadam tej śmierci.
O, dzwoni komórka. Wibruje coraz bardziej, rozsadza kieszeń dżinsów, zupełnie, jakby tam w środku szamotał się koliber. Zerkam na zegarek. Teraz zostały już cztery minuty.
Nie patrzę na wyświetlacz, odbieram. A co mi tam. Miło usłyszeć czyjś głos przed śmiercią. Przynajmniej rozmowa odwiedzie mnie od głupich myśli.
- Halo? – mruczę, imitując ton wielce zajętego pracownika knajpy.
- Och, Patryk! – słyszę melodyjny, ale poważny głos zaniepokojonej dziewczyny. Wstrząsa nim smutek, słyszę to tak wyraźnie. - Idris (Ibragim Idris, brat Kesiry) mówił mi, że widział cię wczoraj… Nie zobaczymy się więcej, nie wiem, czy na to liczyłeś. Ja wiem… szukałeś mnie, wielu mi to mówiło, ale nie wierzyłam. Bo co wyjątkowego jest we mnie? Nic. Zresztą, to była tylko przyjaźń… Prawda? – pyta niepewnie, cicho, jakby chciała, żeby sam osądził los. A przecież tak się nie da.
- Nieważne – mruczę, rzucam telefon w kąt i zaczynam gorączkową walkę z czasem.
Teraz mam pewność, że ona nie zrobiła tego specjalnie. Nie znam dokładnej przyczyny, ale wiem… Jej głos, jej obecność nakazały mi podjąć trud walki.
Ostatnia minuta. Nie mam pojęcia, czy zdążę.
Moja bomba jest trwała i ma spore pole rażenia. Jestem tu sam, czuję się, jakby obdarto mnie z wszystkich złudzeń. Pragnąłem zemsty, mam zemstę.
Nie zdążę, zgotuję im piekło w nowej ojczyźnie. Pogrzebię wszystkie nadzieje, poślę prosto do krainy umarłych.
Warto?
Padam plackiem na ziemi, pozwalając długim włosom czyścić zabrudzoną podłogę. Trzęsącymi się rękoma szukam telefonu, może jest nadzieja, że zdążą się uratować.
Wpadam na plecak, mnę w ustach przekleństwo…
Trzask, jakby złamały się gałęzie, potem błysk i duszność.
Pocę się, jest mi tak duszno. Nic nie słyszę, wokół tylko poświata. Objawienie? Stój, ja nie wierzę w Boga. Straciliśmy siebie nawzajem. Zamknę oczy i telepatycznie wybłagam jedno spotkanie. Zstąpimy z tronów nieświadomości…
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 09.10.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 36 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14