Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Śmierć w odcieniu bieli" 30.03.2013
"Pokój 214" 08.05.2013
"Ślepiec" 30.08.2012
"I że cię nie opuszczę" 17.05.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Portal cz. X

Jason serwował jajecznicę, kiedy Laura weszła do kuchni, ziewając i gestem ręki dając do zrozumienia, że wita serdecznie. Odwdzięczyliśmy się tym samym. ─ Jajecznicy? ─ zapytał Jason, ale nie czekał na odpowiedź, tylko rzucił gorącą papkę jajek na talerz. Podsunął go pod jej nos. ─ Chrapałaś – zauważyłem. Zmierzyła mnie nienawistnym spojrzeniem. ─ Naprawdę? ─ Mhm ─ mruknąłem. Odwróciła wzrok. ─ Więc – zaczął Jason, siadając naprzeciwko Laury ─ wiemy już jak to zrobić. ─ Jak CO zrobić? ─ zapytała, pochłaniając gorącą jajecznicę. ─ Jak dorwać Millera – wyręczyłem go. Czułem, że to ja powinienem ją o tym poinformować. Odłożyła widelec. ─ Straciłeś zupełnie rozum? Nie dalej jak wczoraj odstawiałeś podobny numer i nie wyszło ci najlepiej. Schrzaniłeś robotę, Davie, to się zdarza. Odpuść. Nie podzielałem jej opinii. Jason również. ─ Nie możemy teraz przestać. Jason opowie ci o szczegółach. ─ A kto powiedział, że zamierzam brać udział w waszym chorym przedsięwzięciu? Spojrzeliśmy po sobie nieco rozbawieni. ─ Bo jesteś lojalna, Laura. I nie pozwolisz nam brać na siebie takie ryzyko. Przymknęła się. Nie było sensu kłócić się dalej, skoro poprzedniego dnia ratowała mi życie. Nie mogła zaprzeczyć. * Było ciemno, kiedy Laura Mitchell obserwowała z ukrycia mieszkanie Boyda Millera. Przy mdłym świetle nocnej lampki wykręcał teraz numer, by zamówić taryfę. Przynajmniej tak przypuszczała. Rozmowa była krótka i rzeczowa, nie trwała więcej niż trzydzieści sekund. Kiedy skończył, założył na siebie ciemny płaszcz i zniknął jej z oczu. To była chwila, na którą czekała. Wyjęła z kieszeni kartkę z naskrobanymi przez Jasona informacjami. Zatroszczył się o nie dokładnie. Kiedy pracuje się w NSA, zdobycie takich danych to pestka, zwłaszcza, jeśli masz pojętnych przyjaciół. Uniosła telefon i zadzwoniła przyciskiem pod podany przez Jasona numer. ─ Dobry wieczór ─ odezwał się głos w słuchawce. ─ Potrzebujesz podwózki z imprezy, z przyjęcia… Laura przerwała tę reklamę i powiedziała sucho: ─ Chciałabym zamówić taksówkę na South Kensington, stoję na parkingu przy Haverhill – przeczytała z kartki. ─ Rozumiem ─ powiedziała dyspozytorka. ─ Obecnie mamy jednak za mało taksówek w tamtej okolicy. Mamy jednak kurs na Haverhill, zamówiony dosłownie przed sekundą. Co za niespodzianka, pomyślała ironicznie. Boyd już do niej idzie. ─ Jeśli skłonna jest pani trochę poczekać, taksówka będzie tam lada chwila, gdy skończy kurs. ─ Rozumiem. Może mi pani powiedzieć dokładnie skąd ona jedzie? Będę mogła wtedy określić, ile będę musiała czekać i czy nie zadzwonić po mojego chłopaka w takim wypadku… ─ To nie będzie konieczne. Taksówka będzie tam za jakieś piętnaście minut. Będzie jechać z Connecticut Avenue w dzielnicy Woodley Park. Kłamstwo. Dotrze tam za pół godziny. Ale nie miała czasu, na wytknięcie rażącej próby wprowadzenia klienta w błąd. ─ Dobrze, poczekam. Do widzenia. Laura nie schowała telefonu, ale wykręciła następny numer. Poczułem wibracje w kieszeni, więc wyjąłem telefon. ─ Taksówka czeka na Woodley Park. Pospiesz się. Miller opuścił już mieszkanie i będzie tam za jakieś dziesięć minut. Połączenie urwało się. Schowałem telefon i z uczuciem ponurej satysfakcji nacisnąłem na rączkę kierownicy. Skuter Jasona wypruł na ulicę, nabierając prędkości, a ja dziękowałem Bogu, że Ludley dla szpanu nie zdjął sobie tłumika. Przejechałem od Woodland Road, gdzie mieszkał Miller, prawie bezszelestnie. Wyjechałem zza zakrętu. Widziałem taksówkę, czekającą przy wejściu do metra. Postawiłem skuter na nóżce i zdjąłem kask. Szybko, nie oglądając się za siebie, zacząłem iść w kierunku taksówki. Ulica wciąż była ożywiona, ale nikt mnie nie zaczepiał. Poprawiłem w kieszeni spluwę. Szczęk odbezpieczanej broni niemal obudził starego taksówkarza. Wymierzyłem w niego, ale zrobiłem to dyskretnie, zza zasłony puloweru, który miałem na sobie. ─ Nie drgnij ─ ostrzegłem. Obejrzał się na wybrzuszenie w kieszeni swetra i znieruchomiał. Wizja broni prawdopodobnie odebrała mu resztki odwagi. ─ Tak, to jest to, co myślisz. Starałem mówić się bardzo powoli, ale błyskawicznie zmieniające się cyferki na elektronicznym zegarku, który założyłem, straszyły mnie niemal równie mocno, jak pistolet wystraszył kierowcę. ─ Spójrz na mnie ─ powiedziałem. ─ Teraz wyjdziesz z wozu, zostawisz kluczyki i odejdziesz. Widzisz te schody? ─ Wskazałem na ruchome schody, skryte pod szklanym dachem. Kiwnął głową. ─ Masz tutaj dwieście dolców ─ wręczyłem mu kasę. ─ To kasa za ten kurs. Zejdziesz pod ziemię i w metrze kupisz sobie bilet. Nie wysiądziesz, dopóki nie dotrzesz na piąty przystanek twojego kursu, jasne? Znów kiwnął głową. Strach czaił się w jego oczach. ─ Pamiętaj, że nie uda ci się zrobić mnie w chuja. Będę wiedział, jeśli nawalisz, a wtedy zabiję cię. Zrozumiałeś? Przełknął głośno ślinę. ─ To dobrze. Wysiądź z pojazdu i idź w stronę schodów. Idź powoli, nie wzbudzając podejrzeń. Nie wspominaj nikomu o tym, co się tutaj stało. Samochód znajdziesz następnego dnia na parkingu przy Westchester Market. Teraz ruszaj. Taksiarz szybkim krokiem ruszył w stronę metra. Wiedziałem, że kupi bilet i zrobi to, co mu powiedziałem. Był zbyt przestraszony, aby się buntować. Spojrzałem na zegarek. Lada moment miał być tutaj Miller. Założyłem na głowę baseballową czapkę. Ciemne okulary wcisnąłem na nos. Nikt z przechodniów nie zauważył, że kierowca taksówki nagle zmienił image. Poczułem szarpnięcie za klamkę i wpakował się Miller. ─ Na Haverhill Road, South Kensington, poproszę ─ powiedział. Nie ma sprawy. Jechaliśmy w milczeniu, co było rzeczą do przewidzenia, kiedy poważany kongresmen stara się przejechać cichaczem przez połowę miasta. Odpowiadało mi to. Nie mogłem odzywać się, bo Miller znał mój głos. Plan Jasona był dobrym planem, wiedziałem o tym doskonale. Efekty jego taktyki siedziały na czterech literach na tyłach samochodu, oczekując, że dowiozę go bezpiecznie na Haverhill. Były to raczej brawurowe założenia. Jason opracował wszystko bardzo zmyślnie. Wiadomość o spotkaniu, którą w biurze otrzymał Tony, Ludley skrzętnie zapisał na maleńkiej karteczce. Data, godzina, adres. Wszystko to przekazał Laurze Mitchell. Znając dokładne miejsce spotkania, nie było wcale trudną rzeczą, aby znaleźć taksówkę, która się tam kierowała. Jason wiedział, że ciemne typy zawsze wożą się jedną taryfą. Taryfą, w której nigdy nie będzie wścibskich taksówkarzy i podsłuchów. Ja porwałem taksówkę, Jason zdobył informacje, Laura wykonała werbalną część planu. W końcu była kobietą. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, ale powstrzymałem się. Dochodziła dziesiąta minuta jazdy. Skręciliśmy w zacienioną uliczkę wśród drzew. Upuściłem telefon Millera, który potoczył się pod jego nogi; była to stara taksówka, która nie posiadała jeszcze odgrodzenia strefy kierowcy i pasażera. ─ Przepraszam… ─ usłyszałem za sobą, ale głos szybko urwał się. Zacząłem gwałtownie zwalniać. Widziałem w tylnym lusterku jak Miller bierze w dłonie swój telefon, następnie szybko patrzy na ekran. Rozpoznał go, nie było wątpliwości. Zadbałem o to, aby go rozpoznał. Nie była to przesadnie trudna sztuczka, jeśli kongresmen przechowuje prywatne zdjęcia w swoim Blackberry. Szok malował się na jego twarzy. Spojrzał na kierowcę, następnie na telefon, potem znów na mnie. Nasze spojrzenia zetknęły się we wstecznym lusterku. Wybałuszył oczy. Telefon nie był jedynym, którego rozpoznał dzisiejszego wieczoru. Zanim zdążył rzucić się do drzwi, zamknąłem je centralnym zamkiem. Zatrzymałem się. Niemal dało się słyszeć odgłosy tłuczenia w jego piersi, kiedy serce wygrywało w niej szalony puls. Zdawało mi się, że odbija się ono od żeber zupełnie jakby stanowiło serce olbrzymiego dzwonu, nie człowieka. ─ Witam ponownie, panie kongresmenie ─ powiedziałem cicho. ─ Uznaj zwrot telefonu jako dobry gest. I raczej nie licz na kolejne. Nic nie powiedział. Teraz nie miał przy sobie ochroniarza, przytomnego czy nieprzytomnego, a już na pewno nie setki strażników gotowych na ratowanie jego kongresmańskiej, obłudnej dupy. ─ Tutaj kończy się nasza historia, panie Miller. Tylko od pana zależy, jaki ten koniec nastąpi. Spojrzał na telefon. Cały czas obserwowałem go w lusterku. ─ Tak, tak ─ powiedziałem, imitując rozradowanie. ─ Dokładnie o to chodzi, kongresmenie. Ten telefon nie znalazł się tutaj przypadkiem. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamknął je po chwili. Może się rozmyślił, pomyślałem, a może jeszcze nie wyhodował sobie jaj. Dopiero po dłuższym momencie zdecydował się na ruch. ─ Zanim cokolwiek zrobię ─ powiedział ─ chciałbym wiedzieć, jak mnie wytropiliście? Klasyczna zagrywka. Szuka czasu dla siebie. Nie oponowałem. Widziałem jego rozgorączkowane spojrzenie, szukające drogi ucieczki. Nie pozwoliłem, aby odpiął pasy. Miał utrudnione zadanie. ─ Och, najwyraźniej nie jesteś nawet w połowie taki sprytny, jak sądzisz. ─ Udało mi się pozbyć tych dwóch goryli ─ powiedział. Miałem wrażenie, że uraziła go wcześniejsza uwaga. Przykre. Może gdyby nie był tak potwornym skurwysynem zrobiłoby mi się go żal. ─ To tępaki ─ stwierdziłem głośno. ─ Nie rozróżniliby noża od widelca, gdyby im je pokazać. Banda kretynów ochrania gości z rządu. Brawo. Ale po co lepsi ludzie, skoro nawet wam nie zależy na własnym bezpieczeństwie? ─ Musiałem się spotkać z Tony’m. ─ Wiem o tym. Wygląda jednak na to, że do spotkania nie dojdzie. Wziąłem do ręki broń. ─ Ostatnim razem nie spodobało mi się to, co zrobiłeś. Tym razem ma to pójść gładko. Jeśli coś spierdolisz, Tony zginie. Podałeś cenną informację. Założę się, że Hampton już na pana czeka. Uprzedzam, że nie jest sam na tamtym parkingu. Przełknął głośno ślinę. Był w potrzasku. ─ To zakończy się tu i teraz, Boyd. Nie ma alternatywnych zakończeń w historii. Są tylko te właściwe. Metaliczny szczęk zamka potoczył się po wozie. Miller drgnął. ─ Nie ─ powiedział cicho. ─ Nie? ─ Nie! Nie zadzwonię do niego! ─ Jeśli tego nie zrobisz, zginiecie obaj. Zrób mi tę przyjemność i oszczędź fatygi. ─ Nie wydaję mi się, żebyś mnie zamordował. N-nie masz jaj. Wybuchnąłem głośnym śmiechem. Po chwili opanowałem się i spojrzałem chłodno na niego. ─ Odepnij pasy ─ rozkazałem. ─ Po co? ─ Odepnij je i przesiądź się na środkowe siedzenie. Pełen niepewności, zrobił to. Nie wiem dlaczego, ale posłuchał mnie. Spojrzałem przed siebie, biorąc głęboki oddech. Z obu stron nierównej alejki były drzewa; nic dziwnego, wcześniej znajdował się tutaj kawał lasu. Dalej, za jakieś trzysta metrów alejka kończyła się i ginęła pośród masywnych konarów. Nie wiedziałem, co było w ich gąszczu. Miałem nadzieję, że Miller zmądrzeje, zanim tam trafimy, bo to, co zamierzałem zrobić, nie mogło spodobać się ani mnie, ani jemu. ─ Pamiętasz, kiedy mówiłem ci, że kawał ze mnie świra? ─ Obróciłem się w jego stronę i patrząc mu prosto w oczy, docisnąłem pedał gazu i taksówka zaczęła gwałtownie nabierać prędkości. Nie patrzyłem na drogę podczas tej dzikiej jazdy. Miller rozpłaszczył się na siedzeniu, a rękami próbował znaleźć oparcie w dachu. Bezskutecznie. ─ Rozpędzamy się z przyspieszeniem pięciu metrów na sekundę, co daje ci jakieś dziesięć sekund na wykonanie telefonu, zanim się rozbijemy o drzewa ─ powiedziałem, przekrzykując wyjący silnik. ─ Nie masz zapiętych pasów bezpieczeństwa, ani poduszek powietrznych. Wylecisz przednią szybą. Zaczął wariować jak mała dziewczynka. ─ Dobra, kurwa! Dobra! Dzwonie, ty pieprzony świrze… Tylko zatrzymaj ten jebany wóz! ─ Dzwoń. Samochód rozpędzał się dramatycznie szybko. Migające po obu stronach drzewa przypominały mi, że zostało jeszcze niewiele ponad sto metrów, aby rozbić się o drzewa. Ale musiał wykonać ten telefon pod presją. Tym razem musiałem to przypilnować. ─ Tony? Tony?! Zatrzymaj projekt, rozumiesz? O nic nie pytaj, idioto, ZNISZCZ GO, ROZUMIESZ?! ZNISZCZ PORTAL! Jason stał w cieniu drzew i przyglądał się przechadzającemu się po parkingu Tony’emu Hamptonowi. Nudziła go ta sytuacja. Czekanie dłużyło się nie tylko jego szefowi. Jason również był niespokojny. Dźwięk dzwoniącego telefonu rozdarł ciszę nocy. Hampton uniósł słuchawkę do ucha. Jason stał dość daleko, ale nawet stąd słyszał wydzierający się głos Millera: ZNISZCZ PORTAL! Tony popędził w kierunku samochodu i wyjął duży pilot sterowania. Nacisnął wielki czerwony guzik. Jason wiedział, że NSA nigdy nie było dla Tony’ego wystarczająco bezpiecznym miejscem, aby trzymać takie gadżety. Gadżety, które mogły unicestwić jakiś projekt na życzenie. O, nie. Pewnie nosił go cały czas przy sobie, żeby jakiś stażysta przypadkiem nie nacisnął wielkiego guzika i zniszczył dorobek jego pracy. Chwila wahania. Krzyk Millera. Naciśnięty przycisk. Komputery w laboratorium NSA musiały zwariować, kiedy komputerowy program zatrzymał się, a dysk rozpoczął formatowanie. Ślad po Portalu zniknął. Tony mruknął coś do słuchawki, ale Jason już go nie słyszał. Misja była zakończona. Cyferki danych przelatywały na monitorze Tony’ego Hamptona, a zielony pasek postępu zapełniał się szybko. Osiemdziesiąt pięć procent. Usłyszałem głos z słuchawki: ─ Szefie, to koniec. Sunęliśmy za szybko. Konary drzew zbliżały się: widziałem je w szeroko otwartych źrenicach Boyda Millera. Reflektory z przodu samochodu musiały mu prezentować prawdziwe widowisko. Dziewięćdziesiąt. Dziewięćdziesiąt pięć procent. Hamuj, do diabła, hamuj, Davie, jesteś za blisko!. Ale nie potrafiłem tego zrobić. To było jak fala ekstazy, rozpływająca się po moim ciele, będąca w każdym jego zakamarku. Palce zaczęły drętwieć, a dźwięk słów, które wypowiedział Tony, dzwonił mi w uszach jak oszalałe echo. To koniec. Koniec. Koniec… Dziewięćdziesiąt siedem. Dziewięćdziesiąt osiem. Zdałem sobie sprawę, że euforia zaczyna ustępować adrenalinie. Miller patrzył na mnie oszalałym wzrokiem, zupełnie sparaliżowany. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent. All drivers deleted. Koniec. Koniec. Koniec…. Nacisnąłem pedał hamulca, ale nic się nie wydarzyło. Taskówka rozbujała się na nierównej, leśnej drodze. Jechaliśmy zbyt szybko, pomimo że wciskałem hamulec jak oszalały. All drivers deleted. Straciłem żołądek, który został gdzieś w tyle. Piskliwy głosik wewnątrz głowy uświadomił mi jedną istotną rzecz ─ Portal od zawsze stanowił cząstkę mnie samego. Bez tej cząstki nie mogłem istnieć. …Koniec… Jechaliśmy dalej. Wóz był na ostatniej prostej do zderzenia. Widziałem jak Miller wypada przez okno, silnik wyje z przerażenia, pasy napinają się wokół moich żeber, łamiąc je. Osuwałem się w nicość. …Koniec… Format complete. Wszystko ustało.



        Dedykacja: c.d.n.

Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 08.08.2013r.

1     

Terila Redaktor 13 08 2013 (19:28:47)

Użytkownik ocenił pracę na 6

O Boże... to moja pierwsza reakcja po dotarciu do mety Twojego tekstu... i nastała taka chwila, i ja potrzebuję chwili ciszy, by pozbierać uczucia.

....

Rozumiem, że to finisz pierwszej części "Portalu". Potrafię opisać go jednym słowem - nieprzeciętność. To rzecz, która najbardziej rzuca się w oczy, stoi na piedestale.
Mam na myśli nie tylko nieprzeciętność pomysłu, ale i sytuacji, zachowań, bohaterów, zbiegów zdarzeń i okoliczności. Jest to moje dziewicze opowiadanie, które oceniałam od początku do końca i wiem, że mimo swojej długości oraz wielobarwnie zbudowanego świata wykuło mi się w pamięci.
To, co jest drugą ważną zaletą Twojego tekstu, to to, że wzbudzasz uczucia. Czasem jest to niesmak, strach, napięcie, współczucie, szok, dziwność - momentami czułam się dziwnie. :D Najważniejsze, że te emocje jednak są. To przypisuje tekstowi jego własne, indywidualne cechy. Czytelnik się przywiązuje, jak to stało się ze mną.

Uważam, że tę część poprowadziłeś po mistrzowsku, w swoim stylu, w świetnej formie. Znów rozbudowane słownictwo, świeży tok narracyjny, ciekawe koncepcje na poprowadzenie tekstu. Jestem znów pod ogromnym wrażeniem. Niewielu ludzi pisze tak kreatywnie. Sama Ci tego zazdroszczę. Będziesz moją inspiracją na najbliższe parę miesięcy. :D

"Portal" nie miał na celu wpojenia bądź ukazania odbiorcom jakichś uniwersalnych czy bardziej osobistych prawd, wzniosłych myśli, dlatego nie oczekuje się czegoś takiego przy końcu.
…Koniec…
Format complete.
Wszystko ustało.
- idealne, krótkie, konkretne ucięcie historii. Nie ma poczucia niedosytu. Wszystko jest na swoim miejscu.

Uważam, że znacznie podniosłeś poprzeczkę poziomu swoich prac. Żałuję, że Twoje sześć już temu nie odpowiada. Ja dałabym więcej. :)
Pozdrawiam i dziękuję za wspólną podróż. Świetnie się bawiłam. :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(40): 40 gości i 0 zarejestrowanych: