Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Pierwszy stopień" 23.05.2013
"Portal cz. V" 26.06.2013
"Portal cz. III" 10.06.2013
"Nieświadomy: rozdział 1" 26.07.2012
"Spotkanie po latach" 12.07.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Portal cz. VII

Siedziałem w „Angel’s Touch”, słuchając intrygującego głosu Laury Mitchell. – To wojskowy program, nic dziwnego, że nie dowiedziałeś się o nim niczego więcej – powiedziała, strząsając z cienkiego papierosa wypalony tytoń. – Sama zabiegałam o informacje bardzo długi czas. – Ale coś jednak z nich wyciągnęłaś. – Jasne, że wyciągnęłam. Nie byłabym dziennikarką, gdybym nie potrafiła działać cudów. Ale zabronili mi o tym publikować. – Ktoś wam może zabronić publikować? Pokiwała głową. – Niestety może. Zwłaszcza jeśli info, które dostałam, nie pochodzi z legalnego źródła – powiedziała spokojnie. – Nie mogę wystawić mojego informatora, rozumiesz. Oczywiście, że rozumiem. – Wiesz kto za tym stoi? – zadałem nurtujące mnie od samego początku pytanie. – Nikt tego nie wie – powiedziała, ściszając głos. – Podobno jacyś bardzo wpływowi ludzie. W grę wchodzą grube miliony. Zmarszczyłem brwi. Brzmiało to jak tandetny materiał na jutrzejszą pierwszą stronę, ale nie odezwałem się. Dopiero po chwili zapytałem: – Jak znalazłaś pozostałych uczestników? – Nie było łatwo, ale udało się. Mój informator dostarczył mi listę. – Jest pracownikiem Departamentu Obrony? – Nie, ale coś w tym stylu. Nieważne. Mam listę z nazwiskami. Ale ciebie na niej nie ma. Może dołączyli kilkoro więcej, nie wiem dokładnie. – Ale dlaczego celem są cywile? Wzruszyła ramionami. – Wojsko jest głupie. – Kto kieruje projektem? – Tego mogę się jedynie domyślać, ale jeśli operacją steruje NSA, a tak podejrzewam, to musi to być jedna osoba. W NSA naukowymi projektami zawsze kieruje jeden człowiek. Uniosłem brwi w oczekiwaniu na nazwisko. – Tony Hampton. – Znasz go? – Tony’ego? – Zaśmiała się. – Nie. Z nim raczej nie da się załatwić spotkania. Pewnie siedzi w laboratorium, wychodzi tylko kiedy musi do kibelka. Ale to on dowodzi wszystkimi projektami. Kiedyś pracował w armii. – Ale po co NSA Portal? – To pewnie jakieś narzędzie do manipulacji albo wydobywania informacji. Tony znany był z niekonwencjonalnych pomysłów. A może po prostu stworzyli coś dziwnego i nie wiedzieli, co to jest? Teraz testują to świństwo, nie zdając sobie sprawy z tego, jakie właściwie wyrządza krzywdy. Zamyśliłem się po raz kolejny, mimowolnie rozglądając się po lokalu; ciemna kawiarenka na uboczu, w której nie brakowało niczego za wyjątkiem okien. Śmierdziało papierosami i nieświeżością, jakby dawno tutaj nikt nie wietrzył. – Co mówili inni? – wypaliłem nagle. Jeśli rzeczywiście chciałem ustalić, jak działa Portal i czym właściwie jest, musiałem ją o to zapytać. – Och, w sumie to samo, co ty. – Kim oni są? No wiesz, czym się zajmują? – Niczym specjalnym. To normalni ludzie, pracują, żyją. I podobnie jak ty są oszukiwani przez państwo. – Zgaduję, że niepierwszy raz – dodałem. Uśmiechnęła się nieznacznie, przyznając mi rację. – Co zamierzasz z tym zrobić? – zapytała, ponownie strząsają popiół. To było dobre pytanie; musiałem to przyznać nawet w obliczu faktu nieposiadania żadnej równie dobrej odpowiedzi. Zastanowiłem się głęboko, raz po raz zerkając na rozmówczynię, jakby sama jej obecność mogła mi podsunąć jakikolwiek schemat wyjścia z tej sytuacji. – Nie wiem – odpowiedziałem zrezygnowany. – Nie możesz go po prostu... no nie wiem… olać? – To nie takie proste. On nie tylko pojawia się. On WCIĄGA do środka, nie możesz się po jakimś czasie mu oprzeć. Najpierw wchodzisz tam z czystej ciekawości, aby potem nie móc już wyjść do końca, rozumiesz? Tak to działa. Nie można go po prostu zignorować! – Podniosłem nieco głos. W normalnych kawiarenkach dziesiątki głów natychmiast zlinczowałyby mnie wzrokiem, ale tutaj byłem bezpieczny. Jedynie Laura spojrzała na mnie przeciągle, jakby za powierzchnią jej wzroku kryła się jakaś nuta irytacji. – Okej, okej – powiedziała – rozumiem. Ale nie widzę, jak wywrzaskiwanie na mnie ma ci pomóc w rozwiązaniu problemu. – Przepraszam, jestem pod duża presją. – Zauważyłam. Jej wzrok padł na moje rozdygotane ręce, więc zabrałem je ze stołu. – Słuchaj, może porozmawiasz z innymi uczestnikami projektu? – Masz na myśli Portalu? – Tak, ale wolałabym, żebyś odzwyczaił się od tej nazwy. Żar z końca jej papierosa buchnął strumieniami gorącego dymu prosto w moje nozdrza. Odkaszlnąłem lekko. – Dlaczego? – Dlatego, że ktoś na górze zdecydował, że Portal ma pozostać tajemnicą – rzekła – a jeżeli ktoś na górze tego popierdolonego łańcucha pokarmowego tak postanowił, to nie zamierzam być tą, która wyjawi ten sekret do spółki z tobą, rozumiemy się? Kiwnąłem głową, nie mogąc się oprzeć , aby odszczeknąć: – A powiadają, że dziennikarze są tacy odważni… – Słuchaj no, kolego – ton jej głosu gwałtownie zmienił się, kiedy wypowiedziała te słowa, a temperatura wokół nas zaczęła oscylować wokół zera stopni – nie będziesz mówił mi jacy są prawdziwi dziennikarze. Ja jestem prawdziwą dziennikarką! I jeśli cokolwiek w mojej karierze dało mi porządną nauczkę to właśnie węszenie wokół rządowych spraw. Czasami trzeba wiedzieć, kiedy się z tego wycofać. – Więc nie pomożesz mi w tym? – Nie, nie w tym. Moje spojrzenie wyrażało głęboki smutek. Udawany czy nie, objawił się zmieszaniem na jej twarzy. Przygryzła wargę. Po poprzednim uniesieniu na jej twarzy nie została nawet jedna napięta zmarszczka. – Możliwe, że mogłabym coś dla ciebie zrobić – zaczęła niepewnie. – Przypuszczam, że rozmowa z innymi uczestnikami będzie jak spotkania Anonimowych Alkoholików – dużo paplaniny, mało konkretów… Wygłodniałe informacji spojrzenie padło na jej usta, telepatycznie zmuszając je do wyjawienia tego, co miała do powiedzenia. – Mogę umówić cię z jego asystentem. Tak się składa, że jest mi winien przysługę – rzekła. – Będzie przekonany, że spotyka się ze mną, dlatego musisz powiedzieć, że przysłała cię Laura Mitchell. Rozumiemy się? – Jasne… – I powiesz to tylko jemu. Nikomu innemu, tak? Kiwnąłem głową, dając znać, że zrozumiałem. – Spójrz mi w oczy i obiecaj, że nie powiesz, skąd masz te wszystkie informacje. Mrugnąłem przez chwilę, nie do końca wierząc w to, co słyszałem, ale rozwiązanie być może siedziało tuż przede mną, trzeba było je tylko pochwycić zręcznym ruchem dłoni, subtelnie, w najlepszy sposób w jaki lubią to kobiety. Dyskretnie, posłusznie. Nie miałem najmniejszej ochoty się stawiać, chociaż strach bił z jej oczu, podobnie jak żar bucha z rozgrzanego kotła. – Przysięgam. Spisała na kartce swój numer, mówiąc mi, że ustali spotkanie na najbliższy wtorek i nie czekając na podziękowanie, wyszła, zostawiając mnie samego. * Śniłem, chociaż sen wydawał się niezwykle realny. Przez chwilę, chociaż bardzo krótką, pomyślałem sobie, że znów jestem w Dade, w Portalu i oglądam projekcje własnego umysłu. Uznałem to szybko za wariactwo, kiedy milczące samochody przemykały niedaleko mnie po międzystanówce, wysyłając mi zaproszenie szuraniem po betonowej nawierzchni. Czyli nie śniłem. Zdałem sobie sprawę z tego, że sen skończył się, a szybki, nierówny oddech zdołał ustabilizować się tym razem bez większych oporów. Wojna. Afganistan. To, co przeżyłem zdawało się nigdy nie gasnąć w moim umyśle. Za każdym razem maleńki płomień pamięci, być może za wszystkich tam poległych, zostawał rozdmuchiwany przez niespokojne sumienie. Sen był taki żywy… Ed szedł w pełnym umundurowaniu ze szturmowym M4, który miał zwyczaj noszenia na rękach jak niemowlaka. Posyłał nam pełen radości uśmiech po jednym ze sprośnych żartów któregoś z marines. Może Henry’ego? Nie miałem pojęcia. Szedł i szedł z tym głupkowatym uśmieszkiem, nie gasnącym pomimo naszego zmęczenia, pomimo brudu i smrodu i tego cholernego ciepła. Okropny wybuch rozdarł ciszę, a ja pomyślałem, że umarłem. Rozklekotana błona bębenkowa pulsowała gwałtownie wewnątrz mojego ucha jak gitarowa struna wprawiona w ruch. Nogi bolały jak cholera, chociaż jeszcze nie wiedziałem, co im może dolegać. Leżałem na plecach, przygnieciony karabinem, który w jednej chwili przybrał na wadze dobre pięćdziesiąt kilo. Kawał żeliwnego gnoja siedzący mi na obtłuczonej klatce piersiowej. Poharatane dłonie piekły jak diabli, ale to było nic w porównaniu z tym, co stało się w następnym momencie. Wrzask. Wrzask tak potworny, że nie miałem już pojęcia, co było gorsze: sam wybuch, czy ten okropny krzyk, wydzierający się ze spieczonego z wyczerpania i pragnienia gardła. Ed leżał na ziemi, obok niego zakrwawiony karabin. Wrzeszczał. Boże, tak okropnie wrzeszczał, że miałem ochotę wpakować mu kulkę tylko po to, aby się zamknął. Ten wrzask, ten okropny wrzask nie dawał mi spokoju. – Zatrzymaj krwawienie! – wydarł się na mnie Henry. – Ale jak… skąd… – Nie miałem zielonego pojęcia, skąd ta krew. Ed wydawał się być cały i zdrowy. Tylko dlaczego tak wrzeszczał… Za plecami usłyszałem Henry’ego, gadającego nieco zbyt szybko z dowództwem. – Potrzebna pomoc! Pomoc, do cholery, on się wykrwawi tutaj na śmierć, ty tępa suko! – wrzeszczał, powtarzając słowa, które umknęły mu przy pierwszej próbie przesłania komunikatu. W moim uchu działy się dziwne sensacje. Wybuch spowodował jakieś zaburzenie w błędniku, bo chodziłem, jakbym był pijany. Podniosłem się i nagle, kiedy żabia perspektywa zmieniła swoją wysokość, wreszcie zrozumiałem, że Edowi… – ODJEBAŁO MU NOGI, ROZUMIESZ?! – Henry wciąż wydzierał się do słuchawki. – Kurwa, okryj go czymś! – rzucił tym razem do mnie. Zdezorientowany, podszedłem do niego i okryłem go częścią munduru. Nie widziałem jego nóg ani tam, gdzie powinny być, ani nigdzie indziej. – To była odłamkowa mina – wymamrotałem. – Byłeś najbliżej, Eddie, ale przeżyjesz, rozumiesz to, Ed? Kiwnął głową. Z przeciętych tętnic buchała krew, w miarę jak słabnące serce kurczyło się i rozkurczało. Niegdyś mocne nogi, na których zdołał przebiec maraton, zastępowały teraz kawały wyszarpanego mięsa. Poczułem mdłości, ale starałem mówić spokojnie: – Teraz podnieś swój magiczny zegarek i powiedz nam, jakie są na nim współrzędne. Podniósł bezwładnie lewą rękę i wyrecytował, bezbarwnym głosem. Upływ krwi był zbyt duży, aby go opanować. – Henry, mamy współrzędne! – Trzy, trzy, trzy, dwa, dziewięć, trzy, osiem, jeden, północ – wysapał. – Sześć, dziewięć, osiem, osiem, sześć… Gasł. W jego oczach brakowało życia. – Davie... boli… Pustka z jego oczu zdawała hipnotyzować. Czarna poświata zaszkliła spod niezamkniętych powiek. Wysłał mi ostatnie, przeciągłe spojrzenie, a w jego oczach nastała pustka. Zamknął je. – Henry… – …przyślijcie tutaj helikopter! NATYCHMIAST! – Henry! Spojrzał na mnie. Jego głos zawisł na dziwnej nucie, oczy nie poruszały się. Pokręciłem głową. Słuchawka wypadła z jego rąk, kiedy zakrył nimi oczy. Podniosłem ją. – Siedem, trzy, wschód. Wyłączyłem aparat. Scena rozwiała się. Pamiętałem ten moment dobrze. Moment, kiedy na moich oczach umierał Eddie, prawdopodobnie już nigdy nie opuści mej pamięci, choćbym miał osiemdziesiąt sześć lat i jedną nogę w grobie. Takich rzeczy nie sposób zapomnieć. Można jedynie je stłamsić: pracą, narkotykami, antydepresantami. Wszystkie trzy równie niepotrzebne, równie bezużyteczne. Czasem jesteśmy skazani na rozpamiętywanie rzeczy, których nie chcemy pamiętać. Czy to właśnie wtedy mój umysł, spaczony tragicznym wypadkiem Eda, zaczął tworzyć w swoim wnętrzu wszystkie historie, które spisywałem na kartkach? Tak, być może tak. W ciągu następnych kilku dni wspomnienie tamtej nocy zupełnie znikło, jak gdyby wyślizgnęło się niepostrzeżenie z mojej pamięci. Wmówiłem sobie, że ów sen był wynikiem sypiania w motelach, co nigdy nie stanowiło dla mnie specjalnie przyjemnych wrażeń, zwłaszcza, jeśli nocowałem sam. Obcy zapach pościeli, wnętrze pomalowane bezosobową, brązową farbą i to gęste powietrze, nie mające nic wspólnego z zepsutym klimatyzatorem. A może po prostu było mi łatwiej tak mówić? Nie miałem jednak czasu, aby głębiej się nad tym zastanawiać. Notatki, które leżały na stole od czasu spotkania z Laurą, wysyłały mi spojrzenie tak zachęcające, że graniczyło z zaproszeniem. Nie było jednak potrzeby, abym do nich zaglądał. Wszystkie szczegóły, które wymieniła, znalazły dogodne miejsce w moim umyśle i nie miały zamiaru stamtąd wychodzić. Nie uskarżałem się. Spisałem jednak wszystko dokładnie, w razie gdybym doznał gwałtownej amnezji. Laura Mitchell wiedziała o Portalu. Świadomość tego faktu była dla mnie w jakiś dziwny sposób uspokajająca. Ktoś uwierzył i, prawdę mówiąc, nawet tyle wystarczało mi do szczęścia. Laura rozumiała sytuację nas wszystkich dotkniętych tym dziwnym zjawiskiem, które wygodnie gościło w naszych domach i na podwórkach, uśmiechając się szeroko przepastną, okrągłą materią i uzależniając od siebie. Ubrałem się powoli i starannie, przypominając sobie w jaki sposób poznałem Laurę. Pracowała dla niewielkiej redakcji w Waszyngtonie, mimo tego nie trudno było ją namierzyć po serii błyskotliwych artykułów, które napisała. Szukałem w gazetach choćby wzmianki o czymś niezwykłym, co w swej treści wyrażałoby także i mnie. I znalazłem to. Znalazłem to w jednym z jej artykułów. I oto jestem; stoję, czekając na taksówkę, która podwiozłaby mnie na miejsce spotkania z Jasonem Ludleyem, asystentem Tony’ego, największego mózgu w NSA. Ten skrót wciąż zastanawiał mnie jakie powiązania mogłaby mieć agencja wywiadowcza z Portalem. Po co mieszać się w takie sprawy? Po co instalować to na posesjach przeciętnych cywili? Masywne kliknięcie zamka czterdziestki piątki wyrwało mnie z przemyśleń. Nie było na nie teraz czasu. Wetknąłem broń za pasek i wyszedłem z motelu. Jason Ludley nie wyglądał na jajogłowego w żadnym stopniu. Jego włosy nie były przylizane dużą ilością stylizującej pianki (lub raczej wazeliny) i nie nosił na sobie białego fartucha do eksperymentów chemicznych. Właściwie wyglądał normalnie. Gdybym nie miał jego zdjęcia, zapisanego na twardym dysku mojego telefonu, w ogóle nie rozpoznałbym go spośród tłumu, który znajdował się przy fontannie, na której brzegu siedział. – Witam, panie Ludley – zwróciłem się do niego, kiedy podszedłem bliżej. Podniósł głowę. Miał krótkie, czarne włosy, okulary w plastikowych, sportowych oprawkach i dwudniowy zarost, doskonale widoczny ponad białym podkoszulkiem z napisem „Rzuciłem wódę, narkotyki i seks – najgorsze piętnaście minut mojego życia”. – A kto ty, kurwa, jesteś? – Obdarzył mnie zaciekawionym spojrzeniem. Kiedy przemawiał, choć przeklinając, w jego głosie wyczuwałem nutę wyluzowania, charakterystycznego dla szczeniaków z liceum. Zacząłem się zastanawiać, ile mógł mieć lat. Przez krótką chwilę zacząłem sądzić, że może pomyliłem go z jakimś przypadkowym facetem, ale szybko odrzuciłem od siebie tę myśl. – Nazywam się David Gonyar – powiedziałem, z niewiadomych względów czując się niezmiernie głupio. – Przysłała mnie Laura Mitchell. Uścisnął dłoń, którą podałem mu na powitanie. – Och, stara Laura – powiedział. – Co u niej? – Chyba w porządku – odparłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć więcej. – Eee… - zacząłem niepewnie. – Więc – powiedział głośno, przerywając mój bełkot – chcesz informacji o Portalu, prawda? Skinąłem głową i przysiadłem się do niego. Mówił nieskrępowanie, nie przejawiając podobnej fali strachu, jaka ogarniała Laurę choćby na wzmiankę o tym projekcie. Podobało mi się to. Pewność siebie biła z niego i uznałem to za rzecz pozytywną. – Więc pytaj, co chcesz wiedzieć – rzekł prosto z mostu. Odchrząknąłem i zadałem pytanie, które chodziło mi po głowie od samego początku. – Czym jest Portal? Przez dłuższą chwilę nie otwierał ust, jakby dawkował dramaturgię. Być może wiedział, że oczekuję jego odpowiedzi bardziej niż gwiazdkowych prezentów i skrzętnie to wykorzystywał w rozmowie ze mną, a może był to czysty przypadek, zwykła zagrywka, aby zebrać myśli. Byłem podekscytowany, a zarazem zniecierpliwiony. Ta chwila ciągnęła się w nieskończoność. – Obawiam się – zaczął – że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Kiedy skończył, poczułem dziwną pustkę w żołądku, jakby cała treść wyparowała z niego i pozostał zaledwie błyszczącą skorupą. – Nawet Tony nie wie, co to jest – powiedział, nie patrząc na mnie, tylko gdzieś ponad głowami tłumu. Słońce świeciło mocno i przez moment wyglądał , jakby znalazł się tutaj tylko po to, aby się poopalać. – Portal jest wynikiem naszych eksperymentów i, niestety muszę to stwierdzić, nie jest to produkt, którego oczekiwaliśmy. – Eksperyment? Portal to produkt uboczny? – Tak. Kolejna przykra wiadomość dla ciebie jest taka, że nie możemy go kontrolować. Nie wiemy, jak to działa. Nawet lokalizacja Portalu nie jest nam do końca znana. Wiemy, że pojawiał się kilkakrotnie w różnych miejscach. Ale nawet dotąd nie mamy dokładnych informacji, jedynie listę około ośmiu uczestników, których cudem udało nam się namierzyć. Ludzie raczej nie mają w zwyczaju opowiadania o tego typu rzeczach, jak odkrycie skrawka materii na ich posesjach, który wciąga ich do środka. – Byłeś tam? – zapytałem. – W Portalu? Nie – odparł natychmiast. – Nie mogę do niego wchodzić, jeśli będę miał nagle taki kaprys. Portal jest sklasyfikowany jako produkt niebezpieczny, kolego. Po raz kolejny nie sądzę, żeby mogło ci się to spodobać. Nie, w żadnym stopniu. To znaczy, że zafundowali mi dawkę solidnego ryzyka bez żadnego uprzedniego ostrzeżenia. Ale to podobno państwo dla obywatela, nie odwrotnie. Spojrzał nagle na mnie, jakby miał zamiar powiedzieć coś śmiertelnie poważnego. – Wiem, że to dla ciebie trudna sytuacja, ale myślę, że na razie nie możemy wstrzymać tego „projektu”. Tony widzi w nim jakiś potencjał, chociaż jeszcze go nie wyjawił. – Rozejrzał się na boki nieufnie i zniżył swój głos. – Myślę, że wcale nie on jeden. Odchrząknął lekko. – Tony mówił mi, że próbuje znaleźć metodę do kontroli nad tym świństwem. Ale po co? Portal nie przejawia żadnych wartości, które mógłby wykorzystać do celów naukowych lub wywiadowczych. NSA nie bawi się w żadne inne. Ale zacząłem myśleć nad tym trochę głębiej. Widzisz, mamy określone budżety na projekty, nie możemy zajmować się jednym w nieskończoność. A ja mam niepodważalne dowody na to, że budżet już dawno został przekroczony. Zacząłem słuchać uważniej. Złapał oddech i mówił dalej: – Ktoś z góry wykłada forsę na to, aby Tony pracował nad Portalem. Nie jestem pewny kto, myślę jednak, że to jego stary kumpel, Boyd Miller. – Ten kongresmen? – zdziwiłem się. – A po jaką cholerę miałby to robić? – Zastanów się – obdarzył mnie świdrującym spojrzeniem. – Portal to znakomite narzędzie polityczne, o ile zdołasz go okiełznać. Myślę, że nawet sama kontrola nad jego lokalizacją byłaby świetnym narzędziem do rządowych gierek. Miller nigdy nie lubił grać czysto. Co pomyślałeś pierwszy raz, kiedy wyszedłeś z Portalu? Zamyśliłem się, próbując sobie przypomnieć. Na pewno byłem zdezorientowany. W żadnym stopniu nie potrafiłem myśleć w miarę logicznie. I do tego leżałem. Leżałem, a leżenie kojarzyło mi się niesamowicie ze szpitalnym łóżkiem. Tak, to właśnie było to. – Pomyślałem, że mi odbija… – Dokładnie – powiedział z entuzjazmem Jason. – Jak myślisz, czy to dobre referencje dla twojego politycznego przeciwnika, kiedy musi odwiedzić zakład dla obłąkanych? – Oczywiście, że nie – powiedziałem. – Ale wykorzystywanie Portalu w taki sposób i tak wiąże się z wielkim ryzykiem. Ty nie wiesz jak jest w środku. Nie masz pojęcia, co się tam dzieje! – Mam ogólny zarys sytuacji, owszem – potwierdził – ale jednak pełna kontrola nad Portalem dałaby temu, który nim steruje całkowitą i nieograniczoną władzę nad myślami drugiej osoby. Nad jego wspomnieniami, planami, do cholery, może nawet najgłębszymi sekretami! Taka możliwość dla każdego polityka to jak wrota do raju. Informacja warta jest tam więcej niż pieniądze. Miał rację. Dopiero teraz spojrzałem na problem z jego perspektywy. Portal był niebezpieczny – NSA nie miało, co do tego żadnych wątpliwości i nie miałem ich również ja ani Jason. – Więc jedyna szansa, kolego – powiedział nagle – to powstrzymanie Tony’ego w jego projekcie. Na mnie nie patrz – dodał, unosząc dłonie, jakbym chciał go zaaresztować. – Ja jestem tam traktowany jak praktykant. Tony ma w dupie moje opinie. I na pewno nie pogardzi solidnym dofinansowaniem nawet z nielegalnego źródła. Zapewne wziął z tego całkiem ładną sumkę dla siebie, sukinsyn. – Albo dorwać tego kongresmena. Parsknął śmiechem, patrząc przed siebie. Kiedy jednak odwrócił wzrok w moją stronę i natknął się na zdeterminowany wyraz twarzy, który obrałem w tamtej chwili, jego uśmiech znikł z twarzy, jakby ktoś wymierzył mu sążnisty policzek. – Och, daj spokój – powiedział. – Tą drogą niewiele ugrasz. Politycy zawsze wygrywają. Nie masz ani takich wpływów, ani tyle pieniędzy. Poza tym, są chronieni. Zapomnij o tym. Musisz dorwać Tony’ego. Sam chętnie bym to zrobił, gdybym potrafił, ale ten sukinsyn cały czas siedzi w laboratorium. Siłą go stamtąd nie wywleczesz . Nie miałem pojęcia czy być wdzięczny losowi za tę rozmowę, czy też przeklinać go ze wszystkich sił. – Zatem – powiedziałem bezbarwnym głosem – muszę albo zastraszyć Tony’ego Hamptona, siedzącego w pilnie strzeżonym budynku NSA albo dorwać kongresmena, który za tym stoi i którego nazwiska i imienia mogę się jedynie domyślać, nie wiem również, w którym biurze urzęduje, a nawet gdybym wiedział, musiałbym się przedrzeć przez szeregi ochroniarzy z czterdziestką piątką zatkniętą za mój pasek? Niedorzeczność słów, które właśnie wypowiedziałem, dotarła do mnie po chwili od wydania z siebie ostatniego dźwięku. Zapadła cisza. Kpiącym spojrzeniem wgapiałem się w Jasona. Nie było szans, żeby ten plan się powiódł. Wiedzieliśmy to obaj – on i ja, ja i on, teraz w milczeniu mierzący się wzrokiem. Zdawało się, że wszystko wokół nas zatrzymało się, kiedy zapadła ta cisza, ponura i przygnębiająca. Cisza z gatunku tych, które nigdy nie zwiastują nic dobrego, cisza która wydziera z ciebie ostatnią resztkę nadziei, która być może ze swojej własnej głupoty wdarła się do wnętrza mózgu i niczym ziarno czekała na dobry plon. Ale czekanie było bezcelowe, bezproduktywne. I ziarno musiało umrzeć. Ziarno musiało umrzeć – zawtórował mi wewnętrzny głos. – Mniej więcej – powiedział smętnie. – Ale czy możesz zrobić coś więcej? Nie mogłem.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 29.07.2013r.

1     

Terila Redaktor 01 08 2013 (19:06:18)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj!
Kolejny raz jestem pod wrażeniem. Pracujesz nad wszystkim: nad dynamiką, napięciem, bohaterami, nastrojem, logiką zdarzeń. Widać, że przykuwasz uwagę do szczegółów. Wygląda to tak, jakbyś zaczął pracować nad swoim warsztatem w bardziej kreatywny sposób, przynoszący świetne efekty. ;)

Przede wszystkim chciałabym Cię pochwalić za stylizację postaci i dialogów. Wypowiedzi dialogowe były niemal słyszalne, a opisy zachowań bohaterów niemal jak klatki wycięte z filmu. Wszystko bardzo naturalne, proste do zwizualizowania w głowie.

Narracja bez zarzutu. Prowadziłeś akcję, jak chciałeś, bez zbędnego lania wody, co czasami zdarzało Ci się wcześniej. Ta część wygląda, jak gdyby została przemyślana od pierwszego napisanego słowa do ostatniego.

Pomysł z projektem i środowisko NSA ( którego rąbek nam uchyliłeś ) to takie typowo amerykańskie. Po części trochę oklepane, ale nie spotkałam się jeszcze z pracą na wpmt.pl, która by dotyczyła takich tematów. Młodzi twórcy nie piszą o tym. Uważam, że w Twoim wykonaniu to ciekawa próba wykorzystania Ameryki do Twojej twórczości.

Strona techniczna - cztery pewne zarzuty i jeden mniej pewny. :D

ale nie odezwałem się nic
- nie można odezwać się niczym ani czymś, więc wystarczyło by samo "nie odezwałem się".

Niepotrzebne przecinki tu:
Kawał żeliwnego gnoja, siedzący mi

i tu:
nas wszystkich, dotkniętych tym dziwnym zjawiskiem


Jedna mała literówka:
Nie masz ani taki wpływów


I teraz ten mniej pewny zarzut. Zdarzyły się takie dwie sytuacje, w których przecinek postawiłeś po "i", zaznaczając w ten sposób wtrącenie. Np.
Ktoś uwierzył i, prawdę mówiąc, nawet tyle wystarczało mi do szczęścia

Tutaj jestem cholernie pełna wątpliwości, ale wydaje mi się, że ponieważ część zdania "prawdę mówiąc", która występuje po "i" jest wtrąceniem - tak samo jak i trzecia część zdania - więc ten pierwszy przecinek powinien objąć również "i". Czyli wyglądało by to tak:
Ktoś uwierzył, i prawdę mówiąc, nawet tyle wystarczało mi do szczęścia.

Jak mówiłam, nie jestem pewna, co do tego przecinka, ale kiedy tylko się dowiem, to sprostuję swoje wątpliwości. Jeżeli osoba bardziej kompetentna wie, jak powinno to wyglądać, to niech pisze. :)

Ode mnie tyle.
Trzymasz fason.
Buźka!

Terila Redaktor 01 08 2013 (19:14:33)
Jezuu, przepraszam, ale zapomniałam. Tekst jest naprawdę długi.
Strasznie podobała mi się scena, w której David przypomina sobie, jak Ed umarł na jego oczach. Wyciągnąłeś z niej dramaturgię, napięcie, sama scena była bardzo ludzka - zachowanie tych bohaterów. Nie postawiłeś na banalność:
wreszcie zrozumiałem, że Edowi…
– ODJEBAŁO MU NOGI, ROZUMIESZ?! – Henry wciąż wydzierał się do słuchawki.

Uważam, że przeszedłeś samego siebie. Pozdrawiam. :)

civilizacja Redaktor 02 08 2013 (07:40:55)
Dzięki wielkie :D

Terila Redaktor 05 08 2013 (23:24:11)
Drobiazg. :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(49): 49 gości i 0 zarejestrowanych: