Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Przegrane życie" 10.07.2013
"Nieświadomy: rozdział 1" 26.07.2012
"Spotkanie po latach" 12.07.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Bloody Mary" 22.08.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Portal cz. VI

– Nie! – krzyknąłem i cisnąłem ołówek przez pokój. Odbił się od ściany, zostawiając na niej grafitowy ślad. – Pisz, ty mały skurwielu! – wykrzyczał głosik, rewanżując się. Trwała zacięta walka, w której mój cichy, wewnętrzny przyjaciel robił się wyjątkowo nieprzyjemny. Obsesyjna myśl o pisaniu przetaczała się przez moją głowę, ale starałem się jej oprzeć. Nie do końca rozumiałem dlaczego, ale szybko zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie była to zwykła próba charakteru; pokazania, że nie będę zawsze pisał pod dyktando Portalu. Wiedziałem, że to on mnie do tego zmuszał. – Nie napiszę ani jednego słowa więcej – powiedziałem wyraźnie, jakbym kierował swoje słowa do przygłuchej babci, siedzącej w sąsiednim pokoju. Głosik zamruczał z niezadowolenia. – Powtórz to. – Głos tym razem zmężniał, spoważniał, a wokół mnie powstała drgająca zgodnie z rytmem mojego serca otoczka grozy. Ja miałbym się ugiąć? – Nie napiszę ani jednego słowa więcej – powtórzyłem, czując się bardzo głupio. W pokoju przecież nie było nikogo; stałem tylko ja, toczący bitwę z niewidzialnym przyjacielem, który stawał się powoli toksyczny. Czułem to. Jego toksyczność stawała się zupełnie niekontrolowana. Głos wyłączył się, a w głębi mojej czaszki rozległ się przeciągły, sprawiający, że włosy jeżyły się na głowie dźwięk; dźwięk wysokiej częstotliwości, jakby wydawało go źle dostrojone radio. Zakryłem uszy. – Wyłącz to! – krzyknąłem. Dźwięk posłusznie ucichł i nastała cisza. Oprócz rytmicznego tykania zegara ściennego, nie mogłem usłyszeć niczego więcej. Akustyczna pustka. Poczułem się nagle bardzo dziwnie. Targające mną mieszane uczucia prowadziły do wewnętrznego rozdarcia. Wygrałem bitwę z Portalem, którą po ostatnich wydarzeniach na dole musiałem stoczyć. Portal stawał się coraz bardziej nachalny. Wpadając w pisarski trans, czułem jak moją ręką włada on, nie ja, a nie byłem nigdy entuzjastą tracenia kontroli nad czymkolwiek. Pokazywał mi coraz bardziej drastyczne sceny; sceny mroczne, wyjęte z brudnych thrillerów i horrorów, po których nie mogłem spać przez długi czas. Portal wiedział, co chce pisać, ale nie potrafił robić tego samodzielnie. Wyczuwałem to. Obrazy, które pokazywał mi tam na dole, nie były zwyczajnymi seansami filmowymi, na jakie matka zabiera was na Dniu Dziecka do kina, aby wspólnie cieszyć się kreskówkowym światem i wspólnym strzelaniem z popcornu. Portal musiał mi pokazać je na tyle wyraźnie, żebym je czuł całym sobą i wiedział o czym pisać. A przynajmniej tak kształtowała się moja teoria. Ale wciąż wydawało mi się, że to wszystko poszło nieco za łatwo. Cisza wciąż trwała i wywierała na mnie dziwną presję. Poczułem dziką ochotę, aby wyrwać się ze śmierdzącego domu i wyruszyć w miasto. Miałem trochę pieniędzy w portfelu, która została mi z ostatniej raty za wciąż jeszcze niedokończoną powieść, rozwijającą się jednak w niewyobrażalnym tempie. Musiałem coś zjeść – nie mogłem już dłużej ignorować burczenia w żołądku, a opróżnione opakowania po taniej chińszczyźnie i mrożonej pizzy, uznałem że taka kulinarna podróż dobrze mi zrobi. Kiedy wychodziłem z domu, obejrzałem się mimowolnie za lewe ramię. Portal zniknął. Nie czaił się już na podwórku. Widocznie w końcu przejąłem nad nim kontrolę na tyle krótko, aby mu powiedzieć, żeby się ode mnie odchrzanił. Doktor miał rację, co do tego aspektu. Portal słucha się właściciela, jeśli będziesz go potrafił odpowiednio przekonać. Kawiarenki w Dade były tym czymś, bez czego większość małych miasteczek nie potrafi się obyć. Zawalały połowę obszernego rynku, zachęcając (w tej chwili) nielicznych turystów i mieszkańców niewielkimi cenami. Przynajmniej w ich mniemaniu niewielkimi. Piwo i dobry obiad, tego mi trzeba, pomyślałem, przez krótką chwilę czując impuls do porzucenia tych planów. Poczułem jednak, że jedno małe piwo nie zaszkodzi mi już bardziej niż dotychczas. Nie piłem od kilku dni. Dotychczas nie rozstawałem się z flaszką na dłużej, ale w końcu zrozumiałem, że nie potrzebuję jej dłużej. Czy na wszystko przychodzi taki czas? Czas, w którym uświadamiamy sobie, że już czegoś nie potrzebujemy? Przybyła kelnerka, kiedy rozsiadłem się na wygodnych rattanowych fotelach, skąd miałem przepiękny widok na zatokę. Dziewczyna była ładna, a sposób w jaki poruszała się między ciasno ustawionymi stolikami przypomniał mi Jael. Nagle uderzyła mnie pewna myśl: czy Jael również odkryła, że już dłużej nie potrzebuje mnie w swoim życiu? Zapewne tak było, stwierdziłem w duchu. Odwróciłem wzrok od kelnerki i spojrzałem na spokojną zatokę. Był ciepły wieczór. Wody, jak na wiosnę, były niezwykle łaskawe dla żeglarzy. Sezon turystyczny jeszcze na dobre nie zaczął się. Dopiero na początku wakacji tabuny spragnionych słońca białasów wylegną na plażę i zanurzą się w dającym ochłodę morzu. Zamówiłem penne i małe piwo, zgodnie z ustaleniami. Nieco rozgotowany makaron był pierwszym normalnym posiłkiem od wielu dni, jaki miałem okazję jeść, smakował więc całkiem nieźle dla skurczonego żołądka. Błysnęło wspomnienie o czasach studenckich, gdy poziom niedożywienia osiągał podobne rezultaty. Żułem makaron z lubością, delektując się perfekcyjnym pomidorowym sosem. Kilka metrów dalej, ta sama kelnerka zbierała ze stolików puste kufle i talerze. Niedaleko mnie siedziała jakaś parka rozmawiając półgłosem, ale oprócz tego było zupełnie pusto. Turystyczne miasteczka, kurza morda, pomyślałem, wchłaniając jednocześnie olbrzymią porcję makaronu. Pojedynczy turysta na placu robił zdjęcia kościelnej wieży. Chwilę wpatrywałem się w niego, kiedy wsiadał na swój rower. Nagle obrócił się w moją stronę. Coś błysnęło mi w oczy. Mauer. Stał tam. Choć był to tylko krótki moment, kiedy wpatrywał się we mnie, mogłem być pewien, że to on. Zacząłem krztusić się makaronem. Kelnerka podbiegła do mnie szybko i klepnęła mnie gwałtownie w plecy. Zerwałem się z miejsca, z łoskotem zrzucając za sobą obrus i zostawiając kelnerkę w kompletnym zdumieniu, popędziłem biegiem przez rynek za tylnym wachlarzem Mauera. Ale co, u diabła, tutaj robił? Czy to możliwe, że widziałem go gdzieś uprzednio? Dlaczego więc zajmował w Portalu tak ważne miejsce? Dlaczego był turystą, do cholery? Wir pytań w głowie zamazywał mi obraz, więc mrugnąłem dwukrotnie. Mauer jechał swobodnie, jakby nie zauważył biegnącego za nim na złamanie karku człowieka. Biegłem co sił, próbując go zatrzymać. Prawie udało mi się to na jednym z przejść dla pieszych, jednak kiedy spróbowałem go schwycić za koszulkę, ruszył prawie natychmiast, wyrywając się z mojego zasięgu. Starałem się dotrzymać mu tempa, ale było to dla mnie trudne. Posiłek w żołądku skakał niebezpiecznie ku górze. Dyszałem, a ciepły, słony pot spływał po plecach. Czułem każdą pojedynczą jego kroplę. Mauer był już daleko. Straciłem go z pola widzenia, kiedy skręcił w jedną z bocznych uliczek. Chociaż miałem prawie stuprocentową pewność, że już go nie odnajdę, podążyłem za nim. Stał przy jednym z bocznych straganów. Nie wierzyłem we własne szczęście, gdy podbiegałem do niego, łapiąc z trudem kolejny oddech. Mauer odwrócił się, kiedy zbliżałem się do niego. – David! – Ucieszył się na mój widok. Stanąłem jak wryty. – Co za przypadek! Co ty tutaj robisz? Spojrzałem na niego podejrzliwie. – Mieszkam tutaj. – Racja, racja – powiedział. – Zupełnie zapomniałem. – Przepraszam, czy my się znamy? Roześmiał się serdecznie. – To było naprawdę zabawne. Co ostatnio porabiasz, stary druhu? Zacząłem odgrywać swoją rolę. Jak, do licha, Mauer przedostał się na zewnątrz? – No wiesz – zacząłem – trochę się obijam, trochę piszę. – Dobrze, dobrze, wreszcie się wziąłeś za coś konkretnego. Co u Jael? – Rozstaliśmy się. Uśmiech nieco przygasł na jego twarzy. – Przykro mi. – Tak, mnie też. Zaległa niezręczna cisza, przerywana jedynie odgłosami falującego morza, dochodzącymi gdzieś zza przybrzeżnych kamieniczek. – Kupujesz coś? – zapytałem. Stał z ręką w kieszeni, jakby sięgał po portfel, chociaż nigdzie nie zauważyłem straganiarza. Na cienkim dywanie rozłożone były przedmioty, które normalnie uznałbym za totalne zbędne. – Owszem, tak się składa, że kupuję. – Wyjął portfel i otworzył go, nie zwracając uwagi na mnie, uporczywie wgapiającego się w jego prawo jazdy. Nie mogłem odczytać wąskich liter spoza cienkiej siateczki. – Gdzie jest sprzedawca, do cholery? Uznałem to za pytanie retoryczne. W jego ręce nie figurował żaden przedmiot. Za co więc chciał płacić? Coś nie podobało mi się w tym człowieku. Nie pasował mi do „tamtego” Mauera. – Po co ci ten aparat? – Spojrzałem wymownie na dyndającą na sznurku cyfrówkę. – Robię zdjęcia do nowego katalogu firmy. Ładne są tutaj widoki, będą jako tło. Wiesz, kontrast, te sprawy. – Tło? – No wiesz, nie mogę wszędzie umieszczać tych nowoczesnych biurowców, które robimy. Dla odmiany muszę czasem pokazać coś innego. Zabębnił palcami o rower. – Przeklęty gość… – powiedział pod nosem, patrząc na zegarek. – Wiesz, cokolwiek chcesz kupić pewnie ma cenę na odwrocie. Po prostu zostaw mu kasę i weź, co potrzebujesz – doradziłem. – Niegłupie – powiedział po chwili. Wyjął zawartość portfela i rzucił go mnie. – Potrzymaj chwilę, dobrze? Jasne, uśmiechnąłem się. Szybko otworzyłem go i wyjąłem jego prawo jazdy. Wąskimi literami napisano na nim… – Hej, znalazłeś w nim coś ciekawego? – rzekł, a jego ton przybrał barwę równie suchą, co zeszłoroczne lato. – Co, u diabła... – Dokument wyślizgnął mi się z dłoni. Złapałem go mocno za kołnierz i przyparłem do muru. – Nazywasz się Gonyar? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Jego twarz wyglądała na przerażoną. Kiwnął głową wielokrotnie. – David Gonyar? – Tak, tak, to ja! – Przedramieniem uniosłem go o cal. – Zamierzam zadać ci jedno pytanie i radzę, żebyś nie robił sobie ze mnie jaj – powiedziałem bardzo powoli – rozumiesz? Zrozumiał to w pełni. – Skąd masz w portfelu moje prawo jazdy? – To moje prawo jazdy! – wydyszał. – Nie chrzań. Jest na nim moje nazwisko. – Ja… ja… nie wiem, jak to się stało. Przecież mnie znasz, Davie! – Nie wydaję mi się, żebym cię kiedykolwiek ani gdziekolwiek widział. – Ale to przecież ja! David Gonyar, nie pamiętasz mnie, ty stary świrusie?! Potrząsnąłem nim mocno. Jego głowa rytmicznie odbijała się od kamiennego muru. – Zostań tutaj – poleciłem. Podniosłem z ziemi jego portfel. David Gonyar, głosił napis. Zastanowiłem się głęboko, skąd mógł mieć mój portfel. Spojrzałem na dywan, przesuwając wzrok po przedmiotach, ale świadomie je ignorując. To niemożliwe, nigdy go nie widziałem wcześniej. Tylko to zdjęcie… Ale to zdjęcie mogłem widzieć gdziekolwiek. Nie wiem dlaczego stało się to pierwowzorem Mauera, ale tak mogło w istocie być. Dlaczego utrzymywał, że mnie zna? Dlaczego kłamał na temat swojego nazwiska? Obraz powrócił, ale niekompletny w jednym elemencie. Dopiero teraz dotarło do mnie, co właściwie zakupił. Obróciłem się, bardzo powoli, upuszczając portfel. Ostrze noża zwrócone było w moją stronę. – Nie zamierzam cię zabić – powiedział. – Mam ci do przekazania tylko jedną wiadomość. Powstrzymując się od gwałtownych ruchów, skinąłem głową ze zrozumieniem. Wyjął z kieszeni przestronną kopertę i rzucił mi ją pod nogi. – To wszystko, Davie . Odpuść. Oddalił się drobnymi kroczkami, po czym wsiadł na rower i zniknął za rogiem. Momentalnie rozerwałem kopertę i wyciągnąłem w pośpiechu wiadomość. Była krótka, a literki wyglądały na pieczołowicie wycięte z wczorajszej gazety. Wszystko jak z podrzędnego kryminału. „Masz trzy dni, skurwielu”. Znów zacząłem biec, a w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stałem, widniała jasna, biała koperta. * Śledziłem go od dłuższego czasu. Nie było trudno namierzyć tego człowieka, tytułującego się moim własnym imieniem i nazwiskiem. Byłem pewien, że nigdy wcześniej go nie poznałem. Wyglądał jak turysta, który przyjechał tutaj na solidny wypoczynek. I od tego zacząłem moją detektywistyczną przeprawę. Motele w Dade są takie jak wszędzie. Tanie Holiday Inn stoją wzdłuż i wszerz rozległych przedmieść głosząc ponadczasowe hasła o niskich cenach i klimatyzacji. Wszystko pięknie i ładnie, ale w Dade nie przyjęły się maleńkie sklepiki z papierosami i alkoholem. W pobliżu moteli mieści się jedynie duży supermarket. Łatwo było przewidzieć, że w końcu go tam znajdę. I nie pomyliłem się. Teraz siedziałem w samochodzie, na oczach miałem duże, ciemne okulary i z pełną ciekawością przyglądałem się dziwnej scenie. Zaułek. Strugi pary buchające z rurek chłodniczych w pobliżu zakładu przetwórczego. Zbyt okropny smród, żebym zaczął sądzić, że to najzwyklejsze spotkanie towarzyskie. Po raz kolejny miałem rację. Mauer, chociaż nie miałem pewności czy tak naprawdę brzmiało jego nazwisko, rozmawiał właśnie z facetem w ciemnym garniturze i gumową słuchawką w uchu. Był do mnie odwrócony plecami, więc aparat, który przywiozłem ze sobą nie był mi w ogóle potrzebny. Pogadali chwilę, po czym ciemny mężczyzna odszedł powolnym krokiem. W ręku Mauera teraz figurował obszerny plik. Zignorowałem chęć wyskoczenia z pojazdu i wciągnięcia go w dziką gonitwę. Nie miałem jednak pewności, że ją wygram, a sprawa nie była z gatunku tych, które można było spartolić. Więc czekałem cierpliwie, czekając na lepszą okazję i nieustannie zastanawiając się, co to wszystko miało znaczyć. Z rozciętej wargi leciała mu krew, kiedy zadałem gnębiące mnie pytanie po raz kolejny. Strach bił z jego oczu, ale mimo wszystko trzymał język za zębami. Z jakiegoś powodu zupełnie nie przypadło mi to do gustu. Uderzyłem go; dwa razy w szczękę i raz w splot słoneczny. Upadł, próbując złapać kolejny oddech, jednak sparaliżowana przepona odmawiała mu posłuszeństwa. Nachyliłem się nad nim i szepnąłem: – Zapytam cię jeszcze raz: kim, do cholery, jesteś? Z jego ust nie dobył się nawet jeden dźwięk. Skoczyłem na niego, z całym impetem przywalając do podłogi i testując chwyty bokserskie, które niegdyś ćwiczyłem jako junior w miejscowym klubie. Nie zapomniałem techniki; musiałem to przyznać po spuchniętym oku przeciwnika i defensywnej sylwetce. Prawy sierpowy. I jeszcze raz. I jeszcze. Zostawiłem go, dysząc ciężko. Sięgnąłem do jego kieszeni, wyciągając portfel i zerkając na jego dokumenty. Robert Price. – A więc nie jesteś Davidem Gonyarem – powiedziałem. – Czy może chciałbyś szerzej przedyskutować tę kwestię? Aktor. Rzuciłem portfelem w jego spuchniętą twarz. – Jesteś aktorem? – zdziwiłem się. Zabrudzoną koszulką wycierał sobie krew z twarzy. – Tak, ty pieprzony świrze. – Przypomnę ci, że poprzednio to ty groziłeś mi nożem. – To był plastikowy nóż, idioto. Leży w moim plecaku, sprawdź, jeśli nie wierzysz – powiedział. – To wszystko miało pójść nie tak. Z czarnego plecak, który upuścił, wyjąłem replikę broni. Z łatwością złamałem lekkie ostrze. Nie kłamał. – Więc co to wszystko miało znaczyć? – Nie wiem! Cały czas ci mówiłem, że nie mam pojęcia, co tutaj się dzieje! Jestem na wakacjach. Spotkałem jakiegoś faceta, który zaproponował mi pięć tysięcy dolarów, jeśli zagram w czymś, co nazwał prowokacją. Ale już sam nie wiem w czym brałem udział. Wziął głęboki oddech, łapiąc się za swoją szczękę i robiąc nią gwałtowne ruchy, jakby sprawdzał, czy nie była złamana. Skrzywił się mocno, kiedy skończył. – Myślałem, że to jakieś „Mamy cię” czy coś takiego. Kazali mi tylko udawać twojego znajomego, przestraszyć cię mocno, rzucić kopertę i uciec stamtąd. Przysięgam. – Od kogo było to zlecenie? – Nie mam zielonego pojęcia. Przyszedł do mnie tylko jakiś wysłannik i złożył propozycje. Dał mi tysiaka jako zaliczkę. Stwierdziłem, że to łatwa kasa, zwłaszcza kiedy mi powiedzieli dokładnie, co mam robić. – Kto ci powiedział? – naciskałem. – Jakiś facet, nie wiem. Usiadł ze mną na ławce, kiedy byłem w centrum i zaczął rozmowę. Powiedziałem „tak”. Jestem ostatnio bez kasy. Aktorstwo nie zawsze jest dochodowym biznesem. Nie było mi go żal z tego powodu. – A ten facet, który wręczył ci kasę? – To był jakiś inny koleś. Chyba ochroniarz – oni zawsze noszą takie skręcone, białe słuchawki. Dał mi pieniądze i kazał siedzieć cicho, odsłaniając pistolet. Ty byś go nie posłuchał? Zaklął pod nosem, kiedy spojrzał na telefon. Od wyświetlacza odbiła się jego twarz. – Znakomicie. Po prostu ekstra – rzekł. – Przepraszam – powiedziałem, ale wcale nie było mi przykro. – Nie wiesz, kto za tym stoi? Nie wiesz, co oznaczała wiadomość? – Nie. Już ci mówiłem. Jestem tylko aktorem. – Jesteś bezużyteczny – stwierdziłem. – Myślisz, że jak zabiorę ci twoje pieniądze, to powiesz mi coś więcej? Rzucił się w stronę plecaka, ale odepchnąłem go, odrzucając w dawne miejsce. Wygrzebałem plik zielonych i odwróciłem się, aby odejść. – Czekaj, czekaj! Zatrzymałem się. – On… on chyba nazywał się Cole. Clyde Cole. – Facet z słuchawką? – Tak. Widziałem kawałek jego prawa jazdy, gdy wyjmował pieniądze. Uśmiechnąłem się do niego. – Widzisz, Bertie, jednak na coś się dzisiaj przydałeś. I rzuciłem zbity plik banknotów w jego brzuch. Jęknął, a ja oddaliłem się bezszelestnym krokiem. ** Moje rozmowy z Portalem ustały na dobre. Nie sprawdziły się porady, które dostawałem na dole; musiał odpuścić. Nie pisałem, ale on nie miał mi tego za złe. Lub przynajmniej siedział cicho. Byłem w domu, przeglądając Internet w poszukiwaniu choćby źdźbła informacji o Cole’u. Dopiero na stronie prywatnej firmy ochroniarskiej dowiedziałem się, gdzie pracuje: Smith&Harrison Security Services. Sprawa wydawała się nieco bardziej skomplikowana. Nawet jeśli samo zdobycie informacji o tym człowieku wydawało się względnie proste i zabrało mi kilkanaście minut buszowania po sieci, to wyciągnięcie z niego cokolwiek o jego szefach wyglądało na trudną przeprawę. Siedziałem popijając piwko i próbując ignorować pytania napływające do głowy. Wszystko było mgliste, nie dawało pełnego obrazu. Wszystkie fakty, jakie do tej pory udało mi się zebrać, wyglądały jak gigantyczne puzzle, które miałbym układać po omacku. Czym był Portal? Kto stał za prowokacją? I co, u diabła, znaczyła wiadomość? Te pytania krążyły po umyśle nie dając się za żadne skarby przekupić, aby siedziały cicho. Milczenie Price’a kosztowało zaledwie kilka zwiniętych banknotów; milczenie tych bezkształtnych skurwysynów nie miało swojej ceny. Niestety. Chwyciłem za telefon i momentalnie zawahałem się. Spotkałem pierwowzór Mauera, więc musiało być więcej takich szablonów. Facet, do którego strzelałem, z zadziwiającą lekkością, która przerażała mnie równie mocno jak wydarzenia, rozgrywające się w chacie. Jak miał na imię? Cholera, tak trudno przypomnieć sobie wydarzenia z wycieczek po umyśle. Zerknąłem w laptop, gdzie otwarty plik powieści kusił moje palce do tańczenia po klawiaturze. Travis Breman? Miałem obraz w głowie tego człowieka, ale nie wiedziałem jak może brzmieć jego prawdziwe nazwisko. Być może ten facet nie istnieje? Może to czysty przypadek, że spotkałem Price’a? Wysłałem wiadomość do Price’a, czy zna kogoś o nazwisku Travis Breman, ale jeszcze zanim na nią odpowiedział, wiedziałem, że zaprzeczy. Nigdy o nim nie słyszał. Czasem życie bywa okropnie przewidywalne. Zwłaszcza w momentach, w których powinno zachować się dokładnie na odwrót. A człowiek z cygarem? Wątpliwe, żebym znał kogoś, kto palił grube Padrony z miną, jakby otwierał paczkę zwyczajnych papierosów. Społeczność drobnomieszczańskich autorów powieści, które poza „potencjałem” wytykanym przez wydawnictwa, nie przynoszą większej popularności, nie należą do szczególnie zamożnych. Może było inaczej, nie upijałbym się wódką, ale wybornie schłodzonym Chardonnayem albo doskonale rozchodzącym się w ustach Chivasem. Najlepiej z platynową etykietką.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 13.07.2013r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 16 07 2013 (00:36:20)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Ta część wydaje mi się nieco żywsza, szybsza i to raczej dobrze, że losy bohatera z części na część zaczynają dziać się coraz szybciej. Bardzo jestem ciekaw co się wydarzy.

Terila Redaktor 15 07 2013 (18:53:10)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj,
jestem mile zaskoczona. Wchodząc tutaj, domyślałam się, czego mam się spodziewać, ale przełamałeś swój schemat. Wyszedłeś poza Portal.
Podoba mi się taki obrót spraw, podoba mi się przeniesienie akcji w teren i wplecenie w fabułę większej liczby postaci. Niszczą one te silne przeczucie, że David może być chory psychicznie, i że tylko w tym obszarze tematycznym będziemy się poruszać. Dzięki "wyjściu" z błądzenia w umyśle bohatera, nadałeś swojej postaci realności, świeżości. Praca przestaje być przewidywalna i krążyć wokół powtarzającego się motywu, rozbudowałeś go. Nie sądziłam, że zdołasz wykrzesać z siebie coś takiego. Davida chce się poznać. Tak, jak pisałam na początku - jestem zaskoczona.

Mam wrażenie, że zelżał Ci styl, stał się łatwiejszy w odbiorze, jednocześnie zachowując swoją charakterystyczność. Dzięki czemu, w pewnym momencie po prostu się płynie. Przenosząc Twoją pracę do Worda, wyszło mi sześć stron tekstu. Jeszcze nigdy nie czytałam na tym portalu takiej ilości z taką łatwością. ;)

Zadziwia mnie troszkę nagła przemiana Davida z pisarza w łowcę kryminalistów. Chodzi mi o to, byś był ostrożny, żeby ta metamorfoza nie stała się zbyt gwałtowna, bo wyjdzie nienaturalnie. Wiem, że masz łeb na karku, i zrobisz to tak, żeby było dobrze. Przynajmniej liczę na to. :)

Teraz parę mniej przyjemnych uwag.
a nie byłem nigdy entuzjastą tracenia kontroli nad czymkolwiek.
- zaznaczam tę wypowiedź, bo to jasna hipokryzja. Mam nadzieję, że jesteś jej świadomy. :D

na jakie matka zabiera was na Dniu Dziecka
- a nie "w Dniu Dziecka" ?

Zdarzyły się powtórzenia w tak nieprzyjemnych odległościach, że jestem pewna, iż wtedy się po prostu zapomniałeś. Szkoda, że podczas sprawdzania pracy przed publikacją nie rzuciły Ci się w oczy.

Miałem trochę pieniędzy w portfelu, która została mi z ostatniej raty
- powinno być które zostały.

a opróżnione opakowania po taniej chińszczyźnie i mrożonej pizzy, uznałem że taka kulinarna podróż dobrze mi zrobi.
- Nie do końca rozumiem te zdanie. Co z tymi opakowaniami?

na tyle krótko
- radzę się zdecydować - albo na tyle, albo na krótko. ;)

na oczach miałem duże, ciemne okulary
- hah, wybacz, ale okulary trzyma się na nosie. :D

W ręku Mauera teraz figurował obszerny plik.
- plik czego? W kolejnym zdaniu, ba, w kolejnym akapicie nie wyjaśniasz, co właściwie trzyma Mauer. Wydaje mi się, że z perspektywy gramatycznej jest to niepoprawne, takie zestawienie - trzymać plik. Domyślam się, że chciałeś utrzymać czytelnika w poczuciu tajemnicy, wystarczyło dopisać, że bohater nie widzi z tej odległości czego to jest plik. ;) Taka mała rada ode mnie.

Daję Ci 6, głównie dlatego, ponieważ udało Ci się wyjść poza barierę własną oraz oczekiwań czytelnika. Uważam, że piszesz bardzo kreatywnie. Jestem pod wrażeniem obrazów, które kreujesz. Są zaskakujące, nietuzinkowe i zawsze wnoszą coś nowego.
Pozdrawiam gorąco, bardzo fajnie się Ciebie czyta. :)

civilizacja Redaktor 15 07 2013 (19:51:55)
Dzięki, postaram się trzymać fason do końca :D


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12451
Online(7): 7 gości i 0 zarejestrowanych: