Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"I że cię nie opuszczę" 17.05.2013
"Plaża przeklętych cz. 1" 04.11.2012
"Negocjator" 08.05.2013
"Pokój 214" 08.05.2013
"Ślepiec" 30.08.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Portal cz. IX

W jego oczach pojawił się błysk strachu: przelotny, chwilowy, może jedynie krótki moment słabości, a może wrodzone polityczne tchórzostwo, kiedy w ostatecznym rozdaniu nie masz karty do negocjacji. Miller stał, trzymając bezwiednie w garści opadające na ziemię spodnie. Zamarł, oczekując ruchu przeciwnika. Ale to jeszcze nie była ta chwila. Jeszcze nie. Otworzył usta, ale uprzedziłem go, przykładając palec do ust i skinąłem głową na Laurę. Bez słowa podeszła do goryla i pochyliła się nad nim. Stała tam dłuższą chwilę, ciągnącą się godzinami, po czym wyprostowała się i oznajmiła: ─ Nieprzytomny. Dobrze, bardzo dobrze. Jak na razie wszystko szło jak z płatka. Ale teraz zbliżałem się do najważniejszej części przedstawienia: części, która – miałem nadzieję – będzie ostatnią chwilą bolesnej przeprawy przez „projekt”. Tykanie zegarka na ręce Millera przypomniało mi o tym, że pora na finał. ─ Więc, panie kongresmenie – powiedziałem, ważąc słowa, by ukryć emocje ─ ma pan rzadko spotykaną okazję do opowiedzenia nam o niektórych aspektach pana pracy. Spojrzał lękliwie na ochroniarza, który bezwładnie leżał na zimnych kafelkach podłogi, następnie na Laurę, wspartą o umywalkę, z zaciśniętymi, zbielałymi wargami i determinacją w oczach. Złożone ręce na piersi wysyłały mu zapewnienie, że też chciałaby poznać bliżej ten temat. ─ C-co chcecie wiedzieć? ─ Jedno słowo: Portal ─ wyrzuciłem z siebie. Znów spojrzał na mnie. Spodnie w jego ręce wciąż wisiały bezwładnie i bardzo chciałem, aby je w końcu podciągnął. Do cholery, masz faceta na widelcu, a myślisz o spodniach? Davie, czy ty masz po kolei w głowie? Chciałem się roześmiać na to stwierdzenie, ale uznałem, że to nie jest najlepsza chwila na takie zabawy. ─ P-portal? O czym wy mówicie… ─ Myślę, że wiesz doskonale o czym tutaj rozmawiamy. Jesteś za niego odpowiedzialny: ty sam i tylko ty. Masz wpływy, masz środki, to wszystko układa się we wspaniały schemat. ─ Posłuchaj, ja mogę to wyjaśnić… ─ Nie chcę twoich zasmarkanych wyjaśnień. Masz jedno zadanie: masz przerwać tę operację. ─ Nie mogę – wypalił natychmiast. Poczułem dziwne swędzenie w palcu wskazującym, ale opanowałem się szybko. ─ Możesz. Mierzyliśmy się wzrokiem przez moment. Czekałem na to: mimowolny ruch oczu, drgnięcie powieki, ucieczka przed konfrontacją. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Laura chrząknęła ze zniecierpliwieniem. ─ Nie rozumiesz. To nie jest takie proste ─ powiedział. ─ Ja nie kłamię, naprawdę nie mogę nic z nim zrobić. Tylko NSA potrafi go kontrolować. ─ Tony działa na twoje polecenia. ─ Skąd o nim wiesz? ─ W jego oczach pojawiła się mieszanina strachu i podziwu. Wiedziałem za dużo, prawda, panie kongresmenie? Coś nie poszło w pańskich planach tak gładko, jak pan przypuszczał? ─ To nieistotne ─ powiedziałem, zerkając nerwowo na czas. Byliśmy tutaj za długo. Ktoś za moment zacznie się poważnie zastanawiać, gdzie jest tak wpływowy człowiek jak Miller. ─ Musisz przerwać tę operację, rozumiesz? Po twarzy spłynęła mi kropla potu. Oczy Millera natychmiast za nią podążyły. Zwęził je. W głębi duszy przekląłem głośno na samego siebie. Boyd zwietrzył zwierzynę. ─ A jeśli tego nie zrobię? ─ zapytał. ─ Myślę, że musisz sobie sam odpowiedzieć na to pytanie ─ powiedziałem cicho, unosząc broń o cal w górę. Tym razem reakcja nie była już tak wyraźna. Głupkowaty wyraz twarzy przeistoczył się w oblicze małego, chytrego człowieczka, który pod stołem zaciera tłuste ręce, licząc na łatwy zysk. Na łatwe oszustwo. Podciągnął opadające spodnie. Zabawne, ale w tamtej chwili nie wróżyło to niczego dobrego. On również spojrzał na zegarek. Brakowało pięciu minut do konferencji. ─ Nie mam uprawnień, aby powstrzymać Portal. Tylko Tony wie jak to zrobić. ─ Więc zadzwoń do niego. Spojrzał na mnie cynicznie. ─ Naprawdę sądzisz, że zwykły telefon przekona Tony’ego? To część naszych zasad bezpieczeństwa, rozumiesz? Nie działamy – ani on, ani ja – na rozkazy przez telefon. ─ Jesteś jego sponsorem, masz nad nim władzę. ─ Mamy też system, który opracowaliśmy dla własnego dobra ─ powiedział, teraz już bardziej pewnie. Cztery minuty. Za długo, do diabła, albo przerwie to teraz, albo ze mną koniec. Nie zdołam nawet wyjść z tego budynku. Ponownie zmierzyliśmy się wzrokiem. Laura stała za mną jak niemy sekundant, obserwując przebieg walki na ringu. Opuściłem broń i szybkim ruchem przyparłem go do drzwi kabiny. Przycisnąłem jego głowę o kruchą dyktę. ─ Myślisz, że to żarty? ─ wycedziłem. ─ Myślisz, że żartuję? Głowa powędrowała do toalety. Rozległ się nieprzyjemny bulgot, kiedy nurkował w czeluściach sedesu i gwałtowny chlupot, kiedy łapał kolejny, rwany oddech. Ponownie zapadł się pod linię wody. Podniosłem go z furią. ─ I jak teraz, kowboju? ─ zapytałem. ─ Nadal myślisz, że jesteś taki cwany, że potrafisz swoim pieprzeniem wyprowadzić w pole każdego? Bulgot. Świst wciąganego powietrza. Znowu bulgot wody. Zatrzepotał ustami, jakby stracił mowę, na chwilę przed tym jak powtórzyłem czynność. ─ Chciałbyś coś powiedzieć, kongresmenie? Mamusia nie uczyła, że z pełnymi ustami się nie mówi?! Poczułem mocne szarpnięcie za łokieć, a kiedy odwróciłem głowę, Laura stała tuż przy mnie, dając mi wyraźne sygnały, że już wystarczy. Rzuciłem go na podłogę z obrzydzeniem, przyciskając pistolet do krtani. Oddychał ciężko, a przekrwione oczy rzucały na mnie lękliwe spojrzenie. Usta na moment zadrżały, aby ponownie znieruchomieć. Miałem wrażenie, że powtarzał do siebie „Wariat… to wariat”. Pochyliłem się nad nim i wyszeptałem do ucha: ─ Tak, tak, kowboju, kawał ze mnie świra. Pamiętaj, że świry pod presją to nie jest przyjemny widok. Szlochał. Na moich oczach szlochał, kiedy wyciągał służbowy telefon i wykręcał numer Tony’ego. Czekał chwilę, zanim sygnał przerwał męski głos. I kiedy już myślałem, że cała ta historia zakończyła się, że jestem już wolny… Boyd Miller wypowiedział słowa, które wstrząsnęły mną bardziej niż którakolwiek z podróży w Portalu. ─ Nie waż się kończyć operacji, dopóki się nie spotkamy. Ten wariat mnie zabije. I zanim zdążyłem odebrać mu słuchawkę, zemdlał, osuwając się po ścianie kabiny. Kiedy podniosłem telefon do ucha, wewnątrz rozległ się tylko cichy sygnał kończący połączenie. ─ Co z nim teraz zrobimy? ─ zapytała, a głos drżał jej przy każdym wypowiadanym słowie. Była wymarzona okazja, aby zatrzymać to szaleństwo, i okazałem się diabelnie bezskuteczny. Do cholery, na dodatek trzeba ich teraz szybko stąd zabrać. Spojrzałem z obawą na drzwi, ale klamka pozostawała nieruchoma. Jeszcze. Na szczęście. ─ Trzeba ich powsadzać do kabin i posadzić na sedesach ─ powiedziałem, starając się brzmieć rozsądnie. ─ Nikt nie domyśli się, przynajmniej na razie, że są nieprzytomni. Będziemy mieć czas, aby wyjść z budynku. ─ Czubkiem buta odchyliłem połę marynarki Boyda Millera. Z wewnętrznych kieszeni wystawały mu jakieś papiery. ─ Przeszukaj jego kieszenie. Może znajdziemy w nich coś ciekawego. Bez słowa podeszła do Millera i trzęsącymi rękami niepewnie sprawdziła jego wewnętrzną kieszeń. Wyjęła z niej papiery i obejrzała dokładnie. ─ To jakieś śmieci… ─ Szukaj dalej ─ poleciłem. ─ Ja zajmę się tym dryblasem. Z ledwością podniosłem go z ziemi i wciągnąłem do kabiny. Ważył co najmniej sto, może sto dziesięć kilo, a będąc bezwładnym zdawał się ważyć znacznie więcej. Jakbym wlókł za sobą sto pięćdziesiąt kilo mąki na chleb. Kiedy posadziłem go na sedesie, miałem wrażenie, że urodziłem się na nowo. ─ Nic nie ma, Davie ─ powiedziała. ─ Jeśli liczyłeś na przepustkę albo kartę do innego wyjścia, to muszę cię rozczarować: musimy wydostać się stąd wejściem dla interesantów. Musimy zrobić to szybko nim jeszcze nikt nas nie zauważył. ─ Dobra. Pomóż mi z nim. Wnieśliśmy kongresmena do ciasnej kabiny i łagodnie usadowiliśmy na desce. ─ To by było na tyle ─ powiedziałem i wyszedłem pierwszy. Po chwili jednak zawróciłem, waląc się otwartą dłonią w czoło. ─ Szlag – zakląłem. Z kieszeni Boyda zabrałem telefon komórkowy. ─ Przyda się ─ oświadczyłem. Wyjąłem tkwiący między podłogą a drzwiami but i wrzuciłem go do kabiny. Wychyliłem głowę na korytarz. Było względnie pusto. Złapałem Laurę za rękę. Kamera, w której ponownie skrywał się pistolet, znów ciążyła mi na ramieniu, ale jej ciężar tym razem był dziwnie przyjemny. Jakby uświadamiała mi, że ból jest dobry; ból oznacza, że jeszcze żyjesz, a nie tkwisz na podłogach łazienki, uduszony przez ochronę kongresmena. Laura szła za mną bezszelestnie i nie odzywała się ani jednym słowem. Prowadziłem ją przez korytarz za rękę, co mogło wydawać się dziwne, ale w Zachodnim Skrzydle ludzie mieli wystarczająco dużo innych spraw, żeby zawracać sobie tym głowę. Przeszliśmy przez bramkę po cichu i dopiero, kiedy znaleźliśmy się na ciepłym gruncie Waszyngtonu, popędziliśmy przed siebie do zaparkowanego samochodu. Dwanaście minut później, kiedy biała ciężarówka redakcji mknęła ulicami miasta, głośny krzyk obudził ochroniarzy Białego Domu. Alarm okazał się jednak w pięćdziesięciu procentach fałszywy. Kongresmen i jego ochroniarz przecież nadal byli żywi. * Siedzieliśmy w mieszkaniu Jasona Ludleya, sącząc herbatę, którą znalazłem w kuchennej szafce. Miała bezbarwny smak, ale spieczone od emocji usta radowały się na tą cudowną rzecz. Jasona nie było w mieszkaniu. Spełniał swoje obowiązki w NSA. Był jednak na tyle uprzejmy, aby wpuścić nas do środka. Nie było to trudne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że miliony sprytnych Amerykanów kładzie zapasowy klucz pod wycieraczką. Cieszyłem się z całego serca, że taki mózg jak on również dał się nabrać na tą iluzorycznie bezpieczną sztuczkę. Mieszkanie nie było duże, ale całkiem przyjemne i dobrze utrzymane. Nie widziałem zdjęć jego sympatii, co w gruncie rzeczy zgadzało się z moimi przewidywaniami. Praca z Tony’m na pewno nie obfitowała w czas wolny, który chciałoby się spędzić przy boku gorącej dziewczyny. Wydało mi się więc zupełnym wariactwem, aby zobaczyć porządek u kogoś, u kogo kobieca stopa, być może bosa i smukła, nie postała na zimnej podłodze i dębowych panelach. Ja bym tego nie umiał. Jael wytykała mi tę wadę przy każdej okazji. Laura nieświadomie przejeżdżała palcem po krawędzi filiżanki, wpatrzona gdzieś za okno. Ja siedziałem obok na kanapie, rozmyślając. W ręku trzymałem telefon Millera i przeczesywałem zbiory w książce kontaktów. Tony Hampton zapisany został pod Pierce Stevenson, ale nie trzeba było być Sherlockiem, żeby wiedzieć, że to czysty blef. Rejestr ostatnich połączeń wydał mi się w tamtej chwili niezwykle przydatnym narzędziem. Przepisałem numer do własnego telefonu. Na wszelki wypadek. Spodziewaliśmy się Jasona lada chwila. Dochodziła dziewiętnasta. Czas dłużył się nam obojgu. Laura pewnie miała ochotę zabrać się stąd w cholerę, ale problem polegał na tym, że to ona wprowadziła mnie do Białego Domu. Jeśli wiedzą, kto to zrobił, to nie będą ścigać tylko kamerzysty, ale i jego reporterkę. Sprawa nie przedstawiała się przesadnie skomplikowanie. Prawdę mówiąc, z każdej strony była prosta. Moje plany ─ niestety ─ nie były. I dlatego być może nie okazały się skuteczne. Obracałem smukły telefon w palcach. Przesuwał się jak moneta między nimi, posyłając mi błyszczące spojrzenie ciekłokrystalicznego wyświetlacza. Sunął powoli, między pierwszym a drugim, między drugim a trzecim palcem, a w głębi umysłu myśli latały jak zwariowane. Jeśli nie zatrzymam tego – zwariuję. Pierwszy wniosek był trafny, smutny i bolesny do zaakceptowania. Jeśli nie złapię Boyda Millera – on dorwie mnie. Drugi był nader oczywisty i równie trafny, co pierwszy. Brawo, Davie, tylko pamiętaj, że to nie jest pieprzona klasówka z fizyki . Staram się tutaj myśleć, więc zamknij się, warknąłem w myślach. Zastraszenie Tony’ego byłoby prostszym zadaniem, ale Jason potwierdził słowa Laury – Hampton mieszka w laboratorium. Nie da się go stamtąd wyciągnąć. A Miller? Co powiedział Miller? Dopóki się nie spotkamy. Tony musiał jakoś przybyć na spotkanie. Nie sądzę, aby Boyd pojawił się w NSA. Był zbyt poważnym człowiekiem, żeby pozwolić sobie na ryzyko wiązania go z ciemnymi interesami. NSA zawsze się z nimi kojarzy. NSA zawsze było stertą śmierdzącego gówna. Wejdź tam raz, a już nigdy nie będziesz wolny od jego zapachu. ─ Cholera – zakląłem cicho. Laura nawet nie drgnęła. Nadal wpatrywała się w okno, niemal nie oddychając. Poczułem impuls, aby położyć rękę na jej ramieniu i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, ale rozmyśliłem się. Nigdy nie byłem dobry w okazywaniu uczuć. A epizod mojego życia, dokładnie ten, w którym paradowałem z ciężką bronią szturmową i mundurem, raczej nie nauczył mnie miłości do bliźnich i odkrywania swoich emocji. Nie, rzeczywiście nie. Odgłos otwieranego zamka frontowych drzwi wyrwał mnie z zamyślenia. Wstałem, Laura siedziała dalej, nie zmieniając pozycji. Wyglądała na zszokowaną. Wszedłem do przedsionka, a kiedy Jason wszedł, uścisnąłem mu dłoń. ─ A więc znowu ty ─ powiedział, uśmiechając się. Próbowałem odwdzięczyć się tym samym, ale nie bardzo mi to wszyło. ─ Będziemy musieli tu przenocować ─ oświadczyłem. ─ Pewnie ─ powiedział. ─ Zadzwonimy po pizzę i wypijemy kilka piw. Jak za studenckich czasów, huh? Kiwnąłem głową w potwierdzeniu. Ale czasy studenckie były o wiele bardziej beztroskie, pomyślałem. ─ A potem zastanowimy się jak rozgryźć tego sukinsyna Millera, dobrze? ─ zapytał, szczerząc zęby. Zmarszczyłem brwi. ─ Skąd…. ─ Daj spokój. Mam iloraz inteligencji znacznie większy niż się spodziewasz. Wiedziałem, że mówisz całkiem serio. A na dodatek teraz siedzicie u mnie, w podłych nastrojach, dzwoniąc uprzednio zdyszanym głosem, żebym was tutaj przewaletował. To naprawdę nie takie trudne. Odwiesił klucze na niewielki haczyk. ─ Dzięki – powiedziałem. ─ Drobiazg. ─ Otworzył lodówkę i wyjął z niej sześciopak piwa. ─ Tony by się wściekł, że knuję za jego plecami. Sięgnął po otwieracz i wręczył mi butelkę. Uśmiechnął się szerzej, jakby myśl o Tony’m rozbawiła go do reszty. ─ Zaczynam was lubić coraz bardziej. ─ Więc ─ zaczął, kiedy pizza została już zjedzona, a puste pudełko domagało się utylizacji. Laura nie jadła wiele: właściwie złapała tylko jeden kawałek i patrzyła tępo w przestrzeń, w pełnym zamyśleniu. Nie miałem pojęcia, co z nią było nie tak. Nie złapano nas, a to chyba było najważniejsze, mam rację? ─ jak zamierzacie się pozbyć waszego „Portalu”? Odchrząknąłem lekko, doskonale naśladując Laurę; drgnęła lekko, co przyjąłem jako dobry znak. ─ Plan numer jeden zawiódł. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób dorwać Tony’ego albo Millera ─ wyrecytowałem. Zmarszczył brwi, jakby intensywnie myślał, po czym spojrzał na mnie. ─ Możliwe, że mógłbym was wprowadzić do laboratorium jako stażystów. Ale nie obiecuję, że on tam będzie. Główne laboratorium nie jest dostępne dla zwiedzających. Prawdę mówiąc… musiałbym lekko nagiąć przepisy, żeby w ogóle was wpuszczono do środka. Na szczęście Frank to równy gość ─ powiedział. ─ Jeśli jednak wybierzecie tę opcję, będę musiał poszukać roboty gdzie indziej. Nie brzmiało to optymistycznie, ale klimat tej wypowiedzi najwidoczniej nie udzielał się Jasonowi, przeciwnie, wgapiał się we mnie z delikatnym uśmieszkiem, jakby cała ta sytuacja była dla niego świetną zabawą. ─ Istnieje tylko jeden problem ─ wtrąciłem. ─ Jeśli Tony ma instrukcje do Millera, a mniemam, że owszem, to cały plan idzie w cholerę, bo Tony nie przerwie operacji na moje życzenie. Boyd na pewno zna sposoby odpowiedniego wyperswadowania mu takiego rozwiązania, nawet w obliczu mojego pistoletu. Poza tym to geniusz! Jeśli umie przewidywać nawet minutę w przód to będzie wiedział, że nie użyję broni, bo inaczej nie wyjdę stamtąd żywy. Co więcej, Portal nie zostanie zatrzymany, jeśli Tony’emu coś się stanie. To ślepa uliczka, Jason. ─ A Miller? ─ Co z nim? ─ Miller musi się spotkać z Tony’m, jeśli dał mu uprzednie instrukcje, prawda? Musi je teraz odwołać lub sprostować. Hampton na pewno zechce się z nim jak najszybciej zobaczyć. Widziałem Tony’ego w robocie: nie wyglądał najlepiej. ─ Miller będzie teraz chroniony dokładniej. Dwóch agentów minimum. Nawet jeśli zdołał wytłumaczyć się z tego incydentu, a ochroniarzowi kazał siedzieć cicho, agencja ochrony będzie zaalarmowana. Wyślą drugiego ochroniarza, nie ma wątpliwości. Musielibyśmy sobie poradzić z dwoma gorylami na raz, a to będzie niezwykle trudne… Jason przechylił piwo pod ostrym kątem i wypił trzy duże łyki. ─ Myślę, że patrzysz na tę sprawę nieco zbyt negatywnie. ─ Pewnie ─ powiedziałem. ─ Nie oczekuj, że będę się cieszył z tego, co mi fundują. Pokiwał głową. ─ Racja, ale mówię o szerszej perspektywie. Skupmy się na Millerze. Jeden jego ochroniarz to standard, tak? Kiwnąłem głową. Nie miałem pojęcia dokąd zmierza. ─ Zgaduję, że to zaufany człowiek, dla którego Miller jest jak dowódca kompanii, nadążasz? ─ Staram się. ─ Chodzi o to, że Boyd ma do niego zaufanie i nie boi się załatwiać przy nim ciemnych interesów. Żaden kongresmen nie cieszy się z faktu, że dostaje dodatkową ochronę. Zbyt dużo węszenia jak na tak śliskie gówno, jakim jest polityka. ─ Do puenty, Jason. ─ Dobra, dobra. Wstał i zaczął krążyć po pokoju, trzymając piwo w ręce, jak wykładowca trzyma metalowy wskaźnik. ─ Jeśli Miller dostanie drugiego goryla, nie będzie mógł tak swobodnie gadać z Tony’m. To oznacza, że musi zwieść dwóch ochroniarzy i wydostać się ze swojego mieszkania po cichu, tak aby nikt się nie zorientował. Na pewno tak zrobi. Tutaj widzę naszą szansę. Złapał oddech, łapczywie. Mózg pracował na najwyższych obrotach. ─ Jeśli Miller wykona za nas połowę roboty, oszukując ochroniarzy, będziemy mieć drogę wolną, aby zaaranżować mały wieczorek zapoznawczy. ─ On mnie zna ─ sprostowałem. ─ Oj, nie wątpię ─ powiedział. ─ Nawet chyba za dobrze. Wypiłem trochę piwa, dając mu szanse na kontynuowanie wykładu. ─ Jeśli weźmie taksówkę, sprawa będzie prosta. Jedynym pytaniem jest: czy odważy się na takie ryzyko? ─ Jeśli ma drugi samochód goryle na pewno go rozpoznają i pojadą za nim. Natomiast nie będą gonić każdej taksówki. Brzmi rozsądnie ─ powiedziałem. ─ Tak ─ zgodził się. ─ Tylko czy nie pożyczy samochodu od dobrego sąsiada czy coś takiego. Cholera, może nawet wyjdzie drugim wejściem i pójdzie pieszo kilka przecznic? Spojrzeliśmy nagle po sobie, jednocześnie uświadamiając sobie, że to najbardziej realny scenariusz. Jakby ten pomysł był właśnie TYM pomysłem. Laura nie podzielała naszego entuzjazmu: dalej zapatrzona była w przestrzeń, kompletnie ignorując nas obojgu. ─ To możliwe. To cholernie prawdopodobne, Jason ─ powiedziałem powoli. To, co mówił, miało ręce i nogi. Tak, to było to. Miller był zbyt cwany, aby brać drugi samochód, choćby był zarejestrowany na kuzyna z Alabamy. I nie był na tyle głupi, aby zamawiać taksówkę pod sam dom. Tak, Jason wysnuł cholernie realną hipotezę. Wyobrażałem sobie Millera cichutko wymykającego się z domu i nie zapalając światła, przekradającego się na tyły domu, skąd odchodzi powolnym krokiem. Dopiero pięć przecznic dalej decyduje się zadzwonić po taksówkę. ─ Musiałbyś ją porwać ─ powiedział nagle Jason. ─ Raczej tak ─ powiedziałem. Oboje myśleliśmy o tym samym. ─ Albo podstawić drugą. Mój znajomy jeździ taksówkami. Jestem pewien, że dałoby się to spokojnie załatwić. Ale muszę wiedzieć gdzie i kiedy podjechać, prawda? Jason zgodził się ze mną, nieustanie chodząc tam i z powrotem, jakby przygotowywał się do zawodów sportowych. Jego wzrok padł na telefon komórkowy, należący do Boyda Milera. ─ Myślę, że twój znajomy nie będzie nam potrzebny ─ stwierdził po chwili. ─ To jak to zrobimy? Ręką pokazał mi kongresmański telefon. ─ Będzie musiał zadzwonić z domu, prawda? Jeśli nawet nie ze stacjonarnego, to z komórki żony czy jakiegokolwiek aparatu. Zamówi taksówkę w dokładnie wyznaczone miejsce i każe jej czekać. Tutaj wkraczasz ty. Pistoletem spłoszysz taksówkarza, reszta pójdzie jak po maśle. ─ To dobry plan, Jason, ale ma jedną zasadniczą wadę. Skąd będę wiedział, gdzie ta cholerna taksówka będzie czekać? To było dobre pytanie i musiał to przyznać. Musiał także przyznać, że pomimo wrodzonego intelektu i masy łamigłówek na studiach, nie potrafił odnaleźć odpowiedzi. Widziałem to w jego twarzy. Wciąż starał się jednak znaleźć rozwiązanie, miotając po salonie jak ryba wyciągnięta z wody, w rozpaczliwej walce o każdy oddech. Kiedy usiadł na fotelu, było już grubo po północy, a Laura dawno drzemała przykryta kocem. Złożył broń, pomyślałem, kiedy senne oczy samoistnie sklejały się, zabierając mi żywy obraz. Wtedy, dokładnie o pierwszej zero dwa, Jason wypowiedział dokładnie cztery słowa. Powiedział je cicho, lecz wyraźnie, tak abym nie miał wątpliwości, że to krótkie zdanie wpiszę w rejestr. ─ Wiem jak to zrobimy. I wyszedł z pokoju, zostawiając mnie na wpół śniącego, z Laurą Mitchell chrapiącą na sąsiednim fotelu.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 08.08.2013r.

1     

Terila Redaktor 13 08 2013 (18:46:59)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj :)

O ile poprzednia partia miała w sobie więcej humoru, o tyle tutaj zrobiło się poważnie. Mnie to nie przeszkadza. Uświadamiasz w ten sposób czytelnika ze skalą ryzyka, którego podejmują się bohaterowie.
Zniknęła gwałtowna akcja, ciągłe napięcie, więc zrobiło się spokojniej. Odbiorca może wziąć głęboki wdech przed dalszym zawirowaniem zdarzeń.

Na samym początku miałam pretensje do zaczepki Boyda:
Boyd zwietrzył zwierzynę.
─ A jeśli tego nie zrobię? ─ zapytał.
- Człowiek zdenerwowany z bronią w ręku jest o wiele niebezpieczniejszy niż opanowany, ponieważ zdenerwowany może być nieprzewidywalny. Boyd nie powinien go denerwować, a uspokajać. Na szczęście później wyjaśniasz błąd popełniony przez Boyda, kiedy David płucze mu głowę w sedesie. :P

Podoba mi się w jaki sposób oddziaływają na siebie Laura i David ( w tej części również zostało to zaakcentowane ). Jest to intymne ( on się jej przygląda, zastanawia nad jej zachowaniem, odruchowo chce położyć dłoń na ramieniu kobiety, ona zasypia w fotelu, pozwala sobie na zadumę w jego towarzystwie ) i zaskakujące dla czytelnika. Ich relacja staje się ważna i odkrywa więcej wraz z biegiem fabuły.

Błędy natury technicznej.
Zabrakło przecinka tu:
aby zatrzymać to szaleństwo (,) i okazałem się diabelnie bezskuteczny.

Siedzieliśmy w mieszkaniu Jasona Ludleya (,) sącząc herbatę

jeśli dał mu uprzednie instrukcje (,) prawda?


Zbędny przecinek o tutaj:
Sunął, powoli


Pozwól, że zmienię w tym zdaniu jego szyk z:
aby położyć jej rękę na ramieniu
- na "aby położyć rękę na jej ramieniu"

Miała bezbarwny smak
- bardziej pasowałoby "nijaki"

Ode mnie tyle. Krótko i na temat.
Pozdrawiam :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(40): 40 gości i 0 zarejestrowanych: