Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Feniks cz. I" 29.07.2014
"Portal cz. X" 08.08.2013
"Portal cz. II" 09.06.2013
"Pierwszy stopień" 23.05.2013
"Przegrane życie" 10.07.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Portal cz. III

Spadanie w czarną, bezdenną otchłań, nie należy do rzeczy szczególnie przyjemnych, podobnie jak bolesne lądowanie na ziemi i potłuczone od niej łokcie. Ale nie mogłem się uskarżać, mając świadomość, że jestem w miejscu, które normalnie nie ma prawa istnieć. Lub inaczej: w miejscu, które nie podejrzewałbym o istnienie, gdybym na własnej skórze tego nie przeżył. Skóra na łokciach była więc dowodem na to, że Portal żył, pulsował i wciągał mnie za każdym razem, kiedy przemierzałem swoje własne podwórko, zostawiając za sobą tę niedopitą flaszkę. Wylądowałem, a otarcia na rękach pogłębiły się, zostawiając na skórze czerwone bruzdy. Syknąłem z bólu i dopiero po chwili zrozumiałem, że wystrój Portalu uległ zmianie. Nie było już lśniącej szpitalnej podłogi i białych sufitów, nie było okrągłego ekranu, który otaczał mnie ze wszystkich czterech stron. Znów byłem sam, tym razem jednak zostałem wkomponowany w wielką poczekalnię z moich dziecięcych wspomnień. Pamiętałem to pomieszczenie wyraźnie, nawet wyraźniej niż szpitalną salę, kiedy umierała moja matka. Znów byłem malcem, któremu w sklepie matka przywiązywała balonik z helem, żeby się nie zgubił. Strasznie lubiłem te chwile, kiedy z lizakiem w ręku przemierzałem półki pełne produktów, szukając dodatkowych słodyczy i porcji ulubionych czekoladowych płatków. Siedziałem na ławce, a wokół mnie panowała zupełna cisza i pustka. Nigdzie nie widziałem strażników w czarnych mundurach z drewnianymi pałkami, którzy czujnym wzrokiem nadzorowali widzenia. Był tylko rząd przezroczystych szyb. Tylko jedna z nich miała przyczepiony do jej powierzchni telefon. Zeskoczyłem z ławki, dziwiąc się, że dzieli mnie tak gigantyczna odległość od podłogi. Gdzieś w głębi korytarza, ustawiony był regulamin, zamknięty za szybą z plexiglasu, która doskonale odbijała wlatujące przez niewielkie okno światło. Przejrzałem się w niej dokładnie. Byłem sobą w wieku dziesięciu lat, czekającym w niemym podenerwowaniu na pierwszą rozmowę z ojcem. Ojciec… przyszedł mi do głowy pewien pomysł, który trzymałem wewnątrz głowy od czasu gwałtownej retrospekcji mojego życia, kiedy stałem nad kopertą z wydawnictwa w kuchni. Rozejrzałem się jeszcze raz po więziennej poczekalni. Wszystkie detale zgadzały się z wyobrażeniem, jakie miałem od czasu odwiedzin; wszystko było w tym samym miejscu, w tym samym porządku, co niegdyś. Była tylko jedna różnica: wokół mnie była pustka. Bez żywego ducha. Przeszedłem z poczekalni na korytarz z lastryka, gdzie kiedyś matka rozmawiała z jakimś funkcjonariuszem, zanim zezwolono na wizytę. Nie było śladu po drewnianych krzesłach z prostym oparciem. Byłem zdezorientowany. Małymi krokami dziesięcioletniego chłopca wróciłem do poczekalni. On już tam czekał. Miałem niejasne przeczucie jeszcze przed tym, kiedy wszedłem do środka, że on będzie na posterunku, gotowy na rozmowę, której nigdy ze mną nie odbył. Trudno było mi teraz stwierdzić, czy to przez wstyd, jaki odczuwał, czy też strach, który zrozumiał dopiero po tym, kiedy mnie ujrzał. Strach przed odpowiedzialnością, jaka ciążyła nad nim nawet za zimnymi murami więzienia. Zobaczyłem go jeszcze jeden raz, tylko raz, kiedy na barkach sześciu ludzi opuszczał kaplicę w dębowej trumnie. Matka zawsze mówiła mi, że ojciec byłby dumny z takiego pogrzebu. Trudno było mi temu zaprzeczyć, ponieważ nigdy nie pytałem go nawet o to, jak się miewa, co dopiero o scenariusz własnego pogrzebu. Przyjąłem wersję matki bez zbędnej polemiki. Matka zadbała o niego po śmierci. Spoczął na Oak Woods Cemetery niedaleko Parku Hoarda, a w prostym, chrześcijańskim pogrzebie uczestniczyłem jedynie ja, matka i jakaś daleka krewna ojca, którą widziałem po raz pierwszy. Matka nigdy nie nosiła żałoby po zmarłym eksmężu, ale podczas Ostatniej Ceremonii wyglądała na przygnębioną. O to również nie miałem odwagi spytać, dlaczego właściwie przejmowała się pogrzebem kogoś, kto bił ją i gwałcił, podczas gdy ja stałem za kratami mojego łóżeczka i przyglądałem się temu z donośnym płaczem. Ostatecznie, sytuacja odwróciła się: za kratkami siedział kto inny, kto inny go obserwował. W kwestii gwałtu, zapewne także otrzymał solidną nauczkę. I również ostatecznie – a jakże inaczej – Bill Gonyar zmarł wskutek nagłego wylewu dwa lata po tamtej wizycie – w przedostatnim roku odsiadki za zgwałcenie jakiejś innej kobiety. Widocznie moja matka nie wystarczyła temu palantowi na długo. Pochowaliśmy go dla świętego spokoju mojej matki. Miałem dwanaście lat, ponurą minę i czarny garnitur, ale w sercu czułem jedynie pustkę, ale nie taką, jaką zazwyczaj czują bliscy, gdy umierasz. Czaiła się tam zwyczajna obojętność, zmieszana ze współczuciem dla kobiety, która mnie wychowywała. Myślę, że cały ten pogrzeb tak naprawdę miał służyć temu, aby mama w końcu zatrzasnęła za sobą drzwi przeszłości i zrobiła krok naprzód. Ojciec siedział za szybą, w ten sam sposób w jaki siedział w mojej pamięci; z lekceważącą, obojętną miną, którą obdarzał każdą osobę, siedzącą po drugiej stronie. Nie wahałem się długo, aby do niego podejść – od czasu kiedy widziałem go po raz ostatni, licząc ceremonię pogrzebową na Oak Woods, minęło ponad dwadzieścia lat i miałem już nieco więcej pytań, niż mógł mieć w umyśle dziesięcioletni chłopiec. Chwyciłem za słuchawkę. Niebieskie tęczówki ojca, zmierzyły mnie od stóp do głów i niczym laserowy czytnik rozpoznały we mnie swojego syna. Widziałem ponownie ten sam lęk. – Witaj, Bill – powiedziałem. Byłem projekcją dziesięciolatka, mówiłem jednak głosem, który nie należał do niego, tylko do mnie, jeśli w ogóle ma to jakiś sens. – Nie – powiedział – Mówiłem jej, żeby cię tutaj nie przyprowadzała… głupia kobieta. Spojrzałem mu w oczy rzucając wyzwanie. – Wychodzę stąd – powiedział. Zanim zdąży jednak odłożyć słuchawkę, odezwałem się: – Zostajesz – warknąłem – Siadaj. Znów spojrzał na mnie lękliwie, posłusznie jednak usiadł z powrotem i przystawił słuchawkę do ucha. – Mamy sobie wiele do powiedzenia, nie uważasz? – zapytałem go ironicznie. Miał metr osiemdziesiąt wzrostu i ważył na oko dziewięćdziesiąt kilo, ale mimo wszystko bał się rozmowy z małym chłopcem – Nie spodobał mi się ostatni raz, kiedy się rozstaliśmy. Wytarł pot, spływający mu z czoła, rękawem więziennego uniformu. Wyglądał koszmarnie. – Czego chcesz ode mnie? – Chcę wiedzieć, dlaczego nie miałem w tobie ojca. – Dlaczego? Dlaczego?! – wykrzyczał – Rozejrzyj się! Nie widzisz, gdzie jestem? Czy to wygląda, jakbym pojechał sobie na wakacje? – Nie – odpowiedziałem, mimo że było to pytanie raczej retoryczne – Ale nigdy nie wyjaśniłeś mi, dlaczego tutaj trafiłeś. – Znasz historię – powiedział cicho – Twoja matka nie zostawiła na mnie suchej nitki. – To nieprawda. Zawsze broniła cię przede mną. – Heather? – zdziwił się. – Tak. Nie spodziewałeś się tego, prawda? Pokiwał głową, przyznając mi słuszność. – Tylko tamtego dnia wspomniała, że zostałeś skazany na gwałt. Zwiesił głowę, co uznałem za akt skruchy, której być może nigdy nie wyjawił na sądowej sali, przez co w konsekwencji nigdy nie ujrzał już wolności. – Dlaczego to zrobiłeś? Skulił się na fotelu jak małe dziecko, próbujące uchronić się przed burzą. – Czemu zadajesz mi w kółko pytania „dlaczego”? – zapytał. Targało nim uczucie wstrętu do samego siebie – Jak ci się wydaje? Byłem głupi. Nadal jestem. – Dlaczego wtedy nie chciałeś ze mną porozmawiać? Nie znałem cię, a mimo to widziałeś, że cię kocham. Dlaczego do cholery, nigdy mi nie wytłumaczyłeś tego, co teraz wiem? Do oczu napłynęły mu łzy, podobnie jak dwadzieścia lat wcześniej. – Dlaczego nigdy nie starałeś się nawiązać ze mną kontaktu, chociaż nie widziałeś mnie przez siedem lat? – Wstydziłem się, synu – powiedział. Był to pierwszy raz, kiedy nazwał mnie tak w czasie trwania rozmowy. – Wstydziłeś się tego, że popełniłeś błąd? Do diabła, pozwoliłeś własnemu dziecku na wychowywanie się bez ojca. Nigdy nie starałeś się tego przynajmniej częściowo naprawić? Szlochał. Więzienne tatuaże na jego przedramieniu zdawały się płakać razem z nim. – Przestań! – ryknąłem do słuchawki – Bądź mężczyzną, do cholery! Wciąż jednak ukrywał twarz w dłoniach i mamrotał coś do siebie. Zamknąłem oczy, wzburzony i zapragnąłem stanąć z nim twarzą w twarz. Ściana ze szkła posłusznie zniknęła, ja wydoroślałem, a ojciec wydawał się dziwnie skurczony. Podniosłem go za kołnierz i podstawiłem pod ścianę. – Może chociaż powiesz mi, dlaczego nienawidziłeś tak bardzo mnie i matkę? – wycedziłem. Prawym przedramieniem uciskałem mu szyję. – Nienawidzić… ciebie? – wydusił – To nie tak. To wszystko nie tak… – A jak? – poczułem, że coś ociera się o moje ramię, ale zignorowałem to. – Ja… ja… ja po prostu chciałem się uwolnić. Od wszystkich tych pampersów i jej ciągłych humorów, do cholery! Ja wcale nie chciałem mieć dzieci! Klepanie po ramieniu stawało się coraz wyraźniejsze. Stałem tam jak wmurowany, nie wkładając już siły w dłonie, aby utrzymać ojca. – Wybacz, synu. Chciałem się jedynie porządnie zabawić. Znów ktoś poklepał mnie po ramieniu. Mocno, po męsku. – Co?! – krzyknąłem z furią. – Koniec widzenia, synu – Stał za mną funkcjonariusz, trzymając w ręku srebrne kajdanki. Puściłem ojca, który osuwając się po ścianie, wciąż z lękiem w oczach, usuwał się w cień, tak samo jak tamtego dnia, kiedy w końcu oddalił się ode mnie na zawsze. Po chwili zniknął w części przeznaczonej dla więźniów. Coś zaczęło gwałtownie i szybko mówić w sąsiednim pomieszczeniu. Nie byłem w pełni sobą po rozmowie z ojcem, mimowolnie jednak skierowałem swoje kroki na korytarz. Staromodny telewizor zaczął podawać wiadomości. –…po wpłynięciu do urzędu skarbowego czterdziestu milionów dolarów, łącznie z należnymi mu odsetkami, Davidzie – powiedział spiker. – Coo? – zapytałem półprzytomnie i spojrzałem z przerażeniem na ekran telewizora. Był mały, takie jak staroamerykańskie telewizory miały w zwyczaju posiadać. Spojrzałem na spikera, który wydał mi się znajomy. – Hej! Ja cię znam! – krzyknąłem do niego. –…nasz reporter ustalił, że sytuacja w Chinach jest stabilna, jednak z nieoficjalnych źródeł, wiadomo, że jesteś bardzo odkrywczy, DAVIDZIE… – ciągnął. Stałem tam oniemiały, czując znów poklepywanie po ramieniu i zrozumiałem, że tym razem toPortal oznajmia mi koniec widzenia. – A więc to koniec wycieczki? – Zdecydowanie – Mauer mrugnął do mnie jednym okiem zza ekranu i niczym nieskrępowany kontynuował swój dziennikarski bełkot. Kolejny raz ktoś poklepał mnie po ramieniu, aż zabolało. * – So-się-stao? – mruknąłem nieprzytomnie, rozwierając powieki. Leżałem na kanapie, nade mną stała Jael. – Dobrze się czujesz? – zapytała – Krzyczałeś. – Taak, znakomicie. Jak tutaj weszłaś? – Klucz pod doniczką, pamiętasz jeszcze? – powiedziała poirytowana. – Sprzątasz tutaj czasami? – Podniosła ze stołu brudny plastikowy talerz, z obrzydzeniem zlustrowała go wzrokiem, po czym wyrzuciła go do kosza. – Ale syf. Przetarłem oczy, pragnąc snu. Ponownie wyrwałem się z Portalu na salonową kanapę, nie mając pojęcia, jak to właściwie działa. Jael zaczęła sprzątać, mimo tego, że już dawno zerwaliśmy ze sobą. Musiało być jej przykro, kiedy zobaczyła te wszystkie butelki po piwie i wódzie. – Idź pod prysznic – rzuciła mi krótko, znad wielkiego, plastikowego worka, do którego wyrzucała zbędne przedmioty, takie jak potłuczone naczynia i jednorazowe, zużyte widelce – Cuchniesz. Posłusznie powlokłem się do łazienki i wziąłem prysznic. Zdołałem ogolić się. Nadal cuchnąłem wódą, chociaż od dwóch dni zachowywałem całkowitą trzeźwość. Wróciłem do kuchni, gdzie większość przedmiotów wylądowała w koszu, a na elektrycznej kuchence Jael smażyła dla mnie jajecznicę. – Nie powiedziałaś, dlaczego tutaj jesteś – stwierdziłem po chwili. – Zamierzam zabrać kilka rzeczy, których nie zdążyłam spakować. Teraz, kiedy mieszkam u George’a, mam naprawdę daleko do własnego mieszkania, więc postanowiłam, że wpadnę w sobotę i wszystko zabiorę. – Naprawdę? – zapytałem ironicznie. Trzasnęła patelnią. – Zawsze byłeś dla mnie taki cyniczny, David. Dziwisz się, że zerwaliśmy? – To TY ze mną zerwałaś. – Ale to ty już miałeś mnie dość. Nie chciałeś być już ze mną! Zawsze była lekką wariatką. Patrzyłem na przypalaną jajecznicę z całą świadomością tego, że mimo innych niż wcześniej relacji, będę znów musiał ją przepraszać. – Nie pieprz. Kochałem cię. Wciąż cię kocham. Spojrzała na mnie z litością i szybko odwróciła się, udając niesienie ratunku spalonym jajkom. – Nie wracajmy już do tego – powiedziała stanowczo, chociaż spomiędzy wypowiadanych słów wyczuwałem cząstki winy, które krystalizowały do postaci wysprzątanego mieszkania i ciepłego posiłku na śniadanie. Nie miałem nic przeciwko, póki robiła to względnie cicho. Wróciłem przed stolik w salonie i odpaliłem laptopa. Tekstowy plik, który zapisałem pod nazwą „Powieść” świecił gigantycznym zasobem informacji o gramaturze zera kilobajtów. Jednak po ostatnich wydarzeniach, które przewinęły się w moim życiu; przeżyciach tak fantastycznych, że uznałem je początkowo za wyjątkowo rzeczywisty sen, chyba przybyło mi chęci i pomysłów na dobrą opowieść. Matka zawsze mówiła, że dopóki nie pogodzisz się z własną przeszłością – przeszłością, w której nieistniejący ojciec nie odegrał nawet jednego aktu – nigdy nie będziesz mógł żyć tak, jakbyś tego pragnął. Teraz jednak poznałem motywy ojca, choć nie w pełni mogłem je zrozumieć, pogodziłem się duchowo z moją matką i powoli zamykałem drzwi przed Jael, która teraz wychodziła z mieszkania, zabierając ze sobą olbrzymią kosmetyczkę. Zabrała swoją suszarkę i parę innych pierdów, które walały się po podłodze od czasu naszego rozstania. Pocałowała mnie w czoło, kiedy wychodziła i zamknęła za sobą drzwi. Odeszła po raz kolejny, tym razem jednak zgodnie z moją wolą. Zacząłem pisać, a im dłużej naciskałem z pełną satysfakcją klawisze komputera, Portal i wydarzenia, które się w nim rozgrywały stawały się coraz żywsze. Po raz pierwszy poczułem jego obecność, chociaż nie było go nigdzie w pobliżu. Portal był studnią przeszłości i źródłem życia. Pisanie zawsze było dla mnie życiem, dlatego on ciągle znajdował się w sąsiedztwie. Nagle, zupełnie spontanicznie przypomniałem sobie słowa doktorka: Portal jest w twoim umyśle. Sądzę, że to właśnie miał na myśli, kiedy wypowiadał te słowa. Portal jest w moim umyśle, ponieważ go potrzebuję, aby pozostać przy normalności pomimo porażek. Ta czarna materia nie istniała dla czegoś, lecz pomimo czegoś. Za co byłem jej cholernie wdzięczny.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 10.06.2013r.

1     

Terila Redaktor 12 06 2013 (11:12:01)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj,
tekst bardzo wciąga głównie dzięki Twojemu zgrabnemu, obrazowemu stylowi, bogatemu słownictwu oraz nietuzinkowemu myśleniu bohatera. David jest bardzo ciekawą postacią, jak i każda przedstawiana przez Ciebie sytuacja, ale bańka mydlana pryska, gdy pojawiają się dialogi. Mam wrażenie, że jest zbyt wielka rozbieżność między abstrakcyjnym myśleniem bohatera, a jego prostymi wypowiedziami, zachowaniami.
Momentami faktycznie zachowuje się jak prostak, mimo że jego myśli pełne są ironii, kreatywności w dedukcji, bystrości. To maleńki niuans, który mi osobiście rzuca się w oczy.
Podoba mi się, jak płynnie prowadzisz czytelnika przez rozumowanie bohatera, które jest na równi z pędem fabuły. Jedno od drugiego jest zależne, i tak powinno być.
Sam pomysł Portalu strasznie mi się podoba.
Teraz jednak poznałem motywy ojca

Nie mogę się doczekać, kiedy David zrozumie, że tak naprawdę są to motywy, które on sam chciałby usłyszeć i dotrze do niego właściwe znacznie słów, jakoby Portal znajdował się w umyśle bohatera i tylko od niego był zależny. Mężczyzna nie ma jeszcze pojęcia w czym się babra. Przyjmuje wszystkie „wizje” otwarcie, doszukując się w nich tego, co sam chciałby wiedzieć, widzieć. Znajduje to. Jestem ciekawa, w którym momencie pojawi się głos rozsądku i czy pojawi się w ogóle. :D
Bardzo podobają mi się liczne, obrazowe porównania, które stosujesz. Nie są tuzinkowe, natychmiast uruchamiają wyobraźnię czytelnika.
Osobiście nie przeszkadza mi długość zdań. Są domknięte. Mają jasny, klarowny sens tak, że mimo długości odbiorca nie musi domyślać się, o co właściwie w nich chodzi.
Same plusy!

Co do ewentualnych błędów :
Był tylko rząd przezroczystych szyb. Tylko jedna z nich
- Przepraszam, ale rzuca się w oczy. Brzmi nieładnie.

Zanim zdąży jednak odłożyć słuchawkę
- Zgubiłeś „ł”.

Zabrała swoją suszarkę i parę innych pierdów
- Nie. Nie pierdów. Wiem, że tak poprawia WORD, ale tutaj będzie po prostu pierdół. Możesz też inaczej sformułować drugą część zdania, np.
Zabrała swoją suszarkę i inne pierdoły

Nie czytałam tutaj jeszcze czegoś takiego, czerpiąc z tego taką przyjemność. Może po części uzasadni to moją ocenę. :)
Pozdrawiam.

civilizacja Redaktor 12 06 2013 (15:25:15)
Hah, nie zauważyłem, że WORD poprawił to słowo. Zgaduję, że twórcy Microsofta to też ludzie z poczuciem humoru.
Dzięki za ocenkę,


Delien Użytkownik wpmt 12 06 2013 (10:44:44)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj, pomysł jest, potencjał także, ale coś z interpunkcją nie wyszło. Muszę poprawić, bo tak pozostać nie może. Przytoczę fragment, gdzie są błędy.
– Nie – powiedział. – Mówiłem jej, żeby cię tutaj nie przyprowadzała… głupia kobieta. Spojrzałem mu w oczy, rzucając wyzwanie.
Przede wszystkim, po kropce nie powinno stawiać się myślnika, bądź przed myślnikiem kropki. Druga sprawa, w drugim zdaniu między "oczy" a "rzucając" nie powinno być przecinka. Tak ciągnie się przez większą część pracy. Cóż, mnie się zamysł podoba, nie ukrywam. Operujesz sprawnie stylem, dodajesz nuty tajemnicy. Ode mnie 5, dlatego, że z interpunkcją poleciałeś. Całość zgrabnie. Tylko nie mogę pojąć tego fragmentu:
– So-się-stao?
takie płytkie, niepotrzebne.
No i przesadzasz z wielokropkami, zdecydowanie do kitu sprawa. Pozdrawiam

civilizacja Redaktor 12 06 2013 (15:44:17)
No, nie chciałbym wchodzić w zbędną dyskusję, ale wydaję mi się, że nie masz racji w kwestii tego myślnika. Pierwszy ebook na moim kompie; Harper Lee - "Zabić Drozda":
- Aha - przytaknęłam. - Ale w lecie nigdy tędy nie chodzimy.

Znalazłem dwa niepotrzebne wielokropki spośród dziewięciu których użyłem. Dwa użyte do zapisu zająknięcia się i cztery do pokazania ciągłości w wymowie spikera, więc nie wiem, dlaczego tak bardzo cię to razi w oczy. Wielokropek istnieje po to, żeby go używać w podobnych sytuacjach.
Pozdrawiam.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(53): 53 gości i 0 zarejestrowanych: