warto go przeczytać
Świeciło słońce. Oślepiało swym blaskiem każdego kto stawał w jego promieniach. Dlatego ludzie nie stawali. Było zbyt gorąco. Zresztą jak to w lecie. Marie przeszukiwała gorączkowo szafę. Wraz z ojcem i Tamarą, wybierali się na dwa dni do Krakowa. Była godzina szósta trzydzieści. Wyjeżdżali za godzinę. Miała wielki dylemat. Chciała się ubrać stosownie do pogody, ale jednocześnie elegancko, aby w Krakowie nie uznano ją za kompletną dzikuskę. W końcu wybrała długą, zwiewną suknię w czerwonym kolorze. Włożyła słomkowy kapelusz i uśmiechnęła się do swojego odbicia w lusterku. Chwyciła torebkę i weszła do pokoju Tamary. I ona starała się wyglądać elegancko. Ubrała swą najlepszą suknię. Wyglądała tak pięknie, że Marie zabrakło tchu.
- Tamaro! Śliczna suknia.
- Tak, dostałam ją od mamy. - powiedziała smutno.
- Tęsknisz za nimi, prawda?
- Tak, bardzo. Masz szczęście. Możesz być ze swoimi. Moi rodzice mogą być teraz tylko we Francji. - powiedziała z rosyjskim akcentem.
Do pokoju zajrzał ojciec Marie, uśmiechnięty jak zawsze.
- Gotowe?
Kiedy przytaknęły, powiedział, aby szły już do wozu, ponieważ pojadą wcześniej.
- A tak w ogóle to wyglądacie ślicznie w tych sukienkach. Oj, będą się za wami chłopcy oglądać!
Wybuchnęły zgodnie śmiechem i podążyły do pojazdu. Wkrótce minęli ukochane pola i lasy i wjeżdżali w coraz to nowsze miasta, pełne domów. Widywali różnych mieszkańców. Niektórzy ubrani biedniej, nieśli jakieś torby. Inni, bogatsi, spacerowali wolno z rodziną przez park. Różne były twarze. Jeden wyglądał jak oprych i nie wzbudził zaufania kuzynek, drugi miał twarz bez wyrazu, a jeden był przystojny, a jednocześnie zdenerwowany. To on zainteresował dziewczęta. Jednak trzeba było jechać. W Krakowie znaleźli się dopiero po dwunastej. Mijały ich wytworne auta w kolorze czarnym, dorożki oraz różne wozy podobne do nich. Podjechali pod hotel i zapłacili w recepcji za pokoje. Tata Marie wziął walizki i zaniósł do pokoi. Kiedy wyszedł, dziewczęta zaczęły wyglądać z okna.
- Jak myślisz, jak nam tu będzie?
- Może dobrze. Kto to wie.
- No tak. Różnie bywa. Niestety.
- Marzę teraz, żeby wrócić do Rosji. Może nie byłoby mi tam dobrze, ale znałam kogoś, kto...kogo kochałam...i kto kochał mnie. Los musiał nas rozdzielić!
- Och, Tamaro! - Marie przytuliła ją mocno. - Kiedyś się spotkacie! Miną złe czasy i nastaną nowe. Będzie dobrze.
- Tak, może masz rację. Już sama nie wiem. Poznałam smak bólu. Teraz skupię się na studiach i wszystko będzie dobrze.
- Dziewczęta, idziemy na uczelnię! - do pokoju wszedł wystrojony ojciec.
Wyszły pośpiesznie z pokoju, chcąc dogonić zaaferowanego Francuza. Wsiedli w wóz i wkrótce stali pod Uniwersytetem Jagiellońskim.
- O Boże. To wygląda tak...tak przerażająco. Tamaro, pomocy. Będziesz musiała mnie wnieść, bo zemdleję na miejscu.
- Spokojnie. Chodź. Powoli. O tak. I widzisz? Od razu lepiej.
Weszli do gmachu. W pokoiku, na pierwszym piętrze, odbywały się zapisy.
- Wejdźcie. Ja muszę chwilę odpocząć. - powiedziała Marie do taty i Tamary.
Ledwo znaleźli się w środku, do Francuzki podszedł wysoki blond włosy chłopak.
- Cześć, jestem Sebastian.
- Marie. - podała mu rękę.
- Oo. Nie jesteś polką?
- Nie, nie. Francuzką.
- Emigrowałaś?
- Wiele lat temu. A ty pewnie polak?
- Pomyłka. Jestem pół Polakiem po ojcu, po matce Hiszpan. Dotychczas mieszkałem w USA.
- To czemu je opuściłeś?
- Z powodu ojca. Uważa, że będzie wojna i chciał tu być, aby wspierać albo zaciągnąć się do wojska. - powiedział szeptem, omiatając wzorkiem mury uczelni. Zupełnie jakby one miały uszy!
- Rozumiem. Ale myślę, że wojny nie będzie.
- Ja też. Oby nie było. Idziesz?
- Tak, tak. - uśmiechnęła się.
Po krótkim napisaniu o sobie, złożeniu dokumentów, dowiedziała się, że musi przejść do salki, gdzie napisze krótki test. Po wypełnieniu go, stanęła w korytarzu, czekając na Tamarę. Rozglądała się ciekawie, zainteresowana, gdzie spędzi następne parę lat. Teraz miała ochotę zobaczyć Bernarda. Jego głos zadźwięczał jej w uszach, całkiem jakby go słyszała. Wkrótce wyszli z gmachu i zaczęli zwiedzać krakowskie zabytki. Szybko znaleźli się w jakiejś kawiarence na rynku i słuchając zespołu jazzowego, zajadali lodami. Nagle podszedł do nich pewien chłopak. Marie szybko go rozpoznała. Sebastian. Okazało się, że maluje obrazy turystom, bo idzie mu to całkiem nieźle.
- Witaj ponownie Marie. Ech, ta muzyka i pogoda, zbliżają sztuce.
- Tak. Na jaki kierunek idziesz?
- Na psychologię.
- Ja też! A już myślałam, że na inny. Miło będzie mieć kogoś znajomego.
- Kim jest twoja koleżanka?
- To moja ku...koleżanka. Franciszka. - skłamała, nie mrugnąwszy okiem. Wszystko to robiła ze względu na Tamarę.
- Ładna. Namaluję ją z daleka, dobrze?
- Tak, jasne.
I rzeczywiście. Namalował. Wybrał delikatne barwy i w barwach słońca obrazek wyszedł niepowtarzalnie. Wkrótce wrócili do hotelu.
- Tamaro, zobacz. Mój kolega namalował Ciebie.
Twarz kuzynki rozjaśniła się widząc dzieło sztuki.
- Świetne!
Do drzwi ktoś zapukał. Okazało się, że to recepcjonistka.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Która z panienek, to panna Marie?
Wskazana dziewczyna ruszyła na dół. Okazało się, że jest do niej telefon.
- Halo?
- Cześć, Marie. Tu Bernard. Jak tam test?
- Doskonale! W ogóle miła uczelnia. Będzie dobrze! A ty? Jak twój test?
- Pisałem go dwa dni temu. Będę jutro w Krakowie. Spotkamy się na rynku, dobrze?
- Tak.
- Kocham Cię, nie zapominaj o tym.
- Ja też, nawet nie wiesz jak, Bernardzie.
- Nie wiem, za to mam świadomość, jak ja.
- Dobranoc, kochany.
- Tak. Śpij słodko, Marie.
I rzeczywiście, tej nocy spała niezapomnianie dobrze.
Ocena: 4.333
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 09.04.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(38): 35 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14