Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Zebra - akt piąty" 30.04.2011
"Połączymy się na drodze..." 27.05.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 26.11.2011
"Depresyjni - Gość od..." 04.02.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Pogrzebana w jasności cz. 5

Wędrujesz jak cień, przemykasz obok mnie, nie dajesz czasu na zastanowienie się. Rozumiem, życie po śmierci trudne jest, ale czasem odezwać mogłabyś się. Dość już niewidzialnych chust, przereklamowanej magii nieba, chcę doznać łaski, mignij mi przed oczami. To tylko ja, wrak szablonowego życia, dzisiaj, w ten dzień mojego upadku, daj znak. Poczekam. Musiałam wstać, chociaż właśnie wybiła czwarta rano. Powoli, majestatycznie wstaje parząca kula chropowatego ciepła. Nakrywa swoje dzieci jasnością i próbuje napełnić je radością. Walczy o to niezwykle zaciekle, ale zdarzają się przypadki, kiedy takie działania się nie udają. Jestem pierwsza na liście… Cóż mi z pięknego dnia, kiedy nie mogę iść na spacer do parku? Nie mogę, bo jestem sama. A w domu mnie nauczono, że pięknem należy się dzielić. Nie ma z kim, zabrakło mi ludzi. Wstałam tak nagle, że zakręciło mi się w głowie. W moim umyśle wibrowały dzikie, nieujarzmione słowa, które musiałam ogarnąć i poukładać. Po raz pierwszy od liceum sięgnęłam po pióro i kartkę, po czym szybko i nagle zanotowałam nurtujące mnie słowa. Starałam się stworzyć piosenkę pełną smutku. Hymn matki, która pragnie ujrzeć swoje dziecko i uczyni wszystko, aby odświeżyć wspomnienia. Pragnie znaku, błaga o niego, a jednocześnie wie, że to nigdy się nie stanie. Jednak jakaś cząstka jej wciąż wierzy i nakazuje ufać Panu. Temu samemu Panu, który w jednej chwili zabrał sens życia… Wiem, że jestem śmieszna i głupia, ale nie umiem inaczej. Z powrotem zaczęłam pisać, żeby to wszystko wyrazić. Chcę zostawić po sobie ślad… Nie, to naprawdę jest głupie… Kamila już nie ma. A raczej jest, tyle, że za granicą. Sędzia dał nam w miarę szybki rozwód i postanowiliśmy nigdy więcej się nie zobaczyć. Nie żałuję tej decyzji. O wiele lepiej czuję się bez niego. Na początku próbował mnie jeszcze odwodzić od mojej decyzji, ale nie dałam się przekonać. Miałam wrażenie, że przeszył mnie piorun, na niebie rozwiesił świetlistą strzałę i wskazał mi kierunek. Kiedy tylko poczułam smak niezależności, ponownego panieństwa, zatonęłam w tym bez reszty. Samotnie przeżywam święta, smutki i kolejne dni. Chcę odnaleźć sens, ale wciąż go nie mam. Czasem mam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie… Że postanowiono specjalnie mnie zgnębić, abym się poddała. Chcę walczyć, oczywiście, że chcę. Ale kiedy się nad tym głębiej zastanawiam, to czuję, że ludzkie błędy często są trzykrotne. A ja nie chcę znowu się naostrzyć czy sparzyć. Ale będę. Będę trwać najlepiej jak umiem. W końcu to mój obowiązek. Żyć tak, jakbym miała jeszcze jakąś iskrę szczęścia. Na razie jest daleko, ale kiedyś do mnie przyfrunie i rozwinie nade mną swoje skrzydła. Obejmę je najczulej, jak tylko będę potrafiła. Nie poddam się. Poczekam… *** Dziś przebiegłam na czerwonym świetle. Wiem, że takie wyznanie brzmi dziwnie… Z pozoru – owszem. Ale pozwól, pamiętniku, że dokończę. Przebiegłam na czerwonym świetle i potrąciło mnie małe auto. Upadłam na asfalt i zalałam się krwią. Świat wokół mnie zaczął się zamazywać, ale po paru minutach bólu, agonii i niezrozumienia, zobaczyłam Ją. Była piękna. Wcale nie jasna jak na tych cukierkowatych filmach. Taka jak zwykle. Ubrana w swoją ulubioną szafirową sukienkę, fikająca obok mnie koziołki… Lecz tak jakbym była cieniem, ułudą, niewidocznym pasem pobocznym… Zdawała się mnie nie widzieć, ale kiedy wymówiłam jej imię, spojrzała na mnie i zatroskała się. Widziałam jej minę, widziałam ból i zrozumienie. Jednak kiedy wyciągnęłam rękę, aby ją pogłaskać, zniknęła. Takim sposobem zepsułam to piękne spotkanie… Obudziłam się w szpitalu pełnym ohydnych musztardowych akcentów, skrzypiących metalowych łóżek i gwaru dochodzącego z korytarza. Na stołku obok mojego łóżka siedziała znajoma postać. - Jak się pani czuje? – spytała od razu. Przyjrzałam się mu uważnie, ale wciąż nie rozumiałam, kim jest. Czy to możliwe? A jaki to szpital? Czy można dwa razy spotkać tą samą, nieznaną, z pozoru, osobę? - Pan Stanisławski! – wykrzyknęłam z przestrachem wymalowanym na twarzy. - Owszem – jego pełne, kształtne usta uśmiechnęły się łagodnie. – Miała pani wypadek. - Wiem. Potrąciło mnie auto, czy nie tak? Szczegóły dotyczące wypadku pamiętałam doskonale, jak i spotkanie z córką. Jednak nie pamiętałam, co działo się, kiedy Matylda zniknęła. - Doskonale to pani pamięta… Cóż, wypadek nie był groźny. Musi być pani pod obserwacją na kilka dni, ale to wszystko… - Dobrze. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym zerwał się z nagła i wypadł za drzwi. *** Pobyt w szpitalu wykorzystałam na obserwacje. Potajemnie wkradałam się na oddział noworodków i przez szybę wpatrywałam się w czerwone twarzyczki nowo-narodzonych dzieciątek. Obserwowałam szczęśliwe, emanujące miłością macierzyńską matki. I zazdrościłam. Któregoś dnia stałam tak jak zwykle, ale nie usłyszałam kroków dobiegających tuż za moich pleców. Ani się spostrzegłam, a już usłyszałam aksamitny, nieco chropowaty głos. - Nie powinna pani tu być. Przerażona, odwróciłam się powoli. Ujrzałam lekarza, który leczył mego męża, pana Ignacego Stanisławskiego. Zdawałam sobie sprawę, że zaraz odeślą mnie na mój oddział, prosto do łóżka, ale i tak odpowiedziałam zbyt hardo jak na mój charakter. - Nic mnie to nie obchodzi. Chcę patrzeć. Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem i bez chwili zastanowienia powiedział: - Więc patrzmy. Niech pani poczeka, przyniosę stołki, popatrzymy razem. W tych słowach, w tonie, jakim je wypowiedziano, nie było ironii, tylko zwyczajna miłość do drugiego człowieka. Tak samo odnosił się do wszystkich. Wrócił po chwili, delikatnie usadowił moje obolałe i zdrętwiałe ciało na stołku, po czym popatrzył w tym kierunku, co ja. Oboje wybraliśmy dorodną dziewczynkę o imieniu Dorotka na małej piąstce. - Dlaczego akurat ona? Patrzy pani na nią już tak długo – rzekł wreszcie po pół godzinie wspólnego siedzenia w milczeniu. - Bo jest inna. Nie czuje pan tej aury, jaka od niej bije? Świeżości, nowości, nie konwencjonalizmu? Ja czuję… Będzie kimś wielkim, będzie dzieckiem dobra i złości… Przemieszania wartości. Zwycięży w niej to, co najpiękniejsze dla rozsądnego, porządnego i doskonale wykształconego człowieka… - Oby się pani nie pomyliła… Zlustrowałam go zimnym wzrokiem. - Nie pomylę się. - Czy to tęsknota? Nie potrzeba było więcej słów. Znał moją sytuację, wiedział, że dziecko nie żyje. Nie wiedział jedynie, że jestem zupełnie samotna. Nie potrzebowałam zapewnień, różnorakich epitafium. Potrzebowałam wsparcia, otuchy, pomocy słownej i duchowej, a on chyba to wyczuł. Zapewnił mi to. - Tak. Och, tak… Nie zdążyłam się pohamować, tylko zaczęłam płakać. Czułam, że moje łzy nie są mu na rękę, ale nic nie mówił, nie ruszył się z miejsca, tylko po prostu był. Słone krople oblewały moją twarz przez niedługi czas. Nie zdążyły pokryć ubrania, gdyż przygarnęła je koszulka z logiem Guns’n Roses. Koszulka niezwykle dobrze wchłaniała wodę, ale zatrzymywała jej ślady na co najmniej pół godziny. Nie wiedziałam, kiedy mnie przytulił, kiedy okazał to duchowe współczucie. Po prostu był. Jak wierny, dobry przyjaciel. Nie taki dopiero, co poznany. Jak przyjaciel od dawna. Przyjaciel na dobre i złe. *** Bardzo często można się pomylić... A ja to robię ciągle. Kochałam, a wcale jej nie słuchałam... Dziś żałuję, bo ten blask, który od niej bił - zmarł w męczarniach. Została tylko ta jasność i gwar, które próbują mnie ukrzyżować za życia... *** Mimo, że wyszłam ze szpitala, nadal go widuję. To takie dziwne… Potrafimy się spotkać przypadkiem, oboje zdziwieni, niepewni siebie i swoich reakcji. Umiem odczytywać emocje z oczu. Jestem pewna, że to przypadek… Traktuję go jak przyjaciela. Na początku był trochę jak Kamil. Cichy, spokojny, bezpośredni… Jednak jego prawdziwa twarz szybko się ujawniła. Ma ostry charakter, mówi to, co myśli i nie zamierza się hamować. Jego szczerość sięga nieraz bardzo intymnych sfer. Dotychczas myślałam, że nikt nie wyciągnie ze mnie pewnych spraw. Pomyliłam się. Ignacy to zrobił. Potrafi usadzić mnie na parkowej ławce, wskazać jakieś drzewo i kazać się rozluźnić. A potem wypytuje i wypytuje. Ale tak, że nie czuję gniewu czy wstydu. Mówię mu o wielu sprawach, a on słucha i wtrąca trafne komentarze. Jego zmysł obserwacji czy poglądy wyrabiane pod wpływem wielu wydarzeń, sprawiają, że czuję się gorsza. Jak można tak rozumieć człowieka? Jest tylko lekarzem… Przenikliwym, często niegrzecznym i niezachowującym wielu norm lekarzem. A jednak tak dobrze mnie rozumie. Zupełne przeciwieństwo Kamila. *** Myślałam, że wszystko wraca do normy. Miałam nadzieję, że mój żal za córką trochę zobojętnieje. Ciągle czuję się taka przygaszona. Nie mam na nic siły i marzę, żeby ją zobaczyć. Ale nie widzę, a tutaj spokojnie mijają już dwa lata od jej śmierci. Nie, nie mogę mówić, że mijają spokojnie. Mijają wypełnione rytualnym łkaniem wieczornym, ciężką pracą, ciszą, samotnością i niezrozumieniem. Na domiar złego już od dawna nie spotkałam pana Stanisławskiego. Te nasze liczne rozmowy o życiu były tak szczere, smutne i trafne. Pomagał mi wyrabiać poglądy na wiele zdarzeń. Za to mogę mu być dozgonnie wdzięczna… Ale nie powinnam się o niego kłopotać. Dziś mijają dwa lata od jej śmierci. Nie widziałam jej zakrwawionego ciałka, ale to może i dobrze, bo miałabym w nocy koszmary i znienawidziłabym sen. Jednak chciałabym zobaczyć jak wyglądała przed śmiercią. Nie z ciekawości… Trudno mi to wytłumaczyć. Chciałabym widzieć jej śmierć, móc coś jej jeszcze powiedzieć. W chwili śmierci była sama. W duszy, bo czymże są ci ratownicy z karetki… Napisałam dla niej wiersz. Odczytam go teraz, dla pokojowej ciszy i pochrapującego sąsiada z góry… Dla Matyldy, która teraz mnie widzi. Jestem tego pewna. Stanęłam na środku pokoju, pełna tremy, jakbym miała występować w teatrze i deklamować. Zaczęłam niepewnym tonem. - Od dziecka powtarzali mi 'nic nie może wiecznie trwać' marzyłam o ucieczce w jarzębinowe góry W dżungli pełnej pogubionych snów miałam znaleźć czarodziejską różdżkę i nowy świat farbowany purpurowym dobrem 'Za szczęście trzeba płacić...' Cisza mnie odrzuciła przyjął bezbożny gwar utulił niepohamowaną namiętnością Ze splecionych rzęs powstał cień Odrodzona Afrodyta fikała koziołki w nowej dżungli niezaprzepaszczonej głosami 'mądrych' Jednak los utworzył stos ogniw rozgrzanych do rubinu które bezlitośnie rozdarły mój świat Dziś nie ma dżungli ni snów tylko wciąż nierealne nieistnienie bijące od jej łóżeczka Zatonęłam w jasności za życia... Matyldo, wróć! *** Ledwo zasnęłam, ledwo zapomniałam, zadzwonił telefon, skutecznie odrywając mnie od tej chwili zapomnienia o cierpieniu. Obolała, otumaniona zmęczeniem, zerwałam się jak strzała i dopadłam aparatu. - Halo? - Dzień dobry, mam nadzieję, że cię nie obudziłem, Ewo… - Kto mówi? - A więc obudziłem – zaśmiał się lekko. Dopiero wtedy zrozumiałam, że to głos Kamila. - Czego chcesz? – warknęłam i dopiero wtedy się zreflektowałam. – Nie, nie, przepraszam… Nie powinnam była tak mówić. Czemu dzwonisz? - Jestem w Polsce i pomyślałem, że chciałbym cię zobaczyć. Co ty na to, Ewo? - Dobrze. Gdzie? - Pamiętasz tą kawiarenkę, do której często chodziliśmy? ‘Zębatka’, czy nie tak? - Tak, zgadza się. - Więc może za parę godzin. - Daj mi dwie godziny. Kiedy go zobaczyłam, nie poczułam nic, o czym myślałam. Kamil niewiele się zmienił, zapuścił tylko brodę. Ledwo weszłam, już zerwał się z miejsca i stanął przede mną jak napięta struna. - Ewa… - Witaj. - Usiądźmy. Dziękuję, że chciałaś przyjść. Nie wiem, czy jesteś jeszcze na mnie zła… - Nie jestem. To wszystko… To była głównie moja wina… Przemyślałam to i… - Tak? - Jestem już pewna, że… popełniłam błąd, Kamilu… - Czy to znaczy, że coś jeszcze… że coś jeszcze do mnie czujesz? - Nie! Nie, to nie tak… Widzisz… miałam wyrzuty sumienia… - Rozumiem. Nie musisz być taka przerażona. Ja też już pogodziłem się z losem. Mam kogoś… - To dobrze, że jakoś sobie radzisz. - Mam dobrą pracę, trzypokojowe mieszkanie, kochającą żonę… - Żonę? Widzę, że nie próżnowałeś, tylko od razu przystąpiłeś do podbojów – zaśmiałam się. - To nie tak… Znam ją ledwie od pół roku. Pokochałem ją, uwolniłem się od ciebie… Od miłości do ciebie, Ewo… - Kochałeś mnie przez ten czas? - Kiedyś tak. Ale czas zabija wszystko, wiemy o tym dobrze… A ty jak sobie radzisz? - Jestem sama. Mam tylko jednego dobrego przyjaciela, ale… ostatnio zamilkł… Widzisz… Lubię samotne życie. Cisza czasem deprymuje, ale teraz… kiedy Jej już nie ma… jest inaczej… Nie zdążyłam pohamować emocji. Zjechałam z lodowatej górki bez hamulca. Rozkleiłam się na jego oczach. - Ewo… - Nie bądź taki miły! Wygarnij mi wszystko, wygarnij! Byłam cholerną idiotką, wredną matką i żoną! Udawałam, że ją słucham, a w rzeczywistości zastanawiałam się nad moim cierpieniem… Cierpienie! Dobre sobie! To było szczęście… Czasem ją ignorowałam… Boję się nowych dni… Jej nie ma, nie ma… Kamil, powiedz mi coś! Powiedz… - Nic już nie jest proste. I już nie może być. Ale możesz walczyć, Ewo. Ja zawalczyłem… - Zawalczyłeś. Co przez to rozumiesz? - Wspomnienia bolą. Ale teraz będę miał kolejne dziecko i wiem, że poświęcę dla niego wszystko. Dla niego i Jane. - Dziecko?!? Zapomnisz o niej… Z czasem wszystko zamażesz, a na starość będziesz myślał, że to nie ty ją zabiłeś… Ale to ty! Tylko ty! - Ewo! Uspokój się! - Nie! Nie mogę! Zdradziłeś ją! - Ciebie też! Wiele razy! Byłaś zimna, arogancka! Kochałem cię, ale nie mogłem znieść tego zimna! Jesteś zbyt zamknięta w sobie… Nie da się tak żyć! Byłem idiotą… Jane jest teraz wszystkim. Nie wolno ci mnie oceniać! Nie waż się! - Ty podły kretynie! Za moimi plecami?!? Wiedziałam… Nie istniejesz dla mnie! Wypadłam z kawiarni jak szalona. Po mojej twarzy spływały tabuny łez, zalewających ubranie. Na domiar złego ołowiane chmury rozwarły się, wypuszczając deszcz. Nim doszłam do domu, okropnie zmokłam. Od razu chwyciłam za słuchawkę i wykręciłam pierwszy lepszy numer. Nawet nie wiem, jakim cudem. - Cześć, musisz tu przyjechać… Proszę, to ważne… *** Był tu. I rozmawiał ze mną tak… z taką radością… Smutek, głęboki smutek, a w sercu radość. Muszę odkryć, co ją powoduje. Zagadki to rzecz fascynująca. On jest istnym orzechem. Nie mogę go złamać, a bardzo tego chcę. Siedział na kanapie i obserwował jak tarzam się po podłodze. Zalana łzami, upaprana katarem, tak słaba i przerażona, wyznałam mu wszystko. - Zdradził mnie i Matyldę… Wszystko zdradził, Ignacy… Jak on mógł? - Nie ukrywam, że to głupie, co zrobił… Powiem bez ogródek: On jest kretynem, ale kiedyś zapewne mocno cię kochał. Wtedy, w szpitalu, nie widział poza tobą świata. Tak zapewne było od początku. Nie chciałaś jego miłości, skrzywdziła cię namiętność, niezwykła namiętność, która dodaje ludziom skrzydeł i ich upaja… A ciebie ona skrzywdziła… - Pojmij, że nic z tamtej nocy nie pamiętam! To uczyniło ją tak straszną i traumatyczną! - Na ogół seks uważa się za przyjemność… - Nie to! Zrozum mnie… Zwykle potrafiłeś mi pomagać. Zrób to dziś! - Nie mogę… Nie mogę, kiedy sama przeczysz własnemu szczęściu. Nie mogę, kiedy zachowujesz się tak niepoprawnie… Uroiłaś sobie wiele dziwnych poglądów, które łatwo wcielasz w życie… Stałaś się męczennicą na własne życzenie. Nie broń mu szczęścia, Ewo… - Nie bronię mu… Ale sam powiedź… Dziecko? Dziecko teraz? - Minęło już tak wiele czasu. Ma do tego prawo. - Nie ma! - Nie sądzisz, że to on o tym decyduje, a nie ty? Nie potrzebuje twojego zezwolenia… - Ty zdrajco! Myślałam, że mi pomożesz! Miałeś mi pomóc! - Ewo, ty sama siebie nie rozumiesz… Z tymi słowami wyszedł, pozostawiając mnie w otchłani cierpienia. *** Następny tydzień potoczył się szablonowo. Praca, dom, cierpienie… Miałam wrażenie, że drepczę w kółko. Zapadałam się we własnych wątpliwościach i próbowałam scalać tak wiele spraw. Lepiłam jedność, ale marnie mi to wychodziło. Tamtego ranka obudził mnie gwałtowny dzwonek. Otumaniona głębokim snem, zapomniałam założyć szlafroka i otworzyłam drzwi, będąc w prześwitującej pidżamie. Na progu stał Ignacy Stanisławski z podkrążonymi oczami i roztrzepanymi rudymi włosami, iskrzącymi się w słońcu poranka. - Nie wytrzymam dłużej, Ewo… Nie wytrzymam! - Co ty tu robisz? Nie chcę, żebyś tu przychodził! Zignorował mnie, bezceremonialnie wszedł do korytarzyka, zamknął drzwi na zasuwę, po czym przemówił ponownie: - Nie mam już sił udawać… Nie chcę wariować z twojego powodu! Nie wytrzymam! To tak źle na mnie wpływa! Znasz mnie i wiesz, że nienawidzę udawać… Nienawidzę fałszu i ukrywania emocji! Ale to… to, co mi uczyniłaś… To mnie wyniszcza! Czuję się coraz gorzej. Z jednej strony ty, z innej Matylda, potem Kamil… A ja w ciemnym tunelu, przykryty szalami. I ledwo oddycham… Nie umiem stawiać porównań… Ewo! Ulżyj moim cierpieniom! - Cierpieniom? – wyjąkałam przerażona. - Czy jesteś aż tak ślepa? Czy nie potrafisz dostrzec tak widocznych oznak? - Nie… Oznak czego? – spytałam, nie mogąc go pojąć. Ignacy zawsze był dla mnie zagadką. - Kocham cię, Ewo… I nie zamierzam opuścić. Moje kolana ugięły się. Wiedziałam, że nie mogę mu odpowiedzieć tak samo. Wiedziałam, że wszystko, co on czyni, jest dziwne i niezrozumiałe. Jednakże zrobił to, co zawsze wyznawał: Powiedział prawdę. Milczałam, bojąc się choćby westchnąć. Nie zamierzałam mu robić nadziei, nękać czy dręczyć. Marzyłam, aby odszedł i zostawił mnie w spokoju. - Nie czuję tego samego – stwierdziłam wreszcie. Zbladł, ale nie dał po sobie poznać ogromu rozczarowania. - Rozumiem… Jednak czy masz pewność, że to się nie zmieni? - Nie zmieni się. - W takim razie odejdę – rzekł, kładąc rękę na klamce. – Jednak zanim to zrobię, uczynię coś, o czym marzę. Dalej trzymając klamkę, pochylił się nade mną z nagła i pocałował znienacka. Ogarnęła mnie niepewność, tak niemiłosierna słabość i wariacja umysłu. Jego usta były ciepłe, pamiętliwe i niezwykle wprawne. Zęby wbijały się w moje wargi i kąsały coraz dokuczliwiej. Jakby chciały mnie rozszarpać na tysiące kawałeczków, potem zaś poskładać i wreszcie – posiąść na wieki. Dawałam mu tą szansę. Oddawałam pieszczoty w dwójnasób, marząc, aby to się nie kończyło. Wbrew pozorom, odczuwałam wielką przyjemność. Nie wiedziałam, że można, aż tak kogoś pragnąć, tak pożądać i czcić. W tamtej chwili czciłam jego usta, próbowałam wyszukiwać dobre epitety, które oddałyby tą niespodziewaną chwilę namiętności. Jednak, gdy jego usta domagały się większej uwagi, zapominałam o wszystkim i rzucałam się wir pragnienia. Wiedziałam, że czynię źle, ale on był silniejszy, tak absorbujący… Wreszcie oderwał mnie od siebie, zakończył piękno agonią mojej duszy. - Żegnaj – powiedział tylko i szybko zbiegł po schodach. Usiadłam pod drzwiami i płakałam. Już nie przez Matyldę, a przez Ignacego… *** Dziwię się, że po raz pierwszy od tych paru lat, odczuwam coś innego niż ból za dzieckiem. To też, ale już inaczej. Teraz jest jeszcze Ignacy… Próbowałam z tym walczyć, próbowałam się powstrzymać, ale to na nic. On jest na pierwszym miejscu i muszę z tym pogodzić. Minął już miesiąc, a ja dalej nie umiem normalnie myśleć. Ten pocałunek, ta krótkotrwała chwila szczęścia, ból i strach razem przemieszane… Już nie umiem tego opisać, nie wiem jak, ale w głębi duszy wciąż marzę o powtórce. Chcę być tylko z nim, a wszystko zepsułam. Nie zadzwonię, nie mogę… Byłoby to głupotą z mojej strony. *** Jestem szczęśliwa. Kochałam, nie kochałam i znów kocham. Nie spodziewałam się, że lekarz zostanie moim największym powiernikiem i miłością życia. Tak, jestem pewna, że to miłość życia… Spotkałam go w parku, podczas samotnego spaceru o pełni księżyca. Uznałam, że czas najwyższy wyjść z domu, zaczerpnąć świeżego powietrza i spojrzeć na to obiektywniej. Ale nie potrafiłam. Księżyc jeszcze boleśniej wbijał ciernie w moje przełamane na dwie części serce. Siedział na wapiennej skałce i patrzył na księżyc. Raz po raz wzdychał, przewracał swoimi lazurowymi oczami, a wiatr bezkarnie zabawiał się jego rudymi kosmykami, rozwiewając je na wszystkie strony. Nie umiałam się powstrzymać, musiałam do niego podbiec. Kiedy mnie zauważył, na jego twarz wstąpił łagodny uśmiech. Rzuciłam się na niego i mocno ucałowałam jego usta. - Tak, chcę cię kochać. Już na zawsze… Spojrzał na mnie czule, z taką rozbrajającą miłością i posadził na wapiennej skale. - Tam, gdzieś daleko dla nas, a w rzeczywistości dość blisko, jest twoja córka… I patrzy na nas… Rozumie… Wszystko rozumie. Wiesz o tym, prawda? - Tak. - Kochasz mnie? - Tak, wiesz o tym. - Nie wiedziałem, aż do teraz. Myślałem, że jesteś obojętna… - A ja wiedziałam, że ty… że ty mnie kochasz. Przecież oczy mówią tak wiele… Trzeba umieć odczytywać ich mimikę… - Tak, trzeba – rzekł i gwałtownie wczepił się w moje usta. Zachowywaliśmy się jak maniacy pocałunków, ale ciągle nam było mało. Wielu ludzi mówi, że całowanie się raz po raz, wykorzystywanie czasu na taką ‘głupotę’, to jedno wielkie szaleństwo. Dla nich miłość to uczucie, które powinno się znieważać i nie traktuje się go poważnie. Dla mnie jest wszystkim. - Kochaj mnie… Kochaj się ze mną… - zdążyłam wyszeptać pełna trwogi. Padliśmy na ziemię, na koc i rozpoczęliśmy wielką walkę z namiętnością. Szybko ją przegraliśmy… Nasze nagie ciała zaiskrzyły się w blasku księżyca, nie pozostawiając nam ani szczeliny rozwagi. Pożądanie, namiętność zamknęły nam dostęp do umysłu. Oboje marzyliśmy, aby siebie posiąść. Coraz silniej i głębiej splataliśmy nasze ciała, zatapiając się w słodkich obietnicach przyszłości, marzeniach najsilniejszych. Byliśmy pewni, że nasza idylla potrwa wiecznie, dlatego bez reszty oddaliśmy się samym sobie. Księżycowe światło stało się przewodnikiem, który prowadził długą, porywistą drogą ku spełnieniu. ‘Król i Dama Kier zawirowali w czasoprzestrzeni wywołując drgania atomów w moim ciele’ *** - Kocham cię. - Ja ciebie też. - Nie rozumiem tych dni, które przeżyliśmy bez siebie. Chyba zgłupieliśmy. - Zapewne. - To głupie. - Co? - Bycie bez ciebie. - Dziękuję, ja też tak uważam. - Boże, ale ta rozmowa jest głupia! - Wcale tak nie uważam… Gdyby nie ta rozmowa, nie tworzylibyśmy ze sobą takiej więzi, na jakiej nam zależy. - A nie chodzi ci tylko o seks? - Nie, to tylko sprawa potoczna. Ukoronowanie miłości głębokiej i silnej. - Na wszystko znajdujesz odpowiedź… - Nie, nie na wszystko… Wciąż nie wiem, dlaczego rodzice nazwali cię Ewą. To imię zupełnie do ciebie nie pasuje… - Już ich nie zapytasz… - Dlaczego? - Nie żyją, jak wiele drogich mi osób… - A ja? - Ty żyjesz, tylko ty jeden. - Liczymy się tylko my. Pojmij to, Ewo… - Spróbuję… *** Już nie wytrzymuję. Nie mogę. Wszystko powraca i psuje mi szczęście. Nie chcę o tym mówić Ignacemu, nie chcę, aby on też cierpiał i próbował mi pomóc. Stara się, czasem nie mówi tego, co naprawdę chce i myśli. Jestem mu za to wdzięczna, ale są chwile, kiedy chcę, żeby wszystko mi wygarnął i mnie nie oszczędzał. Pragnę szczerości, ale jej nie otrzymuję… Widuję ją we snach. Najpierw jest fioletowo. Fioletowa łąka pełna egzotycznych, nieznanych mi kwiatów, długie, bujne drzewa pełne piękna i wreszcie, zwierzęta, które są łagodne jak lilie. Z tego piękna wyłania się obraz najcudniejszy i tak wyidealizowany jak tylko można sobie wyobrazić. Oto łąką spaceruje moja dorosła córka, trzymając za rękę małego brzdąca. On wygląda zupełnie jak Kamil. Wykapany dziadek. Gdzieś za nimi, w tle, goni wesoły mężczyzna. Od czasu do czasu Matylda odwraca się w jego stronę i obdarza najcudowniejszym ze wszystkich uśmiechem. Tylko głupi by nie zauważył, że są zakochani. ‘Więc tak wyglądałoby szczęście mojej córki w przyszłości’ – myślałam z początku. Jednak sen zaczął się powtarzać. Najpierw niemy i cichy, choć obrazy radosne, lecz potem z dźwiękiem. Pod koniec córka woła do mnie niezwykle wyraźnie, jakby do ucha: - Chodź do nas, chodź! Kochamy cię cały czas i marzymy, abyś przybyła… Chodź, chodź! A ja budzę się z przerażeniem w oczach. *** Ledwo wyszedł do pracy, wybiegłam z domu i pierwszym autobusem zajechałam nad małe jeziorko położone przy rozległych lasach. Byłam tam już raz i pozostałam pod silnym wrażeniem tego miejsca. To je wybrałam na ostateczność. Teraz siedzę na omszałym kamieniu i zastanawiam się jeszcze, co mam uczynić. Waham się, próbuję walczyć z sercem i rozsądkiem, ale to niezwykle trudna i złożona sztuka. Zawsze byłam nieuporządkowaną osobowością, w związku z czym, niezbyt mi to wychodzi. Nie umiem podejmować decyzji… Znowu ją widziałam. Tym razem była jeszcze bardziej natarczywa… Groziła, że muszę z nią być, inaczej opadnie w inny, gorszy świat. Nie mogę na to pozwolić… Żegnaj, świecie idiotyzmu. Żegnaj, Ignacy. Kochałam cię najmocniej jak się da. Spędziliśmy piękny rok. Kiedy mnie odnajdą, przeczytasz wszystko i zrozumiesz. A teraz zostawię wszystko na brzegu i poszybuję do nieba. Poprzez wodę.



        Dedykacja: Jane Austen, jedynej pisarce, która doprowadza mnie do łez... Chciałabym choć trochę być podobna do ciebie...

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 19.08.2010r.

1     

Mozzie Użytkownik wpmt 19 08 2010 (22:22:38)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Błędów prawie nie było, ale edycja - wyłącznie ze względu na długość tekstu, zajęła mi dużo czasu. Nie powiem, było to bardzo przyjemne, jest to zdecydowanie najlepsza część tego opowiadania - najbardziej wciągająca i zaskakująca.
Dużo się dzieje, cały czas trzymasz w napięciu, skaczesz z jednego wydarzenia do drugiego, ale w taki sposób, że nie dzieje to się zbyt szybko i każdy szczegół jest istotny dla pracy.
Muszę napomknąć także co nieco, jeśli chodzi o dedykację. Wiesz już, że Jane to moja ukochana pisarka. Sama chciałabym jej co zadedykować i zdziwiło mnie to, że napisałabym coś bardzo podobnego, bo znam siebie. W pracy nawiązujesz do "Dumy i uprzedzenia", widać to wyraźnie - odrzucone oświadczyny, nagła zmiana uczuć bohaterki i szczęśliwe zakończenie, pełne miłosnych scen. Sama zawsze podziwiałam Jane i chciałam pisać kiedyś jak ona, no cóż, mi naśladowanie jej stylu nie wychodzi tak dobrze, jak Tobie, jednak jeśli do tego dążysz - dużo pracy przed Tobą, jednak radziłabym szukać własnego. Nie chodzi o to, że nie masz ku temu zdolności, po prostu lepiej być sobą, także w tym, co tworzysz. A więc wyrażaj siebie i podziwiaj dalej naszą wspólną idolkę - wyjdzie Ci to na dobre :) Muszę wyróżnić ten postęp w pisaniu, sześć!

Anima użytkownik 19 08 2010 (22:32:27)
Cóż, jeśli chodzi o szczęśliwe zakończenie, to ono takie nie jest. Ewa umarła, choć może trochę za mało to podkreśliłam. Wizje z jej córką, te sny, sprawiły, że stała się wariatką, nie panowała nad sobą... To było też nawiązanie do Emily Bronte, mojej drugiej ulubionej pisarki. Nie twierdzę, że chcę mieć styl Jane Austen, choć jest bardzo piękny, tylko chodziło mi bardziej o jej charakter i życie. Wybrała samotne życie i utrzymywanie siebie poprzez pisanie. (Wiele o jej życiu dowiedziałam się z filmu 'Zakochana Jane', który gorąco polecam!) To chciałabym osiągnąć. Nie zamierzam wychodzić za mąż. Chcę być dziennikarką, która pisze i do gazet i wydaje książki. Pochodzę z rodziny, która ma problemy finansowe tak jak jej rodzina. Chcę sama siebie utrzymywać, opłacić sobie studia i żyć wedle marzeń... Chciałabym osiągnąć to, co ona, mieć choć krztynę jej charakteru. Do stylu mi za daleko. Ja w swoim pisaniu nie widzę nawet okruszyny jej stylu. Taka prawda. Dziękuję za tak dobrą ocenę, jest mi naprawdę miło, bo pracowałam nad tym tekstem cały tydzień...

Anima użytkownik 19 08 2010 (02:04:16)

Mam problemy z podkreślaniem tekstu. Od tego fragmentu ma być podkreślone : 'Od dziecka powtarzali mi'. Aż do 'Zatonęłam w jasności za życia...'. Reszta tekstu miała być normalna. Wstawki mi przeskakują dziwnie, to chyba wina mojego komputera. Przepraszam za kłopot i z góry dziękuję ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(39): 39 gości i 0 zarejestrowanych: