Pseudonim: Edward Horsztyński
O sobie: http://edwardhorsztynski.blog.pl/ https://www.facebook.com/pages/Whispers-From-Basement/128293687346723?fref=ts
Napisanych prac:
- wiersze: 25
- proza: 16
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.2
Użytkownik uzyskał: 265 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Pamiętnik podczłowieka..." 22.11.2013
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." 22.07.2015
"Utopia we krwi utopiona" 26.11.2013
"Dom" 12.02.2014
"Piekło, które zamarzło" 20.06.2014

Inne prace tego autora:
"Ofiara" 24.10.2013
"Dom" 12.02.2014
"Testament" 28.09.2013
"Dzisiaj żyjem, jutro gnijem" 18.09.2013
"Kraj lat dziecinnych" 12.04.2015


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Podlaski kraj

Michał wysiadł z pociągu. Bardzo chciałby być teraz w otoczeniu przyjaciół. Chciałby również by na dworcu był napis Gdańsk. Niestety, długo planowany wyjazd został zepsuty przez michałowych rodziców i babcię, która akurat musiała zachorować. Babcię, której nawet nie pamiętał bo ani jemu, ani rodzicom nigdy za bardzo nie chciało się opuszczać Warszawy żeby jechać na jakąś zabitą dechami wioskę. Zawsze znajdowała się jakaś wymówka. Tym razem babcia była na łożu śmierci i rodzice postanowili, że dobrze by było gdyby zobaczyła swojego wnuczka ostatni raz, oraz żeby owy wnuczek pomógł dziadkowi w gospodarstwie. Rodzice Michała jechać nie mogli bo byli zawaleni pracą. Ale za to mogli zepsuć długo oczekiwane wakacje swojemu jedynakowi. Chłopak ze złością spojrzał na napis na dworcu. Białystok. Wszedł na dworzec. Pociąg do Suwałk będzie dopiero za dwie godziny, co go zezłościło bo jak każdy rozpieszczony nastolatek był bardzo niecierpliwy. Nie miał innego wyjścia jak czekać, więc rozsiadł się na ławce i wyciągnął swojego iPada. Po pół minucie mało ambitnych elektronicznych dźwięków, padła bateria. Michał przeklął głośniej niż zamierzał ale był już zbyt rozdrażniony. Czuł jakby wszechświat chciał mu uprzykrzyć życie wszelkimi sposobami. Teraz jeszcze spostrzegł starszego pana, który stał naprzeciwko i wpatrywał się w niego. Michał posłał mu wrogie spojrzenie, jednak tamten nie dość, że nie zaprzestał swojej działalności to jeszcze skierował swe kroki ku niemu. Michał zrobił pytającą minę. - Cokolwiek tu ujrzysz chłopcze, zachowuj się normalnie. Nie panikuj - odezwał się osobnik. - Co? - spytał Michał pewien już będąc, że ma do czynienia z jakimś obłąkanym staruchem. - Spierdalaj stąd wapniaku! Chłopak spodziewał się, że dziwny pan okaże się kłótliwym zapijaczonym dziadem i zaraz wywiąże się konfrontacja. Mężczyzna jednak tylko się uśmiechnął i odszedł. - Stary piernik - mruknął chłopak patrząc jak dziwny jegomość znika w tłumie. Młody warszawiak nie mógł usiedzieć w miejscu. Skoczył po colę i kebaba z nadzieją, że się nie zatruje. Kebab był dobry, nie czuć było w nim kota, psa czy czyjegoś wkładu własnego. Michał go jadł, jadł aż trafił na karton. Na kartonie był napis, który mówił „wracaj do domu”. Michał pomyślał, że chyba rzeczywiście nie lubią tu warszawiaków. Odwrócił kawałek kartonu. „Tak, i to bardzo”. Upuścił tekturę na ziemię. Tak samo jak kebab. Co jeśli ten wieśniak wrzucił tu trutkę na szczury? Michał postanowił się przejść, głodny i zły na cały świat. Otwierana puszka coca-coli wydała charakterystyczny dźwięk. Chłopak wziął łyk i natychmiast wypluł. W coli czuć było wódkę. Ale jakim cudem, skoro puszka była zamknięta? A może tutaj tak to piją? Jakaś dziwna edycja limitowana w krainie bimbru i ruskiej wódy. Wszystko go denerwowało. Słońce. Gołębie. To, że wszyscy tu mówią z jakimś wieśniaczym akcentem, a czasem to nawet nie brzmiało jak polski. Spotkał też prawie wymarły gatunek i nie były to wcale żubry, lecz punki. Pili winiacza za kioskiem. Nastąpił kontakt wzrokowy na parę sekund. - Brudasy - pomyślał patrząc na ich porwane spodnie, irokezy, ćwieki i glany. - Ciota - powiedzieli patrząc na jego markowe ciuchy i vansy. Reakcjoniści kontra niewolnik konsumpcjonizmu. Podczas jego spaceru szary szczur zwabiony posiłkiem skosztował leżącego na ziemi kebaba. Po kilku gryzach padł martwy. Gdy pociąg nadjechał, Michał był szczęśliwy, że może w końcu opuścić te beznadziejne miasto. Niestety, nie udało mu się znaleźć wolnego przedziału, więc usiadł naprzeciwko chłopaka z irokezem i warkoczykiem w które wetknięte miał pióro. Zdawał się być pochłonięty lekturą ale i tak posłał Michałowi spojrzenie. Patrzył jakby zaglądał w głąb jego duszy, Szybko jednak wrócił do lektury. Michał zauważył, że z otwartego plecaka wystaje więcej książek. - Kolejny biedak. Kupiłby sobie czytnik e-booków - myślał Michał, patrząc na niego z politowaniem. - Przepraszam, kiedy zaczniemy jechać? - spytał „biedaka”, gdyż czas leciał i leciał, a oni dalej stali. - Raczej kiedy ty zaczniesz jechać - odpowiedział koleś nie odrywając oczu od książki. - Co? - Ja już jadę. Ty zaczniesz jechać za jakieś dziesięć minut. Michał stwierdzając, że ma do czynienia z kolejnym wariatem postanowił pójść do innego wagonu. - Stój! - krzyknął na niego chłopak. - A to niby czemu? - Bo tamten wagon jest z 1940 roku i wiezie ludzi na Syberię. Wątpię byś chciał jechać z nimi. Mógłbyś także przypadkiem ich wypuścić, a to stworzyłoby chaos w czasie i przestrzeni. Więc... SIADAJ. Michał nie wiedział czemu usiadł z powrotem na miejsce. Nawet o tym nie myślał. Coś było w głosie tego dziwnego chłopaka. - Ty jakiś głupi czy z Warszawy? Pociągiem nigdy nie jeździłeś? Michał nie odpowiedział. - Mówiłem ci, żebyś nie panikował. - usłyszał nagle znajomy głos. Do wagonu wsiadł starszy pan, którego wcześniej widział na dworcu. - Dzień dobry panie profesorze! - powiedział książkowy punk. - A pan, panie Edwardzie niech się uczy do sesji poprawkowej - odezwał się do niego mężczyzna. - Tak, wiem. Profesor tylko się uśmiechnął i zajął swoje miejsce, niedaleko nich. Niedługo potem przyszedł inny mężczyzna, ubrany w jakiś nieznajomy Michałowi mundur. - Zdrastwujtie. Prowierka biletów - powiedział do profesora. - Kim on jest? - zapytał Michał Edwarda. - Mój wykładowca z uniwersytetu. Obecnie podróżuje po zaborze rosyjskim, w celach badawczych. Michał udawał, że nie ma w tym nic dziwnego. Nie panikował. Również starał się nie być zdziwiony gdy student oderwał się od książki i powiedział: - O, już Sokółka. Wstał i wyszedł z wagonu. Michał spojrzał za okno. Pociąg był w ruchu, a za oknem był las. Przez Sokółkę przejechał dopiero piętnaście minut później. - No tak, przecież ja zacząłem jechać później niż on - mruknął do siebie. Jedenaście minut później był już w Racewie. Mama pokazała mu wcześniej zdjęcie dziadka. Choć zdjęcie to było zrobione lata temu, to i tak go poznał ponieważ był jedyną osobą na dworcu. - Michał? Ale żeś urósł! - zaśmiał się typowym dziadkowym śmiechem. - Ojciec wysyłał mi kiedyś twoje zdjęcia ale to było dawien dawno, a teraz to już duży kawaler jesteś! - Cześć dziadku - chłopak się przywitał. W tym samym momencie zauważył, że dziadek ma do pasa przyczepioną szablę. - Chodźmy już, bo się ciemno robi, a tu niedobrze chodzić po ciemku - powiedział dziadek nie zwracając uwagi na szeroko otwarte michałowe oczy, skierowane w stronę broni. - Głodny pewnie jesteś, co? Michał przytaknął. Gdy zaczęli iść, chłopak musiał się dostosować do starczego chodu. Szli kawałek asfaltem, a potem skręcili w polną drogę. - Co to było? - przestraszył się gdy coś przebiegło w lesie obok którego szła droga. - Jak to co? Zwierz jakiś. I czego tak się boi? Durny ty jakiś? Minutę później z tego lasu wybiegły dwa psy. Widać było i słychać, że nie mają przyjaznych zamiarów. Michał zacząłby uciekać, gdyby nie to, że sparaliżował go strach. Dziadek zaś w ciągu sekundy wydobył szablę. W ciągu następnej sekundy zabił oba biegnącego na niego psy. - Chodźmy szybciej. Strasznie się wleczesz. Michał dalej stał sparaliżowany. To wszystko działo się tak szybko. Dziadek był taki szybki. Wyglądało to jak scena z jakiegoś chińskiego filmu. - To u was nie ma dzikich psów? O, pobrudziłeś się trochę - używaną chusteczką starł małą plamę krwi z twarzy Michała. Przez dalszą drogę dziadek prowadził monolog. A to o pogodzie mówił, a to o przyszłych żniwach. Czasem Michał odpowiadał mu „mhm” lub „aha”. - To tu nie ma zasięgu? - spytał zdumiony, gdy spojrzał na swego iPhona. - Zasięg? Musiał się już skończyć. Tylko raz w tygodniu do wsi dowożą. Tubylcy tradycyjnie wieczorową porą, po całym dniu ciężkiej pracy, siedzieli na ławkach przed domami. Albo rozmawiali (albo hawaryli) o pierdołach, albo śledzili wzrokiem przejeżdżające przez wieś samochody, których średnia wynosiła dwa na dzień. Teraz wszystkie oczy skierowane były na Michała. On sam zaś czuł się jak małpa w zoo lub biały w wiosce Indian. Chciał przyspieszyć tempo by w końcu uciec natrętnym oczom ale jego dziadek jakby specjalnie szedł powolutku. W końcu jednak dotarli do drewnianego domu, który wyglądał jak sprzed stu lat. Michałowi opadły uszy, kiedy zobaczył, że w środku wygląda jak sprzed dwustu lat. Na dodatek śmierdziało starymi ludźmi. Wręcz koncentratem ze starych ludzi. - Chodźmy teraz do babci, potem zrobimy jakąś kolację. Weszli do pokoju gdzie panował zaduch, Jezus i Maryja. Pokój był pełen dewocjonaliów. Nie brakowało również święcącego w ciemności Jezusa za 9,99 zł. W łóżku leżała babcia. Spod grubej pierzyny wystawała tylko jej pomarszczona jak suszona śliwka twarz. - To ty Pawełku? - spytała słabym głosem. - Nie, to Michał - powiedział dziadek. - Pawłowy syn, twój wnuczek. - Michał? Mój brat? Przecież on na wojnie zginął. Dziadek tylko machnął ręką i wyprowadził chłopaka. W kuchni rozpalił ogień pod płytą i zaczął smażyć jajecznice na słoninie. - Jak w skansenie, jak skansenie... - powtarzał Michał patrząc na to z niedowierzaniem. Chłopak był głodny jak wilk. Co prawda wolałby zjeść hamburgera albo pizze ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.. Na dodatek jadł szybko, od razu połykając. Gdy dziadek nalał do kubków wody wypił równie łapczywie. A potem spadł z krzesła i krztusił się, leżąc na ziemi. - No co jest? Spirytu nalałem? - dziadek miał minę jakby nie rozumiał zaistniałej sytuacji. Wziął swój kubek i upił trochę siorbiąc, a potem pomlaskał. - Nie... Normalny bimberek. Co z tobą chłopcze? Michał zdążył się już podnieść. Twarz miał całą czerwoną, a oczy załzawione. - Ty. Chcesz mi powiedzieć, że ojciec nie pędzi nic u was? Chłopak pokręcił głową, nie mogąc udzielić odpowiedzi ustnej. - Więc jeśli umrę to naszą rodzinną recepturę trafi szlag?! A to żmija na własnej piersi wyhodowana! Gdzie ja popełniłem błąd wychowawczy?! - spojrzał teraz na chłopaka i z jego twarzy znikła złość, a pojawił się uśmiech. - Ach, no ale jesteś jeszcze ty! Ja cię wszystkiego nauczę, żeby potem nie było wstyd przed ludźmi. No, a teraz zagryź jajecznicą, to będzie ci lepiej - dodał patrząc na biednego wnuczka. Po skończonym posiłku dziadek zarządził spanie. Zdziwiony Michał spojrzał na zegarek. Była 22.30. W roku szkolnym nie chodził tak wcześnie spać, a co dopiero w wakacje! - A jest tu może telewizor? - spytał nieśmiało. - No oczywiście, że jest. Masz nas za jakichś dzikusów? Tu nie Afryka, żeby telewizora nie było. Ale nie siedź za długo, bo jutro wcześnie wstajemy. Chłopak nie spodziewał się plazmy z sześcioma setkami kanałów ale i tak był niemile zaskoczony, gdy okazało się, że kanałów jest tylko pięć, z czego dwa były białoruskie. Z nudów w końcu zasnął. Dziadek potrząsając ramieniem chłopca, wyrwał go z objęć Morfeusza. - Wstawaj śpiochu, robota czeka. Michał spojrzał na zegarek i godzina 5.46 przeraziła go. Nie miał jednak wiele do gadania. Półprzytomny, ledwo widzący na oczy, z trudem się ubrał. - Chyba nie zamierzasz w tym pracować - dziadek spojrzał na jego dżinsy i bluzę adidasa. - Zaraz ci coś przyniosę. Michał nigdy nie pracował na wsi, więc nie wiedział jaka praca go czeka. Chyba jednak niezbyt czysta, bo dziadek przyniósł mu znoszone, nie pachnące czystością ubranie. Założył je ociągając się i jednocześnie ciesząc, że znajomi go teraz nie widzą. Robiąc cuchnące śniadanie dla świń Michał mało co nie zwrócił własnego. Potem zajęli się karmieniem zwierząt, dojeniem krów i tak do południa zleciał im czas. Dziadek cały czas nie mógł się nadziwić jakie wielkie trudności przysparzają chłopakowi zwykłe, podstawowe czynności. Co oni, w tej Warszawie gnoju z obór nie wywożą? - Ty dokończ, a ja pójdę zrobić obiad - powiedział w końcu dziadek do Michała, który ze szczęścia aż zamknął oczy, uśmiechając się od ucha do ucha, na myśl o odpoczynku i jedzeniu. To wszystko zadziałało na niego bardzo motywująco, tak że szybko dokończył pracę i skierował swe kroki ku domostwu. - Przepraszam pana! - usłyszał głos. Jego źródłem był rudy mężczyzna przy bramce. Facet wyglądał porządnie, w przeciwieństwie do tubylców, więc Michał podszedł do niego. - Dzień dobry. Mógłby mnie pan wpuścić? Sprawdzam czy w tej wsi kurniki są wykonane według norm unijnych. Wie pan, liczba kur na metr kwadratowy i takie tam. Michał wpuścił mężczyznę i zaczął prowadzić w strunę kurnika z którym zdążył się już dzisiaj aż za bardzo zapoznać. Nie doszli daleko, bo od strony ganku padł strzał. Chłopak przerażony padł na ziemię, a mężczyzna zaczął biec. Gdy podniósł głowę, był pewien, że ma halucynacje z głodu i przepracowania. Mężczyzna w trakcie biegu zamienił się w lisa i przebiegł pod płotem. - Kogoś ty mi w puścił na teren posesji?! - zdenerwowany dziadek podniósł wnuczka z ziemi. - Co to było? - spytał ten zszokowany. - Jak to co? Lisek Chytrusek. Znowu chciał mi kury zjeść. No dobrze... - teraz dziadek spojrzał już łagodniejszym wzrokiem. - Mogłeś nie wiedzieć. Następnym razem będziesz ostrożniejszy. Chodź na obiad. Po sutym obiedzie i chwili przerwy na przetrawienie, udali się na strych. Było tam wiele przedmiotów, które Michał widział po raz pierwszy ale bał się pytać do czego one służą, żeby znowu nie wyjść na głupka. Celem tej misji była skrzynia, którą mieli znieść na dół. Bardzo ciężka skrzynia. - Tylko uważaj, to jest bardzo ciężka skrzynia - ostrzegł go dziadek. Skrzynia okazała się jednak zbyt ciężka dla delikatnych rączek Michała i zjechała po schodach, a przy spotkaniu z ziemią wysypała część swojej zawartości. Potoczyły się dwa granaty, a spod szmat wystawała lufa karabinu. - Wot te na?! Szto za durak! Ty choczesz nas tut usich powyzabijać?! - teraz dziadek zdenerwował się konkretnie, a nawet wkurwił. Michał nie wiedział czy bardziej go przestraszył dziadek czy broń. - Ale to... ciężkie... broń... granaty... ja nie wiedziałem. - No tak, ty przecież nigdy nic nie wiesz. Chłopak spuścił głowę. W milczeniu załadowali z powrotem sprzęt do skrzyni. Najpierw myślał, że niosą go do jakiegoś pokoju. Gdy wyszli na zewnątrz był pewien, że niosą to do któregoś z budynków gospodarczych. Dziadek jednak prowadził ich aż za gospodarstwo, potem przez łąkę, aż doszli do lasu. Po drodze robili przerwy co jakiś czas ponieważ Michał się męczył. Dziadek zaś przez całą drogę narzekał jaka słaba jest dzisiejsza młodzież. - Dziadek. Po co ta broń? - spytał wnuk gdy zatrzymali się na skraju lasu. - Razem z ojcem moim, trzymaliśmy ją zakopaną od czasów wojny. Tak na wszelki wypadek. Potem zmienił się ustrój, ubecja już nie łaziła po chatach, to można było zabrać do domu. Ładne te pepesze i cytrynki. No ale jak patrzę co się teraz w kraju dzieje, to widzę, że znowu trzeba zakopać w lesie... tak na wszelki wypadek. - A teraz co robisz? - pytał dalej chłopak, patrząc jak dziadek podnosi mech i wkładam pod niego chleb. - Ofiara dla Borowego. - Kogo? - Ducha lasu. Ażeby pozwolił nam zakopać skrzynię - dziadek mówił to ze skrzywioną miną, ale już się przyzwyczaił, że jego wnuk nie wie niczego o niczym. - No co tak patrzysz, a? A gdyby ktoś tak w twoim pokoju robił co chce, bez pytania? Michał nie odpowiedział. Stali tak w ciszy przez chwilę, aż usłyszeli jak ktoś trzy razy stuknął patykiem o patyk. Musiało to oznaczać zgodę bo dziadek od razu chwycił za skrzynię. Przeszli kawałek w głąb lasu i zaczęli kopać. Wkrótce Michał zwrócił swój obiad, a nieprzetrawione pyzy ze skwarkami pokryły wykopane kości. Tych kości okazało się tu być znacznie więcej. - A więc tutaj zakopali wtedy tych Żydów, te brudasy z Mysich Kiszek - mruczał do siebie dziadek, drapiąc się po brodzie. - Pewnie specjalnie, żeby potem na nas było. No to trzeba będzie wykopać kości i im po podwórkach w nocy porozrzucać. Ale będzie afera - dziadek wybuchnął złym śmiechem. Kiedy wracali, Michał marzył żeby się umyć. Słońce od rana przypiekało tak bezlitośnie, że chłopak wyglądał jakby wyszedł z solarium. O plusach pracy na zewnątrz jednak nie myślał, lecz o tym jak bardzo brudny się czuł. Dosłownie cały się lepił od potu i marzył jedynie o kąpieli. Będzie musiał jednak trochę na nią poczekać. - Skocz pod sklep po Wiejskiego Szamana. Ja dam teraz odpocząć starym kościom. Michał już nawet nie robił zdziwionej miny słysząc po kogo ma iść. We wsi była tylko jedna ulica i to nawet nie asfaltowa tylko tzw. „kocie łby”. Sklep był położony w środkowej części wsi, a pod sklepem byli położeni jabolowi wojownicy. Pełni uporu marzyciele, Don Kichoty walczący z wiatrakami. Wiedzą, że jabole ich pokonają, rozłożą na łopatki ale oni i tak walczą. A następnego dnia próbują od nowa. I tak aż do klęski absolutnej. - A ty kto? - zaczął wąsacz pijanych głosem. - Turysta jakiś? Piniondz za zwiedzanie! - Szukam... Wiejskiego Szamana - powiedział chłopak niepewnie. Gdy mężczyźni zaczęli się śmiać, był pewien że dziadek zrobił mu psikusa i wystawił na pośmiewisko. - A po cóż ci on? - Dziadek mnie wysłał po niego. - Aaa. Ty od Gawryluków jesteś. Ze stolicy - po tym ostatni spojrzeli na niego jak chłopi na pana z wielkiego miasta. Dziad stojący cały czas niepozornie, z boku, przechylił butelkę i opróżnił szybko połowę jej zawartości. - No to chodźmy więc - powiedział wypełniając powietrze spirytusem z domieszką wiśni. Michał spojrzał na owego szamana. Podarte dresy. Czerwona twarz i podobnie przekrwione oczy. Dawno nie golony zarost. Widocznie jaki kraj, tacy szamani. Po drodze mieli jeszcze zajść do jego domu, jednak Michał wolał poczekać na zewnątrz zamiast wchodzić z nieznajomym pijakiem do rozpadającej się rudery. Wiejski Szaman wrócił po chwili niosąc dwie kusze. Chłopiec bał się pytać po co im ta broń ale ciekawość w końcu zwyciężyła. - Dziadek ci nie mówił? Będziemy polował na południce. Michał zrobił pytającą minę. - No tak - westchnął. - Uczą was w szkołach o rzymskich i greckich bogach i potworach, a o tym co można spotkać na własnym podwórku już nie. Południce to duchy, które pojawiają się na polach w południe. Kuszą ludzi, bo fajne dupy z nich, i porywają. - Ale już jest dawno po południu. - Tak. Dlatego teraz będą słabsze. - A czy... one porwały kogoś ostatnio? - Młodego Fiodorczuka. A byliśmy pewni, że w tym roku będzie spokojnie. Powinniśmy dostać od Unii jakąś dotację czy coś... że niby szkodniki czy...coś. Dziadek czekał przy ganku. Wziął od Wiejskiego Szamana kuszę i kazał Michałowi czymś się zająć. - To młody nie idzie z nami? - spytał menel. - Nie, przecież nie chcemy żeby coś mu się stało. - No przecież - stwierdził i zaśmiał się złym śmiechem. Dziadek mu zawtórował. Michała przeszedł dreszcz. Nie wiedząc co innego miałby robić, wyciągnął swojego iPhone'a. Był rozładowany. Ku jego zdziwieniu, nigdzie nie było ładowarki. Do iPada również. Czyżby dziadek szperał w jego rzeczach? A może po prostu zapomniał spakować? Nie, na pewno nie. To tak jakby zapomniał urządzenia podtrzymującego życie. Zły na cały świat, poszedł rzucać kamieniami w kury. Gdy to mu się znudziło, chodził w kółko po podwórzu, a potem znowu zajął się dręczeniem kur. Gdy z kurnika wyszedł wkurwiony kogut i spojrzał na Michała swoimi czerwonymi wkurwionymi oczami w których mieściło się całe wkurwienie, szaleństwo i zło tego świata, Michał uciekł w podskokach. W domu zaczął przeglądać stare rupiecie. Cały ten dom był jednym wielkim starym rupieciem. Przez moment spodziewał się odkryć jakieś tajemnicze, prastare skarby ale widział tu tylko zwykłe rzeczy powszechnego użytku, tyle że już przestarzałe. Zwiedził wszystkie pokoje oprócz jednego. Pokoju babci. Cały czas go kusiło, żeby tam zajrzeć, a z drugiej strony czuł jakiś irracjonalny strach. Samo wspomnienie tego pokoju i wyschniętej mumii w nim budziło grozę. Kiedy Michał oglądał horrory, zawsze dziwił się głupocie bohaterów, którzy idą tam gdzie wcale nie powinni. Teraz chyba zrozumiał tą głupotę. Choć babciny pokój wzbudzał w nim strach, bardzo chciał tam zajrzeć. Przez grube drewniane drzwi słychać było głośne chrapanie. Michał delikatnie nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się szerzej, a on poczuł na twarzy podmuch wiatru, choć wszystkie okna w pokoju były zamknięte. Mimo że był dzień, w pokoju dalej paliły się świece. Smród starego człowieka łączył się z zapachem kadzideł. Mała, wysuszona staruszka chrapała jak olbrzym. Gdy Michał ogarniał wzrokiem cały pokój, jego wzrok przyciągnęła duża szafka wypełniona książkami. Starymi, rozpadającymi się książkami z okładkami o podwójnej grubości z powodu kurzu. Gdy poszedł do spróchniałej szafki bardzo się zdziwił. Nie dlatego, że książki były bardzo stare, gdyż wszystko tutaj było bardzo stare, lecz z powodu treści tych książek. Treści których nie mógł rozczytać ponieważ nie były napisane w żadnym znanym mu języku. Michał wziął delikatnie, z jakby czcią, jeden z wielkich tomów. Poczuł nagle nieuzasadniony lęk. Czuł jak mrowiły mu dłonie. Przewracał kartki, które były w dobrym stanie. Może dlatego, że nie były z papieru tylko ze skóry? Czerwone pismo wyglądało jakby było pisane krwią, lecz bardziej niż świadomość czyją krwią spisana została księga, przerażały chłopaka rysunki zawarte w niej. Demony jakich nie mógłby sobie wyobrazić żaden reżyser czy pisarz. Ludzie torturowani w taki sposób, że każdy kat by się zarumienił. Michał jeszcze raz spojrzał stronę tytułową. - Necronomicon... - wyszeptał. Usłyszał teraz gniewny nieludzki charkot, który brzmiał jak „NIE!”. Niemal upuścił książkę na ziemię. Odwrócił się teraz w stronę babci, która patrzyła na niego złymi czarnymi oczami. Michał cały skamieniał. Nie mógł się ruszyć. Nie wiedział co powiedzieć. Nie mógł nawet oderwać swoich oczu od jej. Gdy mrugnęła, czar jakby prysł. Michał odłożył szybko książkę na miejsce i prawie że wybiegł z pokoju wymrukując pospiesznie „przepraszam”. Wybiegł na ganek, wziął głęboki oddech i wytarł pot z czoła. Widział z ganku jak dziadek i Wiejski Szaman wracają przez pastwisko. Postanowił później spytać dziadka o te książki. - No, wnuczek. Jako że ty se odpoczywał kiedy my rabotali, to ty cjapjer nakarmisz kuricy i parsiuki, a ja se z koleżką wypije, co Kazik? - No raczej nie inaczej. Potem dziadek zlecił mu jeszcze kilka innych rzeczy do roboty. Na szczęście zwykłych rzeczy. Żadnych broni, żadnych południc. Gdy przyszła pora kolacji, chłopak był śpiący i wyczerpany. - Dziś na TVP Białystok będzie ciekawy program o żubrach. Może obejrzysz z dziadkiem? Ale Michał już zasnął przy stole. Gdy następnego dnia szli znowu pracować w gospodarstwie Michał spytał o książki. - Aaa tam. Jakieś stare bzdury. Kiedy Sowieci wchodzili do Polski to wiadomo, rabowali co się da. Nawet paszę dla świń - Michał się skrzywił na wspomnienie o tej cuchnącej brei. A myśl, że ktoś mógłby to jeść... Brr. - No a mój ojciec był wtedy na rynku w Sokółce, no i między innymi zabrał z biblioteki trochę literatury. Brał te najstarsze bo miał zamiar je później sprzedać. - No to czemu nie sprzedał? - spytał lecz dziadek tylko zaczął coś wymijająco mruczeć i wrócili do pracy. I tak mijały kolejne dni. Michała denerwował brak kontaktu ze światem zewnętrznym ale nie mógł nigdzie znaleźć ładowarki. Dziadek zaprzeczał by ją ruszał. W końcu Michał pomyślał, że może wypadła mu z torby w pociągu. Bo po co dziadek miałby ją zabierać i izolować od świata z zewnątrz? Pewnej nocy, przed świtem, Michał obudził się i wyszedł za potrzebą na zewnątrz, gdyż normalnej ubikacji nie było, tylko sławojka. Robiło się już jasno. Gdy wychodził ujrzał postać starej kobiety wychodzącej z lasu. Obserwował jak idzie przez pole w stronę gospodarstwa. Zamknął się z powrotem w sraczu. Mijały minuty. Teraz przez „serduszko” w kiblu patrzył jak po podwórku idzie jego własna babcia. Gdy przechodziła koło ubikacji schował się by nie zobaczyła jego oczu patrzących przez otwór. Michał siedząc na kiblu słyszał jej kroki. Nagle ustały. Michał zamarł. Wiedziała, że on tu jest. Staruszka zachichotała i poszła dalej. Chłopak spędził w sławojce jeszcze kwadrans, potem postanowił wrócić do domu. Ale nie zasnął już z powrotem. Rankiem, czekał aż będą na zewnątrz by powiedzieć dziadku o babci. Tak żeby nie usłyszała. - Dziadku, myślę, że babcia chyba udaje. - Co ty pleciesz? Toż biedulka blisko śmierci jest - zdziwił się dziadek bardzo. - Ale ja widziałem jak ona chodzi. - Kiedy? - dziadek aż upuścił widły. - Kiedy dziś w nocy chodziłem do łazienki. Widziałem jak wracała z lasu. - Skoro była noc to jak ją widziałeś? - No już jasno prawie było. - Pewnie ci się coś przywidziało. To zdrowe powietrze tak ci szkodzi, bo ty nie przyzwyczajony. Za dużo tlenu i halucynacje jakieś masz. Wnuczek nie wykłócał się dalej. To wyglądało jakby byli w jakimś spisku. Ale jaki cel miał mieć ten spisek? Żeby sprowadzić se z Warszawy darmowego pracownika? Michał chętnie zadzwoniłby do domu gdyby miał z czego i powiedziałby rodzicom, że babcia symuluje. Mógłby wtedy wrócić do Warszawy. Później, gdy dziadek był pewien, że chłopak pracuje na zewnątrz, Michał który przyszedł się napić wody, usłyszał jak dziadek mówi podniesionym głosem. - Tyle razy ci mówiłem, żebyś nie wychodziła z ciała kiedy on jest w domu! Chcesz go wystraszyć? Chcesz żeby nabrał podejrzeń i wrócił do domu? Wytrzymaj jeszcze, już niedługo będzie pełnia. Michał odstawił szklankę i wyszedł szybko na zewnątrz. Postanowił być teraz czujny i nieufny. Przez następne dni nie działo się nic dziwnego. Ciekawego też nie. Zwykła praca na wsi. Aż pewnego dnia Michał się obudził i ze zdziwieniem spojrzał na zegarek, widząc tam godzinę dziewiątą. Wstał i poszedł do kuchni gdzie zastał dziadka pijącego kawę. - Wyspał się? Możesz pospać jeszcze, ja wiem, że wy mieszczuchy tak lubicie. Dziś sobota to może odpoczniesz trochę, ja sam wszystko zrobię. Wnuczek był zdziwiony ale nie protestował. Położył się z powrotem, poprzewracał się z boku na bok i gdy się okazało, że już nie zaśnie włączył telewizor. Pogapił się trochę w szklany ekran, zjadł śniadanie i poszedł do sklepu. Ku jego zaskoczeniu, pod sklepem nie było stałych bywalców. Stała za to młoda dziewczyna, wyglądająca trochę jakby właśnie wróciła z wiejskiej remizy czy innych Jaświł. Michałowi spodobała się jej różowa miniówa, opalone nogi, duży dekolt i przede wszystkim sposób w jaki jadła loda. - Cześć Michał. Chłopak się zarumienił i przez chwilę się zastanawiał co jej odpowiedzieć. - Skąd wiesz jak mam na imię? - zaczął konwersację. - No co ty. Wszyscy tu wiedzą jak masz na imię. Nie często mamy tu gościa z tak dalekich stron. - Raczej więźnia, a nie gościa - mruknął pod nosem lecz ona to usłyszała. - Też bym chciała się stąd wyrwać. Tu jest tak nudno... Właśnie! Masz może jakieś plany na dzisiaj? Może kupimy coś do picia i zrobimy sobie piknik? Michał zgodził się ochoczo. W końcu znalazł tu sobie kogoś z kim można spędzić czas, kogoś w podobnym wieku i kogoś kto nie cierpi tego miejsca tak samo jak on. Choć Michał praktycznie nie pił, kupił w sklepie wino i chipsy. O dziwo nie został spytany o dowód. Wzięli swój prowiant, przespacerowali się kawałek, aż trafili na łąkę na wzgórzu z miły widokiem. Rozmawiali o różnych pierdołach i pili. Choć to trochę śmieszne upić się połową wina to jednak Michała trunek trochę kopnął. Mimo że dziewczyna mu się podobała to i tak uważał ją za głupią wiejską dziewuchę, dlatego kiedy zaczęli się całować był pewny, że zaraz mu da i w końcu przestanie być prawiczkiem. Doszło do całowania z macaniem ale dziewczyna albo miała jakieś zasady albo nie była tak pijana jak Michał. - Chodźmy nad rzekę! - przerwała nagle, kiedy Michał czuł, że zaraz spuści się w spodnie. - Ale ja nie mam kąpielówek - bąknął chłopak trochę zły, za to że przerwała cały proces. - A ja stroju kąpielowego - puściła do niego oko. Michał nie stracił nadziei na rozprawiczenie. Rzeka była niewielka. Miała dziesięć metrów szerokości i głębokość do dwóch metrów. - Czy na pewno bezpiecznie jest się tu kąpać? - Pewnie, od dziecka się tu kąpię. Rozbieraj się. O ile dziewczyna nie miała problemów z rozebraniem się, to Michał się wstydził. Nigdy się przed nikim się nie rozbierał. Pierwszy raz również widział nagą dziewczynę. Nie licząc tych z pornoli. W końcu się przemógł i zdjął z bokserki. Nie wiedział czy zachichotała dlatego, że jego penis ciągle stał czy dlatego, że według niej był za mały. Michał pomyślał, że raczej chodzi o to pierwsze ponieważ dziesięć centymetrów to wcale nie było mało. Trochę popływali, trochę się bawili w wodzie. Michałowi na jakiś czas opadł ponieważ pod wpływem jej nagiego ciała spuścił się do wody. W myślach dziękował, że tego nie widziała. Potem dziewczyna wyszła na brzeg i wyciągnęła ze spodni fiolkę z płynem o miodowym kolorze. - Co to? - spytał Michał. - Żel pod prysznic. Bardzo fajny. Trochę wydało mu się to dziwne, jednak nie miał nic przeciwko temu żeby popieściła jego ciało. Żel ten pachniał miodem i ziołami. W miejscach gdzie go wmasowywała, czuł przyjemność. Jego mięśnie się rozluźniały. - Teraz się opłucz. Gdy to zrobił, suszyli się oboje na brzegu. Do dalszych igraszek nie doszło. Dziewczyna chyba specjalnie tak się z nim droczyła i kazała mu czekać ponieważ teraz zaproponowała, żeby pójść do sadu. Biegli razem przez sad, wśród jabłoni. Michał postanowił, że jak ją złapie to już nie puści i zrobi to co pragnął przez cały dzień. Niestety dziewczyna miała o wiele lepszą kondycję gdyż była dobre kilka metrów przed nim. W końcu podbiegła do największej i najstarszej jabłoni, usiadła pod nią i rozłożyła nogi. Michał przestał biec. Teraz szedł szybkim krokiem uśmiechając się jak głupi. Gdy był tuż przy niej, dziewczyna się odezwała: - Dziadku, przyprowadziłam go. Jest już przygotowany. Michał stanął jak wryty, nie rozumiejąc. Zza drzewa wyszedł Wiejski Szaman z drewnianym kijem i palnął Michała w łeb. Wziął zamach do drugiego ciosu ale okazało się, że jeden wystarczył żeby Michał stracił przytomność. - Mięczak - mruknął i splunął na ziemię. Kiedy się obudził, dalej był w sadzie. Bolała go głowa, księżyc jasno świecił i płonęło olbrzymie ognisko. Przy ognisku stał jego dziadek i Wiejski Szaman. Babcia siedziała na ziemi otulona kocami. -Szkoda, że nie można by tego zrobić po żniwach, przydałby mi się. Ale z drugiej strony i tak słaby z niego pracownik. O, obudził się - dziadek spojrzał na zakneblowanego i związanego Michała. - Możemy zaczynać. Warszawiak nigdy w życiu się tak nie bał. Był to strach odejmujący władzę nad ciałem i umysłem. Prawdziwa groza, która nie opuściłaby go do końca życia gdyby udało mu się wyjść z tego cało. We trójkę śpiewali pieśni w jakimś prastarym języku, recytowali wersy, z których każde słowo wbijało się Michałowi w umysł jak rozpalony gwóźdź. Jego strach skończył się dopiero gdy pochylili go nad srebrną miską i poderżnęli gardło. Czuł jak wraz z krwią, wypływa z niego życie. *** Dziadek, siedząc na ganku i popijając ziołową herbatkę, uśmiechał się patrząc to na wschodzące słońce, to na swoją odmłodzoną o siedemdziesiąt lat żonę. - Halinka - uśmiechnął się obleśnie. - A kiedy pójdziemy pohulać na sianku, ha? - Chyba sobie kpisz, staruchu z alzheimerem. - Nie przypominam sobie, żebym miał alzheimera. Popołudniowe słoneczko grzało kiedy dwóch starszych panów raczyło się wyśmienitym trunkiem o nazwie Jeżyna. - Ja już nie wiem Kazik czy ja mam skakać ze szczęścia czy płakać. Żonka moja teraz najlepsza dupa we wsi, jest nawet młodsza niż wtedy kiedy braliśmy ślub ale co z tego jak ja stary. Znajdzie se zaraz jakiegoś młodszego gacha. - No co ty Heniu, nie rozklejaj się - mówił Szaman dobrze podpitym głosem. - Nie jesteś wcale stary. Masz dopiero dziewięćdziesiąt sześć lat. Jeszcze druga młodość przed tobą. - A ty wiesz jak ona mnie nazwała? Staruchem z alzheimerem! - Ale ty naprawdę masz alzheimera. - I ty Kaziku przeciwko mnie?! Dziadek dalej pił na smutno, a Szaman jak na co dzień. - Ty... a przebiłeś mu serce kołkiem? - Nie. Myślałem, że ty to zrobiłeś. Gdy Michał się obudził był przekonany, że jest w łóżku, a to wszystko to był tylko zły sen. Otworzył usta żeby ziewnąć, a wtedy do buzi wpadła mu ziemia. Chciał się zerwać ale czuł, że nie może się ruszyć. Był zakopany. Ale skoro jest zakopany, to jak oddycha? Takie pytania nie przychodziły mu do głowy. Była tylko panika. Posiadając nadludzką siłę zaczął rozpychać mocno ziemię rękami, a potem kopał w górę. Miał tylko nadzieję, że pochowali go twarzą do góry bo inaczej kopałby przez wieczność aż do jądra ziemi. W końcu się przebił na powierzchnię i wziął głęboki oddech choć było to zbędne. Przecież już nie potrzebował tlenu do życia. Otrzepał się z ziemi. Była noc, a on był sam w lesie. Usłyszał jak ktoś idzie i schował się za drzewem. Czekając, sam zauważył, że nie musi już oddychać, że jego serce nie bije, że w ciemności widzi całkiem dobrze. Gdy to wszystko do niego dotarło pomacał się po zębach. Poczuł kły. - Jak Edward Cullen! - zachichotał. Po głosie i zapachu poznał kto się zbliża. Dziadek i Wiejski Szaman nawet nie zdążyli zauważyć rozkopanej ziemi. Michał zaatakował pierwszy. Rzucił Wiejskim Szamanem o drzewo i zaczął sączyć krew dziadka. W tej krwi było więcej alkoholu niż Michał wypił przez całe życie. Gdy skończył wziął się za Szamana. I nie zamierzał na tym zaprzestać. Ruszył do wsi, poruszając się szybko i bezszelestnie jak kot. Zamierzał zemścić się na wszystkich. Na całej wsi. Odwiedzał wszystkie chaty po kolei, przeklętą babcię zostawiając na koniec. Krew wnuczki Szamana smakowała mu najbardziej. Wypił już całą wieś, spuchł strasznie, oczy nabiegły mu krwią jednak nie zamierzał rezygnować z zemsty. Gdy szedł teraz po babcię wyglądał jak ludzik Michelin. Po cichu wszedł do domu. Babci jednak nie zastał. Była za to piękna młoda kobieta, leżąca na łóżku. Wśród świec i kadzideł wyglądała bardzo kusząco i egzotycznie. - Czekałam na ciebie... - wymruczała. Michał robił bardzo ciężkie kroki. Cała ta krew, którą wypił sprawiała, że miał wrażenie, że zaraz wybuchnie jak smok wawelski. Teraz jeszcze obudziło się w nim podniecenie. Nigdy w życiu nie czuł tak szalonej żądzy. Nie wiedział nawet, że może to być aż tak silne uczucie. Czuł, że zaraz dojdzie. I rzeczywiście eksplodował. Dosłownie. Cały pokój został umalowany krwią mieszkańców, a na podłodze było jej tyle, że można zamoczyć stopy po kostki. Makabryczny obraz dopełniała młoda babcia, która będąc cała we krwi śmiała się szalenie. Jej śmiech przez całą noc roznosił się po opustoszałej wsi.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 09.07.2014r.

1     

civilizacja Redaktor 29 07 2014 (02:18:21)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Cześć,
Byłem przyzwyczajony do znacznie lepszych opowiadań twojego autorstwa. Przykro mi mówić, ale ta historia jawi się jako strata czasu, raczej niż porządna lektura. Możliwe, że jestem z góry uprzedzony do tego typu opowieści, ale jednak, rozczarowałeś mnie. To nie był styl, który w ostatniej pracy błyszczał oryginalnością.

Nie wyciągnąłeś wniosków z tego, co mówiłem ci ostatnio, nie poprawiłeś w żadnym stopniu interpunkcji, która nadal mocno kuleje. Niedbalstwo.

Zupełnie pogubiłeś się na początku, poza tym mam jeszcze jedną uwagę - zupełnie niepotrzebnie precyzujesz to, co próbowałeś zawrzeć między pierwszymi wersami:
co go zezłościło bo jak każdy rozpieszczony nastolatek był bardzo niecierpliwy

- no przecież to było jasne, że był rozpieszczony, skoro przedkładał umierającą babcię nad swoje wakacyjne plany.

Sporo niedociągnięć. Długi tekst, z którego nic nie wynika. Słabo.
Trzy.
civilizacja


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(37): 37 gości i 0 zarejestrowanych: