Po raz ostatni

Wyją syreny i biją dzwony, Ciemność płonące tną reflektory Z nocy zerwani, w noc zapadamy Paniczny tupot na schodach nóg… W zasadzie wszyscy wiedzieli, że to się w końcu stanie. Były znaki, dokładnie tak, jak opisywano. Trzęsienia ziemi, morze wypełnione krwią, czarne słońce i przerażające wizje na nieboskłonie. Ale ludzie nie chcieli wierzyć. Wszystko w końcu dawało się jakoś wytłumaczyć. Wszystko – poza stadami istot, których nikt od dawna na tych ziemiach nie widział, a które aktualnie maszerowały na wschód. Boruta ostatni raz przeliczył, ile zgromadził skarbów. Zawieszki, pierścionki, złote łańcuchy, denary, czerwieńce, srebrne grosze, późniejsze banknoty przesypywały mu się między pazurami, przypominając stare, dobre czasy. Z ciężkim sercem wyszedł z piwnicy łęczyckiego zamku i, jak zwykle, zaryglował drzwi na sześć sztabek. Pod bramą czekał mały Rokita z podpuchniętymi, zaczerwienionymi oczami oraz Mefistofeles, który zdjął pudrowaną perukę, uznając, że nie ma sensu dalej ukrywać rogów. - Po co zamykasz? - spytał, widząc, jak szlachcic przekręca klucz w bramie zamku. – Nikt cię już nie okradnie. Boruta nie odpowiedział. Schował klucz w połach kontusza. Odpadł mu przy tym jeden z guzików u żupana. Diabelska trójka ruszyła naprzód – tam, gdzie cała reszta. Czekała ich długa droga. A słońce, okropnie czerwone, dawno powinno już było zniknąć za horyzontem i ustąpić nocy – nigdzie się jednak nie wybierało. Na jego tle przelatywały na miotłach hordy czarownic – po raz pierwszy od wieków całkowicie jawnie, nie przejmując się, że oglądają je oczy tysięcy przerażonych śmiertelników. Jedna z nich nagle gwałtownie zawróciła i zapikowała w dół. Wylądowała tuż przed diabłami. Z kosza na tyle miotły smutno patrzył czarny kot. - Baba Jaga. – Boruta szurnął nogą i skłonił się w pas. – Więc czas już na nas, prawda? - Na to wygląda – rzekła. Wydawała się jeszcze starsza niż zwykle. Siwe włosy rozwiewał wiatr, niosący ze sobą zapach strachu. – A skoro już wybiła nasza godzina, to mam drobną prośbę… Nadstawili uszu. - My tą bitwę przegramy, wiadomo. Ale zanim przegramy, to, jak to młodzież mówiła… - Uśmiechnęła się. – Dokopmy im wszystkim! Po raz ostatni! Zaśmiali się, patrząc, jak odlatuje z powrotem do swych sióstr, po drodze wymieniając pozdrowienia z przechodzącym obok chłopcem, który kiedyś zdobył Szklaną Górę. I poszli dalej. Mijali znajome miasta. Widzieli, jak ludzie wariują ze strachu, bo dookoła nich wali się świat. Do Krakowa doszli akurat, żeby zobaczyć, jak po wiekowej niewoli odmieniają się z gołębiej postaci rycerze Henryka Probusa i pozdrawiają ich skinieniem głów, choć stali po przeciwnej stronie odwiecznej barykady dobra i zła. Znów zatrzęsła się ziemia, a gdy spojrzeli w stronę Wawelu zobaczyli, jak w niebo unosi się smok, tnąc powietrze olbrzymimi skrzydłami. Słyszeli huk oszalałej Wisły. Król Krak z królewną Wandą uśmiechnęli się do nich smutno. Od strony Tatr usłyszeli tętent mnóstwa koni. Nie było czasu na dłuższy odpoczynek. Zadowolili się łykiem wody z fontanny, która, o dziwo, jeszcze działała. I, o dziwo, usłyszeli hejnał. Ze zdumieniem spojrzeli na kościół Mariacki. Tak, trębacz wygrywał melodię na cztery strony świata. Jak zawsze. Jakby nic się nie działo. Rokita załkał gwałtowniej niż dotychczas. - Wybaczcie… - Otarł oczy. – Ale kiedy pomyślę, że słyszę to po raz ostatni… Boruta poczuł ból w miejscu, w którym u istot je posiadających znajduje się serce. On, diabeł, z definicji owego organu nie posiadał. A jednak od czasu do czasu go bolało. Tak jak teraz. Pstryknął palcami. Trębacz zadął w trąbkę po raz czwarty. Ale tym razem od niewiarygodnie głośnego dźwięku aż zadrżały mury. - Jeśli po raz ostatni – mruknął Boruta. – To przynajmniej z fasonem. Poszli dalej. Na horyzoncie już wkrótce ukazały się Tatry. Spojrzeli tam, gdzie odkąd ludzkość sięga pamięcią wznosił się Giewont. Teraz go już nie było. Ruszył, tak jak inni. Wszystko, co zachowało się tylko w legendach, nagle powróciło. I biegło prosto w stronę straszliwego słońca. Do dalekiego Megiddo. Na od dawna przepowiedzianą bitwę. Gasną za nami ogłuchłe domy, w krzyku agonii w ryku motorów, w wielkie macice zmienione bramy rodzą tłumy na bruk… Aż do jego przedmieść szli w milczeniu, nie licząc czasu, który stał się nieważny. Mijali lasy, w których aż roiło się od jego przedwiecznych mieszkańców, rzeki, do których teraz strach było wejść, żeby nie nadepnąć na wodnika lub syrenę – w jednej z nich napotkali tą warszawską, jak zwykle wymieniając tylko skinienia głów – i coraz to nowe kraje a w nich – coraz to nowe stwory i bestie, budzące się z wiekowego snu. I ludzi. Mnóstwo ludzi, którzy krzyczeli, płakali i wzywali różnych bogów. Krzyczeli do siebie, próbując odnaleźć rodziny i przyjaciół w oszalałym ze strachu tłumie. Niektórzy padali na kolana i modlili się, inni leżeli wprost na bruku, wstrząsani spazmatycznym płaczem. Wielu zadeptano po drodze. Rokita płakał, tuląc znalezionego pluszowego misia, zostawionego przez któreś z przerażonych dzieci. Mefistofeles od czasu do czasu syczał – widać wypastowane na glanc lakierki obcierały mu pięty. Ciemność wypełnia upał wszechmocny, W popiół zamienia zlepione ciała Szkło pęka, kipią blachy pancerne, Powietrze twarde jak mur, Panika rybia usta rozdarła, Schną w rozpalonych czerepach oczy I w drżenie wprawia zdrętwiałą ziemię Marsz nadchodzących gór… Na miejscu panował tłok i duchota. Już z daleka widzieli hordy stworzeń mniej-lub-bardziej piekielnych ze wszystkich stron świata. Czyniły wrzask i tumult, przygotowując się do wojny, którą i tak mieli przegrać. Gdzieś dalej rozstawiali się legendarni obrońcy sprawiedliwości, oczekując na rozkazy, które miały już za kilka chwil paść z góry. Na horyzoncie widniał mały pagórek – dość marny, jak na bycie górą przeznaczenia. Boruta zagryzł wargi. Strasznie chciał się napić. - Idę poszukać piwa – oświadczył ponuro, skręcając w lewo. Stała tam chatka, która kiedyś należała do archeologów. Miał nadzieję, że coś zostawili. - Gdzie, tu? – zaśmiał się gorzko Rokita, podążając za nim. – Toż nie pamiętasz, co nasz książę Leszek dawno temu stwierdził, jak go na krucjatę wysyłali? W Palestynie piwa nie ma i żyć się tu nie da… Weszli do niskiego domku, z dala od hałasu. Piwa, oczywiście, nie znaleźli. - Jest jakaś lura – mruknął Mefistofeles, wyciągając z szafki torebkę kawy. – Tyle że czajnik elektryczny, to nie zadziała. Prąd już dawno padł. Boruta pstryknął palcami. Na końcach szponów zatańczyły mu małe ogniki. - Ale przynajmniej z metalu, nie z plastiku. Daj go tutaj. Rokita zabrał się do szukania kubków. Widok starszego kolegi w roli kuchenki trochę poprawił mu humor. O ile cokolwiek w tej sytuacji mogło mu go poprawić. Słońce w końcu zgasło, by już nigdy się nie pojawić. Zalewając kawę wrzątkiem patrzyli, jak z nieba zaczynają spadać gwiazdy. Pojedynczo. Puf. Od Wielkiego Wozu odpadł dyszel. Puf. Orionowi za chwilę spadną spodnie z powodu braku paska. Puf. Coraz mniej mleka na Mlecznej Drodze. Puf. Nim nasza kolej zdążymy jeszcze Wspomnieć proroctwa i przepowiednie Znaki na niebie, myśli piwniczne Które niejedną zabrały noc, Choć w życiu nadal słońca i deszcze Snuliśmy plany dalekosiężne… - Ile mamy czasu? – spytał Rokita, kuląc się z kubkiem na krześle. - Może godzinę. – Boruta pociągnął łyk. – Obrzydliwa ta kawa. – Nagle załkał. - Moja Łęczyca… Moja kochana, stara Łęczyca…! – ukrył twarz w dłoniach. – Mój kościół w Tumie! Moje skarby! Dlaczego teraz?! - Moje Siedlce, mój Kalisz, co to będzie teraz bez nich… - Rokita nie nadążał już z wycieraniem oczu. – Ja tam od zawsze siedziałem, chłopów na bagna wciągałem, kanapki im kradłem i co? I koniec?! Ja nie chcę… Ja… - Nie mógł dokończyć. - Od czasów wdowy Salomei siedzę w Łęczycy. – Boruta przełknął z trudnością kolejny łyk kawy. – Ile to już stuleci minęło… a wcześniej, to ja jeszcze święte gaje pamiętam… - Wesoło mi było z waszym Twardowskim – mruknął po chwili ciszy Mefistofeles. – Ale bardziej będę tęsknić za moimi Niemcami. Faust. Miał klasę. Tak pięknie opisał to Goethe. Chociaż pisarze zawsze mieli dziwną tendencję do robienia z nas idiotów… Wyjrzeli przez okno. Widzieli niedalekie miasto. Łuny z niego szły pod samo niebo, rozświetlając czerń. W opuszczonym mieście zawsze wybuchają pożary. Ktoś zapomniał zdjąć garnek z ognia. Jakaś oślepiona przez strach matka zostawiła rozgrzane żelazko. Jakieś zapomniane dzieci bawiły się zapałkami. Tak, jak na całym świecie, gdy dzieje się coś, co sprawia, że nikt już nie przejmuje się szalejącą pożogą. Pożary. Znak wojny, zamieszek i zaraz. Najbardziej nieokiełznany żywioł – ogień. Ogień piekielny. – Po co myśmy tu w zasadzie przyłazili? - Rokita mlasnął. Nie lubił kawy. Ale niczego innego nie znalazł. A szkoda, nie pogardziłby szklanką ciepłego mleka. Ostatnią szklanką ciepłego mleka. – Przegramy i poginiemy. Od dawna wiemy, że przegramy. Po co w ogóle walczyć? - Żeby świat mógł się skończyć – rzekł nagle nowy głos. – Po prostu. Każda historia ma swój kres. Ludzie muszą być osądzeni. Ziemia zniszczona. Wszystko rozstrzygnięte. Diabły spojrzały w stronę wejścia. Na progu stał anioł z mieczem u boku. Miecz płonął. - Witaj, Michasiu – Boruta odstawił kubek trochę głośniej, niż zamierzał. – Co cię tu sprowadza, nie powinieneś raczej wizytować swoich wojsk? - Są już gotowe – odparł, poprawiając złote loki opadające mu na oczy. – Do końca wysiedzieliście w Polsce? - Żebyś wiedział. – Rokita zamiótł podłogę ogonem. W powietrze wzbił się kurz, skrząc się w blasku padającym od nowego gościa. – I chętnie posiedzielibyśmy tam jeszcze. Tak jakieś ze trzy razy tyle. Michał uśmiechnął się i spytał, czy może się przyłączyć. Świat zazwyczaj nie widuje takich scen. Trzy diabły i anioł sączą kawę, za drzwiami kotłują się wszelkie istoty nadprzyrodzone a na niebie zostały już tylko pojedyncze, słabe iskierki. - Lubiłem wasz kraj – stwierdził Michał, czekając, aż kawa nieco ostygnie. – Zwłaszcza, jak któryś z waszych kłócił się ze świętym Piotrem pod bramą Raju. - To musiało być zabawne – mruknął Boruta, ledwo powstrzymując łzy. Z nieba spadła ostatnia gwiazda. Wiedzieli, co to znaczy. Ze świata nic już nie pozostało. Gwiazdy były ostatnim znakiem. Ludzkość błąkała się po bezdrożach, czekając na swój kres. A jemu pękało serce, gdy myślał o swojej ukochanej Łęczycy, teraz zapewne obróconej w popiół. Kolegiata w Tumie pewnie też była już historią. Jak wtedy. W diablim pojęciu nie minęło wiele czasu od chwili, gdy wieża kościoła zawaliła się, trafiona niemieckim pociskiem. Po obiciu Mefistofelesa poszedł i się nad nią rozpłakał. A to przecież był od zawsze jego cel. Osiedlił się w Łęczycy i przesiedział tam, przez wieki próbując ową wieżę zburzyć. A zrobił to jakiś szwargoczący drań. I dopiero widząc, jak się zapada, diabeł zrozumiał, jak bardzo była mu droga. Nawet nie krył radości z jej odbudowania po wojnie. Teraz nikt już jej nie odbuduje. Dopijali kawę. Rozległy się trąby. Ostatnie dni pełne były trzęsień ziemi, ale teraz zatrzęsła się z niespotykaną dotąd siłą. - Zdaje się, że muszę iść – Michał podniósł się. – I… - chyba chciał coś jeszcze powiedzieć. Zrezygnował jednak i zniknął za drzwiami. Skrzydłem niezdarnie zawadził o futrynę. Na podłogę spadły dwa pióra, lśniąc niebiańskim blaskiem. Gdyby właśnie nie nadchodził koniec świata i ktoś jeszcze miałby czas, by je znaleźć, powstałaby zapewne nowa legenda. Albo nowa religia. Diabły wyjrzały za okno, obserwując ponuro, jak ziemia drży a na linii horyzontu z małego, marnego pagórka wyrasta gigantyczna góra. - Góra Megiddo. – Rokita uśmiechnął się. – Więc tak to załatwili. Przepowiedziana góra, określone miejsce, więc ma być góra i już, a nie jakiś nędzny pagórek.* - Spójrz. – Boruta zapatrzył się w puste niebo, na którym właśnie zapaliły się łuny. – W Asgardzie już walczą. Ciekawe, czy Olimp też się już ruszył. I moi dawni znajomi, stare bogi Słowian… - I na nas już czas. – Mefistofeles odstawił kubek do zlewu. Po chwili namysłu wyciągnął zza pazuchy wymiętą perukę i nałożył na łeb. Na uśmieszki polskich kolegów rzucił: - Zawsze byliśmy razem. Uznałem, że nie mogę nie nosić jej teraz. Wyszedł. - Boruta? - No, mały? - Mam… Ostatnią prośbę. - Co ty jeszcze możesz chcieć teraz? - Zaśpiewajmy hymn. Ostatni raz. Za nasz kraj. Za wszystkich, których… - Diabełek przełknął głośno ślinę, ledwo powstrzymując napływające znowu łzy - …przecież kochaliśmy. Boruta uśmiechnął się i zakaszlał. Po chwili w czarne, rozświetlane ogniami Sądu Ostatecznego niebo po raz ostatni popłynęło „Jeszcze Polska nie zginęła”. I oto nad paleniskiem miast Dumnym wznosimy się parasolem Dymu i pary ciężkiej od swądu Ugotowanej krwi… Rozgorzała bitwa. Ostateczne starcie dobra ze złem rozpoczęło się dźwiękiem trąb i nieziemskim krzykiem. Po raz ostatni w dziejach świata antagoniści i protagoniści rzucili się sobie do gardeł. Dobry czarny charakter nigdy nie odmawia walki. Nawet kiedy wie, że nie ma szans. Boruta padł od uderzenia nierozpoznanego rycerza w lśniącej zbroi. Wojak natychmiast pogalopował dalej, zostawiając przeciwnika samemu sobie, nie trudniąc się sprawdzeniem, czy jeszcze żyje. Zresztą, nie miało to już znaczenia. Z rozbitej głowy popłynęła czarna jak smoła krew i zalała diable oczy. Zdążył jeszcze zobaczyć samego dowódcę wojsk niebieskich, zbliżającego się powoli, jakby był na spacerze. Michał zawsze taki był. Jakby cały wojenny zgiełk go nie dotyczył. Przyłożył miecz do piersi szlachcica. - Jak leciała ta piosenka…? – Udał, że się zastanawia. – Aha, no tak… - Uśmiechnął się. – Śpij kolego w ciemnym grobie – Ostrze wbiło się między żebra. - Niech się Polska przyśni tobie. Boruta odwzajemnił uśmiech, zacisnął dłoń na rękojeści ukochanej szabli i zamknął oczy. Spod zaciśniętych powiek po raz ostatni spłynęła łza. Wszyscyśmy teraz godni litości, Wszyscyśmy teraz godni litości, Wszyscyśmy teraz godni litości… Bitwa była skończona. Świat został osądzony. Michał po raz ostatni spojrzał na miejsce, gdzie kiedyś była Europa. Teraz nie różniła się niczym od całej reszty. Góry i doliny zostały zrównane, lasy i miasta wypalone. Popiół pokrył cały znany ludzkości świat. Archanioł westchnął. Nie miał wiele wspólnego ze światem śmiertelnych, tak zresztą jak inni jego ziomkowie. To diabły były od bezpośrednich kontaktów z ludźmi. One i czasem święci, ale ci zazwyczaj pojawiali się od święta, w widzeniach i snach, tyle co przekazać wiadomość z góry. To diabły tak naprawdę znały ludzi. Jadły z nimi, piły i tańczyły, wodząc jednocześnie na pokuszenie. Znały każdą ich słabość. Przypomniał sobie dzień, w którym niebo się podzieliło. To on stał na czele tych, którzy przeciwstawili się zbuntowanemu Lucyferowi. Pamiętał, jak dawny brat upadał z obłoków, wprost w otchłań. Pióra, odzierane pędem powietrza z jego skrzydeł, wyglądały jak śnieg. Nagle zobaczył, że coś wystaje spod popiołu. Zaciekawiony podleciał bliżej. Tak, nie wydawało mu się. Guzik. Mały, niepozorny guzik od płaszcza. Jedyne, co zakłócało płaskość pustyni. Gdy przyjrzał się mu bliżej, zobaczył wygrawerowanego orzełka w koronie. Ale skąd on tutaj? Zmarszczył brwi. Tak, tu kiedyś musiał być kraj Boruty i Rokity. - Guziki. – Michał przymknął oczy. – Zostały po was guziki. Podniósł go i schował w połach szaty. Potem bezszelestnie odleciał w stronę bram niebios. Gdy tylko przez nie przeszedł, zamknęły się na zawsze. * Została tylko pustynia. Szara pustynia pod czarnym, pustym niebem. Pogrążona w śmiertelnej ciszy, której nic już nigdy nie zmąci. * - Boruta? - Tak? - Wiesz, bo ja się raz zakradłem do mieszkania takiego profesora. I on się zastanawiał nad Sądem Ostatecznym. I on powiedział tak jakoś, że podzieli się ludzkość na zbawionych i potępionych. Ale wieczność to dużo czasu. Pamięć się zatrze i zapomną – jedni, dlaczego zostali zbawieni, a drudzy – dlaczego ich potępiono. Jedni poczują się skrzywdzeni, drudzy znudzeni. Ale i to zblaknie, bo i męki spowszednieją i niebiańskie rozkosze się znudzą. Zostanie obojętność. I ten profesor domniemywał, że po pół wieczności ludzie znowu porzucą Raj, wezmą ze sobą potępieńców i wszystko zacznie się od nowa. ** - Nawet podoba mi się ta teoria. I chyba to prawda. Ja już dawno zapomniałem, dlaczego zostałem diabłem. Po tylu latach to już nieważne. Przyzwyczaiłem się. I po prostu byłem sobą. Tak jak i ty. I Mefistofeles. I Fugus, i Iskrzycki, i wszyscy inni. I takich nas pamiętali. - Boruta? - No? - Gdzie my w zasadzie jesteśmy? Tu jest tak ciemno… - Nie mam pojęcia, mały. Śpij. * Dziś wspomniana w Apokalipsie „góra Megiddo” ma zaledwie 20 m. wysokości. ** Niezbyt dokładnie przytoczona myśl prof. Stanisława Grodziskiego.



        Dedykacja: Poprawiona i rozbudowana wersja "Ostatniej bitwy" - opowiadania wysłanego na konkurs "Ostatnia kawa. Koniec świata u progu" na portalu-pisarskim. Wiersz przewijający się w utworze to "Dzień gniewu" - śpiewany przez śp. Jacka Kaczmarskiego.

Płeć: nieznana
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 18    
Data dodania: 21.03.2013r.

1     

Srebrna Użytkownik WPMT 31 03 2013 (17:12:39)

Jeśli chodzi o to, że w moim pierwszym komentarzu napisałam o małych i wielkich literach, to wiązało się to z tym, że ja zapisuję to trochę inaczej.
Na przykład, po myślnikach zaczynam dalej małą literą, nawet wtedy, gdy przed myślnikiem jest znak zapytania albo wykrzyknik. Może są różne szkoły pisania dialogów, ale ja kieruję się właśnie tą, według której sama piszę. Przedtem było coś w dialogach w pracy nie tak, dlatego też zawarłam tę sprawę w swoim komentarzu. Aż z ciekawości poszukam o tym gdzieś w podręczniku, bo na pewno jest to jakoś ujęte.


Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 30 03 2013 (22:41:21)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj,

świetnie. Naprawdę. Piszesz ciekawie, wciągasz czytelnika, sprawiasz, że chciałoby się chłonąć każde następne słowo. Ogromny plus za wiersz Jacka Kaczmarskiego, dobrze wiedzieć, że są jeszcze ludzie, którzy doceniają prawdziwych artystów. Nie znalazłam niemalże żadnych błędów interpunkcyjnych czy ortograficznych, tworzysz bezbłędnie zdania, mimo ich długości, pewnego rodzaju rozbudowania.

Ciekawa wizja, jakoś tak skojarzyła mi się nieco z ,,Panią Twardowską" Mickiewicza, pewnie przez tego Mefistofelesa. Nieco rozbawiła mnie zbierzność imion bohaterów z rzeczywistymi nazwiskami, był moment, iż zaczęłam wątpić w przypadki. Mam jedną prośbę- zastanów się nad formą tekstu. Nie wiem, czy nie jest to przypadkiem wina naszej strony, jednak pozjadało Ci akapity, a szkoda, przydałyby się. Pomyśl nad nimi i daj w najbliższym czasie znać.

Podzielam zdanie Srebrnej, są fragmenty, gdzie gubisz się z małymi i wielkimi literami. Pilnuj tego następnym razem! Pamiętaj, że po wielokropkach (których, swoją drogą, miejscami nadużywasz) również używamy wielkiej litery. Błędy pozwalam sobie poprawić.

Generalnie podoba mi się, masz ciekawy styl, unikasz błędów. Trzymaj tak dalej i pisz, pisz jak najwięcej! Tyle ode mnie, pracę akceptuję.

Pozdrawiam ciepło
Marzycielka :)

Ell003 Użytkownik wpmt 31 03 2013 (15:02:17)
Akapitów wcześniej, szczerze mówiąc, nie było - bo odwykłam od ich używania. W pisaniu komputerowym zazwyczaj używam po prostu entera.
A gubienie się z małymi i dużymi literami jest przez to, że dopiero ostatnio dowiedziałam się, jak w zasadzie powinno się je stawiać w dialogach - i byłam tym zaskoczona, ponieważ przeczytałam już w życiu mnóstwo książek i takiego zapisu nigdy nie odnotowałam (tworzenie tła dialogowego rozpoczynamy z dużej litery - serio? I po wielokropkach też?). Jest to dla mnie nowość i muszę przywyknąć.

Ale zaciekawiły mnie "zbieżność imion bohaterów z rzeczywistymi nazwiskami". O które imiona chodzi? Bo Boruta i Rokita to imiona ludowych diabłów, po prostu, bez podtekstów :)


Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (15:07:42)
Rozpoczynając wypowiedź bohatera winno używać się wielkiej litery, tak jak w normalnym, nowym zdaniu. Po wielokropkach zwykle też- tak samo jak po pytajniku, wykrzykniku, kropce (...). Warto byłoby pamiętać o akapitach, dzięki nim praca jest przejrzysta, estetyczna, nie przypomina jednego wielkiego tasiemca. Czytelnikowi łatwiej się odnaleść, szczególnie, jeżeli jest wzrokowcem ;).

Mam znajomych o nazwisku Boruta, a Rokita kojarzy mi się z polską sceną polityczną ;p

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (16:05:38)
Nie rozumiem, czemu miałabym uznać Cię za satanistkę, bardzo ciekawe spostrzeżenie ;p.

Srebrna Użytkownik WPMT 31 03 2013 (16:07:20)
Nie chcę wyjść na satanistkę (broń, Boże!), ale, kurcze, tak jakoś swojsko mieć własne diabły ludowe, w dodatku - patriotów. Może to właśnie traktuję jako groteskę - coś tak bliskiego, a diabły zachowują się jak ludzie, piją z aniołami (czasem i człowiek, jak spragniony, upije z największym wrogiem ;)).
Generalnie, czytając w Wikipedii (nie, żeby była ona głównym źródłem, na którym zawsze warto się opierać): "Początkowo w folklorze polskim diabły były to legendarne, rogate postacie, wywodzące się od złych lub złośliwych demonów – tzw. czartów lub biesów – pochodzących z mitologii słowiańskiej. Dopiero po chrystianizacji słowo diabeł stało się synonimem słowa szatan."

A więc życzę miłych i wesołych świąt Zmartwychwstania Pańskiego ;)

Srebrna Użytkownik WPMT 31 03 2013 (16:08:40)
Odpowiadając na komentarz Marzycielki: ale jakie spostrzeżenie konkretnie?

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (16:11:09)
To, że diabły ludowe są całkiem mile widziane w grotesce. Faktycznie naprawdę fajnie się potrafia tam wpasować, tak też jest i w przypadku tego opowiadania :).

Srebrna Użytkownik WPMT 31 03 2013 (16:20:28)
No ba! Może tak mi się wydaje ( z tymi diabłami i groteską), że zazwyczaj kojarzę je jako stworzenia noszące w sobie kwintesencję czystego zła (wiadomo, tak, jak to przedstawione w Biblii i chrześcijaństwie), ale, jak widać, Boruta i Rokita to przykłady diabłów przed "chrystianizacją" (tak a propos mojego cytatu z wiki ;p). Ja, przedtem nie zdająca sobie sprawy i sądząca, że od zawsze były synonimem szatana, rozpoznałam w tym przednią groteskę. Nawet nawiązania do walk z aniołami, które są tu przedstawione w pracy, nakierowały mnie na myślenie, że toż to ich wrogowie. Nawet jeśli kiedyś diabły miały "inną sławę", nie odbiera to opowiadaniu groteski. Chociażby sam przykład, że diabły i anioł piją razem, to już jest świetny jej element ;)

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (16:26:27)
Dokładnie, zderzenie dwóch światów w pełnym tych słów znaczeniu. Co do opowiadań groteskowych, gorąco polecam Sławomira Mrożka- mistrz. W pierwszym momencie się śmiejesz, ale w drugim do Ciebie dochodzi, że to może zobaczyć każdy człowiek w swoim życiu. I wtedy, gdy odnajduje się drugie dno, już aż tak absurdalnie nie jest ;).

Srebrna Użytkownik WPMT 31 03 2013 (16:29:14)
Mrożka znam ze szkoły. Jest w programie nauczania i w ogóle, ale podoba mi się klimat jego opowiadań. Rzeczywiście - mają ukryty sens. Mimo użycia groteski, nie zatraca sedna sprawy, o której pisze. Nic, po prostu czytać ;)

Ell003 Użytkownik wpmt 31 03 2013 (16:41:45)
Z interpunkcją to człowiek się całe życie uczy, jak widać. Że początek wypowiedzi bohatera, w ogóle początek zdania (także po didaskaliach, które w takim wypadku kończy się kropką), nazwy własne i tak dalej - wiadomo. Jednak nikt nigdy - a mam dwadzieścia lat już i zawsze lubiłam pisać - nie zwrócił mi uwagi, że tło dialogowe (" - Tak myślałem. - Potarł czoło.") powinno się zaczynać z dużej litery a przed myślnikiem postawić kropkę. Tak, jak nikt mi nie wspomniał, że po wielokropku i dwukropku powinny takie być. Ani polonistki, ani komisje konkursowe. Sama w książkach też nie zaobserwowałam, szczerze mówiąc.

No nic, teraz już wiem.

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (16:44:05)
Bo na to też jest reguła. Nie jest to konieczne, Twoje zapisy co do tła są w porządku. Osobiście preferuję traktowanie tła dialogowego bez kropek i wielkich liter, jako wtrącenie ze strony autora, wydaje mi się też, że jest to poprawne (!). Zaobserwowałam jednak, szczególnie w tekstach Grocholi, że bardzo często stosuje się tło dialogowe o którym piszesz powyżej. Mniemam, iż wynika to z dopowiedzenia związanego z ruchem bohatera, pewnego rodzaju dynamiką. Chyba źle się zrozumiałyśmy ;p

Ell003 Użytkownik wpmt 31 03 2013 (17:00:38)
No właśnie, całe życie wydawało mi się, że to jest poprawne!

...gdzie więc się zgubiłam z wielkimi i małymi literami? Bo może to zwykłe niedopatrzenie...

Marzycielka Szef wierszy, redaktor prowadzący 31 03 2013 (17:05:29)
Tak, chyba niedopatrzenie. Głównie po wielokropkach, z tego, co pamiętam, zdarzyło się też chyba w drugiej części wypowiedzi danego bohatera, po ,,wtrąceniu" narratora. Drobnostki, ale wspomniałam dla jasności. To nie zmienia świetności opowiadania, uszy do góry ;).

Ell003 Użytkownik wpmt 31 03 2013 (17:09:33)
No właśnie, całe życie wydawało mi się, że to jest poprawne!

...gdzie więc się zgubiłam z wielkimi i małymi literami? Bo może to zwykłe niedopatrzenie...

Ell003 Użytkownik wpmt 31 03 2013 (17:11:25)
No cóż, o wielokropkach też nie wiedziałam ^^' A co do drugiej części, no właśnie. Ja znałam zasadę, że jeśli to kontynuacja zdanie "przedwtrąceniowego" to pisze się z małej. Taka to i polska interpunkcja ^^'

Srebrna Użytkownik WPMT 24 03 2013 (23:16:50)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Podobał mi się sposób opisywania, bardzo przejrzysty i jasny. W ogóle cała historia jest w pewnym sensie urzekająca. Poza tym moja ukochana groteska! Dialogi zgrabne, o opisach już wspominałam. Wkradły się małe błędy interpunkcyjne np. przecinki w sąsiedztwie imiesłowów. Błąd z "tą" i "tę" gdzieś na początku pracy. Gdzieś zapomnienie przy mowie niezależnej (chodzi mi tu o małe i wielkie litery). Ogólnie ciekawe przedstawienie konfrontacji postaci z legend i podań ludowych, rzeczy iście anielskich z czasami współczesnymi, z wojną, z końcem świata. Jestem za, kupuję to ;)

Pozdrawiam,
Srebrna


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(20): 20 gości i 0 zarejestrowanych: