warto go przeczytać
Pseudonim: Marybeth
Usiadł na łóżku i załadował pistolet. Przez chwilę przyglądał się swoim dłoniom, po czym zaśmiał się głośno. Łzy pociekły mu po policzkach, kiedy pochylił głowę, wzdychając głęboko.
- Masz rację. To całkiem zabawne - odezwał się, zaciskając powieki. Przetarł ręką twarz i uspokoił się, otwierając oczy. - Miałem to zrobić już jakiś czas temu. Wtedy stwierdziłem, że jeszcze poczekam. Było warto.
- To twoja rodzina - usłyszał.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie i spojrzał przed siebie.
- Nie. To tylko grupa nic nieznaczących dla mnie osób. Jednak chcę by w końcu zaznali spokoju.
- Nie rozumiem cię, Ben.
- Nie dziwię się. Sam często siebie nie rozumiem - przyznał i zaśmiał się ponownie. Po chwili wstał z łóżka i rozejrzał się po pustym pomieszczeniu. Wszystko wokół wydawało się być nieskazitelnie czyste. Żałował, że musiał być tym, który zniszczy idealny porządek.
Przystanął przed oknem i spojrzał na horyzont. Od kilku dni nieprzerywanie padał deszcz i nie zanosiło się na poprawę. Nigdy wcześniej nie potrzebował słońca, ale w tym momencie pragnął je ujrzeć. Wręcz tęsknił za nim, ponieważ znalazło się ono na jego liście rzeczy niezbędnych. Czuł, że w innym wypadku, cała reszta mogła ulec zmianie. Chciał by choć na chwilę ciepło promieni otuliło jego zmęczoną twarz, dając mu niezapomniane uczucie miłości.
Zerknął w stronę stojącego pod ścianą krzesła. Zbliżył się do niego i przesunął je do przodu. Przechylił głowę i zacmokał. Sądził, że tak właśnie będzie dobrze.
- Wyszło pięć kroków - posłyszał. Ben westchnął.
- Umiem liczyć.
- Chciałem się upewnić czy nie popełniłeś błędu. W końcu chcesz by wszystko poszło po twojej myśli.
- I tak będzie. Długo się do tego przygotowywałem.
- I naprawdę uwielbiasz czerwień… - zwrócił uwagę na niedbały napis na białej ścianie. - To ma być coś w rodzaju przesłania?
- Interpretuj to jak chcesz - odparł z delikatnym uśmiechem.
- Jesteś szurnięty, Ben.
- Każdy musi być jakiś - rzekł, zadowolony. Odsłonił firanki i znów wyjrzał przez okno.
- Szukasz słońca? Wzięło sobie dzisiaj wolne. Tak jak i wczoraj, i…
- Daj mi spokój - wymamrotał.
- Jak sobie życzysz.
Obejrzał się przez ramię, marszcząc brwi. Przebiegł wzrokiem po pokoju i podszedł do łóżka, podnosząc z pościeli pistolet. Kolejny raz otworzył magazynek i po przeliczeniu naboi, usiadł na krześle oddalonym od tylnej ściany o dokładne pięć kroków.
Spojrzał w stronę drzwi. Oczami wyobraźni widział wbiegającą przez nie siostrę, a za nią matkę i brata. Na twarzach całej trójki widniały szerokie uśmiechy. Żadnemu nie zadrżała powieka. Skoro ich nienawidził, dlaczego pragnął dla nich tego, co najlepsze? Być może tym samym zdołałby uspokoić własną rozedrganą duszę, która skrywała już tylko strzępy jego samego. Gdy był mały uwielbiał powtarzać, że nie posiadał duszy, bo nie wierzył w Boga. Nie potrafił uwierzyć w coś, czego nie widział. Poza tym nie był w stanie pojąć tego, że człowiek mógł posiadać coś nieśmiertelnego. W końcu żaden Bóg nie istniał, prawda?
Odkąd sięgał pamięcią, od zawsze każdemu sprawiał kłopoty. Z początku bawiło go cierpienie innych jednak później dostrzegł, że pozostał zupełnie sam. Rodzina oddaliła się od niego, chociaż jego matka wiele razy starała się przeprowadzić z nim szczerą rozmowę. To on był tym, który zamykał drzwi na cztery spusty. Wszak ostatnimi czasy starał się zjednoczyć z bliskimi. Ot tak, dla zachowania pozorów. Wciąż uważał, że świat był teatrem, a on odgrywał w nim tylko nic nie znaczącą rolę jako marionetka. Ktoś wyżej pociągał za sznurki, ale obiecał sobie, że nie będzie dłużej kontrolowany.
Spojrzał na trzymaną broń. Poprzedniego dnia polerował ją przez godzinę po to by błyszczała jak kryształ. I chociaż nie uzyskał upragnionego efektu, po skończonej pracy stwierdził, że był bardzo blisko.
- Czas mija, Ben.
- Powiedziałem ci byś mnie zostawił. Nie lubię powtarzać się dwa razy - warknął, zirytowany.
- Już to zrobiłeś, a teraz się pospiesz. Wszyscy są na dole.
- Zamknij się - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Nie będziesz mnie ponaglał - dodał ciszej.
- To na wypadek gdybyś chciał się wycofać. Lepiej zrobić to szybko niż zastanawiać się przez długie minuty.
- Wspaniała rada - prychnął i wyprostował się na krześle. Przełknął ślinę, po czym wsunął lufę pistoletu do ust i spojrzał w górę. W myślach zaczął odliczać sekundy do momentu, gdy nie zgubił się między trzydziestą a czterdziestą. Przymknął powieki, a jego ręka niespodziewanie zadrżała. Raptem był gotów wstać i wyjść, ale był ktoś, kto nie chciał mu na to pozwolić.
Powoli otworzył oczy, ostrożnie wysuwając lufę z ust.
- Strzelaj!
W pomieszczeniu rozległ się ogłuszający hałas. Ben pochylił głowę do przodu, pozwalając, by pistolet wyśliznął się z jego ręki na podłogę. Na ścianie za nim pojawiła się krwawa mozaika, która była zwieńczeniem jego dzieła podpisanego dwoma słowami: Kocham czerwień.
Do pokoju wbiegła młoda kobieta z przerażeniem na twarzy, a przez chmury wyjrzało słońce.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 20.01.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(32): 29 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14