warto go przeczytać
Pseudonim: asiunia12345
- Czytałam twoje wiersze – powiedziała, próbując zapomnieć o bólu całego ciała. Splątane sznurem dłonie przybliżała do pleców, by złagodzić ucisk na przedramionach. Spojrzał na nią wzrokiem psychopatycznego mordercy. Swoim wzrokiem. – Ten fragment o linii kobiecych bioder był genialny. Czytałam go na głos, kiedy pierwszy raz kochałam się z mężczyzną – oddychała głęboko, a zmierzwione włosy drgały pod wpływem nierytmicznie wydychanego powietrza. Zapalił papierosa, a może cygaro – nie potrafiła tego ocenić zmęczonym wzrokiem. Przechadzał się po pokoju. Patrzył w okna zabite dyktą, jakby chciał dojrzeć sztormowe i ciemne morze.
W końcu zaszlochała. Uniosła głowę o kilka centymetrów i wzrokiem porzuconego dziecka próbowała nieudolnie wykrzyczeć: ,,Dlaczego mi to robisz?” Czym zawiniła, czy zbytecznym uśmiechem z pierwszego rzędu, czy może pomyłką w recytacji…
- Też ci coś przeczytam. – To były jego pierwsze słowa od momentu, w którym ją tu przyprowadził, rzucił w kąt i związał. -
Przesuwa się, drga
Po skroni jak łodzią
Dopływa do celu i wznosi
Elegia.
Zamyka otwory dusz splątanych
I rąbki czerwieni odrywa od życia
Ostatnim oddechem wzbudzone, uśpione.
Wiesz o czym to wiersz? Szukam zakończenia. Szukam ciebie.
- To o żałobnych pieśniach, brzmiących od wieków. I oczach, które zamyka. I ustach, które się zaczynają i kończą. To wszystko o śmierci. – Wyszeptała bezsilnie.
- Dobrze! - krzyknął z autentyczną radością. Usiadł obok niej na podłodze, brudząc garnitur białym, rozsypanym wapnem. Nie zwrócił na to uwagi. – Wybrałem ciebie, bo tylko ty na tej całej sali byłaś prawdziwa. Tylko ty umrzesz tutaj tak, bym mógł to opisać bez konieczności wspominania o fałszu. Jesteś moją muzą. Będziesz. – Uśmiechnął się tak, jakby był dobrym człowiekiem. Przybliżył swoje usta do jej pobladłego czoła i pocałował je, odgarniając delikatnie poszarpane włosy w kolorze wapiennego orzecha. – A na dodatek jesteś piękna. I na pewno mądra. I będziesz ze mną zgodna, czuję to. Zabawmy się. Wymyśl mi rymy. Kura?
- Skóra.
- Ćwierć?
- Śmierć.
- Zew.
- Krew.
- No widzisz, stuprocentowa zgodność. Nasz plan dojdzie do skutku.
- Twój.
- Co? Ach, no tak. Ty nie chcesz umierać. Niech będzie, mój plan dojdzie do skutku. Zadedykuję ci ten wiersz. Jak masz na imię? – nie wiedziała, który to fragment spotkania. Zachowywał się, jak gdyby właśnie wpisywał dedykację do książki: ,,Serdeczne uściski dla miłej czytelniczki Agnieszki – twój na zawsze - pisarz Andrzej Piątkowski.”
- Andrzej – wyszeptała, odchylając głowę i opierając ją na ścianie. – Jesteś dobrym człowiekiem. Piszesz wiersze o wolności, wierności ideałom, dążeniu do marzeń. Dlaczego ty mi to robisz? – zaszlochała, a łzy zostawiły czysty pas na zakurzonych policzkach. Milczał. Przez cienką szparę w okiennej dykcie wpadły pierwsze promienie słońca. Nie chciała umierać nad rankiem. Na jej nagrobku napisze, że zmarła dziś, choć tak naprawdę stało się to wczoraj. Założyła czerwony sweter, proste, ciemne spodnie i ulubione szpilki. Umalowała usta szminką pachnącą luksusem, a perfumy ukradła lokatorce - zaledwie kilka kropel szczęścia. Była gotowa, a taksówka czekała na dole. Wsiadła i podała adres przyjemnej restauracyjki, w której miało odbyć się spotkanie z jej ulubionym pisarzem Andrzejem Piątkowskim. Wpadła w ostatniej chwili, już zamykano drzwi na klucz, by obnażać dusze na wskroś. Ostatnie miejsce w pierwszym rzędzie. Nie bała się, marzyła, by spojrzeć w oczy, których myśli towarzyszą jej od lat. ,,Jak fala, jak droga pociągła, do szczęścia. I gładka i giętka wśród płacht białych i cieni”. Takie komplementy usłyszała od pierwszego mężczyzny. Wtedy pokochała Andrzeja, bo od zawsze chodziło jej o słowa, a nie o czyny. Kochanka zapomniała szybko, lecz słowa wyryły się na zawsze. Kupiła jego pierwszy tomik wydany w skromnym nakładzie. Chyba każdy utwór znała na pamięć. Następna książka wyjść miała niedługo, akcje promocyjne ruszyły pełną parą. Piątkowski na bilbordach, nazwany największym odkryciem swojego pokolenia, nazwanego drugim Norwidem, bo też nie od razu wiadomo o co mu chodzi. Agnieszka co dnia przejeżdżała brudnym podmiejskim obok plakatu, gdzie Andrzej z analitycznym spojrzeniem uśmiechał się sceptycznie. Był jej ideałem. Jej grą słów na samotne wieczory. Jej mantrą w drodze do szczęścia. To była wzorowa fascynacja.
Gdy siadła w pierwszym rzędzie, Andrzej kończył pić kawę przy barze i wstając, otrzepał kilka niewidzialnych pyłków na marynarce, a następnie usiadł w wygodnym fotelu przy małym stoliku i założył klasyczne okulary. Ktoś z obsługi zgasił główny żyrandol i zapalił boczne światła.
- Dzień dobry - patrzył tylko na nią. - Mam dzisiaj diabelny pomysł – publika roześmiała się. - Jedno z was pomoże mi stworzyć wiersz. O szczegółach poinformuję później. A teraz, macie jakieś pytania?
Owszem, mieli. Ktoś chciał wiedzieć jak się zaczęła przygoda z poezją, skąd autor czerpie pomysły i czy zawsze utożsamia się z podmiotem lirycznym. A ona tylko siedziała i słuchała jego głosu. Głęboki, niski i ciepły. Miała bogatą wyobraźnię i właśnie widziała ich razem w łóżku, wtulonych w siebie i szepczących. Oddałaby dziesięć najpiękniejszych lat za tę jedną noc.
Teraz, kiedy siedziała tu jako spętana dwudziestopięciolatka, wiedziała, że za tą noc być może odda wszystkie lata, na jakie liczyła. Nie miała sił nawet płakać.
- O czym marzysz, kochanie? Bo ja zawsze przed śmiercią chciałem zaznać szczęścia. Patrz, spełniło ci się. Jesteś z genialnym pisarzem, wspaniałym mężczyzną. Ty się śmiejesz, że tak drgasz? A nie, płaczesz… Ze szczęścia, mam nadzieję. Powiedz mi kochanie, co mógłbym dla ciebie zrobić?
- Wypuść mnie! – krzyknęła, aż całe pomieszczenie przepełniło się grozą tej chwili.
- Ty zdziro! To ja poświęcam całą noc i dzień byś mogła mną się napełnić, poczuć jaki jestem wspaniały, a ty… Spodziewałem się, że zaproponujesz coś milszego! Tak się odwdzięczasz? Ty... Tania szmiro, słaby tekście, tania szmiro, słaby tekście, tania szmiro, słaby tekście bez polotu – chodził wkoło i powtarzał te słowa. Zwariował. Nagle z metalicznym spojrzeniem chwycił leżący obok stalowy drążek i zaczął uderzać. – Tania szmiro, słaby tekście, tania szmiro, słaby tekście…
Skóra, śmierć, krew, skóra, śmierć, krew, skóra, śmierć, krew.
I tak przez pół dnia.
Pół roku później:
- Dzień dobry, w naszym studiu Andrzej Piątkowski, jeden z ,,młodych, zdolnych”. Panie Andrzeju, dlaczego ten tomik tak bardzo odbiega stylem od tamtych? Czy po prostu nie lubi pan rutyny, a może ma to głębszą przyczynę?
- Szanowni państwo, drogi panie redaktorze, w tych wierszach jak w żadnych innych należy czytać między wierszami. Pozwólcie, że przytoczę przykład.
Tulisz milczenia, a męska kura,
Budzi to, co zasnęło, to nie to, gdzie skóra?
Rozłożona równolegle z wieczną ciszą zemsty ćwierć
Niesie wyczekaną dla mnie śmierć.
Nie wiem, czego był to zew
Na mych piersiach, udach, twarzy – twoja krew.
-Przepraszam za odważną opinię, ale to chyba najgorszy z pana wierszy – w tym momencie Piątkowski wstał i z oburzeniem wyszedł ze studia, krzycząc tylko: ,,Nie doceniacie prawdy. Sztuczny miód, kurwa!” Prowadzący załagadza sytuację, zapowiadając pogodę. Dzisiaj słonecznie.
Andrzej wrócił do domu. Nalał whisky, wrzucił kilka kostek lodu. Butelka się kończy, jeszcze to na dodatek. Stracił, bo zaczął pisać autentycznie. Wyjął z szafy album, oprawiony w brązową skórę. Agnieszka. Kilka zdjęć ze spotkania, pierwszy rząd, perwersyjny sweter, opinający biust, czerwona szminka, krzycząca pożądaniem. A spojrzenie jak u dziecka. Następna klatka – zmasakrowane ciało i wszechobecna krew. Ale dopiero przy tym zdjęciu czuje jak krew napływa mu w dolne rejony ciała. Od roku wie, że to nie nienormalne. Podniecają go szczątki, rozkładające się młode kobiety.
W szafie są jeszcze inne albumy – Martyna, Aneta, Kinga, Zosia. Ale to Agnieszka rozdziewiczyła jego chorą fascynację.
Strach włączyć telewizor, wszędzie zdjęcia tych dziewczyn, które zaginęły, gdy tylko wyszły ze spotkania z Andrzejem Piątkowskim. W gazetach krzyczą napisy: ,,Kto poluje na fanki młodego pisarza?”. Andrzej jest czysty jak szkło. Szkło, którym łatwo się zaciąć.
Od niedawna prowadzi notatnik. Dziwne ma myśli.
Czy te ręce oderwane od korpusu, mogę zaliczyć za seksualne partnerki? Może ręka to jedno, a noga to drugie. Może jedna kobieta to kilka partnerek…
To chore, jest psychopatą. Chyba o tym wie. Ale przyznanie się do swoich upodobań równałoby się z dożywociem. A on musi pisać. Chce mieć żonę i dzieci, ogród z przyciętym trawnikiem i łóżko z flanelową pościelą.
Minął rok od Agnieszki. Rodzina ciągle prosi w telewizji, by się odezwała, jeśli… I tu załamuje im się głos. A przecież ona żyje. Ma swój własny wiersz u Piątkowskiego. Drobnym pismem wydrukowano: ,,Agnieszce, za życie dla poezji” A później jakiś szturmujący publikę młody dziennikarz nazwał to słabizną. W takich chwilach Andrzej chciałby być homoseksualistą i to tego pismaka zaprowadzić do tej szopki. Do szopki, w której leży pięć ciał. Z jednych zostało mniej, z drugich więcej. Jedzie tam jak ma kryzys. To jak darmowy burdel.
To życie mogłoby trwać. Mógłby zabijać, by poczuć się mężczyzną, kończącym własną ręką nad umierającym ciałem. Ale nie mógł znieść niezrozumienia wśród czytelników, kpin z jego błahych rymów, dziwnych opisów. Dlatego napisał w notatniku:
Śmierć niesie śmierć. Dlatego śmierć mojej popularności, musi przynieść moją śmierć. Proszę o przekazanie policji adresu, którego tajemnicę zrozumiałem, gdy przekroczyłem dopuszczalną ilość alkoholu. Jestem skurwielem. Teraz wiem, że nie potrafię żyć bez tych kobiet. Muszę do nich dołączyć, by kochać się z nimi pięcioma naraz. Może nie dostanę iluś tam dziewic, jak głosi Koran, ale będę z najpiękniejszymi kobietami jakie spotkałem. Z tymi, które się dla mnie zgodziły poświęcić.
Wstał i odszedł od stolika w małym pubie. Resztę piwa wylał na swoją koszulę, by tak jak one być mokrym, nie od krwi, to od alkoholu. Rozpiął koszulę, by też być nagim, tak jak one, gdy już je rozebrał. Zmierzwił włosy. Wyciągając pistolet, krzyczał, by go puścić. Wszyscy patrzyli na niego dziwnym wzrokiem, a barmanka już wzywała policję. W końcu Piątkowski naruszał spokój innych gości.
Wtedy pociągnął spust, i przerywając krzyki, strzelił sobie w skroń. Z kieszeni wypadła kartka z adresem szopki.
Sprawiedliwie nie znaczy po równo.
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 03.05.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 30 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14