Pseudonim: Edward Horsztyński
O sobie: http://edwardhorsztynski.blog.pl/ https://www.facebook.com/pages/Whispers-From-Basement/128293687346723?fref=ts
Napisanych prac:
- wiersze: 25
- proza: 16
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.2
Użytkownik uzyskał: 265 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Pamiętnik podczłowieka..." 22.11.2013
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." 22.07.2015
"Utopia we krwi utopiona" 26.11.2013
"Dom" 12.02.2014
"Piekło, które zamarzło" 20.06.2014

Inne prace tego autora:
"Krew nie woda" 05.02.2014
"Kastuś" 07.05.2015
"Podlaski kraj" 09.07.2014
"Utopia we krwi utopiona" 26.11.2013
"Kraj lat dziecinnych" 12.04.2015


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Piekło, które zamarzło

- Abonent czasowo niedostępny. Proszę zadzwonić później. - Za każdym razem głos telefonicznej kobiety był tak samo wkurzający. Adrianowi nie podobało się to, że abonent jest czasowo niedostępny. Te czasowo trwało już zbyt długo. Nie podobało mu się też, że z tym abonentem zobaczy się dopiero za dwa miesiące. Nie podobał mu się jej przyjaciel, który z pewnością będzie dotrzymywać jej towarzystwa. Nie podobało mu się zimno. Nie podobało mu się to, że w Norwegii nie można kupić alkoholu po godzinie 20.00, ani to, że alkohol był tu tak drogi. Śnieg uderzał w okno, jakby chciał zbić szybę i spuścić Adrianowi wpierdol. Motelowy pokój zdążył nasiąknąć papierosowym dymem. Oczywiście, nie można było palić w pokoju, lecz on miał zamiar opuścić go, nim pokojówka czy inna cholera to zauważy. Papierosy go uspokajały. Odpalając kolejnego Lucky Strike'a, skakał po kanałach. Palenie i telewizja pozwalały mu nie wyobrażać sobie przyjacielskich łap na jego dziewczynie. Adrian nie był zazdrosnym facetem. Miał po prostu bujną wyobraźnię. Może w innym miejscu lub czasie mógłby ją wykorzystać, by zrobić coś twórczego. W tej chwili przeklinał ją. Och, Kamil, jesteś dobrym przyjacielem. Mógłbym pomóc ci z czymś jeszcze, Klaudio? - Nie. Ufam jej - pomyślał. - I ona nie zrobiłaby mi tego. W końcu to dla nas pojechałem do tej pracy. - Gdy byłeś w pobliżu, nie śmiał wchodzić ci w drogę - powiedział głos w jego głowie. - A teraz, kiedy jesteś daleko... - Przyjaźnią się od dawna. Gdyby coś zamierzał, to już wcześniej by zaczął działać - tym razem Adrian powiedział to na głos. Poczuł brzydki, zapach spalenizny. Papieros wypalił się aż do filtra. Pilot zaś trafił na kanał, na którym leciał "Tom & Jerry". Miał nadzieję, że kreskówka poprawi mu humor, lecz zamiast tego poczuł żal i irytację. Żal Toma i irytację, że nie może złapać tej cholernej myszy. Powieki zaczęły mu ciążyć. Wolał zasnąć przed telewizorem, niż męczyć się w łóżku ze swoimi myślami. Gdy zacznie się talk show zwany ,,Ja kontra ja’’, nawet bardzo zmęczony człowiek będzie miał problem z zaśnięciem. Zmęczone oczy w końcu się zamknęły i Adrian zasnął w fotelu. Wiatr wył jękiem tysiąca potępieńców, zagłuszając nawet telewizor. Jęk wiatru zlewał się ze snami, które zesłał Adrianowi Morfeusz. A śniło mu się pole bitwy. Wśród trupów leżeli ludzie, którym wróg nie dał szybkiej śmierci. Leżeli, pokaleczeni włóczniami, toporami, mieczami i strzałami. Ci, którzy mieli więcej siły i odwagi sami siebie dobijali i kończyli swą mękę. Reszta żałośnie zawodziła, a kruki niecierpliwie czekały, aż przestaną się ruszać. Następnie sceneria się zmieniła i ujrzał wisielca, który huśtał się na gałęzi pod wpływem wiatru. Od zawsze fascynowały go wisielce. Bezwładne ciało, wiatr rozwiewający długie, czarne włosy, jednocześnie lekko kołysząc ciało. Adrian był normalnym facetem, ale w dzieciństwie miał swoje schizy. Jedną z nich było wieszanie zabawek za szyję. Kiedyś cały pokój obwiesił zabawkowymi wisielcami. - Jesteś popierdolony - powiedziała wtedy matka. - Jestem popierdolony - powiedział Adrian po przebudzeniu. Czuł się wymięty. Czuł się tak, jakby ktoś go przeżuł i wypluł. Ciało miał obolałe po spaniu w fotelu. Fizycznie czuł się okropnie, a psychicznie... Sam nie wiedział, gdyż dzień się dopiero zaczął. Automatycznie sięgnął po paczkę papierosów. - Kurwa – przeklął pierwszy raz tego dnia, gdy okazało się, że paczka jest pusta. Telewizor był wyłączony, choć Adrian nie pamiętał żeby go wyłączał. W pokoju zaś panował półmrok, gdyż śnieg zasypał większą część okien. Z trudem podniósł się z fotela. Kiedy to zrobił, kości głośno strzeliły. Poczuł się jak szkielet z jakiegoś starego horroru. Do swojego coveru kapeli z cmentarza dodał solówkę, strzelając palcami u nóg i rąk oraz karkiem. Klaudia zawsze tego nienawidziła, a on kochał ją tym denerwować. Przestań! To obrzydliwe! Brzmi jak łamane kości. Przechodziły ją dreszcze i dostawała gęsiej skórki. Okno praktycznie przymarzło, więc musiał mocno je popchnąć, by zepchnąć śnieg z parapetu i wpuścić trochę światła i świeżego powietrza do pokoju. Od mroźnego powiewu zapiekły go oczy, a w całym ciele poczuł milion szpilek wbijających się w ciało. - Kurwa-a-a. – Zamknął gwałtownie okno. - A mówią, że to na Podlasiu jest zimno. W łazience przemył twarz. Przez chwilę oglądał ją w lustrze. A była to przystojna twarz dwudziestotrzyletniego faceta. W końcu Klaudia musiała coś w nim widzieć. Niemniej jednak, nigdy nie czuł się wystarczająco przystojny dla niej. Zwykle przed lustrem ćwiczył rozmowy z ludźmi, z którymi miał się spotkać tego dnia, lub powtarzał sobie "dasz radę Adi, dziś będzie dobry dzień, to ty prowadzisz, jesteś zwycięzcą" czy coś w tym stylu. Dziś jednak nie miał nic sobie do powiedzenia. Kolejny już dzień się nie golił, a kilkudniowy zarost, który Klaudia tak uwielbiała, powoli zamieniał się w brodę. Zawsze zapuszczał brodę podczas dłuższych rozłąk z Klaudią. Razem nazywali to brodą rozpaczy i tęsknoty. Spakował swoje rzeczy, a dużo ich nie było. Trochę ubrań i rzeczy do higieny osobistej. Ojciec zawsze mu wmawiał, że jest niechlujnym bałaganiarzem i wszędzie robi syf, lecz Adrian zostawił pokój w nienagannym stanie, nie licząc zapachu tytoniu. Młody Norweg w motelowej recepcji miał długie blond włosy i kozią bródkę zaplecioną w dwa warkoczyki. Gdyby zamienił koszulkę jakiegoś metalowego zespołu na kolczugę, wyglądałby jak prawdziwy wiking. Gdy tylko Adrian wyszedł z korytarza, chłopak powiedział do niego coś, co było za długie na "Dzień dobry, wymeldowuje się pan?" i za krótkie na "Dawaj złoto słowiański psie, albo ja i moi kamraci wypatroszymy cię jak rybę". - Przepraszam, nie mówię po norwesku – rzekł do niego po angielsku. - Oho, kolejny emigrant przybyły tu za miodem i chlebem. Mówiłem, że raczej pan nigdzie nie pojedzie. Pański samochód jest pod śniegiem. - Więc dostaniesz niemały napiwek, jeśli pomożesz mi go odkopać - odparł Adrian i położył klucz od mieszkania na ladzie. - Za żadne pradawne skarby moich przodków nie wyjdę na zewnątrz. Musi pan poczekać. - Chłopak przesunął klucz w stronę klienta. - Może to wygląda jakbym próbował pana naciągnąć na kolejną noc w tym cudownym przybytku, ale sytuacja naprawdę jest tragiczna. - Dziwne, zawsze myślałem że wy w taką pogodę dopiero zakładacie koszulki. - Zimy u nas są raz mroźne, a raz mroźniejsze, ale nie przypominam sobie, bym w moim krótkim życiu doświadczył takiej epoki lodowcowej. W porannych wiadomościach mówili, że tak jest wszędzie. W niektórych regionach zasypało całe domy aż po dach. Więcej nic nie wiem, bo potem wyłączyło prąd. Ale nie wygląda wcale jakby się miało poprawić. Młody potomek wikingów nie zrozumiał co powiedział jego klient, lecz domyślał się, że były to same przekleństwa. - Jak daleko jest do najbliższego miasta? - spytał Adrian po wiązance przekleństw. - Cztery kilometry do Leiry. Ale nie dojdziesz. Gdy spluniesz, ślina zamarza zanim jeszcze spadnie. Jeśli nie ma pan jedzenia, musi pan zadowolić się przekąskami z automatu. - Skończ z tym panem, młody. Jestem niewiele starszy od ciebie. Mów mi Adi. - Okej, koleś. Ja jestem Erik. - A automaty z fajkami są, Eriku? - Niestety nie. - Jest tu ktoś oprócz nas? - Nie, jesteś jedynym klientem. Jeśli chodzi o personel to prowadzę ten motelik z rodzicami, którzy teraz grzeją się pod pieprzonym słońcem pieprzonego Egiptu. Mam nadzieję że nie jesteś facetem który lubi sprawiać kłopoty? - Erik spojrzał na Adriana podejrzliwie niebieskimi oczami. - Starzy pierwszy raz zostawili mnie samego z biznesem. Mam wykazać się odpowiedzialnością i wszystko ma być cacy kiedy wrócą. Też masz takich okropnych starych, którzy od małego trzymają cie pod kloszem i ciągle powtarzają że jesteś nieodpowiedzialny? - Mam gorszych - odparł Adrian - Kurwa. Jak mam być odpowiedzialny, skoro nigdy wcześniej nie dostałem szansy, by wykazać się odpowiedzialnością. No, aż do teraz. Nawet zrezygnowałem z organizowania konkretnego melanżu na cały parszywy motel. Jeśli coś spieprzę, nie dostanę drugiej szansy. Musze pokazać starym wapniakom, że jestem dorosłym, odpowiedzialnym facetem. Też tak miałeś? Że rodzice ciągle ci mówili jaki to jesteś nie odpowiedzialny, jednocześnie nie pozwalając się wykazać odpowiedzialnością? To właśnie przez takich nadopiekuńczych rodziców, dzieci wyrastają na pierdoły. - Co czytasz? - spytał Adi mimo, że widział złoty napis "Nordic myths" na czarnej okładce. Chciał tylko zmienić temat. - Mitologia nordycka. Jestem zafascynowany nordyckimi kolesiami z góry... lub z dołu, których czcili moi przodkowie. - A co z "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną"? - Wychowałem się w protestanckiej rodzinie, lecz bardziej obawiam się piorunów i młota Thora który zabił setki lodowych olbrzymów, w zemście za wiarę w obcego boga, niż miłosiernego i kochającego wszystkich hipisa. - A Sodoma i Gomora coś ci mówi? - A co jest większym wyzwaniem dla boga? Miasto pełne starców, kobiet i dzieci, czy pieprzone lodowe olbrzymy? - Fakt - odpowiedział krótko Adrian. - Wracam więc do pokoju. - Jeżeli do zmierzchu nie wróci prąd, przyniosę ci świece do pokoju - krzyknął za nim Erik. - Jeśli byś jeszcze czegoś potrzebował, będę tutaj lub w pokoju na samej górze. Zapach tytoniu w pokoju sprawił, że zatęsknił za papierosem. Adi rzucił torbę na podłogę, nie mając ochoty się znowu rozpakowywać, a następnie rzucił się na łóżko. - Chryste, gdybym miał jakieś inne hobby i zainteresowania niż Klaudia, to bym się tak cholernie nie nudził. Mogłem pożyczyć od niej jakąś książkę - powiedział to na głos, tylko po to żeby usłyszeć coś innego niż wycie wiatru i twardy, zmarznięty śnieg uderzający o szybę. Podszedł do okna, mając nadzieję że zobaczy coś innego niż wszechogarniająca biel. "Wszechogarniająca biel". Klaudii na pewno spodobałoby się takie poetyckie określenie. Adi nie miał najmniejszego pojęcia, co taka oczytana artystka widziała w takim nudziarzu jak on. - Czym niby możesz zabłysnąć w towarzystwie? Techniką smażenia frytek w McDonaldzie? Jakie środki czyszczące najlepiej myją podłogę? A może wiedzą o naprawianiu samochodów? - Głos w głowie znowu się odezwał. - Zamknij się. Znam się na filmach. Starych, nowych, filmach Quentina Tarantino i Guya Ritchie'a, Akiry Kurosawy i Johnnego Woo, tych z Clintem Eastwoodem i z Alem Pacino. Znam się na filmach. I przez filmy właśnie Adrian i Klaudia się poznali. A dokładnie na forum filmowym. Ale swojemu dziecku i tak Adrian opowie, że ujrzał ją na koncercie i zakochał się w niej od pierwszego spojrzenia, lecz był zbyt nieśmiały, by zagadać. Wybawieniem dla niego był wokalista rzucający kwiaty na publiczność. Adrian złapał jeden, a potem złapał ją i spytał, czy chce być damą jego serca. Tak właśnie opowie swojemu dziecku. Dziecku, które już zaczęło powoli się kształtować w łonie damy jego serca. - Tylko oglądasz te filmy. - Głos nie dawał za wygraną. - Ale nie potrafiłbyś napisać nawet króciutkiego scenariusza, nie mówiąc już o reżyserii. Aktor też z ciebie żaden. Przy Klaudii i Kamilu, to ty jesteś jak Adam Sandler przy Bogusławie Lindzie. Spójrz na Kamila. Długie włosy, wzrok marzyciela, pisze wiersze, gra na gitarze. Właśnie takich chłopaków woli Klaudia. Ty przy nim jesteś niedorozwiniętym beztalenciem. - Zamknij się! - Tym razem już krzyknął. - Nie jestem beztalenciem. I w liceum nakręciłem z kumplami kilka krótkometrażowych filmów. - Nakręciłeś? Dostawałeś zawsze nic nieznaczące role. Czasem nawet nic nie mówiłeś. Potrzebowali tylko statysty. Oni poszli na filmówkę, zdobyli nawet jakieś nagrody już, a ty co? Po powrocie z McDonalda, czy warsztatu samochodowego, jedynie oglądałeś sobie Gwiezdne Wojny, w których nie mógłbyś nawet zagrać droida, którego Luke Skywalker prawie kupił. Nie umiałbyś z taką gracją i wdziękiem zostać prawie kupionym, a potem rozlecieć się na kawałki. Zrobiło się jeszcze dziwniej, gdy w pokoju rozległa się muzyka z Archiwum X. To był telefon, który przerwał rozmowę między Adrianem, a Adrianem. Zaraz, zaraz. Zaraz. Telefon. Klaudia. Jak pojebany rzucił się na łóżko, skąd dobiegała muzyka, która za gówniarza trzymała go w większym napięciu niż sam serial. Klaudiaklaudiaklaudiaklaudia. Jego umysł strzelał Klaudiami jak z karabinu maszynowego. Pod impetem lądowania na łóżko, telefon zeskoczył z materaca na podłogę. Kurwakurwakurwakurwa. Tak abstrahując od Klaudii. Na szczęście upadek ani nie wyłączył telefonu ani go nie uszkodził. Na nieszczęście to nie była Klaudia, tylko jego przyszły szef. Kurwaaaaa. Tym razem to nie brzmiało jak karabin, tylko przypominało dźwięk zestrzelonego myśliwca, zbliżającego się do lotniska jakim była twarda ziemia. Wybuch rozszedł się echem w głowie Adriana. - Co mam mu powiedzieć? - gorączkowo myślał. - Że nie zdążę dziś przyjechać? A co jeśli nie zdążę przyjechać także jutro? Bóg jeden wie na jak długo tu utknąłem. A może nawet on tego nie wie. Słaba bateria. Telefon się wyłączył. Adi nawet nie miał sił, by się zezłościć. Opadł zrezygnowany na łóżko. Potrzebował tej pracy. Za jakieś osiem miesięcy na świat przyjdzie mały Adrian lub Adrianna. Ta praca była manną z nieba. Bardzo dobrą manną. Ale jeżeli taka pogoda jest wszędzie to może szef zrozumie, że zaginąłem w akcji... Może nawet sam gdzieś utknął i dzwoni żeby powiedzieć, że sam nie da rady. Na pewno. Adrian przyjął dwie kreski na teście ciążowym i propozycje pracy jako dar od Boga. Teraz był skory klęknąć przed jakimkolwiek bogiem, nawet nordyckim. Byle się wszystko ułożyło. Albo za papierosa. Papieros zawsze dobry. Choćby nie wiadomo jak było źle, papieros zawsze ratował sytuacje. Koił nerwy i pozwalał na chwilę zapomnieć o problemie. Piekło zaś zawsze wyobrażał sobie jako miejsce, gdzie jest diablo źle i nie ma fajek. Choć sam fakt, że nie ma fajek sprawia, że jest diablo źle. Głos nieświadomie dał Adrianowi pomysł na zabicie czasu i zaimponowanie Klaudii w jednym. Adrian napisze wiersz. Z recepcji pożyczył długopis i kartkę papieru. Właściwie to wiele kartek, gdyż podejrzewał, że niejedną zakreśli, zamaże, zgniecie i porwie nim skończy. Ten wiersz musi być doskonały. Tytuł. Adrian nigdy nic nie napisał, ale wiedział, że najpierw trzeba wymyślić tytuł. Miał szczerą nadzieję, że początek jest najtrudniejszy a potem już pójdzie łatwo. Po dwudziestu minutach, zrezygnowany, wpisał po prostu "Bez tytułu". Może w trakcie przyjdzie mu do głowy jakiś dobry tytuł. W pokoju zrobiło się chłodniej. Znowu pomyślał o dymku, który mógłby rozgrzać mu płuca. W brzuchu poczuł uczucie, które zwiastowało głód nikotynowy. Skup się. Uderzył się otwartą dłonią w policzek. Myśl o Klaudii, skup się na niej. Zacisnął dłoń na długopisie. Głęboka tęsknota wypełniła każdą komórkę jego ciała. I... nie stało się nic. Długopis nie zaczął swojego tańca po kartce, przypływ weny nie nadszedł. Wlepił pusty wzrok w pustą kartkę. Podszedł do okna, gdzie była jeszcze większa białą pustka. Dotknął czołem szyby i obserwował taniec białej śmierci. Poczuł samotność graniczącą z rozpaczą. Miał nieodparte wrażenie, że jest Robinsonem Cruzoe, albo chociaż Tomem Hanksem z Cast Away. Hotel zaś był wyspą na oceanie wszechobecnej bieli. Czyżby Erik miał być jego Piętaszkiem, czy tam panem Wilsonem? - Żona Toma Hanksa nie czekała aż wróci z wyspy. W tym czasie znalazła se nowego gacha - odezwał się głos po dłuższej przerwie. Adrian stuknął pięścią w szybę, do której zdążyło już przymarznąć jego czoło. Przez kontakt z szybą, przerażające zimno rozeszło się po jego ciele, wypełniając także duszę. Zmroziło mu krew w żyłach, zatrzymało akcje serca i wstrzymało oddech. Przypomniała mu się bajka z dzieciństwa. Królowa Śniegu i Kaj, któremu odłamek zwierciadła wpadł do serca, odmieniając go. Wtedy oddał się Królowej Śniegu. W podobny sposób na moment zafascynował go śnieżny huragan na zewnątrz. Usłyszał zew. Jakby coś go tam wzywało. W przenośni i dosłownie. Mógłby przysiąc, że wiatr szeptał jego imię. Powoli nadchodził zmierzch. Adrian wyszedł z pokoju na mroczny korytarz. Powoli stawiał kroki, a skrzypiąca podłoga dodawała upiornego klimatu. Oczyma wyobraźni zobaczył na korytarzu duchy bliźniaczych dziewczynek. Motelik, przy hotelu ze "Lśnienia" był zwykłą stodołą, jednak klimat na zewnątrz i wewnątrz był łudząco podobny. W recepcji nikogo nie było, ale Adrian postanowił zaczekać. Oparł się o ladę i poczuł na ręce coś mokrego. Palcami rozmazał czerwoną substancję składającą się z erytrocytów, leukocytów i trombocytów. Tym razem to nie była jego wyobraźnia. Jeśli strach dodaje skrzydeł, to Adrian był teraz ptakiem lub aniołem. Jego wzrok rozpaczliwie szukał jakiegoś narzędzia do obrony lub ataku. Zastanawiając się między telefonem, krzesłem, a notatnikiem... wybrał długopis. - Wbiję draniowi w oko, jakby co - łudził się naiwnie, lecz jak to mawiali starożytni górale, lepszy długopis w ręce, niż otwieracz do piwa bez piwa. Adrian poszedł wzrokiem za kilkoma kroplami krwi na podłodze. Prowadziły w stronę łazienki dla personelu. Smuga krwi na ścianie przy drzwiach i na klamce, głośnie mówiła "nie wchodź tam!". Adrian wielokrotnie śmiejący się z głupoty bohaterów horrorów, teraz sam lazł tam, gdzie nie powinien. Ale może lepiej było stanąć od razu oko w oko z niebezpieczeństwem, niż drżeć ze strachu w ciemnym pokoju, czekając aż Jack Nicholson wyważy mu drzwi siekierą. Gwałtownie otworzył drzwi, uzbrojony w śmiercionośny długopis. Erik stał do niego plecami. W lustrze Adrian widział jak przykłada mokrą chusteczkę do nosa. - Masz zamiar poprosić mnie o autograf? - zażartował, choć po jego minie widać było że nie jest w humorze. - Chryste, myślałem że zaszlachtował cie Jack Nicholson... - mruknął. - Co? - Zobaczyłem krew i... - Adrianowi zrobiło się głupio. - Dobra, dobra. Nic mi nie jest. Czego ci trzeba? - Ta książka co czytałeś, jest po angielsku, co nie? Zechciałbyś... - Ta, mogę ci ją pożyczyć. Coś jeszcze? - Robi się już ciemno... - Zaraz dam ci świece. - Erik zmył krew ze zlewu i wyrzucił mokrą chusteczkę do kosza. - Na pewno wszystko okej, młody? - Mhm, w porządeczku. Adrian rozświetlił cały pokój świecami i zabrał się za lekturę. Tylko po to, żeby zabić czas i nie dopuścić głosu do głosu. Niezbyt lubił książki, zdecydowanie wolał filmy. Gdy Klaudia mówiła, że jest tyle fantastycznych książek do przeczytania, odpowiadał że najlepsze książki i tak mają swoje ekranizacje, które można obejrzeć. Książki książkami, ale mity zawsze wydawały mu się głupie, w najlepszym przypadku śmieszne. Teraz wcinając kolejnego snickersa z automatu, pochłaniał zdanie za zdaniem, wyraz za wyrazem. Mity greckie i rzymskie, które poznał w szkole, a nawet biblijne opowiastki w porównaniu do tego co teraz czytał... po prostu ssały pałę. Świece były już o połowę krótsze, gdy doszedł do mitu o Ragnaroku. Zmierzch bogów, ostateczna bitwa i śmierć całej ludzkości, oprócz jednej kobiety i mężczyzny, którzy dadzą początek nowemu światu. Co ciekawe, Ragnarok ma poprzedzać Fimbulvinter. Wielka Zima. Zima która ma trwać bez przerwy przez trzy lata. Ludziom skończy się żywność i będą zjadać się nawzajem. Będzie to czas wojny i przemocy, który wykończy ludzką rasę. Czyżby nadszedł już ten czas? Adrian podskoczył na dźwięk telefonu. To, że telefon był rozładowany nie miało dla niego żadnego znaczenia. Bo to Klaudia dzwoniła. - Cześć kochanie - odebrał. - Nawet nie wiesz, jak dobrze cię usłyszeć – powiedział, mimo że jeszcze jej nie usłyszał. - Nie uwierzysz co... - Dzięki skarbie, że mnie zapłodniłeś. Teraz pieprząc się z Kamilem, nie musimy się zabezpieczać. Gdyby to była kreskówka, Adrianowa szczęka opadłaby aż do ziemi. - Wracasz do łóżka, suczko? - powiedział męski głos w tle. Telefon roztrzaskał się o ścianę. A był to mocny telefon. Gniew Adriana miał jednak większą moc. - To nie dzieje się naprawdę. To nie dzieje się naprawdę. Toniedziejesienaprawde. Nawet mi nie pozwala mówić do siebie "suczko". Erik marzył teraz o pokoju rozświetlonym świecami, ciężkim zapachu kadzidła, Burzum na głośnikach i morfinie płynącej w jego żyłach. Z tych wszystkich rzeczy akurat miał tylko świece. Czuł ból w nogach i wiedział, że to dopiero początek. Wiele razy ostrzegał siebie, żeby nie ćpać w ciągach, ale opiatowe ciepełko było zbyt kuszące w mroźne, samotne wieczory. Miał głęboką nadzieję, że klient ani nikt inny nie będzie go teraz potrzebował. Erik leżał na łóżku rozjebany jak radziecki czołg, a ból zaczynający się we wszystkich mięśniach sprawiał, że nawet gdyby nordyccy bogowie, którym Erik oddaje cześć, go wezwali, nie miałby sił żeby się podnieść. Z czasem do bólu dołączyło uczucie tak przerażającego zimna, że przykrywał się czterema kocami i dalej dzwonił zębami tak mocno, że bał się, że popękają. Po chwili zaś poczuł tropikalne gorąco. Miał wtedy ochotę wybiec i wskoczyć w jakąś śnieżną zaspę. Potem znowu nadchodziło lodowate zimno, nieznośne gorąco i tak w kółko. Tak bardzo doprowadzało go to do szału, że obawiał się o swoje zmysły. Piętro niżej, Adriana również męczył głód. Tyle że o wiele słabszy, bo nikotynowy. Adrian czuł ból w brzuchu i dosłowny głód. Lecz choćby nie wiadomo ile zjadł, dalej byłby głodny. Potrzebował papierosa. Nigdy nie potrzebował go tak jak teraz. Na totalnej kurwie, miotał się po pokoju nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Czasem kopnął jakiś mebel, a czasem warczał, co przypominało przeklinającego wilkołaka. Usiadł w końcu w fotelu i odsapnął. A telewizor się włączył. - Świetnie, jest znowu prąd. - Słowa jego brzmiały ponuro, bez entuzjazmu. - Może będzie leciało coś ciekawego. Kurwa, lepiej żeby coś leciało. Na ekranie pojawiła się klasa pełna dzieciaków, w wieku może dwunastu lat. - Kurwa - powiedział znowu, a w tej kurwie było więcej kurwizmu niż zwykle. - Pewnie jakaś denna komedia o dzieciakach, dla dzieciaków, a główne role grają pewnie bliźniaczki Olsen. - Nacisnął przycisk pilota, by zmienić kanał. Jako prawdziwe dziecko kinematografii, Adrian szczerze nienawidził takiego niedzielnego, familijnego gówna. Ku jego zaskoczeniu, kanał się nie zmienił. Ku jemu większemu zaskoczeniu, jeden z dzieciaków wyglądał jak on, pod koniec podstawówki. - To nie kino familijne... To horror. Mały Adrian stojący pod tablicą, drżał ze strachu przed matematyczką. Łzy powoli napływały mu do oczu. Pani Klecka zawsze kojarzyła mu się z jakimś goblinem. Niska kobieta ze zmarszczkami i oczami bazyliszka. Na łysiejącej głowie miała krótkie blond włosy ułożone lakierem. Miała również kilku ulubionych uczniów, których wręcz uwielbiała... poniżać przy całej klasie. Małemu Adrianowi ciężko było skupić się na rozwiązywaniu zadania, przez ponaglanie i jej ociekające jadem słowa. Adrian do dzisiaj pamiętał ton jej głosu. Wręcz syczała. Jakby nikogo nienawidziła bardziej niż odbiorcy tychże słów. Klasa się śmiała. Każdy z nich mógłby być teraz na jego miejscu. Ci co wcześniej byli, również się śmiali. To takie zabawne, kiedy coś złego dzieje się komuś innemu. Nagle śmiech wybuchł z podwójną mocą. Mały Adrian chciał wybiec z klasy. Pomyślał jednak, że nie będzie się bardziej kompromitować i robić scen. Usiądzie w ławce i postara się jakoś to przetrzymać. Nie rozpłacze się. Gdy zrobił krok do przodu poczuł jak mokra nogawka przylgnęła do jego nogi. Wybiegł nie zamykając za sobą drzwi. - Wyłącz się, wyłącz się - Dużemu Adrianowi również napłynęły łzy do oczu. To było jedno z jego najbardziej traumatycznych przeżyć. Pilot od niedużego, motelowego telewizora robił "klik, klik", lecz sam telewizor był głuchy na wszelkie kliki. Mały Adrian wylewając rzeki łez w szkolnej łazience, stracił poczucie czasu. Chwilę po tym jak zadzwonił dzwonek, grupka chłopaków wbiegła do łazienki. Chłopak o pulchnych policzkach, ścięty na grzybka, szarpnięciem otworzył drzwi. - Siusiu majtek, siusiu majtek. Adrian się zsikał! - Jak na komendę, reszta się roześmiała. Dla kogoś, kto nie jest dzieckiem takie obelgi wydają się wręcz komiczne, jednak Adrian słyszał ich śmiech jeszcze przez wiele lat. Radziecki zenit w jego umyśle, zrobił zdjęcie każdej bezczelnie roześmianej dziecięcej mordy. Przy każdym wstydliwym wydarzeniu widział znowu te twarze. W jednej chwili Mały Adrian przemienił rozpacz w gniew i nienawiść. Przeszedł na ciemną stronę mocy. Rzucił się na herszta grupy w furii. Jak Luke Skywalker na Dartha Vadera w Powrocie Jedi. Mały Adrian uderzył go w brzuch, a potem popchnął na ścianę. W życiu by nie pomyślał, że ma taką siłę. Twarz chłopca zapoznała się z lewym i prawym sierpowym Małego Adriana. Następnie Mały Adrian chwycił go za włosy i skierował jego głowę w stronę kibla. Nie chciał wcale zanurzyć jego głowy w czyimś niespuszczonym moczu. Tłukł jego głową o muszlę klozetową, dopóki nauczycielka, która wpadła nie wiadomo kiedy, odciągnęła go. Mało brakowało, a uderzyłby również ją. Szkolna pani psycholog przypominająca opóźnioną w rozwoju osobę prowadzącą program dla dzieci w sobotni poranek, wyzywała go od psychopatów. Infantylna PSYCHOLOŻKA krew widziała jedynie podczas okresu, gdyż dla niej nawet Wojownicze Żółwie Ninja były zbyt brutalne i przesiąknięte niezdrową przemocą. Gdy któryś z uczniów uderzył drugiego, mówiła jedynie "Marcinku, tak nie wolno", święcie przekonana że po tych słowach, chłopiec do końca życia nie skrzywdzi nawet komara. Sceneria zmieniła się. Teraz był to pokój i mężczyzna siedzący w fotelu. Adrian dobrze znał ten pokój oraz pamiętał treść wszystkich dyplomów i certyfikatów wiszących na ścianie. Jego ojciec tak bardzo lubił się nimi przechwalać. Mężczyzna w fotelu był jego ojcem, a twarz jego była barwy popiołu. Ogółem wyglądał jakby się dusił. Adrian nazywał tą minę, miną przed burzą. - To że przyniosłeś mi wstyd zdając maturę tak słabo to jedno! - wybuchł w końcu, a jego słowa rozeszły się jak grzmoty. - Ale jak mogłeś nie dostać się na studia?! Jak możesz być tak tępy?! Dlaczego mój syn musi być takim nieudacznikiem... Nie, nie jesteś moim synem. Matka stała w drzwiach nic nie mówiąc. Za to jej milczenie nienawidził jej bardziej niż ojca. Nigdy nie stanęła w jego obronie jak i nigdy nie pomagała ojcu na niego wrzeszczeć. Adrian naprawdę wolał usłyszeć jej krzyk, choć raz w życiu, zamiast tego ciężkiego milczenia. Świece już się wypalały, gdy Adrian oglądał niezbyt przyjemne fragmenty swojego życia. Wcześniej widział przeszłość... Lecz teraz zobaczył coś, co się jeszcze nie wydarzyło. - Adi, poroniłam. Każdy człowiek ma granice swojej wytrzymałości. Linię, za którą jest tylko ciemność i szaleństwo. Gdy człowiek zbliżał się do tej linii, zapalała się czerwona lampka. Adrian przekroczył już tę linię, a czerwona lampka eksplodowała. Ekran niedużego motelowego telewizora pękł pod Adrianowym kopniakiem, a następnie z impetem uderzył w ścianę. - NIEEEEEEEEE! - wrzasnął, lecz nie brzmiał jak człowiek, lecz jak zranione zwierzę. Zaszył się w łóżku, pod kołdrą, w mroku i łzach, modląc się, by sen nadszedł prędko. Piętro wyżej, podobnie leżał inny człowiek. Usłyszał wrzask, lecz był święcie przekonany że to jego organizm woła o morfinę. - Nie mam!- odkrzyknął. - Nie maaam! - Wyskoczył z łóżka niczym wilk z krzaków i zaczął demolować pokój, krzycząc. Stłukł pięścią lustro i padł na kolana. Poranioną dłonią rozmazał sobie krew na twarzy. W blasku świec wyglądał jak demon, który przed chwilą wypił morze krwi. Obudziwszy się, Adrian był pewien, że wczorajsza noc była tylko snem. Wychyliwszy głowę spod kołdry, najpierw zwrócił uwagę na zimno. Potem na rozwalony telewizor. Wrócił pod kołdrę. W pozycji płodowej, wyobrażał sobie, że wrócił do ciepłego i przytulnego łona matki. Chwilę później przypomniał sobie, że przecież matki nienawidzi. Chłód wdarł się również i pod kołdrę, więc z wielkim trudem się wygrzebał. Założył grube, wojskowe skarpety. Wyglądały dość wieśniacko, a zgniłozielony kolor im nie pomagał. Były za to ciepłe. Oprócz jasnych bojówek założył również dwie koszulki, bluzę, a na nią czarny sweter i oczywiście kurtkę. Dzisiaj okno było zasypane prawie w całości, tak że mógł się tylko zastanawiać, jak wygląda pogoda na zewnątrz. Okna ani myślał otwierać tym razem. W ciemnym pokoju i tak było wystarczająco zimno. Idąc do recepcji, wepchnął wczorajszy koszmar w najgłębsze czeluście swojego umysłu, zamknął go w skrzyni i wrzucił do studni zapomnienia. W recepcji obecny był jeszcze większy chłód. Norweg zaś był nieobecny. Przez szklane motelowe drzwi, Adi zobaczył że śnieg już nie pada. Biała pustynia jednak została, a szare chmury wisiały nad nią. Adrian rzucił tylko okiem i poszedł do Erikowego mieszkania na samej górze. - Erik? Jesteś tam? - Adrian zapukał. - Ogrzewanie chyba wysiadło! - Drzwi się nie otworzyły, a i nikt nie odpowiadał. Adrian wrócił do swojego pokoju, zastanawiając się, co teraz czynić. Umazany krwią Erik, drgający na podłodze, nie wyglądał już jak demon. Wyglądał żałośnie. Nim jeszcze Adrian doszedł do pokoju, już wiedział, że nie zamierza tu siedzieć i zamarzać. Już wolał zamarzać idąc do miasta. A skoro przestało sypać śniegiem to może uda mu się dojść. Ubrał się jak najcieplej, uważając, żeby zbyt wiele ubrań nie ograniczało jego ruchów. - Nie jest tak źle - powiedział do siebie, gdy wyszedł na zewnątrz. Po pięciu minutach mróz przeszedł przez każde włókno jego ubrań i Adrian żałował wypowiedzianych wcześniej słów. Maszerował tak piętnaście minut, pół godziny, godzinę, aż zaczął również żałować, że wyszedł z motelu, który teraz wydawał się tropikalnym i przytulnym miejscem. Wiatr, jak na złość wiał mu w twarz, której praktycznie już nie czuł. Przeklinał mróz i przeklinał siebie za to, że wolał ryzykować niż czekać na pomoc, albo chociaż aż się włączy ogrzewanie. Stracił poczucie czasu. Być może przedzierał się przez zaspy już wiele godzin i zbliżał się zmierzch. A może po prostu promienie słoneczne nie przebijały się przez szare chmury. A może nadszedł koniec świata i słońce gaśnie, zostawiając ziemię skutą lodem. Może nawet Adrian minął już miasteczko, ukryte pod śniegiem? Nie, w końcu się ukazało. Wyglądało na martwe, opuszczone. Wyglądało jak piekło, które zamarzło, a wiatr niósł jęki potępieńców. Z odrobiną nadziei w sercu, Adi ruszył żwawszym krokiem. Od razu się potknął i runął wprost w śnieg. Miał już za sobą etap zimna i etap bólu. Teraz był tak odmrożony, że nie czuł już nic. Być może duszę też miał odmrożoną, gdyż kompletnie nie wzruszył go widok tego, o co się potknął. Spod śniegu wystawało zamarznięte ciało. Na twarzy mężczyzny nie było żadnego grymasu. Żadnych oznak, że do ostatniego tchu nie pozwalał zabrać Zimie swojego życia. Że chwytał się tego życia, łapiąc je łapczywie odmrożonymi palcami. Nie. Twarz miał spokojną. Spał głębokim snem, śniąc o... o czym tylko sobie chce. Ulicami miasta, przechadzał się jedynie wiatr. W żadnym budynku nie paliło się światło. Miasto było puste. Opuszczone. Wymarłe. A Adrian stał na jego pustych ulicach, sam, w samej paszczy Wielkiej Zimy. Wiedział że jeśli nikt mu nie pomoże, zginie. Do motelu na pewno już nie wróci, zwłaszcza że naprawdę robiło się ciemno. A może to nie zmierzch, tylko wilk z nordyckich mitów pożera właśnie słońce? Jak już o wilkach mowa, Adrian znieruchomiał widząc watahę biegnącą przez skrzyżowanie. Przypomniało to scenę z "Dwunastu małp". Bruce Willis wychodzący na powierzchnię, a tam miasto zasypane śniegiem i zwierzęta chodzące po jego ulicach. W filmie to wirus zabił wszystkich ludzi. Tutaj to wyglądało, jakby matka natura chciała się pozbyć ludzi. Za pomocą mrozu, lodu i śniegu. Wilki pobiegły w swoją stronę, a Adrian poszedł w swoją. I nie zdziwiło go to, że sklep był zamknięty. Szczerze mówiąc, miał na to wyjebane. Znalazł dużą bryłę lodu i odłupał ją za pomocą kopniaków. Wziął ją w skostniałe dłonie i rzucił w duże okno. Na szkle pojawiła się pajęczyna pęknięć. Za czwartym razem szyba uległa i wpuściła Adriana wraz ze śniegiem i wiatrem. Temperatura w środku nie różniła się od temperatury na zewnątrz. Adrian całkowicie zapomniawszy, że przyszedł tu w poszukiwaniu ciepłego kąta, poszedł jak najszybciej w stronę kasy. Dziesiątki paczek papierosów, dziesiątek różnych marek, rozsypały się po ziemi. Tradycyjnie wziął Lucky Strike'i czerwone i sięgnął do kieszeni po zapalniczkę. Lecz jej tam nie było. Adi zaczął wywracać wszystko przy kasie, szukając zapałek lub zapalniczki. Narobiwszy bałaganu, nie znalazłszy ani tego ani tego, usiadł oparty o półkę, wśród rozrzuconych paczek. - Jak w piekle... Przez to, że oficer Haroldson, zawsze ulegał swojej kochance kiedy "chodź Olaf, jeszcze raz, i tak to pewnie nic ważnego", gdy dotarł na miejsce, straż pożarna już skończyła swoją robotę. - Cześć. Jak sprawy? - zapytał znajomego strażaka. - Ogień, prawdopodobnie spowodowany przez niedopałek papierosa. Jeden pokój, jedno ciało. Nie wszystko spłonęło, więc wiemy że człowiek-pochodnia to jakiś Polak o niemożliwym do wymówienia nazwisku. - Cholerni emigranci. Jakby nie mógł się spalić w swoim kraju i oszczędzić nam roboty. - To nie wszystko. Znasz Johansenów? - No tak, tak. To ich motel. - W mieszkaniu na samej górze znaleźliśmy ich chłopaka. Nie żyje. Wygląda na to, że przedawkował coś.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 20.06.2014r.

1     

civilizacja Redaktor 22 06 2014 (03:24:53)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj,
Świetny tekst. Bardzo dobre, rozbudowane opisy, podobały mi się odniesienia do filmów lub pozornie niezwiązanych z literaturą dziedzin. To bardzo dobrze - tekst czyta się przyjemnie, gdy zaskakuje swoją złożonością. Dialogi również dobre. Nic dodać, nic ująć, jeśli mam być szczery.

Powiem wprost, że dałbym sześć, bo warto wyróżnić taką pracę, gdzie są wszystkie niezbędne składniki: pomysł, technika i wykonanie, ale to trzecie wyraźnie kuleje w kwestii poprawności gramatycznej. Rażąca niekonsekwencja w interpunkcji przełożyła się w rzeczywistości na dużą liczbę błędów. Za to ocena w dół. Sprawdzaj prace przed wrzuceniem na portal, bo śmierdzi tutaj zwykłym lenistwem.

Co do samej treści:
głos telefonicznej kobiety
- zamieniłbym na coś w stylu: mechaniczny głos kobiety. "Telefoniczna kobieta" nie ma sensu.

Śnieg uderzał w okno, jakby chciał zbić szybę i spuścić Adrianowi wpierdol.
- to przykład nieuzasadnionego użycia przekleństwa, co jest niestety złe. Staraj się nie używać przekleństw w opisach, bo tworzy to obraz narratora. czyli de facto ciebie, jako chama. Jeśli mówi to bohater - jest spoko, bo tworzysz jego portret psychologiczny, poprzez jego wypowiedzi. Nie mieszaj tych dwóch rzeczy. Inna sprawa: nie przesadzaj z tym. Podobnie tutaj:
Jak pojebany rzucił się na łóżko


Papierosy go uspakajały
- "uspokajały"

spalony zapach
- zapach spalenizny

W brzuchu poczuł uczucie
- masło maślane

Palcami rozmazał czerwoną substancję składającą się z erytrocytów, leukocytów i trombocytów Jack Nickolson
- zbyt literacko: po prostu krew. I NICHOLSON, do jasnej cholery :)

w porównaniu do tego co teraz czytał... po prostu ssały pałę.
- nie wiem dlaczego, lepiej pasuje mi tutaj " pałkę". Twoja decyzja w każdym razie.

Z pod
- spod

Cholerni emigranci
- z perspektywy Norwega Polak jest imigrantem, nie emigrantem. Rozróżniaj te dwie rzeczy.

Praca bardzo udana.
Pozdrawiam.
Civilizacja


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(21): 20 gości i 1 zarejestrowanych: koka