warto go przeczytać
Pseudonim: ulciak
Dzień był gorzki. Szary, zimny i wyjątkowo nieprzyjemny. Moje odbicie powoli rozmywało się w padających kroplach deszczu. W takie dni jak ten samotność jeszcze bardziej dawała się we znaki. Ulice były puste, choć może tylko mi się wydawało. W końcu kilka razy wpadłam na jakiegoś przypadkowego przechodnia. Nie obracałam się, żeby przeprosić. Nie patrzyłam nawet na przód. Obserwowałam swoje stopy, które poruszały się bardzo chwiejnym i niezdecydowanym krokiem. Bałam się wyprostować i zobaczyć, co dzieje się w koło. Oznaczałoby to spojrzenie w oczy prawdzie – jestem sama, całkiem sama…
- Uważaj wariatko! – usłyszałam krzyk oraz pisk hamującego samochodu. Kierowca miał rację, wychodzenie na jezdnię bez wcześniejszego rozejrzenia się na lewo i na prawo, jak uczą w podstawówce, nie było mądrym posunięciem.
- Czy wszystko w porządku? – zapytał jeden z pieszych, wyraźnie poruszony tym błahym incydentem.
- Nie… to znaczy tak, nic mi nie jest – z nerwów i zakłopotania plątał mi się język. Szybko skierowałam się w stronę przejścia i ruszyłam w stronę pierwszej bocznej uliczki. Nie chciałam być teraz sama, ale obcowanie z kimkolwiek innym było dla mnie jeszcze większym wyzwaniem.
Potykając się o wystające gdzieniegdzie płyty chodnikowe, dotarłam na miejsce, w którym mogłam pogrążyć się w swojej samotności. Usiadłam na mokrej ławce, nie przejmując się tym, że wieczorem poczuję tego konsekwencje, w postaci mniej lub bardziej poważnego przeziębienia. W tym momencie nie było to ważne. Nic tak naprawdę nie miało znaczenia od dłuższego czasu. A już na pewno nie stan mojego zdrowia. Kogo to obchodzi…
- Dlaczego Twoje oczy płaczą? – usłyszałam nagle. Spojrzałam w kierunku osoby, która zadała mi to dziwne pytanie. Przede mną stał mały chłopiec o blond włosach i bardzo naiwnym spojrzeniu. Skąd on się tutaj wziął?
- Nie płaczą, to przez ten deszcz, to ta pogoda… - zaczęłam się tłumaczyć, choć nie zdołałam go przekonać.
- Dlaczego jesteś tutaj sama? Gdzie są twoi przyjaciele? – zdziwił się nagle, a moje serce ścisnął żal i nieopisany smutek.
- Ja… ja nie mam przyjaciół… - wyszeptałam słowa, które sprawiały mi niesamowity ból za każdym razem, gdy podobne myśli przemykały mi przez głowę.
- To śmieszne. I niemożliwe za razem. Ziemia pełna jest ludzi, czemu nie zaprzyjaźnisz się z którymś z nich?
Na moment odebrało mi mowę. Moja tragedia, moja samotność, której tak nienawidziłam, która budziła mnie każdego ranka, a wieczorami tuliła do snu, była dla kogoś śmieszna? Jak taki mały, bezczelny, ciekawski na dodatek dzieciak może powiedzieć coś takiego?! Po chwili jednak dotarł do mnie sens jego dalszych słów. Gdyby to było jednak takie proste…
- To jest proste – poczułam się, jakby czytał w moich myślach. – Co dzień mijasz tysiące istot, które także szukają drugiego człowieka. Masz ich blisko. Nie tylko ty jesteś samotna. Może należy pierwszemu wyciągnąć rękę i przegonić czyjś smutek?
Chłopiec miał rację. Nie mogłam wiecznie czekać na ratunek, musiałam sama się wyzwolić. I przy okazji uratować od samotności kogoś jeszcze. Jednak zanim zdążyłam podziękować za te wszystkie słowa i za zwrócenie mi uwagi na tak istotne szczegóły, które pominęłam, mały blondynek zniknął.
Odważyłam się spojrzeć przed siebie, a potem w niebo. I wtedy jakaś niesamowita siła spłynęła na mnie i rozjaśniła mój umysł. Już wiedziałam, co zrobić i od czego zacząć walkę z samotnością.
Pewnym krokiem ruszyłam w stronę głównej ulicy. W krótkim czasie dotarłam na przystanek, z którego ruszał już mój autobus. Z każdą minutą tej spontanicznej podróży coraz bardziej pewna byłam słuszności mojej decyzji, podjętej po rozstaniu z chłopcem. Podziękowałam mu w duchu po raz kolejny i wysiadłam.
Przeraził mnie widok szarych krat, zniszczonych bud i grubych łańcuchów. Setki par wielkich, błyszczących oczu przyglądały mi się z zaciekawieniem. Serce łamało się z każdym spojrzeniem w stronę tych biednych, samotnych zwierząt. Nagle ktoś dotknął mojego ramienia.
- W czym mogę pomóc? – zapytała niewysoka, uśmiechnięta kobieta. Domyśliłam się, że była właścicielką schroniska.
- Chciałabym przygarnąć najsmutniejszego psa, jakiego tu macie.
I już po chwili miałam go na rękach. Nie wyrywał się, nie uciekał. Czułam bicie jego serca i zakochałam się w nim do szaleństwa.
- Pamiętaj, zawsze możesz na mnie liczyć… - wyszeptałam mu do ucha, a on zamerdał ogonem – Razem pokonamy samotność – dodałam w duchu.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 13.06.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(30): 27 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14