Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: subtelny demon
Imię: Kinga
O sobie: Drażliwość to u kobiet zwykła rzecz.­­
Napisanych prac:
- nowości: 1
- wiersze: 79
- recenzje: 2
- proza: 21

Średnia ocen: 4.6
Użytkownik uzyskał: 294 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Carmel - I etap..." 18.05.2012
"Otwarte okno" 15.10.2011
"Wiraże [4]" 05.02.2012
"Wiraże [10]" 27.04.2012
"W oku uczuć. Rozdział 5" 04.05.2011

Inne prace tego autora:
"Wiraże [5]" 05.03.2012
"W oku uczuć. Rozdział 9,..." 09.05.2011
"W oku uczuć. Rozdział 6" 07.05.2011
"Carmel - I etap..." 18.05.2012
"W oku uczuć. Rozdział 7" 08.05.2011

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Obcy więcej" - Dawied
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Obcy" - Dawied
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka

Otwarte okno

Otwarte okno, uchylone. Rozszczelnione. Tysięczne promili powietrza, jego małe atomy, maciupeńkie. Dyfuzja uczuć w nich zawartych. Może tylko tyle. I tylko nocnych.

Wyjrzała na zewnątrz, jeśli istniało jakieś poza, poza które mogłaby wyjrzeć, wyjść, w które uciec. Bardzo chciała biec. Dosięgać gwiazd, ujadających psów, zmarzniętych, zakochanych kloszardek spod paryskich mostów. I chociaż to było w niej, było nią, wytyczało granice jej surrealistycznych (!) snów – nie mogła wyjść p o z a.
Dlatego z powrotem usiadła na krawędzi łóżka, nieostrej i zobojętniałej, i pomyślała, że tak naprawdę to ona wolałaby być choćby taką krawędzią, nawet nie z drewna, a z jakiegoś jego taniego substytutu, taką, która wyznacza coś, daje czemuś koniec i początek, za którą można wepchnąć opakowanie po taniej czekoladzie, zjedzonej po kryjomu przed restrykcyjną obsesją matek na punkcie kalorii i swoich córek, w końcu na której przysiadają nocą ludzie, gdy ta liże ich twarze – nieostre i zobojętniałe – i myślą, że to – krawędziowość – wcale ich nie dotyczy, ich żyć, małżonków, sąsiadów, dentystów i ekspedientek pracujących w sklepie za rogiem, a gdy to o okrągłej, niegdyś przyjemnej fizjonomii księżyca nie chce się odczepić – zaczynają brać tabletki nasenne. Tabletki! Jak gdyby były lekarstwem, a są jedynie przepaską, monetą na oczach (nawet nie obolem).
Ona nie chciała, by ta myśl odpłynęła. Chyba jako jedyna tutaj. Patrzyła na swoje podrapane, zaniedbane ręce. Włożyła mały palec do ust i zagryzła.
To, co działo się w tym budynku, było w pewnym sensie metaforą jej dotychczasowego życia, jej ciała, jej sacrum, które oni tak uparcie przeistaczali w swych mniemaniach w profanum. W momentach, gdy budziła się do życia, wolna od strzykawek i rozgotowanych (zawsze) rozmów, czyli na ogół nocami, widziała wszystko prawdziwie, smakowała każdym porem skóry, oddychała synestetycznie poprzez dotyk i zapach (wiedziała, że TUTAJ nigdy nie odetchnie pełną piersią, TUTAJ będącym synonimem sterylnego smrodu). Ten budynek, metafora, był w całej swej instytucjonalnej powadze i czystości (ohyda) galaktyką drzwi, za którymi dla ludzi, którzy w i d z ą, kryją się bławatki, zachody słońc i pożądania, rysunki dzieci z Biesłany, prywatne odkrycia geograficzne i filozofie, cmentarze książek, mali Majowie i domki na drzewach, lęki i szum drzew, i jeszcze lustra, czasem zbite. I miłość, którą tłumaczą tutaj kręceniem głowy z politowaniem, że można być do tego stopnia naiwnym. Bo to naiwność, nic więcej, wierzyć, że człowiek może p r a w d z i w i e wyjść poza ramy siebie, swej wygody i egocentryzmu, by oddać swój kawałek chleba innemu człowiekowi. Choćby to miał być tylko synonim pożyczonego swetra w chłodniejszą noc, nie zaś jakiś „wydumany” heroizm pensjonariuszy obozów koncentracyjnych.
Z takich światków, nieniszczących się, bo nieposiadających przypisanych im planet, składał się cały ten wysterylizowany kompleks (jakże dualizacja znaczeń namnaża je pączkowo, przyjemnie jak widok rosnącego drożdżowego ciasta), kompleks – tak, oczywiście, budynków, pomieszczeń, sali, pokoików, składzików i wielkich gabinetów uczonych profesorów (kolejność nieprzypadkowa), jednak też kompleks – wielkości czy może zbyt chudych nóg, czy może wreszcie kompleks o g r a n i c z o n o ś c i – względem jego mieszkańców monstrualny, tak też względem nich po stokroć zaprzeczony i postawiony im na piedestale, jakoby normalność musiała umieć dać się zamknąć w szkatułce na biżuterię, na kluczyk, na zawsze.
A była to tylko jej wizja całego tego kompleksu, tej parodii rzeczywistości, gdy istniały następne, sąsiadów i sąsiadek, których istnienia nierzadko jedynie domniemywała i to wszystko, cała ta złożoność była nią, a którą oni z oślą upartością starali się z niej wykorzenić.

Ktoś kiedyś powiedział jej, była jeszcze dzieckiem, że doskonałym dźwiękiem jest dźwięk ciszy (ach te oksymorony), każdy inny jedynie dąży ślepo ku jej słońcu, by w rezultacie spalić się w jej bieli, to znaczy z n i k n ą ć. Ideały są zagładą. A ona, ona lubiła właśnie niedociągnięcia, rysy, plamki, zwoje myślowych potknięć, wyszczerbione filiżanki. I muzykę, która była przecież królową niedoskonałości, najpiękniejszą i kapryśną, i której też jej w końcu zabronili. Ale czasami, chyba w poniedziałki lub piątki, pod oknami ośrodka zatrzymywał się samochód dostawczy, z którego radiowego głośnika wylewały się amerykańskie piosenki, najczęściej popowe i skoczne, rzadziej jazzowe ballady, które przypominały jej mamę i wtedy zatrzymywała się przy parapecie, przymykała oczy i uczyła na pamięć kształtu nut, by móc je później w nocy rozpoznać i uśmiechać do nich, nim wyparują wraz z brzaskiem i jego rosą.
Bała się ideałów i utopii, nie lubiła białych, gładkich ścian swego pokoju, równo poukładanych ręczników w łazience, nieskazitelnych obliczy lekarzy. To chyba brało się z jej wnętrza, z podświadomego utożsamienia się z wmawianą jej wciąż i wciąż ułomnością, której jednak nikt nie potrafił jej wytłumaczyć. I tak jak lubiła krzywizny i chropowatość, tak brzydziła się regularnością, trochę na złość światu, który był w stanie zaakceptować jedynie to, co da się zmierzyć linijką i narysować od cyrkla, a który ją, swoje wybrakowane dziecko, odrzucił.

Parapet co rusz na nią zerkał, zapraszał, by usiadła, by pozostawiła krawędziowość i obgryzione skórki i wróciła z ciepłem swego ciała ku sączącemu się przez niedomknięte okno przedświtowi, jednak ją zdążyła już skusić obietnica lepszych dni, splatających się od dawna w lata, utkana z przyjaznej materii muślinowych snów. Spojrzała jeszcze raz, spod powiek, przez okno na chwilę przed tym, nim Helios zdążył zasiąść za lejcami swego ognistego rydwanu i układając głowę na poduszce, w pozycji embrionalnej – zasnęła.



Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 15.10.2011r.

1     

Krychensztajn 15 11 2011 (19:44:58)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj. Jestem Krychensztajn. Nie dawno czytałem twoje opowiadanie. Byłem zaszokowany treścią i tym w jaki sposób ujęłaś DYFUZJĘ ludzkich uczuć. Tekst jest refleksyjny i optymistyczny. Niektóre zdania poruszyły mnie i chciało mi się płakać. Rozkładasz tutaj świat na coraz drobniejsze części.

POZDRAWIAM

Vår 18 10 2011 (09:45:21)

Użytkownik ocenił pracę na 6

witaj. miałam już wcześniej ocenić twoja pracę. czytałam to raz i odłożyłam na jakiś czas. byłam pod ogromnym wrażeniem. przeczytałam drugi raz i to wrażenie wcale nie zmalało.

rozkładasz tutaj świat na coraz drobniejsze części. obnażasz wszystko to, co jest dla nas ważne, a staramy się to odrzucić. wszystko, co odbiega choć trochę od schematów jest odrzucane, spychane na margines. to nie jest dobry czas dla indywidualistów, jednostek, które chcą się wybić. cudownie bawisz się słowem, czym jestem oczarowana. w sumie niewiele mogę powiedzieć, bo cały czas wychodzę z błogiego szoku ;) błędu nie znalazłam ani jednego (!), co nie zdarzyło się już dawno w edycjach. chylę czoło przed znakomitym pomysłem i realizacją. jestem bardzo bardzo zadowolona, żałuję tylko, że tak rzadko dodajesz coś do prozy. oby się to zmieniło :) pozdrawiam i życzę dużo inspiracji :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(31): 28 gości i 3 zarejestrowanych: exother, Fał, pasieczny14

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl