warto go przeczytać
Pseudonim: subtelny demon
Otwarte okno, uchylone. Rozszczelnione. Tysięczne promili powietrza, jego małe atomy, maciupeńkie. Dyfuzja uczuć w nich zawartych. Może tylko tyle. I tylko nocnych.
Wyjrzała na zewnątrz, jeśli istniało jakieś poza, poza które mogłaby wyjrzeć, wyjść, w które uciec. Bardzo chciała biec. Dosięgać gwiazd, ujadających psów, zmarzniętych, zakochanych kloszardek spod paryskich mostów. I chociaż to było w niej, było nią, wytyczało granice jej surrealistycznych (!) snów – nie mogła wyjść p o z a.
Dlatego z powrotem usiadła na krawędzi łóżka, nieostrej i zobojętniałej, i pomyślała, że tak naprawdę to ona wolałaby być choćby taką krawędzią, nawet nie z drewna, a z jakiegoś jego taniego substytutu, taką, która wyznacza coś, daje czemuś koniec i początek, za którą można wepchnąć opakowanie po taniej czekoladzie, zjedzonej po kryjomu przed restrykcyjną obsesją matek na punkcie kalorii i swoich córek, w końcu na której przysiadają nocą ludzie, gdy ta liże ich twarze – nieostre i zobojętniałe – i myślą, że to – krawędziowość – wcale ich nie dotyczy, ich żyć, małżonków, sąsiadów, dentystów i ekspedientek pracujących w sklepie za rogiem, a gdy to o okrągłej, niegdyś przyjemnej fizjonomii księżyca nie chce się odczepić – zaczynają brać tabletki nasenne. Tabletki! Jak gdyby były lekarstwem, a są jedynie przepaską, monetą na oczach (nawet nie obolem).
Ona nie chciała, by ta myśl odpłynęła. Chyba jako jedyna tutaj. Patrzyła na swoje podrapane, zaniedbane ręce. Włożyła mały palec do ust i zagryzła.
To, co działo się w tym budynku, było w pewnym sensie metaforą jej dotychczasowego życia, jej ciała, jej sacrum, które oni tak uparcie przeistaczali w swych mniemaniach w profanum. W momentach, gdy budziła się do życia, wolna od strzykawek i rozgotowanych (zawsze) rozmów, czyli na ogół nocami, widziała wszystko prawdziwie, smakowała każdym porem skóry, oddychała synestetycznie poprzez dotyk i zapach (wiedziała, że TUTAJ nigdy nie odetchnie pełną piersią, TUTAJ będącym synonimem sterylnego smrodu). Ten budynek, metafora, był w całej swej instytucjonalnej powadze i czystości (ohyda) galaktyką drzwi, za którymi dla ludzi, którzy w i d z ą, kryją się bławatki, zachody słońc i pożądania, rysunki dzieci z Biesłany, prywatne odkrycia geograficzne i filozofie, cmentarze książek, mali Majowie i domki na drzewach, lęki i szum drzew, i jeszcze lustra, czasem zbite. I miłość, którą tłumaczą tutaj kręceniem głowy z politowaniem, że można być do tego stopnia naiwnym. Bo to naiwność, nic więcej, wierzyć, że człowiek może p r a w d z i w i e wyjść poza ramy siebie, swej wygody i egocentryzmu, by oddać swój kawałek chleba innemu człowiekowi. Choćby to miał być tylko synonim pożyczonego swetra w chłodniejszą noc, nie zaś jakiś „wydumany” heroizm pensjonariuszy obozów koncentracyjnych.
Z takich światków, nieniszczących się, bo nieposiadających przypisanych im planet, składał się cały ten wysterylizowany kompleks (jakże dualizacja znaczeń namnaża je pączkowo, przyjemnie jak widok rosnącego drożdżowego ciasta), kompleks – tak, oczywiście, budynków, pomieszczeń, sali, pokoików, składzików i wielkich gabinetów uczonych profesorów (kolejność nieprzypadkowa), jednak też kompleks – wielkości czy może zbyt chudych nóg, czy może wreszcie kompleks o g r a n i c z o n o ś c i – względem jego mieszkańców monstrualny, tak też względem nich po stokroć zaprzeczony i postawiony im na piedestale, jakoby normalność musiała umieć dać się zamknąć w szkatułce na biżuterię, na kluczyk, na zawsze.
A była to tylko jej wizja całego tego kompleksu, tej parodii rzeczywistości, gdy istniały następne, sąsiadów i sąsiadek, których istnienia nierzadko jedynie domniemywała i to wszystko, cała ta złożoność była nią, a którą oni z oślą upartością starali się z niej wykorzenić.
Ktoś kiedyś powiedział jej, była jeszcze dzieckiem, że doskonałym dźwiękiem jest dźwięk ciszy (ach te oksymorony), każdy inny jedynie dąży ślepo ku jej słońcu, by w rezultacie spalić się w jej bieli, to znaczy z n i k n ą ć. Ideały są zagładą. A ona, ona lubiła właśnie niedociągnięcia, rysy, plamki, zwoje myślowych potknięć, wyszczerbione filiżanki. I muzykę, która była przecież królową niedoskonałości, najpiękniejszą i kapryśną, i której też jej w końcu zabronili. Ale czasami, chyba w poniedziałki lub piątki, pod oknami ośrodka zatrzymywał się samochód dostawczy, z którego radiowego głośnika wylewały się amerykańskie piosenki, najczęściej popowe i skoczne, rzadziej jazzowe ballady, które przypominały jej mamę i wtedy zatrzymywała się przy parapecie, przymykała oczy i uczyła na pamięć kształtu nut, by móc je później w nocy rozpoznać i uśmiechać do nich, nim wyparują wraz z brzaskiem i jego rosą.
Bała się ideałów i utopii, nie lubiła białych, gładkich ścian swego pokoju, równo poukładanych ręczników w łazience, nieskazitelnych obliczy lekarzy. To chyba brało się z jej wnętrza, z podświadomego utożsamienia się z wmawianą jej wciąż i wciąż ułomnością, której jednak nikt nie potrafił jej wytłumaczyć. I tak jak lubiła krzywizny i chropowatość, tak brzydziła się regularnością, trochę na złość światu, który był w stanie zaakceptować jedynie to, co da się zmierzyć linijką i narysować od cyrkla, a który ją, swoje wybrakowane dziecko, odrzucił.
Parapet co rusz na nią zerkał, zapraszał, by usiadła, by pozostawiła krawędziowość i obgryzione skórki i wróciła z ciepłem swego ciała ku sączącemu się przez niedomknięte okno przedświtowi, jednak ją zdążyła już skusić obietnica lepszych dni, splatających się od dawna w lata, utkana z przyjaznej materii muślinowych snów. Spojrzała jeszcze raz, spod powiek, przez okno na chwilę przed tym, nim Helios zdążył zasiąść za lejcami swego ognistego rydwanu i układając głowę na poduszce, w pozycji embrionalnej – zasnęła.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 15.10.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(31): 28 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14