warto go przeczytać
Stanął przede mną człowiek, który przez całe życie chciał tylko jednego. Wyprostował się, zaciągając ręce do tyłu napiął mięśnie pleców. Zmierzwił sobie włosy i spojrzał mi w oczy.
Między szarymi pasmami przecierał się smutek, delikatnie wychylał się zza źrenicy, by szybko czmychnąć przed czujnym obserwatorem, zmuszając go do spuszczenia wzroku niżej. Niżej był uśmiech. Niczym dobrze skrojony garnitur uśmiech wydawał się perfekcyjny, bez maskowanej ironii, pogardy czy głupoty. Artysta zamaszyście uderzył pędzlem w płótno i zginął, by nigdy nie mieć okazji zmodyfikować dzieła. Jego skrywana sztuczność kryła się głęboko w oczach.
Człowiek spytał mnie o czas. Wytłumaczyłem mu, że czas ma się bardzo dobrze, jednak gdzieś poza granicami miejsca w którym się znajduje. Starałem się być delikatnym, pierwsze kroki zawsze stawiane są na niebezpiecznym terenie.
Podrapał się po ramieniu, siedem razy w górę, osiem razy w dół, bez szczególnej dbałości o swoje bodźce zmysłowe, zwęził usta i zmarszczył brwi. Powiedział, że w takim razie czas się nie liczy, szczególnie dla chwil. Potem powrócił do swojego uśmiechu.
Przekrzywiłem głowę i przyjrzałem się jego dłoniom. Perfekcyjnie czyste, bez zgrubień skóry, trwające w aspekcie delikatności. Wydawały się niepełne, jakby im czegoś zawsze brakowało. Miejsca, czy może wypełnienia.
Spytał o pogodę. Robiąc kolejny krok, odpowiedziałem, że pogodę zostawił daleko za sobą, że taka dziedzina była elementem jego dawnego świata. Nie chciałem go już dłużej pieścić niewiedzą.
Człowiek prychnął tylko arogancko i odwrócił wzrok. Wtedy zobaczyłem cały wymiar jego cierpienia. Puste oczy spoglądały gdzieś w przestrzeń, kąciki drżały lekko, broniąc się przed łzami. Zastygł w tej pozycji, bez sztucznego uśmiechu, bez radosnej barwy głosu, którego z siebie nie wydobywał. Niczym posąg wyrzeźbiony z ponurego granitu, przez te kilka sekund stał się obrazem bólu. Powoli obrócił głowę i spojrzał mi prosto w oczy, bez żadnej maski, bez urojonej postaci własnej.
A Ona?
Nie odpowiedziałem. Obrócił się i poszedł. Patrzyłem jak jego sylwetka majaczy gdzieś w oddali i wreszcie znika na zawsze. Człowiek, który przez całe życie chciał, by ktoś za nim zatęsknił, nawet gdy odchodzi na dziesięć metrów do kiosku. Człowiek, za którym już tęskniłem. Ale on poszedł tam, a ja zostanę tutaj. Jako ostatnie tchnienie.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 13.03.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(31): 28 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14