Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"I że cię nie opuszczę" 17.05.2013
"Portal cz. I" 05.06.2013
"Portal cz. V" 26.06.2013
"Bloody Mary" 22.08.2012
"Portal cz. XI" 13.08.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Ostatnie tchnienie

Młoda lekarka Madeleine Page przed chwilą zsunęła się gwałtownie z wózka. Uderzyła mocno nogami o zimną podłogę. Poczuła ból; jej inhalator, który wciąż ściskała w ręku, wyśliznął się i spadł z oszołamiającą prędkością kilkadziesiąt metrów w dół. Zrozumiała, że bez tego małego, białego przedmiotu jest nikim, żałośnie bezbronna i bezradna. Ciasno związane sznury wpijały jej się w nadgarstki. Czuła się jak dziecko, które przed chwilą przyszło na świat; przemarznięta i ogarnięta rozpaczą. Zaraz, ktoś coś mówił o bólu? Tak, to musiał być ból, wciąż czuła mrowienie w nogach. A więc, po tylu latach modlenia się o ustąpienie paraliżu, wreszcie się stało… Odzyskuje sprawność. Chwilę potem uświadomiła sobie, że przecież nie zdąży na pierwszą wizytę u fizjoterapeuty. Nie zdąży nawet odebrać porannej poczty. Co za ironia. Napastnik rzucił na ziemię zakurzony dywanik. Jej inhalator leży na samym dole, roztrzaskany, a ona zaraz dostanie ataku astmy i udusi się, szamocząc się w więzach, którymi ją spętano... Czuła, że oddech jej się spłyca. Nie potrafiła nic na to poradzić. Czuła już znajomy ucisk w okolicach gardła. Bolała ją klatka piersiowa. Zaczyna się. Zaczęła liczyć oddechy. Robiła tak od lat. Piąty zwykle był tym ostatnim przed pobudką w szpitalu. Ale tym razem miało być inaczej, bo nikt jej nie pomoże. Jeden… Chciała krzyczeć, ale knebel był za mocno wciśnięty w jej usta. O wiele za mocno. Zresztą i tak nikt by jej nie usłyszał, nie o trzeciej nad ranem. Dlaczego wpuściła pacjenta po godzinach, dlaczego dała się tak łatwo nabrać? Przecież wiedziała, że może się to skończyć niebezpiecznie; powinna wiedzieć, że tak to się skończy… (Co teraz robić? Ach tak! Musi teraz przypomnieć sobie chociaż jeden moment ze swojego życia. Ale w tej chwili miała tylko jedno wydarzenie w głowie. Jeszcze pachnące świeżością…) Kilka godzin wcześniej… Madeleine Page siedziała w swoim biurze na trzydziestym trzecim piętrze nowo wybudowanego biurowca w centrum miasta. Jak tutaj trafiła? Boże, sama tego nie wiedziała. Może to los zaprowadził jej karierę właśnie tutaj, może były to tylko lata ciężkiej pracy, kto wie? Prawie każdy natomiast wiedział, że doktor Page jest trzydziestokilkuletnią terapeutką i od niespełna tygodnia posiada biuro w najbogatszej części miasta. Nic dziwnego, skoro przez jej pokój przewijali się najważniejsi ludzie tego stanu. Ba, mówiono, że sam Bill Gates dzielił się swoimi problemami ze słynną Madeleine. To oczywiście plotki, jednak Page wiedziała, że inni szefowie wielkich korporacji nie będą już nigdy jej obcy. Zwykle zaczynało się dokładnie tak samo; stali w drzwiach i nie mogli się powstrzymać, by nie przyznać, że potrzebują pomocy. Cóż, w końcu po to do niej przychodzili. Madeleine przeciągnęła się wygodnie, omiatając wzrokiem obszerny blat dębowego biurka i patrząc na przedmioty leżące w pudłach w całym pomieszczeniu. Nagrody, dyplomy, zdjęcia. Lata praktyki i wyrzeczeń. Lata tego, co inni nazywali młodością u niej kryło się zupełnie pod innym hasłem. Chcesz wskazówek? Sprawdź w słowniku i zobacz, co znaczy praca. Nie. Przyjdź do Madeleine i zobacz, co robi przez cały dzień. (Albo przywiąż się do kaloryfera i od razu daj sobie z tym spokój). Tak czy siak, Page siedziała teraz w swoim biurze delektując się każdą chwilą mijającej nocy. Wspomnienia mknęły przed nią niczym błyskawiczny pociąg z mózgu prosto do jej serca. Pospieszny pociąg. Sceny rozmywały się jedna po drugiej, zmieniając się w coraz to nowe kształty. Kucie po nocach, odbieranie dyplomu, później jej pierwszy klient, pierwsze biuro… To było jak pamiątkowy film, zapisany na jedynych niewidzialnych taśmach, które zawsze nosiła przy sobie. Zawsze. Przypomniała sobie klientów, którym zdołała pomóc. Prawie zawsze jej się to udawało. Nikt z jej kolegów nie wyraził wątpliwości, że ma do tego talent. Czasami śmiali się z niej, że bierze EPO albo inne sterydy. Śmiała się razem z nimi. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy, jak blisko był odgadnięcia prawdy. I nie chodziło tylko o kilkanaście kubków kawy na dzień. O nie. Madeleine nie pamiętała, kiedy po raz pierwszy zaproponowano jej Złoty Środek. Czy to ważne? Od początku natomiast wiedziała, że nie była to tylko mieszanka chemii stymulującej układ nerwowy i całkowicie legalna w Europie, jak wmawiał jej Jamie Hayes. Może nawet nie miał pojęcia czym handluje. Chciała w to wierzyć i wierzyła przez lata. Chciała w to wierzyć także i teraz. Chciała wierzyć, że pigułka, którą zażywa coraz częściej to nie kokaina. Chciała wierzyć w to całym sercem, ale nie mogła. Nie mogła już dłużej oszukiwać samej siebie. Wspomnienie narkotyków obudziło w niej źródło toksycznego płynu pełnego goryczy. Przypomniała sobie wszystkie najgorsze chwile jej życia. Wiecznie pijany ojciec nagle wszedł do zagraconego pokoju nastolatki. Już przeczuwała, co się stanie. Czuła to całym swoim ciałem. Pamiętała tak dobrze, co stało się później. Pamiętała, co powiedziała ojcu, gdy się do niej zbliżył. Cuchnący potem i wódką. Pamiętała idealnie białe wnętrze karetki i ludzi kręcących się tam, w samochodzie. A potem ten okropnie głośny huk, wyrywający bębenki z wnętrza czaszki i ból. Ból tak niewiarygodny i niemożliwy do zniesienia… I obudziła się w szpitalu. Po trzech dniach bycia w farmakologicznej śpiączce. Po sześciu operacjach i tym najstraszniejszym ze wszystkich medycznych wyroków, że wózek inwalidzki będzie dla niej pisany do końca życia. Wtedy zrozumiała, że jej przyszłość została dokładnie zweryfikowana właśnie tego samego dnia, tą samą diagnozą. Była mocno zniekształcona i nadszarpnięta, ale wciąż jednak istniała. Fizycznie to niewielka szansa na normalne życie, psychicznie nie było dla niej żadnej nadziei. Kolejne dawki Haldolu tylko pogarszały sytuacje, gdyż zaczęła miewać nieustanne lęki. Szybko też się od niego uzależniła. Nagle zdała sobie sprawę, że przyszłość to nie jest ta sama przyszłość, którą zdefiniowała już dawno temu. Zdawało jej się, że tak dobrze rozumie ten świat. Rozumie jego prawa. Wtedy jeszcze nie wiedziała jak bardzo się myliła. Jak bardzo życie może się zmienić w ciągu jednej chwili, jednego dnia. Tego samego dnia, w której zaczęła się jej nowa przyszłość. Wkrótce dowiedziała się, że jako jedyna przeżyła wypadek karetki. Po krótkotrwałej amnezji przypomniała sobie każdy szczegół z tamtego dnia, zrzuciła winę na ojca i obiecała mu zemstę. Brutalną, słodką zemstę. Jednak nie wiedziała, że życie może być bardziej prozaiczne. Jej ojciec zmarł w tydzień po tamtym dniu, a ona mimo wciąż dominującej nienawiści, poczuła się dziwnie samotna, jakby zaczęło jej brakować zwykłego chrapliwego tonu ojca, który wcale nie był dla niej dobry. Gwałtowne pukanie do eleganckich drewnianych drzwi wejściowych wyrwało Madeleine z zamyślenia. Wszystkie wspomnienia rozwiały się w gorącym powietrzu wewnątrz nowoczesnego biura. Madeleine Page oddychała płytko, z trudem łapiąc każdy kolejny oddech. „To pewnie tylko astma – pomyślała. – Na pewno”. Wygrzebała z torebki swój inhalator i odetchnęła głęboko. Jej ciało rozluźniło się i krążenie zaczęło wracać do normy. Pukanie do drzwi stawało się coraz głośniejsze, więc Page chcąc nie chcąc podjechała do drzwi, nawet przez chwilę nie zastanawiając się, kto, u licha, może się tutaj zjawić po północy. Przekręciła zamek. – Coś się wydarzyło. Coś… coś strasznego. 1 Dwa… Teraz musiała przyznać, że absolutnie nie mogła się tego spodziewać. Nie potrafiła tego przewidzieć, nie mogła wiedzieć, co się wydarzy. Zawsze natomiast wiedziała, że pracoholizm kiedyś ją zabije. Nigdy nie sądziła jednak, że właśnie w taki sposób. Teraz pluła sobie w brodę, że nie zdecydowała się żyć inaczej… 2 Twarz rosłego, przystojnego mężczyzny ukazała się w drzwiach, szczerząc w jakimś dziwnym pół-uśmiechu komplet krzywych zębów. Dobrze znana twarz wyglądała jednak w jakimś stopniu na zmienioną. Brakowało również gęstej brody, która zwykła zdobić wydatną szczękę. Tym razem twarz Aarona Owensa była gładko, precyzyjnie ogolona. Sprawiał wrażenie zadyszanego i zagubionego. Miał pomięte ubranie i przekrwione oczy, a na koszuli i rękach widać było… – O mój Boże! Czy to… czy to KREW?! Aaron nie odpowiedział. Właściwie nie musiał nic mówić, to było jasne. Nie mogła go jednak tak zostawić. Musiała mu pomóc. Musiała się dowiedzieć, się stało. – Aaron, czy chcesz o tym porozmawiać? – spytała delikatnie, starając się zapanować nad sercem, które tłukło się jak oszalałe. Owens potoczył nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu i skinął głową. – Możesz usiąść na sofie – wskazała mu palcem niewielką kanapę ze skórzanym obiciem. Chwilę później Madeleine udało się doprowadzić go do względnego porządku, podając mu cudowną indyjską herbatę, nafaszerowaną środkami uspokajającymi. Robiła tak zawsze przy niespokojnych pacjentach. – Powiedz mi, co się stało, Aaron. Przełknął głośno łyk herbaty i zakrył głowę w dłoniach. – Wie… wie pani, dlaczego przyszedłem tutaj po raz pierwszy? – Pamiętam, że miałeś kłopoty po niedawnym rozwodzie. – Właśnie, miałem kłopoty – powtórzył. – Miałem poważne kłopoty i liczyłem, że mi pani pomoże. Page milczała, starając się domyślić do czego zmierza Aaron. – Kiedy moja żona mnie opuściła, nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nie dawałem rady. Dała mu znak głową, aby kontynuował. – Nigdy wcześniej nie czułem czegoś takiego do żadnej innej kobiety, niż mojej żony. Nie potrafiłem tego przeboleć. Nie umiałem – zaszlochał i znów ukrył twarz w dłoniach. 3 Trzy… Dlaczego nie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem? Dlaczego nie dała mu więcej środków na uspokojenie? Nawet idiota wiedziałby, że krew na rękach oznacza tylko jedno. Tylko jedno. Była zbyt ciekawa, żeby nie porozmawiać z Aaronem. Ciekawość ją zgubiła. Nie chciała umierać. Nigdy nie pragnęła bardziej żyć niż w tym momencie, ale wiedziała, że w każdej pojedynczej komórce jej ciała już czaiła się śmierć. Śmierć jest nieunikniona. Była tam od zawsze, a teraz przygotowywała się na finałowy pokaz. Madeleine już zrozumiała, jaka będzie jej przyszłość. 4 Page wciąż milczała. Nie chciała mu przerywać w jego spowiedzi. – Ja… ja zrobiłem coś okropnego. Ja chciałem to zrobić od dawna, ale liczyłem, że pani mi pomoże – uspakajał się. W miejsce znikającego uczucia zagubienia i rozpaczy, pojawiało się inne. Nie wiedziała jeszcze jakie, ale czuła to. Czuła je całym ciałem. – Pani powinna mi pomóc. – Aaron, ja próbowałam… – Zawiodłem się na pani – jego głos już nie był wilgotny od niedawnych łez. Tym razem był to oschły, pozbawiony pozytywnych uczuć, głos. – Aaron… – Czy naprawdę byłem tak beznadziejny, że spisała mnie pani na straty? Musiałem ukarać żonę – w jego tonie czaiła się zimna furia. Dopiero teraz zidentyfikowała tamto uczucie. O wiele za późno. – Teraz muszę ukarać i ciebie. 5 Cztery… Myśli mknęły szybko jak samochody na autostradzie obok miasta. Wszystkie chwile z jej życia śmigały jej przed oczyma. Co powinna teraz zrobić? Błagać Boga o przebaczenie, o miłosierdzie? Zapewne większość ludzi tak właśnie robi. Ale nie ona. Ona musi być silna, prawda? Zawsze to sobie wmawiała. Teraz nie mogłaby nawet uczynić znaku krzyża ze związanymi rękami. Przecież jeszcze nie umarła. Wierzyła, że nie umrze. To po prostu fizycznie niemożliwe. Mimo to nie mogła się powstrzymać, żeby w myślach nie krzyknąć: „Przebacz mi Boże!”. Madeleine zaczęła się dusić. Cztery i pół. Czuła jak niewidzialna pętla zaciska się na jej gardle. Cholerna astma. 6 – Aaron, wysłuchaj mnie… – Już za dużo wysłuchiwałem ciebie w ciągu ostatniego roku. Miałaś mnie za świra? Myślałaś, że jestem idiotą. Miałaś mi pomóc, tymczasem wszystko zepsułaś. Wszystko. Ostatnie słowo zaakcentował mocno. Zbyt mocno, aby mieć nadzieję, że jest jakaś nadzieja. Zaczął krępować jej delikatne ręce. Uśmiechnął się szaleńczo. – To musi być załatwione. Musi… – Aaron… – błagała. – Nie rób tego. Przez twarz przybysza przebiegł ledwie dostrzegalny cień. Jego uśmiech lekko zbladł, aby następnie powrócić w jeszcze bardziej demonicznej formie. – Tak naprawdę mam na imię Robert. Ale to ci nie robi żadnej różnicy, paniusiu. 7 Cztery i trzy czwarte oddechu… Matka zawsze jej mówiła, że na koniec trzeba coś powiedzieć. Tak zrobiła, gdy ona umierała i teraz musi tak zrobić Madeleine. Ale co ma powiedzieć? Może powinna przeprosić. Przypomniała sobie swoich pacjentów, którym poświęciła całe swoje życie. Przez zaciśnięte powieki widziała czubek buta Aarona. Może powinna go przeprosić? Za to co przecierpiał, chyba mu się należy… 8 Aaron Owens stał nad szamoczącą się Madeleine i obserwował jej wymuszony oddech, coraz trudniej łapała powietrze. Wiedział, że Sprawa została załatwiona. Musi iść. W tej samej chwili Page wydała dźwięk. Nachylił się, aby wysłuchać cichego: „Przepraszam”. W następnej chwili zniknął. 9 Pięć… Jej oskrzela zamknęły się całkowicie. Serce tłukło się jak oszalałe, ale Madeleine nie mogła na to nic poradzić. Ostatnia rzecz, którą zdążyła zobaczyć, to męski płaszcz przeciwdeszczowy, który zniknął za szklanymi balkonowymi drzwiami. „Nadszedł finał, Madeleine” – powtarzała sobie. Nie wiedziała, dlaczego jedna rzecz nie dawała jej spokoju przed śmiercią. Myśl ta obijała się jej o czaszkę, nie ustępując. „Przyszłość tworzymy teraz i tutaj. Przyszłość tworzymy w tym momencie. Tutaj zaczyna się twoja przyszłość”. „Ale co to znaczy?” „Pomyśl Page. Nadchodzi twoja przyszłość…” Wszystko zaczęło się rozmazywać. Głowa przekrzywiła się jej na prawo i opadła z nieprzyjemnym odgłosem na podłogę. Pojedyncza łza zaczęła płynąć po policzku, który rano będzie już zimny i obojętny na wszystko.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 26.07.2012r.

1     

Nowokaina Użytkownik wpmt 27 07 2012 (11:20:44)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj
Muszę poniekąd zgodzić się z opinią Awareness, masz bardzo dobry styl, jednak występują pewne niedociągnięcia, które (wydaje mi się) wynikają raczej z Twojego niedopatrzenia. Jeśli chcesz być najlepszy, musisz wielokrotnie wertować swój tekst, by wyłapać jakiekolwiek, nawet najmniejsze błędy.

Strona techniczna. To, co rzuciło mi się w oczy na początku to fakt, że często kończysz zdania wielokropkiem. Z czasem zaczęło to być nieco irytujące, ponieważ wielokropka używa się zwykle wtedy, gdy chcemy coś pominąć albo zaznaczyć nieoczekiwane zakończenie wypowiedzi. W Twoim przypadku, wielokropek wydaje się być tylko zabiegiem czysto "kosmetycznym".

– Coś się wydarzyło. Coś… coś strasznego.
- w tym przypadku wielokropek jest zrozumiały.

Teraz pluła sobie w brodę, że nie zdecydowała się żyć inaczej…
- tutaj natomiast jest zupełnie niepotrzebny.

Niekiedy stawiasz zbędne przecinki, ale to da się wyeliminować. Prawdę mówiąc każdy, kto pisze ma problemy z interpunkcją.
Zapomniałam wspomnieć o jeszcze jednej, ważnej rzeczy. Na początku Twojego tekstu pomieszałeś dwa czasy. Raz jest przeszły, raz teraźniejszy. Poza tym, momentami powtarzasz słowa, ale nie jestem w stanie pokazać Ci tych błędów.

Treść. Twoje opowiadanie nie jest takie krótkie, łączysz w nim kilka elementów. Podobają mi się dialogi i fakt, że opisami potrafisz zaciekawić czytelnika, lecz momentami się gubisz. Musisz umieć uważnie czytać to, co sam piszesz i po pierwsze, móc odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy to, co piszę, przeczytałbym z przyjemnością?
Na chwilę obecną nie mam większych zastrzeżeń.
Piątka z minusem.
Pozdrawiam

Awareness Użytkownik wpmt 26 07 2012 (15:29:37)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj. Jesteś tu nowym użytkownikiem, a piszesz jak doświadczony prozaik. Myślicie, że przesadzam? Racja, mam zdolności do wyolbrzymiania. Ale w tym przypadku swoją niedoskonałość zostawiłam z tyłu. Naprawdę.
Tekst jest bardzo dobry. Nie mam aż tak wnikliwego oka, żeby dostrzec wszystkie źle postawione przecinki, ale z tego co widzę, to z interpunkcją nie masz wielkiego problemu. Czasami gubiłeś sens, nie mogłam zrozumieć chyba dwóch fragmentów. W zdaniu z nadzieją wyszło ci-moim zdaniem- trochę masło maślane. Dialogi konstruujesz dobre, żywe, ciekawe. Z pewną dozą dramaturgii.
Podoba mi się także Twój styl. Nie wygląda on na styl początkującego pisarza, raczej na tego z rzędu bardziej doświadczonych. Tematyka pracy bardzo interesująca, moment jak z rasowego thrillera. Fragment ze wspomnieniem wyszedł Ci na plus.
Jak dla mnie - nic dodać, nic ująć. Lubię takie klimaty, więc Twoja proza przypadła mi do gustu. Wstawiam 6 z minuskiem, za te pewne niezrozumiałe zdania.
Pozdrawiam. Awareness


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9702 | Proza: 2331 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68309 | Użytkownicy: 12452
Online(30): 30 gości i 0 zarejestrowanych: