Opowieść o Jasiu

Mały Jaś miał poduszkowiec. Poduszkowiec był miękki, ciepły, obleczony w niebieską poszewkę w samochodziki i dinozaury. Mógłby być wzięty za zwykłą poduszkę, jak tysiące innych, leżących na łóżkach tysięcy innych małych chłopców. Ale nie był zwykły. Jego właściciel mógł przenieść się na nim ze swojego pokoju, pełnego zabawek, ubrań i książek, do innego, niesamowitego świata, o którym wiedział tylko on. Droga do niego nie była prosta. Najpierw trzeba było usiąść wygodnie na poduszkowcu, wsadzić za koszulę misia Hokusia (bez niego – ani rusz), ująć w ręce dwa rogi niczym kierownicę wyścigówki, a potem ostrożnie wyfrunąć przez uchylone okno – wprost do gwiazd. W miarę wznoszenia się świat na dole malał, zatracał szczegóły, ginął – a jednocześnie było go coraz więcej. Ale Jaś nie mógł się tym zachwycać – musiał uważać, by nie pomylić drogi i nie zabłądzić wśród niezmierzonej ciemności. Kierować tak, by skręcić przy odpowiedniej gwieździe, nie zderzyć się z Księżycem i nie strącić niczego z firmamentu – zupełnie jak tatuś, gdy jechał samochodem, odwożąc go do przedszkola. Gdy w końcu docierał do swojego świata i lądował – wciąż na tej samej łące, pełnej kaczeńców – zawsze witał go ten sam przyjaciel. Przyjaciel miał na imię Wieniek i był niemal bliźniaczo podobny do Jasia – te same jasne włosy, ten sam zadarty nos a nawet taka sama blizna na nodze (tyle że na drugiej). Zawsze witali się mocnym uściskiem. A potem zza koszuli chłopca wyskakiwał Hokuś w swej czerwonej bluzeczce, żywy, ciepły i niecierpliwy, mówiąc zawsze te same słowa: „A już myślałem, że nie dojedziemy na czas!” – choć nigdy żaden z nich nie określił, co to w zasadzie za „czas”, skoro się nie umawiali. Potem następowała już tylko zabawa i przygody, o których koledzy z przedszkola mogli tylko pomarzyć. Jaś, mimo swoich pięciu lat, rządził swym królestwem tak dobrze, jak potrafiłoby niewielu królów z kolorowych książeczek. A jako król tego magicznego świata miał wiele spraw na głowie – musiał dbać, by szklany zamek, w którym mieszkał, stawał się coraz większy i piękniejszy, żeby poddani mieli co jeść, gdzie się bawić i aby byli szczęśliwi. Musiał też bronić swego królestwa przed zakusami złego czarnoksiężnika, mieszkającego bardzo daleko, w bardzo wysokich górach, otoczonych bardzo ciemnymi chmurami. Nie było takiej wizyty Jasia, podczas którego on i jego drużyna rycerska złożona z ludzików z żołędzi, które składali razem z Wienkiem – nie stoczyliby z nim i jego poplecznikami zwycięskiej bitwy. Jednak czarnoksiężnik zawsze wracał, czasem słabszy, a czasem silniejszy. Gdy raz został pokonany będąc w wyjątkowo dobrej formie, wypowiedział słowa: - Będę z tobą walczyć do końca, ale to nie ja sprawię, że ten koniec nadejdzie. To ty sam zniszczysz ten świat, Janku. Po czym zniknął ze swym charakterystycznym, złośliwym chichotem. Ani Jaś, ani Wieniek, ani Hokuś (choć był to bardzo mądry miś, pełniący w szklanym zamku funkcję nadwornego astronoma) nie zrozumieli, co te słowa miały znaczyć. Jednak nie obchodziło ich to zbytnio. Było tyle innych ważnych spraw, które wymagały uwagi, że prędko odeszły w zapomnienie. Trzeba było wciąż wymyślać nowe zabawy, nowe rozkazy i nowe rozwiązania. No i trzeba było składać ludziki z żołędzi, by królestwo było coraz silniejsze. A że było to jedno z ich ulubionych zajęć – armia była liczna i silna. Gdy Jaś wracał do swojego łóżeczka, Hokuś znów stawał się zwykłym misiem, który tylko czasem szepnął mu coś do ucha. Wieniek zostawał na miejscu, by kierować królestwem wtedy, gdy prawowity król był w swoim świecie. Zawsze jednak mogli się skontaktować za pomocą telefonu ze świecącymi przyciskami i czerwoną słuchawką, stojącym na półce w przedszkolu. Dorośli kręcili ze śmiechem głowami, widząc, jak rozmawia o sprawach swojego królestwa i mówili: „Ależ on ma wyobraźnię!”. Ale dorośli zazwyczaj nic nie rozumieją. Zresztą – w królestwie Jasia nie było dorosłych, bo po co? Wyjątkiem był święty Mikołaj, urzędujący na biegunie północnym, gdzie Jaś i Wieniek zawsze zgłaszali się, gdy chcieli mieć nowe zabawki. Wesoły staruszek zawsze cieszył się na ich przybycie, oprowadzał po swych warsztacie i częstował cukierkami. I był prawdziwy, co do tego nie było żadnych wątpliwości. Wyjątkiem był też jeden z wujków Jasia – radosny, straszy pan, najstarszy brat jego taty. On wierzył chłopcu w jego opowieści i często radził, co powinien zrobić, by w magicznym świecie żyło się jeszcze lepiej. Wręcz wymagał, by opowiadał mu, co się dzieje w królestwie. A gdy Jaś mówił – w jego oczach ukazywało się coś, co przypominało bezgraniczną tęsknotę za czymś na zawsze utraconym. Chłopiec bardzo lubił swojego wujka. W końcu Jaś skończył przedszkole. Przed nim była długa i trudna nauka w szkole. Był tym trochę przestraszony, ale wiedział, że w razie kłopotów będzie miał mamę i tatę, którzy mu pomogą. Podobała mu się nowa klasa, piękne podręczniki i tablica, na której mógł pisać kredą. Polubił też nową klasę i nową panią, i nowe korytarze, sale, okna i szafki. Powoli uczył się wszystkiego, co w życiu niezbędne – czytania, pisania i liczenia, a także rozumienia świata, który go otaczał. - Gwiazdy, które widzimy na niebie – powiedziała raz pani wychowawczyni – są od nas bardzo, bardzo daleko i dlatego nie możemy ich dotknąć. Możemy jednak oglądać je przez teleskop. Jasia zdziwiły te słowa. Jak to? Przecież on codziennie dotykał gwiazd, jadąc na swoim poduszkowcu. Gwiazdy machały mu wesoło, gdy przelatywał obok i czasem sypały na niego swój pył – błyszczący jak najdroższe klejnoty. Musiał sprawdzić, czy naprawdę nie da się ich dotknąć. W nocy, gdy już słońce zaszło, uprosił tatę, by wyszedł z nim na dwór. Upatrzył sobie wyjątkowo wielką i migotliwą gwiazdę i zaczął skakać. Gdy to nie dało rezultatu, poprosił, by tata go podsadził. Ale i to nie pomogło. Gwiazda wciąż była daleko, zimna i niepomna na jego starania. A tata się śmiał. Tej nocy podróż na poduszkowcu była już jakaś inna. Gwiazdy nie machały już do Jasia i nie sypały gwiezdnym pyłem. Zniknęły też gdzieś ich twarze. Stały się po prostu świecącymi zimno kulami. Wieniek wyglądał na zmartwionego, co nie zdarzało mu się często. - Zobacz – powiedział, wskazują na coś w trawie. Chłopiec schylił się i zobaczył, że jeden z kaczeńców całkiem stracił swój żywy, jasny kolor i stał się szary jak popiół z popielniczki. - Co to znaczy? – spytał wystraszony. - Nie wiem – odparł smutno przyjaciel. – Ale to straszne. Hokuś się nie odezwał. Od tego czasu coś zaczęło się psuć. Nie było tu psucie szybkie, jak rozbicie wazy albo talerza. Przypominało raczej rdzewienie stalowej konstrukcji. Powolne, lecz skuteczne i nieubłagane. Z każdą wizytą Jasia coraz więcej rzeczy traciło barwy, stawało się szare. Szarzenie obejmowało coraz większe obszary, niczym epidemia morowej zarazy, o której przeczytał w podręczniku. Z roślin przechodziło na zwierzęta, ze zwierząt – na ludzi, a z ludzi – na budynki. Zwierzęta nagle przestały podchodzić do chłopców i ochoczo się z nimi bawić, uciekały od nich i chowały się w lesie. Domy przestały być kolorowe i roześmiane, a dzieci – poddani Jasia przycichły i miały coraz mniej ochoty na wesołe harce. Czarnoksiężnik za to stawał się coraz silniejszy i toczenie z nim bitew – mimo nowych broni, o których Jaś nauczył się w szkole i kazał skonstruować w swoim świecie – było coraz trudniejsze. Ale trudność nie była najgorsza. Najgorsze było to, że czarnoksiężnik nie krzyczał już ze złości, będąc pokonanym. Znikał po prostu z cichym, złośliwym chichotem. Tymczasem życie Jasia na Ziemi stawało się coraz bardziej trudne. Szkoła stawała się coraz bardziej wymagająca i nie chodził już tam tak chętnie. Był już duży, co wiązało się z większymi obowiązkami i odpowiedzialnością. Raz jeden kolega stwierdził, że święty Mikołaj to tylko bajka, a prezenty pod choinkę przynoszą rodzice. Jaś spytał mamy, czy to prawda. Powiedziała, że tak. Tego dnia, gdy odwiedził swój świat, zauważył, że Zszarzała cała dzielnica. Mijały kolejne lata, a królestwo Jasia stawało się coraz bardziej popsute. Poddani nie chcieli się już bawić – wszyscy tylko siedzieli na schodach Zszarzałych domów, patrząc na siebie nierozumiejącym wzrokiem albo płakali. Gdy Wieniek albo Jaś pytali, co się stało, odpowiadali, że chcą do mamy albo błagali o ratunek dla swojego miasta. Nikt jednak nie wiedział, jak można pomóc. Hokuś siedział w wieży astronomicznej, gorączkowo próbując wyczytać ratunek z nieba, a czarnoksiężnik chichotał coraz głośniej. Tymczasem wizyty Jasia stawały się coraz rzadsze. I to nie dlatego, że nie mógł znieść widoku upadającego królestwa. Ono powoli przestawało go w ogóle obchodzić. Miał teraz wiele innych spraw na głowie. Lekcje stawały się naprawdę trudne, zbliżały się egzaminy do gimnazjum, a koledzy stawali się coraz złośliwsi. I żaden nie spał już z misiem. W końcu Jaś stwierdził, że i on powinien przestać, bo wstyd przecież – i Hokuś stracił miejsce za koszulą. Najpierw siedział na półce, między figurką czerwonego smoka i zielonym stworkiem ze zwichrowaną czupryną. Potem przeniósł się na strych wraz z innymi zabawkami, zastąpionymi przez książki i gry komputerowe, i odtąd ślad po nim zaginął. Szarzenie dopadło Wieńka – nie był już wesoły i nie chciał się bawić, ani składać ludków z żołędzi. Najczęściej siedział na schodach, jak wszyscy inni, albo leżał w łóżku. Sprawiał wrażenie chorego. Stał się za to bardziej okrutny i bezlitosny w walce ze sługami czarnoksiężnika. Kiedyś brali ich do niewoli albo puszczali wolno, gdy obiecali się poprawić – teraz zabijali wszystkich. Szarzenie postępowało nieubłaganie, aż w końcu dotarło do szklanego zamku. Ściany pękały pod naporem Szarości, cała konstrukcja aż trzeszczała, opierając się własnemu przeznaczeniu. Pewnego dnia w rodzinę Jasia uderzyła smutna wiadomość – zmarł jeden z wujków. Ten, który jako jedyny wierzył Jasiowi, kiedy opowiadał mu o swoim królestwie, walkach i panowaniu. Ten, który najchętniej czytał mu bajki i oglądał kreskówki. Ten, który kiedyś przebierał się za Świętego Mikołaja na Boże Narodzenie. Jaś, ubrany na czarno, patrzył, jak zasłania go grób. Tego dnia umarł także Wieniek. Szarość dostała się w końcu do zamku i zgniotła go. Królestwo Jasia zniknęło – ale on tego nie zobaczył. Nie wybrał się tam już nigdy więcej. „Umarł Jaś – narodził się Jan” – przemknęło mu przez głowę, gdy wracał z rodzicami do domu z pogrzebu. Czas było przestać żyć mrzonkami. Był w końcu tylko jeden, prawdziwy świat, którym należało się zająć. Poduszka z poszewką w samochodziki i dinozaury została deportowana na strych i o niej także słuch zaginął. Kto to w końcu widział, żeby w pokoju licealisty leżało coś tak dziecinnego. Pewnego razu Jan szedł przez park. Była jesień – drzewa mieniły się żółciami, czerwieniami i zieleniami. Niebo było czyste, ale powietrze – chłodne. Na ławkach siedzieli pojedynczy ludzie, zajęci swoimi sprawami. Nagle coś kazało się chłopakowi zatrzymać i spojrzeć w dół. Zobaczył żołędzia. Było to dziwne, bo nigdzie nie było dębu. Podniósł go ostrożnie i zastanowił się, czemu nagle poczuł coś dziwnego. Jakby coś, o czym dawno już zapomniał, znów, na jedną sekundę, rozbłysło całą siłą w młodym sercu. Prędko odrzucił żołądź i poszedł dalej, spiesząc się na autobus. I tylko przez chwilę wydawało mu się, że gdzieś wysoko, w koronach drzew słyszał czyjś złośliwy, dziwnie znajomy chichot.



        Dedykacja: Opowiadanie, które kilka miesięcy temu zdobyło II miejsce w konkursie "O Literacki Laur Arbuza" organizowanym przez II Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Tomaszowie Mazowieckim.

Płeć: nieznana
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 11.06.2012r.

1     

Darksio Użytkownik wpmt 12 06 2012 (17:35:05)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj.
Całkiem ciekawe opowiadanie. Pięknie, za pomocą bajki, opisałaś świat dziecięcych wyobrażeń, fantazji, pragnień. Ale prędko okazuje się, iż to nie bajka, w miarę dojrzewania bohatera pryskają złudzenia. Stopniowo, lecz konsekwentnie szara rzeczywistość rozprawia się z dziecięcym światem, aby w wieku dojrzałym pozbawić go już zupełnie złudzeń. Do tego stopnia, że sam nie pamięta swoich ideałów, a kiedy wspomnienia się odzywają, odwraca się od nich. Bardzo ciekawie ujęłaś temat i sprawnie manewrowałaś alegoriami. Pod względem technicznym tekst dopracowany, mam jedną sugestię:
„Możemy je jednak oglądać przez teleskop.” – masz tu aliterację (je jednak) – która jest dość niezręczna, w czytaniu nieco zgrzyta. Proponowałbym zmienić szyk zdania: „Możemy jednak oglądać je przez teleskop”. Nie zmieniam jednak, jeśli chcesz tej zmiany, daj znać.
Pozdrawiam serdecznie.


Ell003 Użytkownik wpmt 12 06 2012 (19:19:12)
Faktycznie, brzmi lepiej - jeśli można, poprosiłabym o tą zmianę :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(42): 42 gości i 0 zarejestrowanych: