warto go przeczytać
Pseudonim: RoxiM
Wydawać by się mogło, że to zwykła niedziela. Jak zwykle zaspałam i szybkim krokiem biegnąc za moja rodziną, podążałam do kościoła na poranną mszę. Była piękna, jesienna pogoda. Kolorowe liście tańczyły, kołysząc się w lekkim wiaterku wokół utulonego miasta. Chłodny powiew przeczesał moje blond loczki i wywołał dreszcz na ciele. Mogłam jeszcze śnić pod ciepłą kołderką, wtulona w ukochana poduszkę, lub udawać, że źle się czuję, ale było za późno by się zawrócić. Przez chwilę w głowie zapanował mętlik, ale szybko otrzeźwiałam, bo już przed kościołem usłyszałam śpiew organisty, więc przyśpieszyłam. Wiatr zatrzasnął za mną potężne drzwi, które ledwo zdołałam otworzyć. Poczułam na sobie setki oczu, wpatrzonych jak w obrazek. "Czy nikt nigdy się nie spóźnił?" – zapytałam w myślach. Skrępowana sytuacją jak to u mnie często bywa złapałam buraka, lub jak kto inny woli spaliłam cegłę i ruszyłam na przód. Niepewnym krokiem zbliżałam się coraz bliżej ołtarza, tylko po to by nie widzieć patrzących w moją stronę jak na niezidentyfikowany obiekt twarzy. Miejsca siedzące były już zajęte, wiec dołączyłam do niewielkiej grupki "podpierającej" kolumny kościoła. Po chwili mały szum, który wywołałam swoim spóźnieniem ucichł, a karcące spojrzenia starszych babć zmieniły obiekt zainteresowania. Skierowałam wzrok ku księdzu i udawałam, że słucham jego kazania, które jak znam życie ściągnął z sieci i tylko pod nim się podpisał. Jak dla mnie każda treść jego przemowy była taka sama, tylko pod inną nazwą.
Nigdy nie mogłam się skupić na tym, co próbuje przekazać mi duchowny. Moje myśli uciekały daleko poza grube mury kościoła i szybowały po niebie beztroskiej krainy marzeń. Myślałam o tym co będę robić dziś, jutro, za tydzień, za miesiąc, za rok, w przyszłości. Każde moje marzenie żyło oddzielnym życiem i często sprawiało to, że gubiłam się w rzeczywistości. Zdarzało się, że nie odróżniałam moich wyobrażeń od świata, w którym naprawdę żyłam i wprowadzało mnie to w nie lada zakłopotanie. Nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka z moimi rówieśnikami, że o chłopcach już nie wspomnę. Pewnie zdarzało im się myśleć, że pochodzę z innej planety i wcale mnie to nie dziwi. Już samo moje imię mnie przerażało. Zofia jak dla starej babuni lub Zośka jak dla pięcioletniego dziecka z kucykami na głowie. To nie było imię dla nastolatki. Jednak to nie był jedyny powód, dla którego siebie tak nie lubiłam. Wszystkie moje koleżanki miały pięknie ukształtowane ciało, a ja… nadal byłam w fazie dojrzewania, jak taki mały robaczek, z którego narodzi się motyl. To była przyczyna tego, że nie miałam jeszcze chłopaka, o którym od dawna marzyłam. Myślałam o tym wszystkim tak głęboko, że nawet nie wiem kiedy zabiły dzwoneczki, żeby przyklęknąć. Duchem powróciłam do rzeczywistości i już tylko czekałam na zakończenie tej mszy. Muszę się przyznać, że nie chodziłam do kościoła z własnej woli, to rodzice mnie tam zaciągali, a ja nie miałam wyjścia. Zaczęła się najgorsza część obrzędu – komunia. Zawsze śmieszyło mnie jak ci wszyscy ludzie rzucają się w kolejkę by być pierwsi. Starsze panie przeciskały się miedzy tłumem próbując wepchać się w czyjeś miejsce. Ludzie bezmyślnie pchali się na przód, bez przerwy mnie popychając i niechcący uderzając. Miałam już tego dosyć, wiec wbrew wszystkim zaczęłam się cofać i stanowczym krokiem szłam pod prąd. Wszyscy byli tym oburzenia, a ja miałam to w nosie i wolałam to niż być za chwilę przez nich zgnieciona. Oparłam się o kolumnę podpierająca chór i próbowałam wzrokiem objąć całą przestrzeń. Powoli mijałam wzrokiem ludzi i to co się działo wokół. Wtedy stało się coś niesamowitego, moje oczy zostały zatrzymane w spojrzeniu, które do dziś pamiętam…
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 11.06.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 29 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14, Maszard Namalowski