warto go przeczytać
Jeszcze wczoraj wszystko było normalne, tak normalne. Aż do tego zatęskniłam. Co roku wpadam w depresję, wielki lęk, ale dzisiejszego dnia stał się on niewyobrażalnie duży.
Wczoraj, koło dwudziestej drugiej, dobrnęłam wreszcie do mojego odgrodzonego wręcz od centrum osiedla. Trening znowu się przedłużył, co nie napawało mnie wielką radością, z racji monstrualnych korków po godzinie dwudziestej trzydzieści.
Z kubkiem gorącej herbaty o smaku owoców leśnych, zasiadłam triumfalnie przed komputerem, narzędziem szatana.
Przejrzałam parę portali, ot tak, mechanicznie i spontanicznie. I tak się jakoś złożyło, że trafiłam na krótką notatkę na którymś z portali. Oczywiście, mowa była o dziewiątej rocznicy zamachu terrorystycznego na World Trade Center, której data wypadała dnia następnego.
Na całym ciele poczułam drgawki, jakbym została podłączona do prądu. Co chwila natężenie wzrastało. Wzięłam parę spokojnych oddechów, po czym uruchomiłam Pudelka, żeby się pośmiać z głupoty celebrytów.
Jednak potem znów coś mnie tknęło, aby wejść na Google, wpisać jakąś frazę. Po raz kolejny trafiłam na ślad 11 września. Już nie było odwrotu.
Przypomniałam sobie o wielu amatorskich filmikach w sieci i postanowiłam zobaczyć choć jeden. Trafiłam na taki dwudziestosześcio minutowy.
Oglądałam z otwartymi ustami, z zimnem, które powoli, acz metodycznie ogarniało mnie z impetem.
Dym, najpierw niewielki, powolny, jakby to było średniej wielkości ognisko. A potem coraz większy i większy, ogarniający ulice. A wokół pył, szary pył sunący wśród miotających się ludzi i ratowników.
I wtedy jeszcze wyraźniej zdałam sobie sprawę z ogromu tej sytuacji.
Pojawiły się teorie spiskowe, niewiara Amerykanów w słowa władzy, rozpacz i nierozpacz. Kpiny, szaleństwa i ogromny ból. Wszystko zmieszane.
Kolejna mieszanka wybuchowa, która detonuje się do dziś.
Powiem szczerze, nie zajmuję się teoriami, aczkolwiek przeczytałam wszystko, co znalazłam w internecie, obejrzałam wiele filmików. Nie wierzę w teorie, ponieważ nie chcę się tym zajmować. Ja po prostu myślę o tych ludziach, tych biednych, zrozpaczonych ludziach, którzy skakali z okien i rozpadali się wręcz na ulicach.
O dzielnych strażakach, którzy próbowali ratować kogokolwiek.
I przypominam sobie swój 11 września wraz moją marną niewiedzą na ten temat.
Wówczas miałam zaledwie sześć lat i kiedy tata przywiózł mnie z zerówki, pierwszym odgłosem jaki zastaliśmy w domu był szloch mamy i chłodny, spokojny głos spikerki.
Nie pamiętam już wszystkiego tak dokładnie, jednak pewne szczegóły nigdy się nie zacierają...
Mój tata spojrzał na ekran, posłuchał chwilę i po prostu nogi się pod nim ugięły. Pamiętam to doskonale, widziałam jak drży, widziałam też własną mamę w stanie rozsypki. Dopiero po chwili opamiętali się na tyle, aby przypomnieć sobie, że przecież w Nowym Yorku mamy rodzinę. Zaczęli wydzwaniać na komórkę i stacjonarny, ale wtedy było o to tak trudno, pamiętam, że na jakiś czas zablokowali linie komórkowe...
Tak przynajmniej ciągle powtarzała mama.
Po paru godzinach zdołali dodzwonić się do babci, która siedziała cały czas w domu, ona jedna. Kuzynki zostały zwolnione ze szkoły, z tego, co wiem. Wujek był w trasie po Kalifornii, ale ciocia... Okazało się, że ciocia szła rankiem do pracy, akurat pracowała gdzieś niedaleko World Trade Center. Szła, nie zdając sobie sprawy... Na szczęście nie puszczono jej dalej, już wtedy z Wież wydobywał się dym zjadający świeże powietrze. Ale widziała dym, słyszała huki, komentarze ludzi, którzy albo pracowali w pobliżu i coś wiedzieli, albo nie doszli. Ponoć kiedy wróciła do domu, była w rozsypce. Bo choć zdążyła zobaczyć ułamek, to jednak ten ułamek tragedii wstrząsnął nią dość mocno.
Trzy lata temu widziałam ją po raz pierwszy w życiu. Bo do USA wyjechali, kiedy byłam niemowlakiem. Jednak rozmowy telefoniczne nie ograniczały się tylko do zwyczajnych relacji ciocia - siostrzenica. Ja ciocię niezwykle kochałam i kocham.
Będąc w Polsce opowiadała o tym wszystkim mojej mamie. Był późny wieczór, one siedziały sobie przy herbacie w kuchni, a ja wstałam do toalety. Nie słyszały mnie, ale ja je tak. Słyszałam za dużo. Od tamtego momentu często miałam koszmary, dziwne obrazy przesuwały mi się przed oczami.
Od trzech lat przed jedenastym września i przez chwilę po, mam koszmary. To paniczny strach, okropny strach. A jednak jest to niewielki strach w porównaniu z tym, co przeżywają krewni zmarłych. Dziwny strach, najdziwniejszy... Czasem mam ochotę wrzeszczeć, tak bardzo jest to chore, po prostu chore.
Jak można zrobić coś takiego? Skazać niewinnych na śmierć? No jak? Kto jest tak bezduszny i mechaniczny, aby odważyć się zaatakować i doprowadzić do śmierci na taką skalę? Nie wiem.
Tysiące razy próbowałam na kogoś zwalić winę, aż się poddałam. Bo teorie spiskowe nie mają sensu. To zbyt tajemnicza i dziwna sprawa.
Wszyscy znamy fanatyków islamu. Wiemy jak wiele zrobią dla religii, widzieliśmy w telewizji ich radość w dniu jedenastego września... Wiemy, oskarżamy. Ale nic nie wiadomo, mimo, że to taka pogmatwana sprawa.
A teraz... Jaki był dzisiejszy jedenasty września? Dziewięć lat później, długi czas. Co się stało z naszymi sercami?
Dziś pojechałam z koleżanką do galerii na zakupy. Chciałam na chwilę zapomnieć, poczuć się jak w normalnym dniu. Skutek był niewielki, ale jakiś ułamek mnie potrafił jako tako się uszczęśliwić. Oglądałyśmy właśnie jakieś bluzy, kiedy moja koleżanka wypaliła:
- Wiesz jaka jest dzisiaj rocznica?
- Wiem - powiedziałam cicho, starając się po prostu zakończyć temat, zniknąć.
- Coś cicho mówisz. World Trade Center, kmiotku - zaśmiała się.
Nie mogłam nic powiedzieć, po prostu mnie zatkało. Bo jak można się z tego śmiać? Czy te wszystkie lata, które przeminęły, zdołały nas uniewrażliwić na tą datę? Czy to, że tragedia nie zdarzyła się u nas, to powód do śmiechu? Bo to nas nie spotkało? Może już było za wiele tragedii, łącznie ze Smoleńską? Przyzwyczailiśmy się? Ja tego po prostu nie rozumiem. Ale całkiem możliwe, że to tylko głupie gadanie nastolatki, która nie zdaje sobie sprawy z ogromu tragedii... Może dorośli podchodzą do tego inaczej?
Mam nadzieję, bo jeśli wszyscy jesteśmy tak bezmyślni, to opadają ręce.
Nie mówię, że wszyscy mają przez cały dzień siedzieć cicho jak trusie i wznosić modły. Ale można po prostu mówić o tym z szacunkiem, godnością, bez zbędnych śmieszków, uśmieszków. Z powagą.
Może to tylko ja jestem tak nadwrażliwa, sama już nie wiem. Fakt faktem, że zrobiło to na mnie kolosalne wrażenie. Nikogo tam nie straciłam, ale mało brakowało.
Może to taka perspektywa uczyniła ze mnie wariatkę, która ma po nocach koszmary?
Więc na koniec powiem coś słowami Gałczyńskiego, które zostały wykorzystane w piosence Grechuty. Może wyrwę to trochę z kontekstu, ale jedno zdanie i melodia pasują mi tu idealnie.
Więc mówię: Ocalmy to od zapomnienia.
Jako przestrogę przed skutkami takich zdarzeń. I nie powtarzajmy. Bo ludzie ludziom zgotowali taki los. A my możemy tylko zachować powagę i mieć nadzieję, że świat się opamięta...
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 11.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46544 | Użytkownicy: 3566
Online(33): 29 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14, Maszard Namalowski