Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Cztery dobre wróżby-..." 19.08.2011
"Potrzebuję nadziei" 09.10.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 07.10.2011
"Obdarci cz. 4" 23.05.2011
"Rubinowe lato cz. 5" 17.10.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Obdarci cz. 5

Zmęczona, ale jeszcze w miarę ruchliwa Zuza, szybkim marszem wędrowała w stronę biura Wojtka. W rękach dzierżyła ekologiczną torbę wypchaną wszelakimi katalogami wnętrzarskimi. Pożyczyła je od znajomej, która pracowała w jednym z pism o urządzaniu mieszkań. Bardzo bolały ją nogi i, prawdę mówiąc, ledwo już szła w wysokich koturnach, mimo to zachowywała jeszcze równowagę i szybkość. Nienawidziła się spóźniać. Już wczoraj wieczorem obiecała Wojtkowi, że zaraz po pracy go odwiedzi. Zawsze traktowała go jak prawdziwego brata, a nie takiego przyrodniego, z drugiej półki. Pochodzili z dwóch różnych ojców, łączyła ich matka. Matka była zabieganą, ostrą i przebiegłą kobietą. Umiała sobie poradzić w każdej sytuacji, nawet w razie porażki otrzymywała nagrodę pocieszenia. Wszystko szło dobrze, dopóki nie dorobiła się pierwszego dziecka z listonoszem. Był to Wojtek. Jak głosiła rodzinna historia, którą złośliwa babcia raz po raz powtarzała, wiadomość o ciąży wstrząsnęła młodą, atrakcyjną kobietą. Miotała się w różnych pomysłach, myślała o aborcji, kalkulowała, czy bardziej rozsądne są alimenty. Pomysł, który babcia poddała matce Wojtka i Zuzy, był prosty: „Wyjść za mąż”. Ale jakże wyjść za mąż za listonosza? To się nie mieściło w głowie Alicji Jaroszówny. „Koniec końców urodziła bachorka” – śmiała się nieraz złośliwie babcia, opowiadając wnukom tą historię. Lubiła wyznawać prawdę, choćby była najokropniejsza i najohydniejsza. Kościół nauczył ją przykazań, a ważnym przykazaniem jest prawda. Kłamać nie będzie, nawet takim małolatom, co od ziemi ledwo odrosły. Następnie w życiu Alicji przyszedł czas na chłodną małżeńską kalkulację. Alicja Jaroszówna zmieniła stan cywilny i wraz z dzieckiem przeprowadziła się do trzypokojowego mieszkania wpływowego męża. Szybko dorobiła się córki, po czym beztrosko porzuciła męża. Wniosła siarczysty i ociekający jadem pozew o rozwód, następnie powróciła do poprzedniego mieszkanka z dwójką dzieci. Była na tyle obrotna, że zaraz zdobyła duże alimenty. Oprócz tego ciężko pracowała, co pozwalało jej żyć na takim poziomie, jaki sobie zaplanowała. Stawiano ją za wzór kobiety oświeconej i przebojowej. Jedynie jej matka, babcia dzieci, śmiała się z niej wskazując ją palcem. Zuza kochała matkę, jednak była to bardziej miłość z przywiązania niż prawdziwa i żywa. To brat, ten łatwo wybuchający złośnik, pomagał jej we wszystkim. Co prawda gderał, pojękiwał i narzekał, ale pomagał. Wprowadzał ją w głębszy świat. Mimo, że nie miała szczęśliwego dzieciństwa, wyrosła na beztroską i dobrą osóbkę. Wreszcie skręciła w Starowiślną, minęła ukochaną lodziarnię i odnalazła biuro mieszczące się w starej kamienicy. Rzuciła okiem na gustowną, niewielką strzałkę opatrzoną nazwą firmy i skrótowym opisem jej działalności. Doskonale wiedziała, czym zajmował się brat. Był architektem i dorobił się sporej grupy pracowników. Jego projekty były nagradzane za granicą, natomiast w kraju ojczystym jeszcze nie. Stawiał wymyślne domy i wieżowce. Pracował dla najlepszych. Niemal wbiegła na górę. Wreszcie wpadła do pokaźnego, trzypokojowego mieszkania z kuchnią i łazienką przerobioną na pawlacz. Rzuciła torbę na podłogę, tuż koło przepełnionej szafki na buty. Uśmiechnęła się i przeszła z ciemnego korytarza do głównego pokoju, gdzie pracowali wszyscy architekci. Jasne pomieszczenie kumulowało w sobie wszystko, co niezwykłe. Oto przygarbieni ludzie raz po raz klikali myszką, dyskutowali zaciekle wgapiając się w monitor i klnąc cicho pod nosem. Pośród nich siedział Wojtek z rozświetlonymi oczami i postawą wyrażającą dumę z takiego zespołu. Zgromadził najlepszych. - Wojtuś, dość już na dziś! – przerwała im Zuza podchodząc do brata i całując go delikatnie w policzek. – Umówiliśmy się pół godziny temu, ale ja się spóźniłam… A ty miałeś być gotowy! – zarzuciła mu, delikatnie trącając go wyciągniętym oskarżycielsko palcem w klatkę piersiową. - Miałem, ale to niesamowity projekt… Dla Holendrów, wyobraź sobie! Zabytkowy kościół spalił się na amen i trzeba go zrekonstruować. Nowe plany, tak, aby wyglądał jak stary! - Tak, to musi być wspaniałe – przytaknęła gorliwie i wyrozumiale. – Ale my musimy iść. - Niech ci będzie. Olciu, pozamykaj wszystko, dobrze? - O której? – spytała blondynka siedząca przy oknie. Paliła mocnego, francuskiego papierosa i raz po raz leniwie wydmuchiwała dym tworząc z niego kółeczka. - Za godzinkę… Tak, nie będę was dłużej trzymał. - Woow, szesnasta! – uśmiechnął się pulchny chłopak po dwudziestym piątym roku życia. – I tak lecę na randkę… - Baw się dobrze! – rzuciła Zuza i wypchnęła brata z biura. Wyszli na ulicę pełną skwaru, po czym zaraz skręcili do spożywczaka. Zuza zaczęła wybierać jakieś nieznane Wojtkowi mrożonki. Obecnie jadał na mieście, już nie martwił się, co włoży do garnka. - Po co to wszystko? – spytał zaciekawiony. – Przecież możemy zjeść przy samym Rynku. Stawiam, siostrzyczko… - zaproponował gorliwie. - To nie dla mnie – zamruczała, skoncentrowana na dacie ważności warzyw na patelnię. - O, a dla kogo? – zdziwił się i wbił w nią zdekoncentrowane spojrzenie. Rzadko go zyskiwała, zazwyczaj była niezwykle przewidywalna i słodka. A tutaj jedna wielka niespodzianka! - Dla Nastuli… - mruknęła, ładując do koszyka cały stos mrożonek. - Że co? – uśmiech Wojtka zgasł natychmiast. Swoją wściekłość i przerażenie przelał w półkę pełną słodyczy. Dobrze, że one, a nie jakiś człowiek odebrały tą dawkę goryczy. - Ona nie wyżyje z tej pensyjki… Co miesiąc ma kłopoty z kasą, zawsze pod koniec. Nie starcza jej, no… Nie mogę na to patrzeć i zawsze udaję, że akurat mam czegoś za dużo w lodówce… albo, że skądś wracam i zaraz się roztopi. A w zimie udaję, że mi marzną ręce od mrożonek. Pewnie już wie, o co chodzi, ale pomoc przyjmuje. Jest zawstydzona, ale co ma zrobić. W końcu hostessą nie będzie… - A dlaczego by nie? – wyrwało mu się, zanim zdążył pomyśleć. Dla niego Anastazja zawsze była najpiękniejszą kobietą. Chociaż nie była wysoka i miała skłonności do tycia, wydawała mu się ucieleśnieniem kobiecych ideałów. Zuza zmierzyła go wzrokiem pełnym zainteresowania, ale nie powiedziała ani słowa. Ruszyła tylko do kasy, poczekała na werdykt sprzedawczyni („Czterdzieści dwa pięćdziesiąt osiem, proszę pani!”), po czym wypchnęła Wojtka ze sklepu. Razem ruszyli do mieszkania Anastazji. - Powiedz mi jedno… Czy ona nigdy się naprawdę nie zbuntowała? – dziwił się. Anastazja zawsze miała swój honor, mimo tego dobra. - Ani razu. Nie ma wyboru. Ale i tak dobrze, że nie pojechała na tą Kostarykę… - wypowiedziawszy te słowa, Zuza zaraz się zarumieniła. – Przepraszam – mruknęła i odgarnęła włosy z oczu. Bała się reakcji brata, w końcu była to jego była. - Powiedz mi, dlaczego mam tam iść z tobą? Przecież ja… - Ponieważ musisz się nauczyć zachowywać, jak na byłego przystało. - Nie bardzo rozumiem – wyznał po chwili ciszy. Często bywało, że nie nadążał za Zuzą. Myślała szybko, bardzo roztropnie, ale i głupio. Wszystko zależało od okoliczności i sytuacji. Umiała wykazywać odpowiednią powagę i niewiarygodną głupotę. Jej charakter był tak wielką mieszanką nieprzewidywalności, że Wojtek nigdy nie miał pojęcia, co Zuza wymyśli, czy też powie. - Niedługo zrozumiesz. Chcę, żebyś tam ze mną poszedł. Możesz dla mnie tyle zrobić? – zatrzymała się i poważnie spojrzała mu w oczy. W jej oczach czaiło się niezdecydowanie. Wychwycił to szybko, aż za szybko, jak na niego. Zazwyczaj Zuza umiała zmieniać spojrzenie, dziś jej to nie wychodziło. Zaczął martwić się o swoją zapracowaną siostrę. - Okej, pójdę. Zula, ile ty dzisiaj naprawiałaś komputerów? - Zaledwie dwa – padła odpowiedź. – Jak tak dalej pójdzie, to nigdy nie pójdę w twoje ślady i nie założę firmy. A chciałabym być szefową i trzymać podwładnych w garści. Co za władza! – trajkotała pełna niesłusznego przekonania, że prowadzenie firmy to sprawa dość łatwa. - Zostań politykiem – podsunął i wybuchnął śmiechem na myśl, że ta drobna Zuza mogłaby przemawiać w Sejmie. To się nie mieściło w głowie. - Co się śmiejesz?! – warknęła, automatycznie zgadując przedmiot jego myśli. – Nadawałabym się. Masz szczęście, że wolę być uczciwa, więc politykiem nie zostanę. - Polska wiele straci – powiedział z tak błazeńsko poważną miną, że Zuzanna musiała dać mu mocnego kuksańca w bok. Nie zwinął się z bólu ani trochę, był dość wytrzymały. Wreszcie doszli do parkingu dla mieszkańców, wsiedli do auta o temperaturze piekarnika i pojechali do mieszkania Anastazji. Wreszcie dobrnęli na sam kraniec Krakowa. - Ona tu mieszka? – zdziwił się Wojtek, widząc stare, trochę już zrujnowane osiedle. Bloki z wielkiej płyty, zupełnie, jakby czas się zatrzymał i utknął w PRL-u. - Tak, na nic innego nie było jej stać. Kiedy sobie pomyślę, że ja mieszkam przynajmniej niedaleko centrum, a ona tutaj… - Zawsze była uparta – mruknął do siebie, jednak Zuza to usłyszała i pokiwała głową, całkowicie go popierając. Wreszcie Zuza wskazała mu blok Anastazji, po czym rozpoczęła się gonitwa na piąte piętro. Następnie zaistniała potrzeba długotrwałej sesji pukania, aż do omdlenia rąk. Wreszcie należało pogodzić się z nieobecnością właścicielki mieszkania. Kiedy zamierzali już odejść, usłyszeli lekkie kroki i jakąś rozmowę prowadzoną wesołym tonem. Ich oczom ukazała się Anastazja. W ręku dzierżyła telefon i mówiła do niego z ożywieniem. - Nie, nie, skądże! Tak, mam wszystkie badania. Zapewniam panią, że nadaję się idealnie, nie będzie pani żałować. Mam doświadczenie, na co dzień pracuję w szkole. Ach, nie, na stanowisku bibliotekarki. Widzi pani, to rzecz wymarzona… Cieszę się. Więc za tydzień o czternastej? Naturalnie, będę. Miłego dnia! W tym momencie zadowolona Anastazja odziana w czerwoną sukienkę ujrzała rodzeństwo. Stanęła jak wryta, ale szybko się opamiętała. - Oj, przepraszam! Długo tu siedzicie? Przetrzymali mnie trochę w pracy… - Właśnie widzimy – stwierdził Wojtek ni to tonem swobodnym, ni grobowym. Nie wiedział, co sądzi o zaistniałej sytuacji. - Roztapiają mi się zakupy, wpuść nas, Nastula… - zachichotała Zuza. Anastazja posłusznie wyjęła z torebki klucze i wpuściła dwoje przyjaciół do mieszkania. Było tu bardzo nieporządnie, widać było, że właścicielka spędza tu każdą wolną chwilę. Ale ona nawet nie przeprosiła, tylko poprowadziła ich do kuchni. Zuza zaraz podała jej reklamówkę ze słowami: „Jak ich nie weźmiesz, to się potopią”. Anastazja pokiwała smętnie głową i włożyła pakunki do zamrażarki. - A teraz mów, dlaczego się tak wystroiłaś… - zażądała nagle Zuza. Anastazja zarumieniła się nagle. Wojtek ukradkiem zmierzył ją spojrzeniem. Czyżby się zakochała, poznała kogoś nowego? Nie mógł przecież oczekiwać, że będzie nadal go kochać. - Nie, nie… Znalazłam ją ostatnio w szafie… Przypomniały mi się lata studenckie – westchnęła i zerwawszy się z miejsca koło lodówki podbiegła do okna, niby to sprawdzając temperaturę. - Aha, no, chyba, że tak – mruknęła zakłopotana Zuza. - Ale tej jakoś nie pamiętam – wyrwało się Wojtkowi, zanim zdążył się opanować. Wyglądała pięknie, tak świeżo i letnio. - Bo nigdy mnie w niej nie widziałeś – uśmiechnęła się, odwracając się nagle. – Mam lody w zamrażarce, kupiłam już dawno i zapomniałam. Chcecie? - Jaki smak? – zaciekawiła się Zuza, zawsze łasa do słodyczy. - Wiśniowo truskawkowe. - To poproszę. Wojtek milczał. Słowa Anastazji dość go sparzyły. „Nigdy mnie w niej nie widziałeś”. Zdecydowanie, to była piękna sukienka, a jednak nie założyła jej dla niego. Anastazja nałożyła pokaźne trzy porcje, a Zuza zaczęła szybko zajadać. Wojtek tylko na nią patrzył smutnym wzrokiem. Starał się nie spoglądać na Anastazję, bał się każdej iskierki uczuć. Przez te cztery lata starał się zapomnieć, a teraz Zuza ciągła go do wspomnień. To tak, jakby chciała mu dać w twarz. Zadzwonił telefon i Anastazja zerwała się, jak oparzona. Natychmiast na jej zdezorientowaną twarz wpłynął uśmiech podniecenia. Zupełnie, jakby czekała na miły, bardzo miły telefon. Jednak, gdy podniosła słuchawkę, zaraz zmarszczyła czoło. Potem słuchała ze spuszczoną głową i pobladłą twarzą. Wreszcie, po chwili krótkich, zdawkowych odpowiedzi, wyrzekła te pamiętne dla Wojtka słowa: - Wystarczająco już się nacierpiała... Będę za dwie, trzy godziny. Doczłapię się autobusem... Tak, ja ciebie też! – prawie krzyknęła i bezwiednie odłożyła słuchawkę. Oparła się plecami o szafkę i dotknęła kantem dłoni lewego oka. Stały się jakieś migotliwe, jasne i świecące. Płakała. - Anastazja… - Zuzę zamurowało. Wojtek wiedział, co robić. Podejrzewał najgorsze, ale nie bał się szukać, był odważny. Musiał się tego dowiedzieć teraz. - Stało się coś poważnego? Coś w sferze… uczuciowej? – wyszeptał, wstając z krzesła i podchodząc bliżej o trzydzieści centymetrów. Nadal dzieliła ich przepaść. Spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem. Zupełnie, jakby zrobił coś złego. Potem opamiętała się i rzuciła mu poważne spojrzenie. - Uczuciowej?! Nie! Ja nie mam uczuć, do cholery… - załkała i wpiła mocniej palce w drewno. Zuza nie zważała na nic. Wyminęła Wojtka i, podbiegłszy do Anastazji, mocno wtuliła ją w siebie. - Wszystko dobrze, dobrze… Nastulka, już dobrze. Nic złego się nie stało, prawda? - Stało się – szeptała. – Stało się… Zuza usadziła ją na krześle i podała szklankę wody. - Napij się, uspokój i powiedz wreszcie – doradziła. - Dzwonił mój tata – mruknęła wreszcie po ciężkich dziesięciu minutach. - Tata? To brzmiało, jakbyś rozmawiała… - wyrwało się Wotkowi, jednak zuzowe spojrzenie nakazało mu umilknąć. - Mama miała zawał – jęknęła Anastazja i szybko przeszła do korytarza, po czym zawróciła. – Muszę… pojechać. Przepraszam… - Nie, nie, jedź – uspokoiła ją Zuza. – Wojtek cię zawiezie. *** Zgodził się. Nie umiał odmawiać Zuzie. Miała taki charakter, że każdy prędzej czy później padał u jej stóp. Jednak ta potyczka nie dotyczyła tylko Zuzy. Wojtek był ciekawy, jak poradzi sobie zszokowana Anastazja. Mógł jej trochę pomóc, nic by się przecież nie stało… Teraz wracali jego nowym Volvo z małej miejscowości do Krakowa, za jedynych towarzyszy podróży mając siebie. To była trudna wyprawa, zważywszy na ich przeszłość. Bali się siebie nawzajem, uciekali przed tsunami, które wytwarzały ich skryte myśli. Wreszcie przemówiła Anastazja. - Dziękuję. Mogłam ci w sumie pomóc, Zuza bardzo cię sterroryzowała. - Jestem przyzwyczajony – odparł spokojnie, patrząc wciąż na drogę i próbując powstrzymać uśmiech. Wreszcie nad sobą zapanował i zrobił całkowicie obojętną minę. Ani trochę nie speszyło to Anastazji. - Czyżby? Wiesz… wydajesz się teraz pogodniejszy niż… niż kiedyś – musiała to przyznać, nie miała wyboru. - Bo tak jest, - Ok., nie skomentuję tego! – stwierdziła z większym przekąsem niż by wypadało. - Mam firmę, znam prawie całą Europę, mam wspaniałą siostrę… - A rodzice? – spytała zaciekawiona, zanim zdążyła się powstrzymać. Klęła potem w myślach, że zaczęła temat, ale już nic nie mogła zrobić. - Zuza nigdy ci nie mówiła? – uniósł niecierpliwie brwi. - Nie. Chyba bała się tego tematu… - przyznała Anastazja, przypominając sobie speszenie Zuzy, gdy zaczynała ten temat. - Miała prawo! Oboje kochaliśmy matkę, ale ona nas nie… - urwał i niecierpliwie zabębnił w kierownicę, gdy przez pasy przechodziła grupka dzieci. - Nie rozumiem. - Byłem wpadką. I to z listonoszem, wyobraź sobie! Możesz sobie wyobrazić, jak czuła się moja wypielęgnowana i ambitna mamuśka. Zuza była bardziej oczekiwana, zaplanowana, ale… nawet jej ojciec nie zatrzymał matki przy sobie. Miał tylko pieniądze, zero wyglądu… Wolała brać alimenty i pracować. - To dlatego byłeś taki złośliwy – odkryła nagle. – Rekompensowałeś sobie tym wszystkie lata niepewności, brak jej miłości… - Owszem, ale kto nie byłby zgorzkniały w takiej sytuacji?! - Chyba nikt - przyznała cicho. – Ale z drugiej strony… - Nie ma drugiej strony! – warknął niecierpliwie i szarpnął pas. – Zapnij się, tam stoi policja. Anastazja posłusznie chwyciła pas i szybko wpięła we właściwe miejsce. - A więc… - próbowała kontynuować, ale przerwał jej ponownie. - Była taka nieodpowiedzialna! W efekcie Zuza stała się taka milutka. Walczy o siebie, ale nie tak często, jak powinna. Tymczasem ty właśnie zaczęłaś o siebie walczyć. – zlustrował ją szybkim, groźnym spojrzeniem. – Jesteś odważniejsza, ubierasz się inaczej, wszystko! - Mam prawo, a poza tym zmieniłam się nieświadomie. - Nieświadomie, ha! – zaczął się śmiać, ale jego śmiech brzmiał coraz bardziej histerycznie. Słuchając go, Anastazja miała wrażenie, że wariuje. Zachowywał się tak okropnie, o wiele inaczej niż kiedyś. Zatęskniła za swoim dawnym ukochanym. - Dlaczego ze mnie kpisz? – spytała wreszcie swoim dawnym, zalęknionym głosem. Mocno zszokowany, zbity z tropu, spojrzał na nią jak dawniej. Szybko jednak złapał się na tym spojrzeniu i odwrócił wzrok. - Bo mam wrażenie, że zrobiłaś to z premedytacją – rzekł łagodniejszym tonem, nie pozbawiając jednak tych słów siły wyrazu. - Dlaczego miałabym robić z siebie taką… taką… - Choćby po to, aby zwrócić na siebie uwagę. - Bzdury opowiadasz! – warknęła i podniosła się nieco z miejsca. Uderzyła się głową o dach auta i usiadła z powrotem. Auto wciąż pędziło z szaleńczą prędkością. Zupełnie, jakby Wojtek rekompensował sobie złość szybką jazdą. - Dobra, już nie rozmawiajmy, bo to się skończy tragicznie – uciął wreszcie Wojtek. - Dla ciebie – mruknęła. Po paru minutach ciszy trawiącej wieczorny skwar, Anastazja dodała: - Wydoroślałeś, ty naprawdę wydoroślałeś. *** Zmęczony usiadł w fotelu i zaśmiał się cicho. Te parę godzin z Anastazją dało mu do myślenia. Samo z nią przebywanie mąciło mu w głowie. Zastanawiał się nad jej licznymi zmianami. Usłyszał pukanie do drzwi, ale wziął to za oznakę zmęczenia. Wreszcie zdał sobie sprawę, że to przecież zdarzenie realne. Zerknął na zegar i ze zdumieniem dostrzegł północ. Więc kto? Otworzył i ujrzał zaniepokojoną Zuzę, która niecierpliwie przygryzała wargę. - I co, i co? Jak jej mama? Nie chciałam do niej dzwonić, mówić, martwić… - Żyje – mruknął udręczonym głosem. - Nie posiedzę długo. Wpuść mnie. Postąpił zgodnie z jej życzeniem. Zrobił dwie herbaty i postawił na pokaźnym stole, który tak często gościł tylko jego. - Powiem szczerze. Powinieneś ją wspierać. Wspierać na tyle mocno, by znowu wierzyła. - Przecież ja i ona… - Wiem, wiem. Ale wszystko da się naprawić. Próbuj. - Ach, Zuza, Zuza… Myśmy się nawet dzisiaj kłócili! – rzekł zniecierpliwiony. - Nareszcie! – roześmiała się i wybiegła z mieszkania. Wojtek westchnął i postanowił pójść spać. Zaś dwie gorące herbaty stygły na stole, aż do rana, do czasu, gdy roztargniony mężczyzna wypił je zimne.



        Dedykacja: Ludzkim wędrówkom za nieszczęściem. O ileż łatwiej złorzeczyć i staczać się coraz niżej...

Płeć: kobieta
Ocena: 3.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 28.05.2011r.

1     

Kurczak_Alojzy Użytkownik wpmt 24 08 2012 (01:39:29)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Miałem skończyć na czwartej części, jednak przemogłem się i przeczytałem kolejną.... Niepotrzebnie, tylko się zawiodłem...

Angelika596 Użytkownik WPMT 29 05 2011 (22:02:49)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Hm.. nie mam pojęcia, które odcinki czytałam, a które nie. Czytając jednak dzisiejszy mam wrażenie, że żadnego. Ale to pewnie moja słabość w kojarzeniu faktów itd.

Cóż z błędami to jest tak, że z interpunkcją nie masz problemów, ale czasami sobie siedzi i kwiknie kwestia stylistyczna i językowa. Czasami jakieś zdanie zbyt kanciaste, naciągane, albo błędy w stylu "Pochodzili z dwóch różnych ojców". Pochodzi się OD ojca. "Katalogi wnętrzarskie" też jakoś mi się nie podobają. Brzmi to jakby katalog ten był o wątrobach, płucach i innych flakach.

Postaci jednak masz barwne, uczuciowe, niejednoznaczne, ciekawie je wykreowałaś i prowadzisz. Jakoś tak dziwnie rozpoczęłaś temat matki, i wcale nie rozwinęłaś. Wykorzystałaś to jedynie jako pretekst jazdy samochodem, która... no też nie była zbyt wyczerpująca. Mam wrażenie, że za bardzo pędzisz, bo masz dużo pomysłów na ciąg dalszy, przez co nie skupiasz się za bardzo na rozwijaniu pojedynczych scen.

Mimo wszystko ciekawie i w miarę poprawnie. Na czwórkę jak najbardziej.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(58): 58 gości i 0 zarejestrowanych: