Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Depresyjni - Prawdziwa..." 05.02.2011
"Cztery dobre wróżby-..." 19.08.2011
"Kokon" 28.04.2012
"Rubinowe lato cz. 5" 17.10.2010
"Szkarłat niemocy cz. 1" 02.01.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Obdarci cz. 2

Historie mają to do siebie, że ciągną się w nieskończoność. W najmniej potrzebnych momentach wyskakują nieprzewidziane okoliczności, które skutecznie rozszerzają akcję. Tak, chociaż nikt nie mógł tego przewidzieć, stało się w historii Anastazji. Poznanie gburowatego mężczyzny miało być tylko epizodem w jej zapracowanym życiu, a stało się początkiem nowego rozdziału. Ich znajomość zabrnęła na ten etap, w którym człowiek budzi się w ciągu nocy i przeraźliwie tęskni za drugą osobą. Oceny Anastazji nieco spadły w dół, ale nie na tyle, aby wisiała nad nią groźbą oblania egzaminów. Popołudniami i wieczorami wysiadywała w pokoiku, który dzieliła z koleżanką. Oczekiwała na kolejny telefon, chociaż dobrze wiedziała, że Wojtek zapraszał ją gdzieś tylko w weekendy. Od pierwszego spotkania minęły już trzy miesiące, a dotąd młodzi spotkali się tylko jedenaście razy. Anastazja dobrze to sobie wyliczyła. Nagle, chociaż przedtem traktowała tę znajomość z przymrużeniem oka, zaczęła sobie zdawać sprawę, co czuje do tego trzydziestoletniego brodacza o niepokornej osobowości. Byli jak dwie przeciwności. On prosty i twardy jak skała, niewzruszony jak stalowy pręt. Ona niepewna siebie, skłonna pomagać wszystkim dookoła, wierna swoim ideałom. W ciągu tych długich trzech miesięcy próbowała się uczyć, próbowała żyć jak dotąd, ale nie wychodziło jej to za dobrze. Myśli jak jastrzębie mknęły ku ukochanemu. Była pewna, że nie jest nią zainteresowany. Przecież trudno było ich spotkania nazwać randkami. Ot, wyjście do kina, do zoo, do parku, przypadkowe rozmowy w różnych częściach Krakowa lub imprezy organizowane przez przyjaciół Wojtka albo Anastazji. Nawet nie trzymali się za ręce, ani razu nie wymienili płomiennych spojrzeń, nawet się nie pocałowali… Kiedy o tym myślała, wzdychała ciężko. Nie znała jego uczuć, jego umysłu, duszy oraz wnętrza. Marzyła o ich poznaniu, a jednocześnie miała świadomość, że to niemożliwe. To bolało coraz bardziej i jednocześnie wypalało w niej dziurę. Zadzwonił telefon i wyrwał ją z zamyślenia nad podręcznikami. Machinalnie zerknęła na kalendarz. Czternasty czerwca, czwartek. On nigdy nie dzwonił w tygodniu. Nie, nie, to nie mógł być on. Z westchnieniem podniosła się z poduszkowej fortecy i podniosła słuchawkę. - Halo? – spytała smutno i apatycznie. - Co się dzieje, Nastka? Zawsze jesteś taka… radosna – zdziwił się uprzejmie głos w telefonie. Jej wyśniony, ukochany głos. Była uszczęśliwiona. - Ach, nie, nie, to przez kucie… Wiesz, egzaminy… - A tak. Ja już szczęśliwie mam to za sobą. Jest ładna pogoda, a skoro nie mam już dziś klientów, pomyślałem, że cię wyciągnę z tej nudy… Co ty na to? - Chętnie, ale gdzie? – spytała dość rezolutnie, jak na nią. Na ogół zapominała języka w gębie. - Do Parku Bednarskiego. Spotkali się tam pół godziny później. Oboje rozochoceni, oboje podnieceni spotkaniem, a jednocześnie uwięzieni w swych własnych powłokach. Im bardziej bali się siebie, tym bardziej paraliżował ich strach. A byli tak blisko rozwiązania swoich problemów! Siedziała na ławce w długiej, zielonej spódnicy i obcisłej czerwonej bluzce z małym dekoltem. Splatała ręce, targała loki i mimochodem zerkała na zegarek. Kiedy się wreszcie zjawił, był uosobieniem jej marzeń. Natychmiast usiadł przy niej i wplótł swoje ręce w jej. Miał ciepłe dłonie pachnące jeszcze tankowaną niedawno benzyną. Popatrzał na nią, a jego oczach dostrzegła wreszcie to, na co czekała tak długo. Zarumieniła się wdzięcznie, ale nie odzywała się, pozwalając mu mówić. A może za bardzo paraliżował ją strach, co by było, gdyby jednak za bardzo poniosła ją wyobraźnia. - Zmieniłaś mnie – burknął, jakby nie chciał się zmieniać, a ona tylko go do tego przymusiła. Prawda była nieco inna. – Ale jestem ci za to wdzięczny, bo teraz mogę starać się być równy tobie. Zastanawia mnie tylko jedno… Czy ty nic, do cholery, nie widzisz? – warknął zniecierpliwiony jej milczeniem. - Co miałabym widzieć? – spytała nieśmiało. - Przecież ja cię kocham! Chyba od początku, od tej rozmowy przy Kopcu. O gburach – dodał szybko na wypadek, gdyby zapomniała. - Wziąłeś to do siebie… - stwierdziła, nie zapytała. Strach ją sparaliżował. - Bo to było o mnie! - Nie… przynajmniej nie do… nie do końca – zająknęła się i zaczerpnęła głośno powietrza. Wyrwała swoją rękę z jego gorącego uścisku. Tylko ją rozpraszał, a ona musiała teraz trzeźwo myśleć. - Co masz na myśli, mówiąc „nie do końca”? – spytał szorstko, zdziwiony niezwykle tą niepewnością. - Są inni, gorsi… Ty… wydawałeś mi się gburowaty tylko na początku. - Kiedy na ciebie nawrzeszczałem, że włazisz na pasy. Ech… - westchnął ciężko. Uniosła prawą dłoń i delikatnie pogłaskała go po policzku. Przypomniał sobie o tym, co powiedział. Niepewność wbiła się sztyletami w jego ciało. - A ty? Co ty o tym sądzisz? - Też cię kocham – szepnęła łagodnie i współczująco, jak wyrozumiała matka. *** Dalej wszystko potoczyło się spokojnie. Zostali parą i triumfalnie chodzili tak po całym Krakowie. Wojtek spędzał z nią każdą sobotę, bowiem w tygodniu musiał nieźle się uwijać, aby cokolwiek zarobić. Ona także nie miała lekko. Studia były coraz cięższe, pozostał jeszcze kolejny rok, a potem dyplom. Kochała książki, zamierzała zostać bibliotekarką, mimo, iż miała świadomość, że niewiele się w tym zawodzie zarabia. Wiedziała jednak, że chce to robić, chce propagować literaturę i poezję wśród młodych oraz starszych. Wojtek odnosił się do tego nieco sceptycznie, ciągle przypominał, że odsetek czytających ciągle się zmniejsza. Zaraz potem, nieco przestraszony swoją śmiałością, dodawał, że odkąd jest z nią czyta dwa razy więcej, mimo, że nie ma dużo czasu. Śmiała się tylko, doskonale go rozumiejąc. On zmienił się z miłości, inni zmienią się, gdy ich do tego dobrze zachęci. Przeminął rok, skończyła studia. Zaczęła intensywne poszukiwania pracy, ale marnie jej to szło. Wojtek pocieszał ją jak mógł, ale cóż mógł wiedzieć mężczyzna o ambicjach kobiety! Chciała się realizować, nienawidziła stania w miejscu. A według niej, ciągle mogła być lepsza. Narzucała sobie coraz cięższe kajdany, uczęszczała na przeróżne kursy Urzędu Pracy oraz finansowała sobie dodatkowe kursy za pieniądze zarabiane sezonowo w pewnej restauracji. Ale, na litość Boską, nie mogła spędzić całego życia jako kelnerka! Były pewne granice… Pewnego dnia Wojtek, któremu wreszcie udało się ruszyć trochę do przodu ze swoją firmą, wybrał sobie kolejny cel do spełnienia. Zakupił u jubilera niedrogi, ale całkiem ładny, srebrny pierścionek. Anastazja zawsze powtarzała, że nienawidzi złota, że jest ono dla ludzi nieczułych i zupełnie brzydkie. Zachwycała się srebrem. Całkiem jak w powiedzeniu: „Nie wszystko złoto, co się świeci”. Dla niego nie liczyło się złoto, wolał srebro, a dowodem tego była Anastazja. Taka cicha, dobra i skromna, niby nie rzucająca się w oczy, a jednak przy niektórych okazjach widoczna jak najpiękniejsza biżuteria. Anastazja bez zastrzeżeń przyjęła jego oświadczyny, po czym dumnie wkroczyli w okres narzeczeństwa. Jednak ich szczęście nie trwało długo. Zanim Wojtek zdążył ją przedstawić rodzinie, zanim ona zawiozła go do swojej rodzinnej mieściny, zdarzyło się coś normalnego, a jednak strasznego dla ich związku. Po dwóch miesiącach narzeczeństwa, Anastazja oznajmiła nieśmiało, acz z nutką ledwo zauważalnej wyniosłości, że wyjeżdża za granicę i to aż na Kostarykę. Cichym, ale stanowczym głosem, wyznała, iż zmuszona jest zerwać zaręczyny, bowiem nie ma pojęcia, kiedy powróci do kraju i czy w ogóle się to wydarzy. Nie ma obowiązku zmuszać go, aby jechał razem z nią, tak więc woli zrobić to w ten, a nie inny sposób. Kiedy mu to oznajmiła, miał wrażenie, że właśnie był świadkiem wichury, a na koniec, gdy miał już uciekać, przygniotło go drzewo, a następnie poraził piorun. Dryfował jak ociemniały w falach wody, wiatru i w głuchej, przerażającej ciszy. - I tylko… tylko dlatego, że wyjeżdżasz… chcesz zerwać? – spytał łamiącym się głosem. Nigdy nikomu nie okazał takiej słabości. A teraz musiał się poniżyć przed kobietą, którą szczerze kochał, a która już nie chciała być jego. - Tak, właśnie tak – powiedziała szybko z pobielałymi wargami. Reakcja Wojtka trochę ją zaskoczyła. Była przygotowana, że trochę ją wykpi, potem oznajmi, że z nią jedzie, że jej nie zostawi. Że nie będzie przekonywał, aby została, bo zrozumie, jaka to szansa. Że Kostaryka stanie się ich domem, tam rozwinie firmę, a ona będzie prowadzić bibliotekę w pewnym małym miasteczku. - Przecież nie masz tam nikogo… - trochę się opanował, ale mówił cichym głosem, w którym nie było żadnych emocji. - Mylisz się, mam wuja. Zaprosił mnie, bowiem w jego miasteczku już dość długo szukają bibliotekarki. Tam koszty życia są mniejsze, pensje nieco większe od naszych. Życie jest łatwiejsze, po prostu. - A więc wujaszek załatwił ci robotę… Nie ma to jak rodzinka – zaśmiał się, chcąc z niej kpić, ale marnie mu to wychodziło, wedle jego mniemania. Natomiast Anastazja poczuła się dotknięta. Przeczuwała kpiny, ale nie to, że nie zaproponuje jej wyjazdu razem z nim. Tymczasem on siedział cicho, raz po raz wybuchając histerycznym chichotem, po czym rzucając jej mrożące krew w żyłach spojrzenie. Nie było w nim złości, tylko stal, przerażająca stal. Niechęć. Wyraźnie oddalali się od siebie. - Jedź, jedź. Nie mogę ci tego zabronić. - Będziemy w kontakcie, dobrze? – spytała nieśmiało, wstając z kanapy. Chciała nadal z nim rozmawiać, mimo odległości. Wiedziała, że to głupie, ale nie chciała tak się od niego oddalać. Zresztą, może wróci. Może tam będzie źle… - Nie, nie. Nie musisz być taka szlachetna, naprawdę. Zresztą… ja też wyjeżdżam… - Ze mną? – spytała, cała uradowana i nagle zaróżowiona. Tak to odebrała, jednak bardzo się pomyliła. Pokręcił głową w milczeniu, także wstał z kanapy i zaczął wkładać płaszcz. Spokojnie i bardzo dokładnie, nieco trzęsącymi się palcami, zapinał guziki. Twarz miał szarą, włosy jakby się naelektryzowały, tylko jego postura była mocna i godna. - Ależ skąd. Ja też mam swoje interesy. Tyle, że ja zaproponowałbym wyjazd ze mną ukochanej osobie… Żegnaj – mruknął, prychnął i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. A ona, płacząc i zaniedbując się zupełnie, rozpoczęła dwa wariackie tygodnie przygotowań do wyjazdu.



        Dedykacja: Wielkim miłościom, które gardzą jednością wobec bożków pieniądza.

Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 15.05.2011r.

1     

albina von roth Użytkownik wpmt 24 07 2011 (00:19:53)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Teraz się poprawiłaś - masz ode mnie 6.

Angelika596 Użytkownik WPMT 15 05 2011 (19:06:06)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Pierwsze na co zwróciłam uwagę to dedykacja. Zdradza, że niejako krytykujesz parę, którą opisujesz. Ponieważ kobieta zostawiła ukochanego dla pracy, dla "bożków pieniądza". Bo tam łatwiej się żyje...tam, będzie miała pracę. Ale tutaj miała jego. I nadal by go miała, ale powiedziała, że nie może go zmusić do wyjazdu. Jednak czekała aż on sam to zaproponuje. A on czekał na jej zaproszenie.. I tak czekali nieświadomie i rujnowali swój związek. Jak w sekundę można oddalić się od kogoś nawet nie ruszając się z kanapy? Oto prosty przepis. Tracąc czas na gierki zamiast szczerze mówić czego pragniemy. Dlaczego ludzie tak się tego boją? Przecież gdyby powiedziała "Kocham Cię, bardzo chciałabym, żebyś pojechał ze mną". Zamiast "Zrywam zaręczyny, bo wyjeżdżam". Wszystko potoczyłoby się inaczej... Ale o to chyba właśnie Ci chodzi, prawda?

Ja jestem właśnie w stanie całkowitej tęsknoty za kimś dla mnie ważnym i jak czytałam pierwszą część to czułam każdy kawałek mojego ściśniętego serca... Za tę torturę daję Ci piątkę :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(57): 57 gości i 0 zarejestrowanych: