warto go przeczytać
Dzień zaczął się tak jak zwykle. Żadnych nowości, zero powiewu świeżości. Obudzili go o szóstej trzydzieści, żeby znów nie zdążył się rozbudzić i umyć zębów. Wciągnął przepoconą koszulę na siebie, zarzucił plecak na ramię i ledwo patrząc na oczy wyszedł z domu. Dziś jechał sam, reszta rodziny miała wolne. Otworzył samochód, ale zdał sobie sprawę, że musi się wysikać. Podszedł za ganek domu i jakby na złość wiatr wiał w zła stronę i się olał. Cóż, zdarza się. Silnik cienkiego zarzęził nie przyjemnie i zerwał się do przodu. Ojciec mówił, żeby nie jeździł po kablu i cofał, ale on miał dziś to w dupie, cztery godziny snu to za mało, żeby z samego rana jeździć do tyłu.
Znów kościół po drodze, znów dziurawa droga, znów tory leniwie ciągnące się po prawej stronie, znów stawy i rybacy, a potem zakręt i miejsce kochanej pracy. Nikogo jeszcze nie było, Ci nadgorliwi mieli urlop, więc nie był specjalnie zdziwiony.
I - diotów nie ma, to może jakoś ten dzień minie - myślał, idąc z niewielkiego parkingu z tyłu szop.
Otworzył wiatę i wypił butelkę wody gazowanej od przechylenia. Po nocy zawsze chciało mu się pić. Drzwi domu się otwarły i szef wciąż zaspany, wyszedł na dwór albo jak to mawiają na południu naszego pięknego kraju, na pole.
- Cześć, pojedziesz swoim na wycinkę? – zapytał.
- Nie ma mowy, hamulca nie ma, za mało mi płacisz i jeszcze wkurzasz ucho – pomyślał sobie, ale jedynie pokręcił głową, zrobił zrezygnowaną minę i rzekł – dobra.
- Poczekaj na panią Natalię, a i zatankuj sobie od razu. - rzucił na odchodne i poszedł do szopy.
Siadł sobie na krawężniku, kostki szef nie zdążył oczywiście położyć i z ponurą miną czekał na ekipę. Przyjechał Andrzej, Ola, Łukasz i jacyś tam jeszcze pracownicy, których miał całkiem w nosie. Natalia, z córka w jego wieku przyjechała ostatnia, oczywiście zresztą ekipy przywitał się serdecznie z uśmiechem na twarzy, bo co miał innego zrobić. O Natalii nie mówiono zbyt dobrze w firmie, ale jego to nie obchodziło, nie zaszła mu jeszcze specjalnie za skórę, a Magda jej córka, nawet mu się podobała.
- Cześć.
- Cześć, koszulki już wziąłem, pojedziemy moim – powiedział i uśmiechnął się w nawyku, którego jeszcze nie wyplenił.
Przejechali koło trzydziestu kilometrów, bo tankować nie pojechał.
- W dupie mam twoją łaskę – pomyślał i dał prosto.
Reszta ekipy od wycinek z partnerskiej firmy już czekała. Ciężarówki gotowe, piły przygotowane, rębak do busa zapięty.
- Niech pan, panie Janku zobaczy, ile dziewczyn panu przysłali – zażartował jeden z robotników.
- O bo już się stęskniłem, myślałem, że mnie zdradzacie tam – siwy dziadek pociesznie się uśmiechnął i jakoś lepiej mu było.
Natalia z Magdą zajęły miejsca w busie, jego odsyłając do starego Opla, którym jeździła zakała firmy. Nie podobało mu się to, ale cóż poradzić. Poszedł bez słowa na swoje miejsce. W aucie pasów zapiąć się nie dało, więc trzymał je, ale zasnął szybko i na nic się to zdało. Policja ich nie zatrzymała na szczęście, bądź pech, jak kto woli i dojechali na największy wypizdów jaki widział w swoim krótkim istnieniu. Usuwali drzewa przy drodze. Pilarz obala, a on zresztą ekipy odciągał gałęzi do rowów, czasami kierował ruchem. Bez słowa, bez dziwnych przypadków, które by ożywiły ten nudny, pochmurny dzień dotarli do śniadania, właściwie już wcześniej zaburczało mu w brzuchu więc mając w nosie zasady zjadł kanapkę.
- Teraz pójdziecie do rębaka, a my będziemy dalej ciąć – rzekł brygadzista i dodał kierując do niego słowa – weźmiesz piłę i będziesz tam przecinał im gałęzie, masz kurs to wiesz co i jak.
- Nie ma sprawy – odpowiedział pokornie, choć wcale mu się to nie podobało.
I ciął, szarpał gałęzie, przegarniał wióry i jak zwykle miał w nawyku słuchał bez szemrania poleceń:
- Weź tutaj to przetnij, przestaw rurę, weź łopatę, pozamiataj.
- Sama se zrób – pomyślał i nie dodał na głos – co ja służący jakiś czy coś.
- Chodź, idziemy na kawę – zakomenderowała Natalia – co ja jakiś robot jestem, żeby cały czas robić?
- Nie ma przerw w pracy – zażartował ironicznie, żałując że i tego nawyku nie zostawił w innej parze spodni.
- Skończ, co ja jestem pojebana jakaś – rzuciła łopatą i ruszyła do pobliskiego domu.
Kobieta zaprosiła do siebie, bo odstąpili jej trochę opału, a on pociął i pomógł jej poznosić.
- Ale z ciebie miły chłopak, wesele ci za to wyszykuje.
- Ta, jasne – pomyślał, ale na głos nic nie wyrzekł, a jedynie uśmiechnął się pusto.
Wysłuchał jej opowieści nie specjalnie poruszony. Córka umarła na raka parę miesięcy wcześniej, zostawiając pod jej opieką dwoje wnuczków, studenta i przyszłą maturzystkę. Kobieta miała jeszcze matkę, którą się zajmowała i syna, który mieszkał kilkanaście kilometrów od niej i nie specjalnie jej pomagał. Zapaliła świeczki w oczach o tym mówiąc, ale on nie chciał myśleć o jej tragedii. Co by dał jego żal?Chciała iść po ciastka, ale ją powstrzymali, mimo tego, że każdy ochotę miał. On siedział cicho, rzadko się odzywał. Po prostu nie miał nic do dodania. Nie smakowała mu kawa, a jak na złość przesłodził ją sobie. Okazywał swoją niechęć do udawanego żalu jedynie uśmiechem i milczeniem. Czuł, że wygląda jak przymuł, niemowa i buc, ale milczał dalej.
Pożegnali się i wrócili do pracy. Otrzymał jeszcze kilka pochwał pod swoim adresem i jedynie nie podobały mu się te spojrzenia. Westchnął i mocnym szarpnięciem odpalił spalinówkę.
- Co Ty jesteś dziś taki zamyślony – zapytała Magda i dodała – Co? Pewnie wciąż myślisz o tej z wesela – zaśmiała się.
- No co Ty – uśmiechnął się maskując zakłopotanie – Wyznałem jej już miłość, to po co mi ona, pff mało to dziewczyn, o których muszę myśleć?
- Ha ha – zaśmiała się życzliwie i dodała – ale wiesz, jak teraz już wyznałeś miłość, to drugi etap.
- Jaki?
- Łóżko.
- O kurcze nie pomyślałem, nie no w takim razie to dziś do niej jadę – zaśmiał się życzliwie
- Tylko nie owijaj w bawełnę – poklepała go po ramieniu.
Sprawiały mu radość takie głupie rozmowy. Nabijał się z siebie i pozwalał czynić to innym, oczywiście do pewnej granicy.
Zjechali wcześnie, a on jak zwykle całą drogę marudził na szefa. Znów wypominał mu obcięcie pensji, znów wypominał błędy, znów czepiał się jego gadki i znów klął jak szewc (lubił tą książkę) wymyślając jego stosunek do pracowników. Eh droga – ta sama, pogoda – ta sama, dzień – ten sam. Minęli po drodze wypadek i co z tego? Na bazie, szef kazał jechać na ogródek. Jechali wolno, przepisowo – stawka na godzinę, auto niesprawne, no i za mandat szef nie zapłaci. Na miejscu taczka rozwalona, szpadli brak i trajkotka wciąż krzycząca:
- Weź miotłę, bo szef przyjedzie, zobaczy, że nic nie robisz i cie opieprzy.
- Jeszcze jedno głupie słowo, a się pożegnamy – powiedział i stanął podpierając się szpadlem, który dziwnym trafem pracownica zamieniła na grabie.
- Ziemia! - krzyknęła pani grabie.
Robił swoje, nie przejmował się krzykami i tylko rytmicznie, na bieżąco, machał szpadlem. Miał głęboko gdzieś ten śmieszny nagły pośpiech. Szefowi też nie miał zamiaru się przypodobać, brał kasę i uczciwie za nią pracował.
- A reszta niech robi co chce – powtarzał sobie w myślach, gdy złość zaczynała kipieć.
Przyszła piąta, a oni zaczynali się pakować. Rzucił nerwowo szpadlem.
- O co Ci chodzi? - zapytała babka od grabi.
- O te czterdzieści minut z mojego życiorysu zmarnowane w tym syfie – burknął i wsiadł na pakę, dla takich jak on miejsca w szoferce nie było.
Znów wypakowywał narzędzia, z których nie korzystał, znów otrzymał parę słów nagany za brak pośpiechu i znów nic nie odpowiedział.
W domu nie czekał na niego obiad, ani kawa, nie było też godzinki na oddech po całym dniu pracy.
- Nie zdążyłam nic uszykować, zrób sobie kawy i weź coś z lodówki i idziemy za chwilę gnój wyrzucić, przywieźć kukurydze... - dalej nie słuchał tyraliery słów, które mało go interesowały.
Wstawił sobie wodę i poszedł do swojego pokoju. Zgonił brata z kompa, zamknął drzwi i włączył jedną z tych popularnych ostatnio stron porno. Nie miał specjalnie wyrzutów sumienie, nie tak daleko przed spowiedzią. Parę minut i kończył w ubikacji, od dawna miał wątpliwości czy masturbacja nie stała się jego uzależnieniem, ale nie bardzo go to obchodziło.
Praca nie przeszkadzała mu. Pot lał się z pleców, a on uśmiechnięty opowiadał rodzicom o dniówce. Normalnie, jak zawsze, bez żadnych ekscesów.
Wieczorem mama zrobiła dobrą kolację, a on gadał przez gg z swoimi koleżankami. Jedna go obrażała, druga słodziła podle, a trzecia była ciągle zirytowana jego postawą. Zeszło mu tak do pierwszej. Pożegnał się z nimi ciepło, życzył wszystkiego naj na noc i mówił:
- Do jutra.
Rankiem przyjechała do domu karetka, ale już go nie odratowała. Popełnił samobójstwo, otruł się. Koniec świata nastąpił.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 23.08.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46543 | Użytkownicy: 3566
Online(32): 28 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Fał, pasieczny14, Maszard Namalowski