Nowa baśń - II etap (finał) Wyzwania Prozatorskiego

„ (…)naprawdę jest ich niewielu doliczając nawet tych którzy przyjdą z kronik bajek i żywotów świętych…” - Zbigniew Herbert „U wrót doliny” Generalne Gubernatorstwo, 1943. W pociągu był tłok, nie taki jednak, żeby nie dało się przejść. Halina, ubrana w szarą spódnicę i z kokiem spiętym drewnianą igłą siedziała, popatrując z uśmiechem na młodego człowieka w długim prochowcu, który ustąpił jej miejsca. Na kolanach trzymała koszyk z ziołami i chlebem, nakryty kraciastą chustką. Bochenek był przekrojony - gdy usiadła, wyjęła podręczny kozik i ukroiła kromkę, którą natychmiast wmusiła w młodzika, wmawiając, że blado wygląda. Chłopak zjadł ze smakiem, aż trzęsły mu się uszy pod kasztanowymi lokami. - W domu matka będzie czekać z obiadem, a ja nie będę głodny - zaśmiał się wesoło, dyskretnie poprawiając płaszcz. - Jedna kromka ci nie zaszkodzi, rośniesz przecie - odpowiedziała staruszka. Pociąg jechał dalej, za oknem przewijały się pola, łąki i lasy. Słońce było jeszcze nisko na wschodzie, otulone różowymi chmurami. Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Nadchodziło lato. Ludzie byli jeszcze zaspani, ale i tak panował gwar. Wszyscy jechali do miasta. Halina rzadko wyprawiająca się poza swoją chałupę, od roku już jeździła sprzątać u okolicznych Niemców. Nagle gwar w pociągu umilkł jak ucięty nożem. Wszyscy opuścili głowy i wstrzymali oddech. Rozległ się stukot żołnierskich butów. Chłopak zbladł i nerwowo złapał się za płaszcz, jakby coś pod nim chował. Na czole pojawił mu się pot. Do wagonu weszło dwóch niemieckich żandarmów, przeszukujących pasażerów. Ludzie prawie wciskali się w ściany. Halina wiedziała, że gdy dojdą do młodzieniaszka, znajdą coś. Pewnie broń. A to oznaczałoby dla niego śmierć. - Guten Tag - przywitał się z kpiącym uśmiechem jeden z nich. - Kennkarte bitte.* - Bitte - pokazał wyciągnięty z kieszeni dokument. Niestety, Niemiec nie zamierzał odpuszczać. - Was trägst du, Junge? ** - Nichts. Nur meine Mütze, herr Gendarm*** - odparł trzęsącym się głosem. Niemca to tylko rozśmieszyło. - Zeig! **** Halina wiedziała, że trzeba reagować szybko. Dyskretnie wykonała drobny gest lewą dłonią. Gdyby w przedziale siedział kot, w tej chwili uniósłby łeb i zamiauczał, wyczuwając drobne zawirowanie w porządku rzeczy. Śmiertelnie blady chłopak, wiedząc, że nie ma szans na ucieczkę, uchylił płaszcz i zamknął oczy, cały czas zaciskając przez materiał dłoń na... Brązowej, skórzanej czapce. Twarz obu Niemców wykrzywiło rozczarowanie. - Befestigt du deinen Mantel und spielst nicht mehr *****- warknął jeden z nich, po czym oboje oddalili się, by legitymować innych. Chłopak został, w rozpiętej kapocie, nie mogąc zrozumieć, co się przed chwilą stało. - Zapnij się, jak pan żandarm mówił - powiedziała spokojnie Halina. - I podszkól się w tym fachu, kochany, bo pewnego dnia matka nie będzie miała komu zrobić obiadu. Po czym wstała, poklepała go po ramieniu i poszła do drzwi. Pociąg dojeżdżał do celu. Młodzieniaszek mechanicznie wykonał polecenie. Przez materiał znowu wyczuwał kształt wiezionego visa. Po czapce, której nigdy wcześniej nie widział i z całą pewnością nie brał ze sobą, nie było ani śladu. Nagle zdał sobie sprawę, że Niemcy wylegitymowali wszystkich, poza staruszką. * Halina odkurzała spokojnie półki mieszkania, w którym kiedyś przebywali jej dobrzy znajomi. Znajomi dawno już zostali wykwaterowani a na ich miejsce wprowadziła się rodzina niemiecka. Mąż pracował w gestapo i wiedziała, że rozpracowywał miejscową partyzantkę. I że osobiście brał udział w przesłuchaniach. Ledwo powstrzymywała się by nie poprawić wątpliwej urody portretowi Hitlera wiszącemu w salonie. Zapewne Niemiec mógł kazać sprzątać u siebie dozorczyni, ale coś kazało mu nie odmówić, gdy o pracę poprosiła korpulentna staruszka. Nie wiedział dokładnie, co. Po prostu czuł, że nie należy odmawiać. Gdy skończyła odkurzać, poszła do łazienki. Tam znalazła to, czego szukała - grzebień. Całe szczęście, mężczyzna mogący stawać do zawodów "Aryjczyk Roku" bardzo dbał o swoje jasne kosmyki. Pełno ich było między ząbkami. Wzięła kilka i włożyła w płócienny woreczek, wydobyty z kieszonki po wewnętrznej stronie spódnicy. Resztę szybko skończyła, akurat wtedy, gdy pan domu wrócił. Wyglądał na zmęczonego. - Guten Tag - przywitała się grzecznie, zawiązując na nowo chustkę. Mruknął tylko coś w odpowiedzi i, jak ludzki pan, wcisnął jej w rękę kilka monet. Ot, napiwek za dobrą robotę. Dobre i to. Niepotrzebnie zresztą. Miała już to, czego potrzebowała. - Mój przyjaciel Sigmund chce, żebyś u niego sprzątała - powiedział, siadając na kanapie. - Zaczynasz od jutra, mieszka przy Himmlerstrasse 18. Halina chętnie dałaby mu nauczkę za ten arogancki ton i za to, że nie spytał jej o zdanie w kwestii dodatkowej pracy. Ale wiedziała, że musi bardzo uważać. Ostatecznie, misja była bardzo delikatnej natury. * Po robocie udała się w stronę rynku. Weszła do jednej z kamienic, witając się ze stróżem i szybko wspięła się na drugie piętro. Zapukała trzy razy, jak zawsze. Otworzył jej siwiejący mężczyzna w kamizelce i z fajką w zębach. Przywitali się szybko i Halina została zaproszona do środka. Pokój był pomalowany na biało, ale widać było jasne plamy w miejscach, gdzie kiedyś wisiały obrazy. Właściciel musiał je sprzedać dawno temu i bardzo nad tym bolał, gdyż były w jego rodzinie od kilku pokoleń. Wartość materialna była ogromna, ale największa była ta sentymentalna. Wojna jednak miała swoje prawa i nie lubiła kultury. Na razie jednak nie udało jej się odebrać mu książek, od których uginały się regały. Na stole czekała parująca herbata. - Jak stoją sprawy, droga pani? - spytał, siadając na krześle obok. - Pan Jürgen już niedługo pojedzie na urlop - odpowiedziała, pociągając łyk napoju. Był gorzki. - Pociąg ma już za pięć dni, od jutra licząc. - Wspaniale, wspaniale - uśmiechnął się. - Tu ma pani stosowne papiery - wręczył jej małą puszkę, szczelnie zamkniętą. - Czy ma pani pytania? - Ziemlich oddelegował mnie do pracy u niejakiego Sigmunta, mieszkającego przy ulicy 3 Maja 18… - rzekła. - Przedstawił go jako swojego kolegę. Pokiwał głową z zastanowieniem. - Znamy go, znamy. A więc za tydzień o tej samej porze? - Jak zawsze. Dopili herbatę, rozmawiając na różne niezobowiązujące tematy i udając, że nie zauważyli, jak podejrzliwie na gościa zerka kudłaty pies, wylegujący się w kącie. * Z wieczora chłopy mieszkający we wsi zauważyli, że w chacie w lesie pali się światło. Kto to zobaczył, ten żegnał się trzy razy i trzy razy pluł przez lewe ramię. Dzieciaki szybko zostały wygonione do spania, żeby ich złe nie dopadło. Halina uwijała się przy kotle z wrzącą wodą. Na stoliku obok stygła woskowa lalka, w której tułowiu było zatopionych kilka jasnych włosów. Woskowe rysy twarzy w dziwny sposób przywodziły na myśl pana SS-Oberscharführera Jürgena Ziemlicha. Wnętrze chaty wypełniały suszące się zioła, dziwne substancje i mnóstwo różnej wielkości i kształtu pojemniczków. Nie było za to ani jednej księgi. W kącie stało łóżko z siennikiem i pierzyną. Kocioł, z którego na całą izbę rozchodził się zapach blekotu, szaleju, wilczej jagody i wielu innych, trudnych do rozpoznania roślin, zajmował centralną część izby. Para uchodziła przez otwór w dachu. Na parapecie okna drzemał czarny kocur. Halina wzięła słomianą podstawkę i umieściła na niej laleczkę, po czym puściła ją na wrzątek. Wosk zaskwierczał, w parze zaczęły pojawiać się małe, niemal niewidoczne iskierki. - Welesie, Świętowicie, Perunie, Swarożycu... - szeptała, wodząc rękami nad wrzątkiem. Jej oczy nagle zmieniły kolor na intensywny błękit. Kot zamiauczał. Niebo nagle zajęło się chmurami. Zagrzmiało. - Stare bogi ziem naszych... Na polu, samotnie, w połowie odległości między chatą a wsią, rosła wielka akacja. Była tu za czasów babek i prababek, widziała wiele i znała wiele. Mówiło się, że była pierwszą akacją w Polsce. Legenda głosiła, że to drzewo rosło tu od zawsze, choć nie zawsze w tej samej postaci. Podobno kiedyś była wierzbą. A wcześniej dębem. Ale na razie, od wieków była akacją. Przynajmniej od czasów króla Sobieskiego. Teraz wyglądała upiornie. Inne drzewa od dawna już były zielone, a ona dopiero powoli pokrywała się listkami. Zawsze najpóźniej wypuszczała pączki. Za to jej ciernie były długości kciuka dorosłego mężczyzny. Wyciągała wciąż łyse gałęzie ku niebu, nie jakby je błagała, ale jakby żądała. Halina, nie zważając na pioruny, wzięła w ręce parzącą podstawkę, nabrała w czarkę gotującego się eliksiru i wyszła z chaty. Podeszła do drzewa, pokłoniła się i położyła ją oraz spoczywającą na niej laleczkę u wystających z ziemi korzeni. Dookoła drzewa wylała zawartość garnuszka. Pioruny biły dookoła, jakby starały się spopielić ziemię. - W pełnię się pożywicie - wymruczała, po czym zaczęła mówić w dziwnym, starym języku. Akacja zatrzeszczała. Pioruny nadal biły. Po zakończeniu obrzędu Halina wyjęła z koka długą, ostrą igłę. Była zrobiona z drewna tej właśnie akacji. Siwe włosy zasłoniły twarz staruszki. - Nie odbieram, a przechowuję do czasu wypełniania umowy a ty wciąż zachowujesz przystęp - szepnęła, delikatnie nakłuwając czubek głowy figurki, jakby zakładała wisiorek na łańcuszek. Ciernie akacji wydały się wydłużać w cieniu wieczora. * Pięć dni później była pełnia. Jürgena Ziemlicha niemal cały tydzień męczyło dziwne przekonanie, że powinien niezwłocznie pojawić się w jednej z okolicznych wsi. Zaczęło się niewinnie - gdy z nudów patrzył na mapę regionu coś kazało mu ciągle patrzeć na tę samą kropkę. Na przesłuchaniach nie mógł skupić się na zadawanych pytaniach. Żona zaczęła patrzeć na niego podejrzliwie gdy rozkojarzony, nie mógł nabrać jedzenia na widelec i nie słuchał narzekań na sprzątaczkę, która bez słowa wyjaśnienia przestała odwiedzać ich mieszkanie. W oczach kolegów widział zdziwienie i zmartwienie, gdy znowu prosił o powtórzenie tego, co akurat do niego mówili. Cały czas, z niewiadomych przyczyn, myślał o tamtej wsi. Jakby było tam coś, czym powinien się niezwłocznie zająć. - A więc gdzie jest akacja? - spytał trzeciego dnia, jak zwykle zimnym, spokojnym tonem. Zarówno jego kolega, Sigmunt, jak i przesłuchiwany właśnie więzień spojrzeli na niego z niezrozumieniem. Nie wiedział z początku, o co im chodzi, dopóki nie zrozumiał, co właśnie powiedział. Zaśmiał się nerwowo. - No tak, co ja mówię. Przecież ta akacja rośnie na polu... - szybko zasłonił sobie usta. - Fühlst du gut? ****** - spytał Sigmunt, drapiąc się po wyłysiałej głowie. Na nalanej twarzy pojawiły się oznaki troski. Dawno ich tam nie było. Z kolegą wyraźnie było coś nie tak. Najpierw polecił mu sprzątaczkę, która ani razu się u niego nie pojawiła, a teraz pytał o jakąś akację zamiast skupić się na sprawie. Dziwne. -Ich denke ich muss rest... ******* - wstał zza biurka i na chwiejnych nogach, wyszedł z pokoju. Usiadł na schodach przed budynkiem, oddychając głęboko. "Akacja, akacja, akacja". Jaka akacja, o co chodzi... Wydawało mu się przez chwilę, że niebo pociemniało. Ale może to tylko złudzenie. Coś ćmiło go w tyle głowy. Z każdą godziną było coraz gorzej. Nawet nie zauważył, kiedy upaprał sobie czymś swój nieskazitelny mundur. W końcu postanowił wziąć kilka dni wolnego i odpocząć. Miał nadzieję, że jego sprawy przejmie ktoś kompetentny. Był już tak blisko dotarcia do dowództwa tej bandyckiej partyzantki. Szkoda by było, gdyby ta robota poszła na marne. Piątego dnia nie mógł już myśleć o niczym, poza przeklętą akacją, która najwyraźniej wiązała się jakoś z tą wsią. Bał się mówić, żeby znowu nie palnął czegoś o tym drzewie. I w końcu, gdy oboje z żoną leżeli już w łóżku, księżyc wyszedł zza chmur. Jürgen podniósł się. Poczuł, że musi teraz, natychmiast jechać do tej wsi. Nie ma co zaprzątać sobie głowy zdjęciem piżamy. Nie można marnować czasu. Musi już, musi już. Na podjeździe stał czarny samochód. Dałby głowę, że nie było benzyny, ale odpalił bez problemu. Wcisnął gaz do dechy i szybko przejechał po pustych ulicach. Gdyby teraz natrafił na jakiegoś pieszego, przejechałby go bez chwili wahania. Nie mógł się zatrzymywać, nie teraz. Jeden z lokalnych pijaków opowiadał później, że widział pana SS-Oberscharführera, gdy ten jechał na złamanie karku w stronę wyjazdu z miasta. I chyba był w piżamie. * Gdy tylko pojawił się we wsi, zobaczył ją. Stała sama, samiutka na polu. Zdawała się wzywać go łysymi gałęziami, jak ukochana kobieta. Wydała się powleczona jakimś dziwnym blaskiem. Halina widziała ze swej chaty, jak biegnie w jej stronę. Bieluń, rozszerzający źrenice, pozwalał jej widzieć jak sowa. Wzięła papiery z puszki, igłę i nabitą na nią laleczkę, a także słomianą podstawkę i garnuszek eliksiru, który od niemal tygodnia bez przerwy trzymała na ogniu. Czas było ruszać. Jürgen dopadł do akacji, nieświadomie przekraczając stary krąg włosów, krwi, kory i śliny. Nie zastanowiło go koło gołej ziemi w środku uprawnego pola. W ogóle, nic go już nie obchodziło. Liczyła się tylko akacja, która w jego oczach urosła do miana rajskiego drzewa poznania dobra i zła. Kusiła go tyle czasu a teraz w końcu był przy niej. Objął korę, jednak w tej samej chwili odskoczył. Drzewo parzyło. Ból oparzonej twarzy, rąk i brzucha rozjaśnił mu umysł. Stał w piżamie, na jakimś polskim wygwizdowie, przy jakimś dziwnym, parzącym drzewie. Gdy dowie się o tym góra, zsyłka na front wschodni murowana. Trzeba uciekać i udawać, że to nigdy nie miało miejsca. Pobiegł w stronę drogi. Trasa była prosta. A jednak już po kilku sekundach znów uderzył całym ciałem o pień. - Co jest?! - zaklął, przerażony. Przecież nie skręcał. A dookoła nie rosło żadne inne drzewo. Podjął kolejną próbę ucieczki. I znowu. Biegł przed siebie, a gdy tylko mrugnął, rozbijał się o pień. Coś go zawracało. Chmury zasnuły niebo, przesłaniając gwiazdy, ale zostawiając księżyc. Lunął deszcz. Rozległy się pierwsze grzmoty. Halina wraz z całym ekwipunkiem podeszła tuż do kręgu, który, zgodnie z przedwieczną umową, tylko ktoś posiadający przy sobie tą, wystruganą w czasach, gdy o chrześcijańskim Bogu nikt jeszcze nie słyszał, igłę mógł przekroczyć. Narzędzie zostało poświęcone bogom, którzy byli zbyt starzy, by ich imiona mogły zostać zapisane w kronikach. Pamiętało czasy, gdy pierwotne plemiona modliły się do Słońca i Księżyca, a po nieprzebytych lasach chodzili wolno jego prawowici mieszkańcy. Pod powłoką z akacji, zgodnie z legendą, kryło się mnóstwo innych drzew, przeobrażających się w siebie nawzajem w miarę upływu stuleci. Znak upływającej wieczności. Jürgen popatrzył na nią, oświetloną blaskiem piorunów. - Ty?! - wrzasnął, ocierając twarz ze strug wody. Z oczu spływały mu łzy, a z czoła pot. Halina przyklęknęła, ułożyła laleczkę na podstawce, podstawkę na ziemi. Wyrwała z woskowej głowy świętą igłę i rozłożyła wyjęte z puszki kartki. - Jürgenie Ziemlichu - odczytała. - Za działanie na szkodę narodu polskiego zostałeś skazany na śmierć przez sąd podziemny Armii Krajowej. Niemiec wyglądał teraz jak przerażone zwierzę. Miotał się to tu, to tam, ale zawsze wracał w to samo miejsce. Na twarzy mnożyły się rozcięcia i rosły siniaki od nieustannego obijania się o pień. - Uspokój się, mamy czas - powiedziała. - Masz jakieś ostatnie słowa? Nie miał, a nawet gdyby, to nie byłby w stanie ich wykrztusić. Z gardła potrafił wydobyć tylko nieludzki wrzask. Halina kiwnęła głową i ujęła igłę w obie ręce. Wyszeptała coś. Uniosła ramiona nad głowę. Piorun uderzył tak blisko, że cały świat zniknął w błysku. Z całej siły wbiła igłę w serce figurki. Gałęzie akacji zatrzeszczały i zaczęły się wić, jakby były z gumy. Przerażony Jürgen padł na kolana i chciał błagać o pomoc dawno zapomnianego Boga, nie mógł jednak wymówić słów modlitwy. Gdy próbował zmówił ją w myśli, czuł się, jakby pod czaszką wybuchały mu bomby. Akacja pochyliła się i oplotła go gałęziami. Ostre ciernie wbiły się mu w ciało. Został uniesiony w górę, z każdą chwilą oplatały go coraz mocniej. Ciernie rozrywały go na kawałki. Gałęzie kołysały się mocno, gwałtownie, łamiąc mu kości. Pioruny wciąż biły o ziemię. W końcu ciało Jürgena zostało całkowicie zakryte gałęziami. Halina zamknęła oczy. Spomiędzy splotów wypływała krew, wsiąkająca w drzewo. Kilka chwil później wszystko się uspokoiło. Gałęzie powróciły do swoich pierwotnych póz. Niebo przejaśniło się. Księżyc niewzruszenie świecił. A po gestapowcu nie został żaden ślad. Halina podeszła pod akację i zakopała przebitą laleczkę w jej splotach. Igłę wcześniej wyjęła i schowała za pazuchę. - Pomagajcie nam, jak dotąd pomagaliście i dajcie mi moc, tak, jak dotąd dawaliście. Kilka rozwiniętych w listki pączków zaszumiało, poruszanych delikatnym tchnieniem wiatru. - I śpijcie. Bo jeszcze nie czas. * Następnego ranka ktoś zapukał do chatki Haliny. Gdy otworzyła, zobaczyła młodzieniaszka, którego tydzień temu uratowała od wpadki z bronią w pociągu. - Dzień dobry pani - powiedział, kłaniając się. - Ja chciałem podziękować, wie pani... Uśmiechnęła się z rozczuleniem. Był jeszcze bardzo młody. - Wejdź - rzekła, przepuszczając go. Chłopak niepewnie wsunął się do izby, czując, że znajduje się gdzieś, gdzie nie powinien. Nie wierzył w czary, był w końcu po konspiracyjnej maturze i uczył się potajemnie na inżyniera. Ale coś podpowiadało mu, że... machnął ręką. Niemożliwe. Ale w takim razie skąd ta czapka wtedy... - Jak ty się właściwie nazywasz? - przerwała jego rozmyślania Halina. - Zenek Michalik - przedstawił się szybko, znowu skłaniając głowę. - No to Zenek, pytaj - rzekła, siadając przy stoliku, niedaleko kotła. - Przecież widać, że cię korci. Siadaj. Usiadł obok, wciąż niepewny. Kot z parapetu zerknął na niego przelotnie, zanim zapadł w następną drzemkę. - Ja przepraszam, ale jak pani to zrobiła, wtedy... - wyjąkał. Uśmiechnęła się. - Politechnika? Aż otworzył usta ze zdziwienia. - Skąd pani... Machnęła ręką. Tornister chłopaka nagle się otworzył i książki wysypały się na podłogę. Algebra, fizyka, matematyka i inne przedmioty przydatne przyszłym inżynierom. - Stąd, że to nosisz. Zerwał się z krzesła jak oparzony. Wyglądało na to, że jego uporządkowany świat nagle wywrócił się do góry nogami. Pomyślał, że niepotrzebnie szukał tej staruszki. Pytani po drodze chłopi przecież też mu to mówili. Pukali się w głowę, gdy dowiadywali się, kogo szuka. Po co... - Nie bój się, w żabę cię nie zmienię. Zemdlał. * Gdy się ocknął, leżał na trawie przed chatką. Po twarzy lizał go stary cap, uwiązany do postronka. - Coś ty słaby jesteś, Zenek, jak na partyzanta - powiedziała Halinka, siedząca na ławce pod oknem i robiąca na drutach. A raczej na jednym drucie i jednej akacjowej igle. Od czasu do czasu patrzyła na to miejsce przy wiejskiej drodze, gdzie jeszcze wczoraj stał porzucony samochód. Lokalny oddział partyzancki już się, zdaje się, o niego zatroszczył. Szybkie machnięcie ręką wygładziło ślady opon. - Żeby partyzant tak łatwo mdlał... a jak na akcji zemdlejesz? Koledzy kłopot będą mieli! Podniósł się na łokciach, jednocześnie odganiając capa. - Pani jest czarownicą? - spytał, wciąż z niedowierzaniem. - Nie nazwałabym tego tak. Moje czary są zbyt stare, by być magią. Ale z braku lepszego słowa… - Ale... - To jak najbardziej możliwe. I tak, wciąż mamy się całkiem dobrze. Słońce świeciło jasno. Na akacji rozwijały się kolejne pączki. Chłopak usiadł obok, ostrożnie. Ostatecznie, przyszło mu obcować z jakąś nieznaną siłą. A jednak czuł, że nie powinien teraz uciekać. - I tak po prostu mi pani o tym mówi? – nie miał odwagi na nią popatrzeć. – Przecież mógłbym o tym komuś powiedzieć, prawie mnie pani… - nie dokończył, zdając sobie sprawę, że kobieta może równie dobrze wiedzieć o nim wszystko. - I kto by ci uwierzył? – zaśmiała się. – Wyobraźmy sobie, wchodzisz do domu i mówisz matce, że w takiej jednej wsi jest czarownica… Zarumienił się. Tu też nie można było odmówić staruszce racji. - Uratowała mnie pani przed Niemcami. Dlaczego? - Bo nie lubię, jak ktoś pcha się tam, gdzie go nie prosili - odparła, przerabiając kolejny rządek. - A ich nikt nie zapraszał. Zenek pokiwał głową. Zdaje się, że wiedźma była przynajmniej z tych patriotycznych. - A różdżki pani nie ma? - spytał, z lekko nerwowym chichotem. Pogroziła mu palcem, ale uśmiechała się. - Ta igła wystarczy - odparła, wskazując na rzeczoną. - Ksiąg też nie mam, na miotle nie latam, wolę ożóg. Kota, jak widziałeś, posiadam. - A ja myślałem, że to bajka - westchnął. - Znaczy... czarownice. Że legenda. - A wiesz, chłopaczku, gdzie jest najwięcej prawdy? - zaczęła następny rządek. – Właśnie w bajkach i legendach. - Nawet tej, co mówi o śpiących w Tatrach rycerzach, którzy wstaną, jak ojczyźnie zacznie zagrażać niebezpieczeństwo? - uśmiechnął się krzywo. Często z tego żartowali z kolegami. W końcu, co jeszcze musiałoby się stać, żeby tych śpiochów zbudzić? Czy nie było już dość źle? Uśmiech zniknął z twarzy Haliny. - Tak, nawet w tej. Popatrzył na nią, oczekując dłuższych wyjaśnień. - Wstaną - rzekła. - Wstaną i oni, i sam Giewont, i odmienią się z gołębi rycerze księcia Henryka, co spacerują po Krakowie. I syrenka warszawska wstanie z mieczem, i smok wawelski wróci, i bazyliszek z podziemi Krzywego Koła wyjdzie. Wypełzną myszy księcia Popiela, z podziemi Sandomierza wyjdzie odważna Halina, dzielna Wanda wyłoni się z otchłani Wisły i powrócą stare bogi, dziwożony, strzygonie i mamuny. I oni wszyscy staną do walki o obronę tej ziemi, gdy nadejdzie odpowiedni czas. - A kiedy nadejdzie? - spytał Zenek, któremu w tej chwili nawet przez myśl nie przyszło, że staruszka może mówić nieprawdę. - Kiedy nie będzie już żadnej z nas, by ją chronić. *Dzień dobry, Kennkartę proszę. ** Co tam wieziesz, młody? *** Nic. Tylko czapkę trzymam, panie żandarm. **** Pokazuj! ***** Zapinaj ten płaszcz i się nie wygłupiaj na drugi raz. ****** Dobrze się czujesz? ******* Myślę, że muszę chwilę odetchnąć…



        Dedykacja: Płeć: kobieta. Słowa: akacja, igła.

Płeć: nieznana
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 09.06.2012r.

1     

Darksio Użytkownik wpmt 10 06 2012 (12:03:30)

Zgadzam się z Marybeth, że nagromadziłaś w tekście sporo błędów stylistycznych i gramatycznych. Nie zgadzam się natomiast, co do merytorycznego aspektu. Drugą wojnę światową można z powodzeniem łączyć z magią, duchami, czy innymi ponadnaturalnymi wydarzeniami. Wystarczy przytoczyć przykład "Demonów Normandii" (The Devils of D-Day) Grahama Mastertona. Twoja praca jest oryginalna, ciekawa i dobrze napisana. Jedynie kwestia techniczna powstrzymuje mnie przed przyznaniem szóstki. Przy okazji: Podając przypisy lepiej byłoby je oznaczać liczbami (1;2;3 itd.), ponieważ przy większych ilościach gwiazdki nie zdają egzaminu, po prostu jest ich tyle, ze sprawiają kłopot czytelnikowi, który zmuszony jest liczyć małe gwiazdeczki, aby odszyfrować położenie danego przypisu. Znacznie lepiej sprawdzają się liczby. Piątka.

Darksio Użytkownik wpmt 10 06 2012 (11:33:37)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Zgadzam się z Marybeth, że nagromadziłaś w tekście sporo błędów stylistycznych i gramatycznych. Nie zgadzam się natomiast, co do merytorycznego aspektu. Drugą wojnę światową można z powodzeniem łączyć z magią, duchami, czy innymi ponadnaturalnymi wydarzeniami. Wystarczy przytoczyć przykład "Demonów Normandii" (The Devils of D-Day) Grahama Mastertona. Twoja praca jest oryginalna, ciekawa i dobrze napisana. Jedynie kwestia techniczna powstrzymuje mnie przed przyznaniem szóstki. Przy okazji: Podając przypisy lepiej byłoby je oznaczać liczbami (1;2;3 itd.), ponieważ przy większych ilościach gwiazdki nie zdają egzaminu, po prostu jest ich tyle, ze sprawiają kłopot czytelnikowi, który zmuszony jest liczyć małe gwiazdeczki, aby odszyfrować położenie danego przypisu. Znacznie lepiej sprawdzają się liczby. Piątka.

Nowokaina Użytkownik wpmt 10 06 2012 (11:17:45)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Witaj
Na samym początku muszę pogratulować, ponieważ stworzyłaś coś zupełnie innego od tego, co czytam na portalu na co dzień. Równocześnie dziwię się, że zaniedbałaś trochę stronę techniczną, ale wszystko po kolei. Lecz tym bardziej jestem zaskoczona, ponieważ zwykle za swoje opowiadania otrzymywałaś wysokie oceny.

Strona techniczna. Zdarzały się powtórzenia i to dosłownie jedno przy drugim. Podam kilka przykładów: "Weszła do jednej z kamienic, witając się ze stróżem i szybko weszła na drugie piętro.", "(... )w którym kiedyś przebywali jej dobrzy znajomi. Znajomi dawno już zostali wykwaterowani (...)". W niektórych miejscach zdołałam to poprawić, proponując swoje rozwiązania, jednak w innych, niczego nie zmieniałam. Gdybyś miała czas, mogłabyś jeszcze raz przejrzeć swoją pracę, a później napisać, czy jakiekolwiek poprawki chciałabyś jeszcze wprowadzić. Poza tym, widzę, że masz mały kłopot z przecinkami. Stawiałaś je niekiedy w miejscach zupełnie niepotrzebnych.

Treść. Nie czytałam za dokładnie reszty Twoim prac, ale wiem, że lubisz fabułę osadzać w czasach wojny. Z początku myślałam, że i ta praca będzie do niej nawiązywać. Po części tak jest, jednak zbytnio nie przemawia do mnie to, co stworzyłaś. Być może jest to wina również Twojego stylu, ponieważ dla mnie, wydaje się on być... poprawny? I chyba tylko tyle. Czytając Twój tekst, miałam wrażenie, że przedstawiłaś suche fakty, zero emocji i uczuć. Takie jest moje zdanie, wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą. Poza tym połączenie czegoś takiego jak magia i II wojna światowa wydaje mi się być już ogromną przesadą. Rozumiem, że jest to praca konkursowa, wymagania są wyższe, lecz tak jak sam pomysł był dobry, tak mogłaś pokazać go nieco inaczej. Być może tekst nie wydawałby się tak bardzo sztuczny pod względem fabuły.

Na piątkę brakowało mi właśnie ukazania pewnych emocji. Poza tym powtórzenia również zrobiły swoje. Zdaje mi się, że przed oddaniem pracy, nie miałaś czasu przeczytać jej dokładnie jeszcze raz, stąd te niedoskonałości. Mimo tego, wiesz, o co chodzi w pisaniu, wiesz, na czym ono polega i idziesz dobrą drogą.
Czwórka z plusem.
Pozdrawiam


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(25): 25 gości i 0 zarejestrowanych: