Pseudonim: Anonymous
O sobie: Jeszcze nie mam opisu, ale jak już ten fakt zauważę, to go zmienię
Napisanych prac:
- wiersze: 728
- proza: 160
- publicystyka: 160

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 1415 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Nieszczęśliwy wypadek" 24.10.2008
"Historia pewnej Róży" 13.11.2008
"Żywot Parszywy" 16.11.2008
"Non omnis moriar" 22.11.2008
"Grave town" 26.10.2008

Inne prace tego autora:
"Baśń o tańczącym śledziu" 13.10.2008
"Raniące opinie" 21.11.2008
"Jak człowiek może..." 02.11.2008
"To koniec" 19.11.2008
"Ja to wiem" 13.11.2008


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Non omnis moriar

Po ciele rozpłynęło się przyjemne odprężenie. Nie czuł już strachu. To tak się umiera - pomyślał - nie jest tak źle. Zabawne, w tak poważnej chwili chciało mu się śmiać. Był zimny, listopadowy dzień. Deszczowy, szary, bury. Jego to już nie dotyczyło - było mu dobrze. Miał wrażenie jakby opatulono go ciepłym, mięciutkim puchem. Leżał w ulicznej kałuży. Z wgniecionego zderzaka skapywała krew... jego krew, która przed chwilą pędziła autostradami tętnic. Ocknął się. A jednak wciąż żyje. Istnieje! Tylko dlaczego? Jakim prawem? Analityczny umysł nie mógł tego ogarnąć, wywołując w nim uczucie dyskomfortu - pragnął tylko pogrążyć się w zapomnieniu. Zawsze myślał, że po śmierci człowiek przestaje istnieć. Tylko czerń i pustka. Nie sądził, że pozostanie choćby szczątkowa świadomość. Takie to wszystko dziwne. Przez całe życie zatwardziały ateista. Modlitwa? - nawet teraz, gdy schodził ze sceny życia, coś takiego nie przyszło mu do głowy. A jednak życie go nie opuściło. Niestety. Czuł się bardziej świadomy i żywy niż kiedykolwiek wcześniej. Otaczała go nieprzenikniona ciemność, gęsta i nieprzyjemna. Gdzie jest? Od jak dawna tu tkwi? Ogarnęło go uczucie, że czas przestał istnieć. Pogłębiało się nieprzyjemne poczucie zagubienia... tu nic nie istniało - nie miał żadnych punktów odniesienia, dzięki którym mógłby określić swoje położenie. Tylko ta czerń, czerń ,czerń. Mogła minąć cała wieczność, albo ledwie chwilka. Żeby chociaż cokolwiek się wydarzyło. Żeby ktoś lub coś powiedziało co ma robić. Wszystko byłoby lepsze niż ta bezczynność. Wołał rozpaczliwie. Nawet echa nie było. Co robić? Co robić? - umysł, jak zacięta płyta, nie był w stanie poprawnie funkcjonować. Czekanie nie ma sensu. Coś tu musi być. Może nawet jest stąd jakieś wyjście. Może jest tu gdzieś ktoś jeszcze? Trzeba sprawdzić. Szedł, lecz nie słyszał swych kroków. Nie czuł podłoża. Stawiał kolejne kroki, mając wrażenie, że stoi w miejscu. Topniała w nim nadzieja. W umysł wsączał się lęk. Chciał wyć. Samotny, zapomniany; wciąż żywy. Im dłużej maszerował tym gorsze wspomnienia wkradały się w umysł, nieproszeni, nielubiani goście. Walczył z nimi jak z rojem natrętnych much. Próbował wyłowić z odmętów umysłu jakąś przyjemną myśl - skupić się na niej. Nadaremnie, wszystkie się gdzieś ulotniły... Siedem lat temu. Wywiózł psa do lasu i przywiązał do drzewa. Nie mieli z żoną pomysłu co z nim zrobić. Urlop. Perspektywa leniuchowania na złocistej plaży na Azorach nie komponowała się ze starym przygłuchym Azorkiem. Oczyma duszy widział biednego osowiałego psiaka, wpatrującego się tęsknie w malejący samochód. Biedaczyna pewnie drżał z zimna. Skomlał ze strachu, nie mogąc pojąć tego, co się stało. Dlaczego jego pan go zostawił? Ta biedna psina. Potraktował wiernego przyjaciela jak starą, zepsutą zabawkę. Gorzej! Zostawił na pewną śmierć. Czuł to, co musiał czuć Azorek. Dlaczego prześladują go te myśli? Dlaczego? Są torturą. Nie chce już czuć tej rozpaczy, nie chce!!! Usiadł. Otępienie opanowało jego umysł. Ta wszawa bezradność, której zawsze tak bardzo nienawidził.. zawsze był panem swego losu. Był przywódcą, szefem. Liderem! Był. Teraz nic już od niego nie zależało. Bezsilny w tych czeluściach, jak mucha usiłująca przelecieć przez szybę. Bez sensu. Po co podejmować wysiłek i szukać stąd wyjścia, skoro nawet nie wie, czy się przemieszcza? Nie, nie, nie! Wszystko, co wywalczył w swym życiu, zawdzięczał temu, że nigdy się nie poddawał, nawet w sytuacjach wyglądających beznadziejnie. Wstał. Zaczął biec. Coraz szybciej i szybciej przebierał nogami, lecz nadal miał nieprzyjemne wrażenie bezruchu. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Położył się. Chciał jak najszybciej zasnąć. Gdy był dzieckiem, to była jego taktyka na przetrwanie kłótni między rodzicami. Zakopywał się w pierzynie i znikał we śnie. Kompletny brak świadomości - o tym teraz marzył. Długo czekał, lecz sen nie nadchodził. Był jak żelazna kulka, zawieszona przez szalonego naukowca w polu elektromagnetycznym; jak kosmonauta, który bezradnie dryfował w przestrzeni. Będąc na miejscu tego nieszczęśnika, mógłby mówić o wielkim szczęściu - unosił się w kosmosie czekając na ratunek, lub, co bardziej prawdopodobne, na śmierć. A na co tu może czekać? Przecież jest martwy. Brakowało mu smaku, dotyku, wzroku. Poczuć coś zmysłami, cokolwiek, nawet gdyby to miało być jakieś obrzydlistwo. Byleby tylko choć na chwilę przerwać ten obłęd. Tą nudę. Ten brak poczucia istnienia. Świat materialny stał się dla niego tym czym narkotyk dla ćpuna na głodzie. W ustach pojawił się metaliczny smak. Poczuł - jakby ktoś wysłuchał jego próśb, jakby się zlitował - smak krwi! Uderzenie. Ból. Mimo, że doznania były nieprzyjemne, rozkoszował się tą chwilą. Niespodziewanie zalała go fala zażenowania, upodlenia i poczucie pogodzenia się ze swoim beznadziejnym losem. Nim uzmysłowił sobie, co się dzieje, odzyskał wzrok. Ujrzał siebie - z czasów podstawówki. Dookoła stała gromada podnieconych gówniarzy. Najdziwniejsze było to, że stał oczekując na cios od samego siebie, zupełnie jakby się rozdwoił...o Boże! Przecież jest w ciele kolesia, którego w budzie zawsze tłukł i poniżał. Wizja zniknęła tak nagle jak się pojawiła. Zdał sobie sprawę, że był obserwowany. Coś się z nim bawiło, jak kot truchłem myszy. Coś bardzo złośliwego, co czerpało radość z jego cierpienia. Jak inaczej wytłumaczyć to wszystko? No jak? - Odpieprz się! Słyszysz? - nie czuł już lęku. Czy mogło by go spotkać coś jeszcze gorszego? - Zostaw mnie w spokoju! Potworny ból przeszył jego szczękę. Jakby stado psychicznie chorych dentystów-sadystów przewiercało na wylot wszystkie zęby. Wył, miotając się w cierpieniu. Nie chciał już nic czuć, nawet gdyby to miało trwać całą wieczność. Byle tylko tak nie bolało. Miał wrażenie, że zapada się w sobie. Ból zniknął. Pozostał tylko lęk. Bał się ruszyć. Pragnął tylko jednego - by jego oprawca znalazł sobie lepszą zabawę, by o nim zapomniał. Jestem w piekle - jego rozedrgany umysł znalazł logiczne wytłumaczenie dla tego wszystkiego - trafiłem do piekła. Całe życie uważał, że po śmierci człowiek przestaje istnieć. Odkąd pamiętał zawsze był ateistą, a teraz... teraz zaczynał wierzyć. Co robić? Co ma zrobić, by się uratować? Modlitwa - olśniło go - muszę się modlić. Znał tylko jedną, nawet nie całą. Musi spróbować, to jego jedyna nadzieja. - Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - Słucham - coś przemówiło łagodnym lecz podszytym nutką ironii głosem. Zamarł przerażony. Po trwającej wieczność chwili zdobył się na odwagę. - Nie jesteś Bogiem? Prawda? - Och, naprawdę? A skąd ty to możesz wiedzieć? Nie przyszło ci do głowy że to wszystko nie musi wyglądać tak jak piszą o tym w waszych księgach? - Jesteś Szatanem? Przecież to nie jest niebo... - przeraził się tym co powiedział; szykował się na kolejne tortury. - Mój drogi, Bóg i Szatan to ja - rzekł wesoło, jakby usłyszał świetny dowcip. - Jestem jednością. Jestem jin i yang. - Ale... ale jak to możliwe? Przecież... - Każdy widzi to w co wierzy - odrzekł uprzedzając jego pytanie - oczywiście o ile na to zasłuży. Ogarnęła go rozpacz. Czy było już za późno? Dlaczego był takim zarozumiałym arogantem. Dlaczego?! - Ja już wierzę - krzyczał błagalnie. - Teraz wierzę!!! Gdybym tylko wiedział. Gdybym... Wybacz! - Za późno - głos się zaczął oddalać. - Dobrze się bawię, oglądając takich jak ty. - Ale dlaczego? - A dlaczego wy, ludzie, oglądacie filmy?



Płeć: nieznana
Ocena: 5.8
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 22.11.2008r.

1     

cicha_łza Użytkownik wpmt 23 02 2009 (17:44:56)

Użytkownik ocenił pracę na 6

aż chce się czytać__ po prostu rewelacyjnie wciąga

Wrzos Użytkownik 30 12 2008 (11:52:04)

Piękne porównania. Tylko w niektórych momentach brakuje mi interpunkcji. Także daję sześć.

kana Użytkownik WPMT 14 12 2008 (11:15:55)

Naprawdę dobre. Zgadzam się z powyższym komentarzem i nie wiem tylko jak Pan wykorzysta swój talent, bo widziałam już wiele pańskich opowiadań i wszystkie są dobrze oceniane. 6

MGryglicki Użytkownik wpmt 04 12 2008 (19:35:12)

genialne. Od konstrukcji przez słownictwo, styl po motyw przewodni. Bardzo przyjemnie się czyta. 6 bezapelacyjnie.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68308 | Użytkownicy: 12452
Online(27): 27 gości i 0 zarejestrowanych: