Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: MGryglicki
Imię: Maciek
Skąd: Lubartów
O sobie: Emeryt.
Napisanych prac:
- nowości: 25
- wiersze: 4
- recenzje: 24
- artykuły: 6
- wywiady: 1
- proza: 20

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 252 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Greg (Opowiadanie Czwarte -..." 08.09.2009
"Oblężenie" 25.12.2008
"Harry Potter vs. World of..." 26.10.2008
"Noc" 14.08.2010
"Strumień świadomości (1)" 10.12.2010

Inne prace tego autora:
"Alchemik (1d)" 13.10.2008
"Alchemik (2c)" 02.01.2009
"Greg (Opowiadanie Czwarte -..." 08.09.2009
"Strumień świadomości (1)" 10.12.2010
"Oblężenie" 25.12.2008

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Obcy więcej" - Dawied
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Obcy" - Dawied
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka

Noc

Gdy podawałem mu papierosa, jego ręce drżały. Zaciągnął się głęboko i rozkaszlał.
- Dawno nie paliłem – wykrztusił. Chyba przepraszająco.
- Więc?
- Chciałem pogadać.
- I tylko dlatego wróciłeś tutaj po jednej nocy?
- Poważnie pogadać.
- O?
Zawahał się między odpowiedzią na poważnie a oburzeniem z racji jawnej kpiny. Na moje nieszczęście – wybrał drugie.
- Rzuciła mnie.
- No i? – spytałem impertynencko.
- Jak to – „no i”?
- No właśnie. Mam cię objąć jak pedzio i powiedzieć: „stary, wszystko będzie dobrze”, czy może wziąć się pod boki i: „bo to kurwa zła była”?
Zamknął się. Zacząłem się bać, że go uraziłem. Jest dobrym człowiekiem i przednim kompanem. Tylko czasami zachowuje się... niemęsko, to chyba dobre określenie. Szczególnie za każdym razem, jak rzuci go dziewczyna. Miesięcznica – chyba wiecie, dlaczego je tak nazywam?
- Nie była zła czy coś. Tylko...
- ...cię rzuciła, a nie zdążyłeś jej puknąć, tak? – dokończyłem za niego.
- Nie!
- Tak.
- Tak. Masz rację.
- Stary, ile razy mam ci mówić... – zacząłem, ale teraz on mi przerwał:
- ...że nie szukam kobiety, tylko obiektu seksualnego, tak?
- Nie, kurwa! Nie!
- Co? – spytał. Minę miał jak stuletni osioł, który właśnie się dowiedział, że przez ostatnie sto lat był nabijany w butelkę. A przynajmniej zdawało mi się, że taką minę rzeczony osioł by miał.
- Ty sam nie wiesz, czego szukasz.
- Ko...
- Nie! – prawie krzyknąłem. – Mówię Ci, NIE WIESZ. Przeliterować? N-i-e w-i-e-s-z i dopóki tego nie znajdziesz, to się nie dowiesz.
- Pierdolisz – powiedział osłupiały. Fakt, rzadko zdarzało mi się jeszcze walnąć coś filozoficznego. Bardzo rzadko.
- Lewą rękę? Renię Grabowską? Ogarnij, ileż można?
Cisza. Pełne zrozumienie.
To troszkę zawstydzające, że to ja, nie mający niemalże doświadczenia w sprawach „miłosnych” pouczam Don Arturra, miejscowego Casablancę i Don Juana w jednym, co prowadza inną pannę pod ramię miesiąc w miesiąc.
Chociaż nie, to nie zawstydzające – pomyślałem, odbijając dno flaszki łokciem. To żałosne, upokarzające.
Rozlałem wedle niezawodnego przepisu na mocnego, „gładkiego” drinka: setka wódki, plasterek cytryny, prawie setka Sprite’a i plasterek limonki na zagryzkę. Drinkiem wstrząsnąć, wypić, zagryźć.
Spojrzenie twardych zawodowców, rasowy poker face. Kto pierwszy sięgnie po cytrynę ten rozlewa drugą kolejkę.
Chlup!
Alkohol rozlał się gorącą falą przez język, gardło i przełyk aż do żołądka. Nie palił za szczególnie. Pociągnęliśmy równo, Artur niewiele mnie wyprzedził, za to pierwszy sięgnął po cytrynę. Jego grymas był fenomenalny, uśmiałem się jak nigdy; tak samo zresztą on z mojego, gdy ja zagryzałem.
- Znów remis? – spytałem, opanowawszy twarz.
- Na to wychodzi.
- Tym razem ty polewasz, a ja kroję cytrynę.
Zapaliłem papierosa. Supermentolowe Marlboro przeczyszczały tak płuca, jak i gardło.
- Cholera, Sprite się kończy – powiedział Don Arturro, pokazując mi pustą niemalże butelkę.
- Wódka jest? – spytałem. W odpowiedzi skinął głową. – To po jaką cholerę się martwisz?
Tym razem urżnęliśmy się na smutno.
Bardzo smutno.

***

- Żesz, kurwa... – usłyszałem jęk. Jęki na dzień dobry, no nie... do tego jeszcze nie zwykłe, ale człowieka na kacu-gigancie.
- Zgodzę się, w drodze wyjątku. – powiedziałem. A raczej wycharczałem, kolejny dzień ostrej libacji robił swoje z gardziołkiem. Roześmieliśmy się chrapliwie, rozkaszlaliśmy i zamilkli.
Wnioskując z tego, jak głośno świeci słońce, było południe. Jak na mój skacowany łeb to zdecydowanie za głośno. Schlaliśmy się tak, że nawet powietrze nad ziemią falowało zbyt głośno.
- Kurwa. Wody...
- Wody... – zawtórował mi równie potępieńczo Artur. Wtem jedna myśl, niczym błysk, grom i błyskawica w jednym rozjaśniła mi głowę. Cholera, aż zabolało.
- Czeka-czeka... Koryto!
Chcieliśmy naraz rzucić się do szaleńczego, ambitnego biegu... Po raz kolejny jednak tak szaleństwo, jak i ambicje, przegrały z wódą. Powłóczyliśmy więc nogami, chwiejąc się i wspierając nawzajem, ruszyliśmy na podwórze. Miałem piekielne problemy z otworzeniem furtki, ale się udało. Reksio, ważący chyba ze sto kilka bernardyn, rzucił się na nas, przygważdżając do płotu i przewracając. Sprawił nam pierwszy – ohydny wprawdzie – prysznic. Odgoniliśmy bestię i jako pierwszy zanurzyłem łeb w balii mroźnej, studziennej wody. Jakie to wspaniałe, że woda z tej akurat studni zachowywała chłód przez kilka dni. Otrząsnąłem się i dostałem gęsiej skórki, za moim przykładem poszedł Artur i teraz obaj staliśmy i drżeliśmy.
Machinalnie podrapałem Reksia za uszami.
- To co, obiadek? – zgodnie z oczekiwaniami, Don Arturro skrzywił się i wzdrygnął. Uśmiechnąłem się.
- Chyba się pochorowałeś.
- Ba, na kaca. – odpowiedziałem. Roześmieliśmy się demonicznie, aż kury pouciekały jak najdalej od nas. Nagle naszła mnie ochota na rosół i poważnie zastanawiałem się nad małym polowaniem.
Wolałem jednak nie nadwerężać gościnności gospodarza. W końcu na czas wakacji – dwa tygodnie – zostawił mi w opiece swój dobytek. Wolałem go nie zawieść, obok tego, że znał moją rodzinę to jeszcze był dwumetrowym, ważącym jakieś sto trzydzieści kilo bykiem z łapą większą niż patelnia a pięścią jak kamienny bochen chleba. Może i miałem twarde ryło – boks robił swoje – ale obawiam się, że nie aż tak.
Ostatecznie więc idea rosołku musiała poczekać. Nie odmówiłem sobie jednak supermentolowego Marlboro.
Nim spaliliśmy połowę fajki, rzygaliśmy jak kocięta.

***

Późny obiad, w zasadzie kolacja, przebiegała bez zakłóceń. Wprawdzie przełknięcie czegoś innego niż kawa graniczyło z cudem, ale ostatecznie udało nam się wcisnąć w siebie po kilka kanapek i zupce z torebki.
- Ci Japończycy to mają łeb, co nie? Wynalazca zupek chińskich powinien dostać Nobla.
- Tak. – potwierdziłem krótko, przełknąwszy łyżkę kaczkowej. Dla tych, co nie czytują demotów, zupki chińskie wynalazł jakiś tam Japończyk, nie pamiętam nazwiska. Niezły paradoks, co nie?
- Zupki chińskie. A to dobre.

Spoglądaliśmy na las, obok którego położone było gospodarstwo Brzezickiego. Mechanicznymi ruchami rzucałem kurom ziarno, gdakały gorzej niż przekupki na ruskim targu. Don Arturro karmił sto kilo mięcha pod postacią bernardyna wabiącego się Reksio.
- To co dzisiaj robimy? – spytałem, patrząc na towarzysza.
- A mamy jeszcze Sprite’a? – odparł.
- Nie. Są ogórki kiszone i cytryna. – skrzywiłem się na samo wspomnienie wódki pitej pod ogórki. Paskudna sprawa...
- Jak dla mnie gra. Nędzna zagrycha pod nędzną wódkę. Czerwona Kartka nie rozpieszcza, co nie?
- Coś w tym jest. – odparłem i roześmieliśmy się zdrowo, gardłowo – wątrobowo.
Nadmienię, że rozpusta trwała już tydzień. Przez trzy pierwsze dni towarzyszyły nam dwa zjawiskowo cycaste, jak to ładnie nazywał Artur, „obiekty seksualne”. Dziwnym trafem przedwczoraj, czyli dzień po ostatniej orgii z Agą i Martyną, Artur dostał od swojej już eks SMS z wyrokiem: „zrywam z tobą!”. Pełen, POKEMONOWY, fason. Co to kurwa miało być, dziewczyno, masz już 18 lat, OGARNIJ SIĘ!
Dzwonił pół dnia, później tam do niej pojechał, ale nic z tego, nawet jej nie spotkał.
A później wrócił i się nachlaliśmy. Na bardzo smutno.

Robaki zostały utopione, dlatego też miałem nadzieję, że litra Wódki Z Czerwoną Kartką nam dzisiaj posłuży.
Usiedliśmy na pieńkach, na taborecie stał już słój ogórków od Brzezickiego, dwa kubki i mroźna flaszunia. Uczyniłem gest zapraszający. Don Arturro, kłaniając się teatralnie, odbił denko butelki, uniósł butelkę niczym Ciało Boże, otworzył i z namaszczeniem nalał po okrągłej seteczce. Spojrzeliśmy na siebie i powiem, że zawodowi pokerzyści mogliby nam pozazdrościć.
Chlup!
Bardzo szybko nie wytrzymałem i zagryzłem ogórkiem. Don Arturro uśmiechnął się obłudnie i tym razem to on wykonał zapraszający gest. Podnosząc z namaszczeniem wódkę rytualnie rozlałem alkohol do kubków, tym razem w mniejszej ilości.
Lubiliśmy te ceremoniały.
Od tej pory każda kolejka będzie mniejsza, aby zdążyć się pogłowić nad toastami – na każdą kolejkę jeden. Pierwszy okrzyknęliśmy zgodnym chórem:
- Za nasze zdrowie! – chlup.
Poleciały kolejne toasty, każdy kolejny coraz dziwniejszy i bełkotliwy.
- Za wielkie cycki! – chlup.
- Za zdrową wątrobę! – chlup.
- Za mocne nerki! – chlup.
- Za zdrowie! – chlup.
- Za chuja! – chlup.
- Za! – chlup.
Chlup.
Chlup.
Chlup.

***

- Coś się, kurwa, napić nie mogę. – powiedziałem. Czułem się naprawdę źle, do tego paskudnie trzeźwy przy końcówce flaszki.
- Fakt, coś jest nie tak. Wyglądasz cholernie blado, brachu.
- I Ty. Może to przez pogodę? Jest cholernie zimno. Wracajmy.
- Mi tam jest gorąco, ale dobra. – Artur nalał ostatni kubek. Wziąłem go do ręki. – Dobra, kończymy zawody.
- Łykniem, bo odwykniem! – zakrzyknąłem, ale jakoś nie było mi do śmiechu. Targały mną na przemian zimne i gorące dreszcze, z Arturem nie było chyba lepiej.
- Stary, spierdalajmy już. – powiedział Artur. W jego głosie było coś na kształt strachu. – Nigdy się tak źle nie czułem po wódce, a jesteśmy nie tak znowuż daleko lasu.
Rzuciliśmy kubki z wódką i poszliśmy w stronę gospodarstwa. Naprawdę źle się czułem, mimo jasności myśli nogi jakoś się tak plątały, jakby były z gumy, albo gąbki...Dopadliśmy do furtki, sięgnąłem do wewnętrznej strony aby odciągnąć skobel.
Skobla nie było. Tak samo furtki.

- Co to kurwa jest?!
- Nie no spokojnie, nie mógł tak sobie zniknąć! Gdzieś musi być! – krzyknąłem.
- Stary, coś czarno to widzę... – powiedział Artur.
- Kurwa, zamknij się, bo wykraczesz. – w moim głosie też pobrzmiewała panika. – Spokojnie, gdzieś tu jest... – mówiłem, powtarzałem to, obmacując płot, niczym modlitwę, mantrę, pragnienie, błaganie, kurwa, zaklęcie, ale nic to nie dawało. Znów przeszedł mnie gorący dreszcz, chyba spociłem się jak dziki knur. Starałem się myśleć racjonalnie, ale irracjonalny strach narastał we mnie; powiedziałbym, że od zera do setki przyspieszał w dwie – trzy sekundy.
- Zboczyliśmy po pijaku, spokojnie... – starałem się obrócić wszystko w żart, ale nie wychodziło. Chciałem uspokoić siebie i Artura, bardziej chyba siebie. Znów te cholerne dreszcze.
- Dawaj przez płot, raz, dwa, trzy! – jakoś się na niego wtarabaniliśmy i spadliśmy boleśnie na ziemię po drugiej stronie. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej? Przecież przeszkoda nie miała dwóch metrów. Kiedy jęczeliśmy z bólu, zadowoleni, rzeczywistość wygięła się w jakimś spazmie i wyrżnęła efektownego kozła. Otworzyłem oczy.
- Artur? Kurwa, Artur! – szarpnąłem go za ramię. On również otworzył oczy i z niedowierzaniem patrzył przed siebie.
Za płotem stał kolejny płot.

To przecież niemożliwe! – pomyślałem. Odwróciłem się. Tak, za mną był pieprzony płot, zdecydowanie. A przede mną, jakieś trzy, może cztery metry, kolejny pieprzony płot. A za nim pieprzony dom pieprzonego Brzezickiego.
Kurwa, czego on dodał do tych ogórków?!
Postanowiłem dziabnąć to z innej strony.
- Reksio! Reksio! – zawołałem. Usłyszałem, jak bydlę ujada. Jakieś dwa kilometry dalej, ale może to sprawa echa? Krzyczałem dalej. Gwizdałem na palcach, po chwili dołączył do mnie Artur i obydwaj darliśmy się jak najgłośniej się dało:
- Reksio! REKSIO!! No choćżesz tu, do kurwy nędzy, cholerny worku mięcha!!
Zaczęło się robić niewesoło, zrozumieliśmy to jednak dopiero, gdy szczekanie bernardyna oddaliło się i w końcu zamilkło.
Czułem się już tak źle, że świat falował, łamał się. Mróz i gorąc jakby się zaczęły ścigać, które mnie pierwsze zeżre. Zakląłem najpaskudniej jak umiałem, spojrzałem na towarzysza. Wzrok miał tak czysty, że aż szklisty.
- Artur? Don Arturro? Obudź się!
- Hęęęę? – to była jego jedyna odpowiedź. Zakląłem jeszcze szpetniej, niż przed chwilą. Odkrywałem w sobie nowe talenty nawet w tak trudnej sytuacji.
Tymczasem konkurujące sobie we mnie w najlepsze zimno i gorąco zbliżały się niebezpiecznie blisko serca. Wziąłem towarzysza na ramię tak, jak bierze się pijanego i, klnąc na czym świat stoi, siedzi i, kurwa, leży, na miękkich nogach, powlokłem się do płotu. Zanim tam dotarłem, rzeczywistość zdołała wywinąć jeszcze kilka efektownych kozłów.
Coś mi mówiło, że te starania moje są na nic. Może to mój wewnętrzny głos? Może to ja gadałem do siebie? Może to szepty z otaczającej mnie, gęstej ciemności? A może to Reksio wył w oddali?
Ziemia co i rusz przekręcała się do góry nogami. Nogami? Jakimi nogami? Stać mnie jeszcze na sarkazm, nie jest źle.
Jest kurewsko paskudnie.

Dopadłem do płotu. Ten był jakiś inny, dziwny. Patrzyłem na niego ogłupiały, nie rozumiejąc nic. Wreszcie do mnie dotarło: za tym płotem...
Były kolejne.
- To szaleństwo! – wrzasnąłem, a przynajmniej tak mi się zdawało. To sen. Zaraz się obudzę.
Uszczypnąłem się w policzek, pośladek. Uderzyłem się „z liścia”. Mocniej, mocniej, aż mnie zamroczyło. Cholera! Płoty są wieczne, nieskończone, jak Bóg albo wódka.
Zaraz, zaraz! Ostatni przebłysk zdrowego rozsądku mógł uratować mi życie. Przecież idąc wzdłuż płotu dojdę do ulicy! Zimno powoli ogarniało moją głowę, gorąco serce. Wziąłem Artura na ramiona, leciał mi z rąk. Chyba stracił przytomność, w każdym razie nie wydawał żadnych odgłosów i był tak cholernie zimny, na przemian z gorącym... Ręce miałem jak z waty. Miękkie, nie czułem w nich żadnej siły. Pochyliłem się i heroicznym, dosłownie wręcz, wysiłkiem, poniosłem Artura przed siebie. Kląłem co się da.
Ten cholerny płot chyba się nie kończy! Szedłem tak nie wiem ile, ale zdecydowanie za długo. W końcu podniosłem głowę, by sprawdzić, ile jeszcze mi zostało.
Kurwa, ten płot naprawdę nie miał końca. Ale i ja nie ruszyłem się z miejsca, nie zrobiłem ani kroku, stałem wciąż na rogu płotu. Obraz falował coraz mocniej, jak morze w przypływie, serce waliło mi jak młot pneumatyczny. A w skroni ktoś wiercił Makitą 1400W z udarem. Nie mogłem już nawet utrzymać prosto głowy.
- Ja pierdolę – charknąłem i ruszyłem przed siebie. Na jednym ramieniu miałem Artura, na drugim duszę. Tym razem liczyłem kroki, w różnych językach. Uno. Zwein. San. Czitiry. Pięć. Six. Sept.
- A niech mnie! Nie poruszyłem się nawet o krok! Powoli ogarniała mnie jakaś dziwna ekstaza, może marazm, nawet nie mogłem się więcej denerwować, po prostu się zdziwiłem, jak ostatni idiota. Zdziwiłem się temu, że trawa porusza się jak bieżnia. Nie no, tego już za wiele!
Zszedłem z „bieżni”, skok w bok, krok w bok. Okazało się, że cały trawnik to jedna, wielka, bieżnia i zarazem nie-bieżnia. Obracało mną, przesuwało, aż się rzygać chciało. Ale byłem zbyt zafascynowany faktem, że trawnik stał się ruchomy. Wyglądałem pewnie jak nie dorżnięta baletnica.
Wypuściłem Artura z rąk, nie miałem już siły. Mój towarzysz, niczym szmaciana lalka, podskakiwał i latał. Zaraz, latał? Nie wierzyłem własnym oczom, teraz Don Arturro latał, trawa zmieniła się w coś na kształt trampoliny. Sam nagle ni stąd, ni zowąd, poczułem chęć poskakania, także ruszyłem za moim kolegą. Zaczęliśmy kręcić piruety, Artur nagle był ubrany jak prima ballerina.
- O kurwa, Artur, jest ciebie dwóch! – wrzasnąłem do niego. Faktycznie, rozdzielił się na dwa: baletnicę i ubranego w smoking śpiewaka. Obydwaj Arturowie zaczęli do siebie podskakiwać, podkręcać, wykręcać, by w końcu spojrzeć na siebie z miłością i zacząć śpiewać serenady. Jeden tenorem, drugi falsetem. Obejrzałem się w prawo, coś przykuło mój wzrok. Stał tam obok drugi ja, zacząłem śpiewać coś z klasyki. Nie wiem skąd to wiem, ale było to z Marszu Walkirii Wagnera. Jakby drugi ja miał to wypisane na twarzy.
Po chwili moje odbicie zafalowało i skrzywiło się, rzeczywistość skuliła się i rozciągnęła w wyjątkowo paskudnym spazmie, zakrztusiła się własnymi mecyjami. Szaleńcze, miłosne serenady mieszały się z muzyką poważną. Mara nocna osiągała apogeum, gdy chłód dopadł całkowicie moją głowę, a gorąco serce. Teraz walczyły o resztę ciała, jakby zależało im na tym, czym rzygnę.
Świat zawirował, a może to ja wykonałem kolejny piruet? Kakofonia dźwięków zlała się w jednostajny szum, świst, gwizd, wizg i wszystkie dźwięki na raz. Nim odpłynąłem, poczułem na ustach pocałunek swojego drugiego ja, zionąłem ogniem, orgia kolorów i dźwięków doszła w ogólnym, wewnątrzumysłowym – ogólnoświatowym orgazmie z przemożnym jękiem.

***

- Ale będzie wyżerka, co nie, Reksiu?
- Hau! Hau!

***

Głuche warknięcie. Mlask, krzyk.

***

Odgłos ciętego mięsa. Ćlam, ćlam, ćlam.

***

Krzyk, rozpoznawałem chyba głos... Obudziłem się, chyba.

***

Mój krzyk. Nie czuję ręki, ale czuję ból; zaczyna się gdzieś w barku. O, teraz nowy, tym razem w miednicy...

***

Czuję, ale nie czuję. Zupełnie, jakby ktoś wyrwał mi kręgosłup.

***

Za to świat jest piekielnie wyraźny. Przypomina, dziwnym trafem, piekło, czyli koszmar i narkotyczny trans w jednym.
Kurwa, skąd ta ostrość?

***

- Byłeś złym człowiekiem, synu...




***




ANONSE: Dam pracę.

08.07.2011r.

„Młodego, odpowiedzialnego chłopaka do pilnowania posesji na okres dwóch tygodni zatrudnię. Karmienie kur, indyków i psa, opieka w/w. gwarantuję zapas jedzenia. 1000 zł. Dzwonić pod 609 540 781, pytać o Brzezickiego.”


„Trwa łączenie: 609540781”
- Ale będą jebutne wakacje, co nie, Grzesiu?!



Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 14.08.2010r.

1     

Ironiczna 15 08 2010 (21:05:45)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Można powiedzieć, że opisujesz skutki pijaństwa...
Załamany chłopak po rozstaniu z dziewczyną i jego przyjaciel, człowiek niedoświadczony, który nie umie doradzić, ale stara się...|
Oboje na wakacjach, w domu Brzezickiego.
Piją, rozmawiają... W końcu doprowadzają się do ostatecznego skutku, bardzo przykrego skutku...
Zakończenie wstrząsające. Całe opowiadanie niezwykle daje mi do myślenia. Intrygujesz, to ci trzeba przyznać. Nie mogłam oderwać wzroku od ekranu, rozmyślając, zatapiając się w głębi...
Miałeś parę zgubionych przecinków, a ja jestem na to diabelnie wyczulona.
Coż jeszcze mogę powiedzieć... Dobre, wyraziste opowiadanie. 5



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46543 | Użytkownicy: 3566
Online(35): 30 gości i 5 zarejestrowanych: exother, Fał, pasieczny14, sniadaniedolozka, Maszard Namalowski

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl