Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Cztery dobre wróżby -..." 26.10.2011
"Wrzeciono na polu makowym..." 25.12.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 13.01.2012
"Połączymy się na drodze..." 28.05.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 11.12.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Nieumarły kwiat - I etap "Wyzwanie Prozatorskie"

Lista piosenek, które są nieodłączną częścią tekstu: Brand X Music – Spawn Brand X Music – Dawns Doom Brand X Music – Days of Old Brand X Music – Extinction Led Zeppelin – Kashmir Steve Jablonsky – Infinite White Marianne Faithfull – As Tears Go By (wersja 1965 oraz wersja live 2005) – skłaniam się tu bardziej ku wersji z 2005 roku Marianne Faithfull – So Sad Marianne Faithfull – Who Will Take Dreams Away Kwiat, który wpięła sobie wczoraj wieczorem we włosy, przywiądł. Fioletowe, drobne listki zmarszczyły się, tracąc jednocześnie życiodajną wodę. Minęło trochę czasu zanim to zauważyła. Zaczął się kolejny zmierzch, tak samo powtarzalny i przeraźliwie, wyjąco nudny, jak inne, wcześniejsze. Zerknęła w lustro i natychmiast odwróciła wzrok. Ciężko jej było znosić tysiące zmarszczek, przybladłe, przesuszone wargi i czarne oczy obleczone dookoła jeszcze ciemniejszymi cieniami przeszłości. Nawet sylwetka pokurczyła się, wbrew własnej woli opadając ku podłodze. Pulchne ręce dość porządnie przeciążały kręgosłup, a jednak wciąż jeszcze kobieta dawała sobie radę. Wczoraj ten polny fiołek stanowił uosobienie wdzięku i przepis na drugą młodość. Dziś idealnie pasował do obecnego wcielenia panny Kataleny. Stanowił coś w rodzaju przepowiedni przyszłości. Już nic nie miało się zmienić. Szybko odsunęła się od lustra i chwilowo pewnym krokiem wkroczyła do sypialni. Złapała za słuchawkę starego telefonu z tarczą i zaczęła nakręcać znany już na pamięć numer. Wykręciwszy go, przyłożyła słuchawkę do ucha. Czuła jak ciało się rozognia, spina. Wystarczyła dosłownie chwila, aby zdała sobie sprawę z reakcji całego ciała i umysłu. Tak naprawdę nie była gotowa na tak ważny telefon. Teraz pojęła różnicę między poczuciem obowiązku a pragnieniem. Obecne pragnienie zbladło. Potrzebowała, chłonęła samotność. Córka stała się już przeszłością. Odeszła od biurka i telefonu, minęła regał wypchany zakurzonymi, od dawna nieczytanymi książkami. Znalazła się naprzeciw okna, całkiem blisko. Dzieliła ją tylko matowa, poszarzała firanka licząca sobie jakieś czterdzieści lat. Niczego nie trzeba było zmieniać, bowiem to przeszłość stanowiła przeszkodę. Zaczęła sobie przypominać… Siedzi w przepełnionej klasie, a jednak jest samotna. Zawsze bez nikogo, kto mógłby ją wesprzeć. Ucieka w marzenia, wymysły, książki. Ludzie wokół słuchają Led Zeppelin na starym gramofonie. Ktoś przyniósł go do szkoły. Siedzą w zwartym kółku na samym końcu klasy i ciągle puszczają „Kashmir”. Już po raz dziesiąty słyszy tę piosenkę i czuje, jak uwielbienie dla niej rośnie. Nie może się z tym zdradzić, oni nie byliby zachwyceni, gdyby pokazała, że jest choć trochę do nich podobna. Zaczęliby wyciągać tysiące bezsensownych argumentów, które bardzo szybko straciłyby swój surrealizm. Właściwie z bardzo prostego powodu – zaczęłaby im wierzyć, uznałaby, że to jej coś się pomieszało. Tak będzie zawsze. Już zawsze. Piosenka rozbrzmiewa coraz głośniej, wznosi się na wyżyny i upada razem z nią. Słynna, ukochana przez nią płyta „Physical Graffiti”. Bardzo chciałaby ją mieć, ale płyta jest dostępna tylko za granicą. Nie ma jak wyjechać, nie ma także dostępu do gramofonu. Nie ma nic. Marek ma szczęście. Jego ciotka mieszka w Wielkiej Brytanii i wysyła mu różne prezenty. Słyszała jak chwalił się kolegom, że wystarczyło ją przekonać, iż sprzeda płytę w Polsce i odda pieniądze rodzicom. Akurat. Siedzi i nikt jej nie zauważa. Czasem przez jej małe, chude ciało prześlizguje się jakieś niechętne spojrzenie. Bywa krótkie i nienawistne. Ludzie jej nie lubią, woleliby, żeby znikła. Tak jest najlepiej. Nigdy nie pokazuje, że ją to boli. Rzadko się odzywa. Oni traktują ją jak niewidzialną, jak niemowę. Mimo to nie przeszkadza im to niekiedy robić jej świństwa. Już niedługo. Odejdzie, odejdzie stamtąd i pójdzie swoją drogą. Znowu noc. Bardzo boi się nocy, bowiem one sprawiają, że powraca do tamtej przyciemnionej, wyziębionej klasy na samym końcu drugiego piętra liceum. Ma piętnaście lat i nie ma pojęcia, dokąd zmierza. Noc nie daje wytchnienia, ona trzyma mocno za dwa warkocze i wyrywa włosy przemieszane z rozlatującą się gumką recepturką. Człowiek nie myśli. Kiedy atakuje człowieka, kiedy robi mu krzywdę, niszczy jego psychikę. Mowa tu oczywiście o sprawach większego kalibru, a nie pozornie wyniszczających kłótniach. Ludzie nie lubią się zastanawiać nad swoimi błędami. Spowiadają się w jednym kościele, w konfesjonałach naprzeciw siebie, oboje z poważnymi, pseudo-pobożnymi minami, wyznają swoje grzechy. „Rozgrzesz mnie, ojcze, bo zawiniłem. Kłamałem, kląłem, dokuczałem rodzinie…” Dokuczałeś także pewnej piętnastolatce. Tej chudej, zawsze w kącie. Czyżbyś zapomniał? Miała dwa warkocze i cztery piegi na nosie. Nosiła kraciaste spódnice i starała trzymać się prosto. Tylko ten jej kręgosłup, zawsze wadliwy, zawsze jakoś przechylał się to na bok, to w dół. Lubiłeś kopać ją prosto w rdzeń kręgowy. Sprawiało ci to sadystyczną przyjemność. Kiedy dorosłeś, zapomniałeś. Ona nawet nie zjawiła się na klasowych spotkaniach. Nigdy jej już nie widziałeś, dlaczego teraz, po tylu latach, miałbyś jeszcze o niej pamiętać? To stare grzechy. „Przebacz mi, ojcze, przebacz, bo nienawidziłam. Teraz już mniej, ale coś jeszcze… Są inne problemy, ale i to wlecze się za mną…” Wlecze się, bo nie umiałaś się od tego odciąć. Pozwoliłaś, żeby poczucie krzywdy wszędzie za tobą chodziło. To nie on, ksiądz prosto po seminarium, taki niedoświadczony, cię osądzi, ale Bóg. On jest. On czuwa przy Tobie. Może go do siebie dopuścisz? Otworzysz wreszcie zardzewiałą jak pancerne drzwi schronu klapę? To tylko chwila. Nie chcesz? Szkoda. Córka też nie będzie się chciała odezwać, zobaczysz. *** Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie wykonała decydującego telefonu. Może nie potrafiła, może właśnie coś nie wyszło. Mogłaby tak mówić, nawet my, czytelnicy, próbowalibyśmy ją usprawiedliwiać, choćby z sympatii czy zrozumienia. Tak nie można. Usprawiedliwianie to zbędny luksus dla obu stron konfliktu, dwóch zaśniedziałych od lat bram. Katalena nie pogodziła się z córką, bo znalazła coś zastępczego. Kiedy myślała, że nerwica depresyjna wywołana przykrą przeszłością (prześladowania szkolne; później także w pracy) sięgnęła zenitu, w jej życiu, a właściwie na jego poboczu, pojawił się Nataniel. Nataniel lubił piec ciasta w ramach kojenia starganych nerwów (kiedy dostawał mail od wydawnictwa z pomysłami poprawek, który wprowadzał go w stan rozstrojenia, wychodziły mu zakalce) oraz yorki. Miał dwa takie osobiste stworzonka, wyprowadzał je na spacery nad rzekę Wartę. Tam, dwa osamotnione oblicza, w swoim pojęciu skrajnie piekielne, zetknęły się po raz pierwszy. Ona stała na skraju dzikiego, bardzo gęstego lasu, Nataniel zaś zmierzał w tamtym kierunku. Ach i Ech uwielbiały długie spacery po nierównym podłożu. Stanowiły one ich okno na świat. Dziwna siła kazała im zacząć rozmawiać. I tak już zostało. *** Obudziła się zgnębiona, próbując złapać oddech. Czuła się bardzo ciężka. Wciąż krążyły za nią złowrogie sny, wspomnienia i słowa. „Pewnie się cieszysz, że teraz jest właśnie tak. Zawsze byłaś zawistna.” Posądzono ją o wszystko, od kolaboracji po zawiść. Kiedyś ta świadomość bolała bardziej, obecnie prawie nic. Tylko te noce, pełne ukłuć, przypominały wszystko. Wariowała w tym smutku i niepewności. Wstała i podążyła ciemnym korytarzem do lodowatej od nocy łazienki. Tam uruchomiła kran i nabierając szybko garściami zimnej wody, oblewała nią twarz. Niewiele pomagało. Wreszcie, zziębnięta i sina od histerycznego wysiłku, osunęła się na podłogę. Z kranu nadal lała się woda, ale brakowało jej siły. Katalena niszczała. *** Ciągła beztroska Nataniela bardzo ją irytowała. Non stop gdzieś szedł, spacerował i słuchał to historyjek oddalonych o trzy kilometry sąsiadów, to ptasich trelów. W domu zamykał się wieczorami i, podobno, tworzył. Twierdził, że najlepsza jest Marianne Faithfull i Led Zeppelin. Nie podzielała jego zdania, wiedziała natomiast, że ciągle ich słucha. Czasem, przechodząc o zmroku obok jego domu, słyszała młody głosik Marianne uciekający w przestworza przez uchylone okno. Myślała sobie, że to pewnie była naiwna, bogata gwiazdka, która całe życie popijała Martini i śmiała się od ucha do ucha. Nataniel wyprowadził ją z błędu, przybliżył koleje kobiety, która nigdy nie miała zbytniego szczęścia i miłości poza tą fanowską. Każdy jej związek był pomyłką, uczucia się ulatniały. Ich gorzki posmak czuło się czasem w tych spokojnych piosenkach. No i epizod z narkotykami, z którego udało się jej wyrwać. Trudno było to wszystko zapomnieć. Czasem wydawało jej się, że wolałaby żyć tak jak Marianne. Jej życie pełne było wrażeń i bodźców, doznawała radości ze swej pracy. Katalena nie zaznała nawet tego. Prędko wyszła za mąż za człowieka, którego nie kochała. Bała się, że okazja już się nie nadarzy. Tak było łatwiej, odejść z domu, przejść na utrzymanie męża, jednocześnie pracując równie ciężko. Zawsze była poprawnym dzieckiem, córką, żoną, kobietą. Tylko nie matką. Nikt jej nie uprzedził, że choć początki bywają łatwe, to zakończenia są bardzo trudne i zbyt gorzkie, aby je przełknąć. Córka, po tylu latach spędzonych razem, uznała, że matka jest wariatką i uciekła z domu. Kilka lat później odezwała się tylko po to, aby odwiedzić umierającego ojca. Zostawiła numer telefonu… Teraz siedziała przy biurku i wyglądając przez okno, przyglądała się srebrnej kuli osadzonej w chmurach. Zazwyczaj nie lubiła gwiazd i nieba, ale tego wieczoru… Czuła, że jest bliższa umarłych. Niebo łączyło. W miarę rozświetlone niebo zakłócił jakiś cień. Wytężyła marny wzrok i ze zdziwieniem dopatrzyła się Nataniela. A wieczory spędzał przecież w domu. - Wyszedłeś z domu? – spytała cicho, jednak wiatr niósł jej głos dość daleko. Odwrócił się w jej stronę i obdarzył szczerym uśmiechem. Można go było śmiało uznać za reprezentanta tej grupy ludzi, która zawsze stara się znaleźć w życiu iskierkę radości. - Naturalnie. To taka noc, kiedy nie wolno siedzieć w domu… - podszedł szybkim krokiem do jej okna. - Chodź – podał jej rękę. Widząc jej wahanie, jego usta wykrzywiły się w nieco ironicznym uśmieszku. – No, chodź, chodź. Teraz już był taki jak dawniej. Ani trochę złośliwy, tylko współczujący i dobry. Jej Nataniel. Trochę taki syn, którego nigdy nie miała. Potrzebowała trochę wyrozumiałości. - Niech będzie – zgodziła się niechętnie, krzywiąc się. Podała mu starą, pomarszczoną już od pracy dłoń. Chwycił ją w pasie i postawił na trawie. Nie pieliła ogródka, wokół rosły tylko chwasty. Jej choroba sprawiała, że skupiała się tylko na sobie. Kiedyś wyznała mu, że wszystko mogłaby zaakceptować, tylko nie te męczące sny. A jeśli nie sny, koszmary, to bezsenność. Miotała się, nie umiała rozpoznać, co jest gorsze. - Schudłaś, Kath – szepnął. – Obiecałaś! Stojąc mocno na nogach, nie czuła wcale gruntu pod nogami. Znowu umierała. Jej przybrany syn, ten wymarzony, mądry, który nigdy miał nie oceniać, rozpoczął tyradę. Znów czeka ją to samo, co przed laty. Wszystko wróci. Wróci! Zaparła się. Wysunęła do przodu swoje słabe ręce z długimi, od dawna nieobcinanymi paznokciami, stanęła w rozkroku i rzuciła się z krzykiem rozpaczy. Byle dalej, byle do przodu. Paznokcie stały się narzędziem, wbiła je mocno w przystojną, trzydziestoletnią twarz mężczyzny. Przesunęła nimi powoli, z rozmysłem, rozbestwiając się, szanując tą chwilę. Musiała się bronić. Po chwili poczuła, jak z ran spływa ciepła krew. Nie widziała jej koloru, liczyło się odczucie. Nagle, w połowie wędrówki, ręce opadły. Więzy chwili osłabły. Stali naprzeciw siebie, on spokojny, Katalena wstrząśnięta. Uczyniła krok, jakby chciała się cofnąć i uciec, ale Nataniel złapał ją za zimną dłoń. - To bolało – stwierdził fakt. Uniosła głowę i spojrzała na niego z mieszaniną lęku i współczucia zarazem. Łzy polały się same, oczy zaszczypały, jakby wpadło jej tam jakieś ciało obce. - Co ja robię… - szepnęła sama do siebie. - Jeszcze jest czas, możesz się leczyć. - Nie chcę. Ewelina się za mnie wstydzi. - Będzie się wstydzić bardziej, jeśli nic z tym nie zrobisz – rzekł kategorycznie, nie wiedząc, jak bardzo zranił kobietę. Z całego serca pragnął jej pomóc, bowiem poruszała jego duszę. Jako osoba wrażliwa, czuł, że jeśli czegoś nie zrobi, do śmierci będzie miał przed oczami jej paznokcie i łzy spływające ze zmęczonych oczu. - Ewelina mnie opuściła – załkała Katalena. - Nie bardzo rozumiem – stwierdził po paru sekundach, przyciągając ją do siebie. Przytulił ją do swojej piersi, pozwalając kobiecie się wyładować. Wspominała mu niegdyś o szefie, który zabił w niej resztki człowieczeństwa, sporych problemach i wreszcie o ucieczce od ludzi. Już nie umiała z nimi współżyć. Dopiero teraz mógł ją puścić, wyplątać. Powinna stanąć o własnych nogach, spróbować się nie chwiać. - Byłam dziecinna. Ona musiała tak szybko dorosnąć i to przeze mnie. Mój mąż wyjeżdżał… na długo… ja siedziałam w domu, potem pracowałam… Któregoś dnia to mnie przerosło. Już nic nie mogłam. Kryła mnie przed ojcem, wpychała na siłę jedzenie… A potem on trafił do szpitala, okazało się, że chorował… Kiedy wyzdrowiał, powiedziała mu wszystko. Chciał się mną opiekować… był… był dobrym człowiekiem. I… potem chorowaliśmy już razem, sami. Jej nie było, odeszła przeze mnie. Uciekła! To przez te ataki… wszystko zepsułam… - Pewnie chciała się usamodzielnić – rzekł. Wiedział dobrze, że Katalena ma rację, a jednak nie chciał jej bardziej dołować. Rozumiał, jak ciężko jest pokonać taką chorobę. Zbyt dobrze. - W wieku szesnastu lat? Najgorsze jest to, że ja miałam to samo z moją matką. Ja rozumiem. - Na pewno o was myślała. I martwiła się – wtrącił. - Wam, pisarzom, wszystko wydaje się takie proste. Piszecie te swoje banialuki, które potem sprzedajecie dla sławy. A sławy wcale nie ma. Tylko krytyka, krytyka i ciągły debet na koncie. - Dlaczego tak uważasz? – zainteresował się, myśląc gorączkowo, skąd może brać takie pomysły. - Znałam taką jedną. Myślała, że będzie zbawiać świat, naiwna… Pisała o zranionych i porzuconych, myśląc, że to jej powołanie. Aż w końcu i ją ktoś porzucił, i musiała zrozumieć, że życie to nie książki. Że trochę sobie wykrakała, wciąż niczego nie rozumiejąc. Tylko głupcy wierzą pisarzom. - Lepiej? – spytał z troską, obserwując jej przygasającą twarz. Nawet jeśli ciągle miała być taka smutna i awanturnicza, wiedział, że chce jej pomóc. I uczyni to. Teraz była taka spokojna i cicha. Nie do końca taka, jaką chciał widzieć tą swoją przyjaciółkę. - Trochę. - Spróbuj być głupia, jak ja i spróbuj wierzyć, że to nie twoja wina. Los sam za nas decyduje i niewiele mamy do powiedzenia. Pomogę ci. Wyleczą cię, a potem… potem zadzwonisz do Eweliny. Spojrzała na niego pociemniałymi od suchych łez oczami. Przeminęło kilka minut, zanim podjęła decyzję. - To się nie uda – odparła. - Zastanów się – rzekł i ruszył w drogę powrotną ku swemu domostwu. Tam czekała przystań. Dwa oddane psy i gorzki głos Marianne. Zastąpią wódkę. Nie chciał jej zostawiać, ale wiedział, że tak będzie najlepiej. Spróbuje zrozumieć samą siebie. *** Tamta noc była najbardziej gorzka ze wszystkich. Cienie odżyły i zawirowały w piaskowym tańcu. Już nie próbowała przyzywać wiatru i odmawiać modłów w bezsensownych zbitkach języków. Zamiast tego położyła się na podłodze, tym razem spokojnie, z własnej woli. W taką noc nie umiała się rzucać. Nataniel nie wiedział, ile dobrego uczynił. Obudził nieznaną iskierkę. Nikłą siłę wydobycia z gęstwiny. Zawsze coś. Rozmyślając, obróciła się na brzuch i tuż przed swoimi oczami, ujrzała porzucony poprzedniego wieczoru fiołek. Sporo się od tego czasu zmieniło. Przypomniało się jej odbicie z lustra sprzed czterdziestu lat. Miała wówczas dwadzieścia siedem lat i była całkiem ładna. Zrozumiała, że ludzie szybko przemijają, ale dusza pozostaje taka sama. Ciągle jest obecna. Fiołek był symbolem. Zerwała się z nagła i poczuła silny ból w klatce piersiowej. Ignorując go, podbiegła do biurka. Chwyciła za kartkę i zapisała kilka zdań, w których znalazła trochę ukojenia. Następnie położyła się z powrotem na podłogę i przez otwarte okno zaczęła obserwować księżyc. Lśniąca, smutna tarcza towarzyszyła jej odchodzeniu. Dawno niebadana, nie miała pojęcia, że oprócz wyniszczającej duszę choroby, jest także taka, która niszczy ciało. Kłamstwem byłoby powiedzieć, że znalazła spokój. To wierutna bzdura, powielana przez tysiące lat. Ona była jedną z wielu, którym trudno byłoby nawet zacząć szukać. A jednak zupełnie inną. *** Promienie słońca otuliły ją miękką poświatą. Nabrała blasku i radości, mimo że jej twarz wcale się w uśmiechu nie wykrzywiła. Taką właśnie, zupełnie inną i dotąd nieznaną, ujrzał ją Nataniel, który postanowił odwiedzić Katalenę o świcie. Otwarte okno umożliwiło mu szybkie wejście. Już po chwili klęczał, haratając kolanami o zdarte panele. Nie zwracał na to uwagi, bowiem właśnie zdał sobie sprawę, jak bardzo przywiązał się do tej istoty. Kiedy wreszcie zdołał trochę oprzytomnieć, wstał ciężko i stanął na środku pokoju. Na zakurzonym biurku dostrzegł mały karteluszek. „Zawsze będę dzieckiem. Jeszcze wrócę do siebie” Zrozumiał i wiedział, że nie zrobi już nic. Może jedynie żywić nadzieję, że tam, gdzie się znalazła i ona zrozumie.



        Dedykacja: Słowo-klucz: nerwica Płeć bohatera: kobieta Marianne Faithfull, za wzruszenia.

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 20.05.2012r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 20 05 2012 (21:36:33)

Ładne, naprawdę mi się podobało. Zwłaszcza początek i koniec, bo w środku miałem wrażenie, że troszkę za dużo, że to jest przegadane, ale po za tym naprawdę było to dobre :)

Angelika596 Użytkownik WPMT 20 05 2012 (19:46:22)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Cóż, ja dziękuję Tobie za wzruszenia. Może nie popłakałam się, ale poruszyło mi się coś w sercu, pomyślałam, kogo przypomina mi ta bohaterka, która rozlicza się ze swoim życiem przed nami.

Popadła w chorobę, z której nigdy nie mogła się uleczyć, która zabrała jej miłość, córkę, pewność siebie, marzenia - wszystko.
A najstraszniejsze jest to, że była niewinna. Była dobra, wrażliwa...Zbyt. Po prostu zbyt. Nie do zaakceptowania przez większość, która czuje się silna i godna wydawania krzywdzących osądów.

Bardzo dobrze przedstawiasz ten problem, mówiąc o spowiedzi, fałszywej, bo wypowiadane są tylko te "pospolite" grzechy. Cała reszta jest przemilczana, bo ci ludzie, nawet pewnie nie zauważyli, jaką krzywdę wyrządzili małej dziewczynce w warkoczach.

Twój warsztat jest już tak wyćwiczony, że mnie onieśmiela miejscami. Brak błędów, wszystko proste i przejrzyste, a nieraz zabłyśniesz jakimś smaczkiem, metaforą, porównaniem, doborem słów. Masz pomysł i jesteś konsekwentna. Myślę, że mogę to wszystko wynagrodzić szóstką:)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(24): 24 gości i 0 zarejestrowanych: