Pseudonim: civilizacja
Imię: Kamil
O sobie: And now my watch begins
Napisanych prac:
- proza: 33
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 4.9
Użytkownik uzyskał: 102 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bezsenność" 27.01.2013
"Portal cz. VI" 13.07.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. VIII" 01.08.2013
"Portal cz. IX" 08.08.2013

Inne prace tego autora:
"Portal cz. X" 08.08.2013
"Portal cz. II" 09.06.2013
"Pierwszy stopień" 23.05.2013
"Portal cz. VII" 29.07.2013
"Portal cz. I" 05.06.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Nieświadomy: rozdział 1

Rozdział I Benjamin Sanders musiał przyznać, że tego dnia nie będzie mógł zakwalifikować do udanych. Do pracy zmuszony był pojechać autobusem, bo jego samochód zabrała policyjna laweta za niezapłacone mandaty. Sytuacja w domu również nie napawała optymizmem. Jego żona już trzeci dzień z rzędu nie odezwała się do niego ani jednym słowem, odkąd poinformował ją, że opróżnił wszystkie konta w banku i postawił je na wyścig konny, w którym na sto procent miał wygrać Błękitny Luke. No właśnie: miał. Wszystkie oszczędności przepadły, gdy już na pierwszych metrach okazało się, że jego koń nie będzie nawet na podium, a on zamiast wyjść na prostą, wpuścił siebie w nieprawdopodobne bagno. Nie wiedział jak zamierza spłacić swoje długi, zwłaszcza teraz, kiedy ostatnie pieniądze rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Jednak mimo, że wszystkie jego problemy z reguły rozpoczynały bieg w tym samym czasie, co poszczególne konie, Benjamin nie dopuszczał do siebie myśli, iż – zupełnie niezamierzenie – wpadł w koszmarny nałóg. Szczególnie teraz bał się do tego przyznać, kiedy tak desperacko potrzebował dużej wygranej. O wiele łatwiej było wyrzucić czarne myśli ze swojej głowy. Wiedział, że pociągnęłoby to za sobą konsekwencje: najpierw terapia, a później bolesne ćwiczenia silnej woli. Za dużo wysiłku, za dużo poświęceń, a z drugiej strony za mało odwagi, aby zmierzyć się w tym pojedynku. Za mało odwagi by przegrać. Przeżuwając kolejny kęs olbrzymiej kanapki, która konsystencją przypominała średnio rozrobioną gumę, Benjamin zastanawiał się, jak dalej potoczy się jego życie. Wiedział na pewno, że dłużej już nie może zwlekać z oddawaniem długów. Myślał, że może ojciec mu pomoże, ale już dawno nie dostał od niego nawet pocztówki, co dopiero dużego czeku, a perspektywa odwiedzin w Australii wydawała się dziwnie odległa, jakby patrzył na nią z drugiego brzegu rzeki w mglisty poranek. Był już tym okropnie wyczerpany, na dodatek wszystko układało się nie po jego myśli. W ten oto sposób Benjamin Sanders siedział w gabinecie, gdzie na drzwiach figurowało jego własne nazwisko i wpychał w siebie kolejną kanapkę, której nie zdążył zjeść w domu. Zresztą nawet nie próbował; stres nie wpływa dobrze na trawienie. Stetoskop leżał rzucony w nieładzie na ładnym szerokim biurku, obok niego zaś leżał śnieżnobiały fartuch lekarski, jakby jego właściciel w pośpiechu zostawił go tutaj poprzedniego dnia. Benjamin był lekarzem w szpitalu w Baltimore. Był wysokim, krzepkim mężczyzną po trzydziestce, wysportowanym i energicznym. Dbał o swoją kondycję, która pomagała mu dobrze spełniać obowiązki. Codziennie biegał przez godzinę i dźwigał ciężary. Powszechnie szanowany doktor Sanders miał jednak swoją słabostkę, którą zapewne każdy z nas ma. Gdzieś na dnie naszego serca. Jedni lubią się mocno zaciągnąć mentolowym papierosem marki L&M, innym serce bije szybciej podczas gry w Counter Strike’a, jeszcze inni gustują w stuletnich winach z południowej Francji. Benjamin Sanders lubił konie. Ale jeszcze bardziej lubił, kiedy jego koń, na którego właśnie postawił połowę ze swojej miesięcznej pensji przekraczał linię mety samotnie, z przeciwnikami daleko w tyle. Wywoływało to u niego przyjemne uczucie satysfakcji, dzikiej, wszechogarniającej radości. Cieszył się jak dziecko obserwując na czterdziestopięciocalowej plaźmie, jak niczym super-bohaterowie biegną po torze najcudniejsze zwierzęta jakie widział na Ziemi… Ale wiedział, że to uczucie zwykle szybko znikało, gdy wracał do domu. Z pustym portfelem i mętlikiem w głowie. Nieraz się zdarzało, że spał cały tydzień na kanapie, zupełnie sam. Ale jakoś go to nie zraziło. Zwykle czekał dwa tygodnie dopóki Jane się nie uspokoiła. Wiedział, że gdy znów czekała na niego pyszna jajecznica na śniadanie, mógł troszeczkę nadszarpnąć zaufania żony po raz kolejny. Aż do tego tygodnia. Aż do tego wtorku. Poszła do prawnika. Po co? Nie chciała się przyznać, ale Ben wiedział, że nie musiała nic mówić. To było jasne. To było tak cholernie jasne, że nie potrzebował nawet słowa wyjaśnienia. Wystarczyło tylko spojrzeć, by dostrzec, że nie ustąpi. Determinacja, która biła z jej orzechowych oczu, była jak blask flesza – tego nie dało się nie zauważyć. Ciasno upięte włosy w charakterystyczny dla niej sposób tylko pogarszały sytuacje. Teraz potrzebował tylko tego jednego telefonu. Jednego, aby usiąść po obu stronach stołu w biurze jej adwokata. O tak, wiedział, że postawi mu ultimatum i przeniesie się z dziećmi do matki. Na „pewien czas”. Zawsze tak robiła, podczas Cichych Dni w domu. A teraz Ciche Dni zdarzały się coraz częściej. Nie podobało mu się to. Nie chciał rezygnować z tego, co sprawiało mu przyjemność, ale nie potrafił zrezygnować również ze swojej rodziny. Nie mógł. Silne dłonie przejechały po policzkach i przetarły zmęczone oczy. Wreszcie wepchnął ostatnią część kanapki do ust, wytarł się rękawem eleganckiego swetra i strząsnął okruchy z dżinsowych spodni. Dopiero teraz mógł zacząć pracować. 2 Porucznik wydziału zabójstw Jacob Benett zagryzał pączkiem czwartą już tego dnia kawę, wciąż trąc zmęczone, nabiegłe krwią oczy. Teraz uświadomił sobie, że cyfra cztery nie należy do jego ulubionych. Reprezentowała liczbę zupełnie nieprzespanych nocy. Koszmarny bachor, pomyślał. Teraz, kiedy Annie wyjechała na tydzień do swojej siostry, u której zdiagnozowano raka, wiedział dobrze jak to jest wstawać codziennie do wrzeszczącego w nocy dziecka. Jacob Benett junior, nie był grzecznym typem, co nie zostało dobrze przez jego starszego odpowiednika. Cztery noce – powiedział na głos i pokręcił głową. I tak miał szczęście, że ten tydzień nie należał do szczególnie pracowitych, oraz że jego matka zostawała z Jacobem przez cały czas, kiedy on siedział w pracy. Inaczej musiałby wziąć urlop, a tego na pewno by nie chciał. Tym bardziej, iż planowali z Annie wyjazd za miasto na początku grudnia. Zjawiła się jego sekretarka Louise, jak zwykle w trakcie robienia sobie makijażu. Tylko czekał, kiedy o dziesiątej wyjmie ze swojej torby magicznego iPoda, który nie był iPodem, a bardzo sprytną papierośnicą i zniknie na dziesięć minut za drzwiami obskurnego zaplecza. Paliła to, co zawsze – tani syf z kiosku koło domu. Benett nawet nie zauważył, kiedy to się zaczęło. Zawsze wiedział, że tak musi się stać. Tak jak lekarz widzi wszędzie oznaki chorób albo mleczarz po pewnym czasie nie potrafi spać dłużej niż do piątej, tak i on Jacob Benett senior, zaczął każdego obserwować uważniej, zwracając uwagę na nieistotne szczegóły, zaczął szufladkować, uporządkowywać sobie ludzi, dokładając im metki typu „niesamowity sukinsyn” czy „niebezpieczny idiota”. Uśmiechnął się nagle do siebie. Nie zdawał sobie sprawy ile lat już robił w tym fachu. Nie był przecież jeszcze taki stary. Znajdował co jakiś czas parę siwych kosmków, czasem drobną zmarszczkę, ale był jeszcze w całkiem dobrej kondycji. Podobało mu się to. Podobało mu się, że podczas gdy inni jego koledzy powoli szykowali się na przyjście starości, on wciąż pozostawał tam, gdzie nie mogła go dosięgnąć. Wymagało to dyscypliny, ale przecież nie na darmo był w wojsku przez dwa lata. Jacob zerknął z ukosa na zdjęcie swojej ukochanej Annie. Uśmiechała się prześlicznie do niego, starając się go podtrzymać na duchu. „To tylko trzy dni kochanie – mówiła z drewnianej ramki. – jeszcze jedynie trzy dni”. Trzy cholernie długie dni i trzy jeszcze dłuższe noce. Nie mógł uwierzyć, że kobieta w domu może wykonywać tyle czynności. Może po prostu tego nie doceniał do końca. Cóż, wychowywanie dziecka z pozoru nie wydaje się tak trudną i energochłonną czynnością. Filozoficzne gadki, pomyślał Benett. Nie można się rozklejać. Wstał i podszedł do komody, aby nalać sobie jeszcze jedną porcję kawy. Złapał za słuchawkę i wystukał na tarczy staroświeckiego telefonu swój domowy numer, aby sprawdzić, czy jego najmłodsza pociecha nie podpaliła dywanu albo nie poparzyła się wrzącą wodą. Po prostu chciał wiedzieć, czy wszystko u nich w porządku. Sam się dziwił, że jeszcze go to obchodzi. Powinien odpocząć od obowiązków i uciąć sobie drzemkę. Mieć to wszystko po prostu w… – Halo? – rozległ się znajomy głos. Benett otrząsnął się szybko z zamyślenia. – Cześć mamo, to ja – przywitał ją Jacob. – Jak nasz urwis się dzisiaj spisywał? – Och, kochanie, nawet mi nie wspominaj – powiedziała lekko ze śmiechem… A więc jednak wszystko dobrze. Mały ryczy pewnie ile sił w płucach, mama nie potrafi go uspokoić, bo nikt nie umiał go uspokoić z wyjątkiem Annie. Znów zatęsknił za jej spokojnym głosem, za jej obecnością, kiedy wszystko chodziło jak w zegarku… Jacob odłożył słuchawkę z powrotem na widełki, dokończywszy pospiesznie rozmowę i upewniwszy się, że mama nie potrzebuje żadnej pomocy. Był jej wdzięczny za to, że powiedziała nie. Teraz mógł zacząć to, na co przygotowywał się już od dawna. Prawdę mówiąc, wciąż zastanawiał się czy w obecnej sytuacji jest to dobry pomysł. Nie miał jednak nic lepszego do roboty, a w końcu mały dobrze sobie radzi. A jak mawiał jego ojciec: tradycji ma się stać zadość. No a jego tradycją był właśnie ten, a nie inny rytuał. Przecież sam go sobie wybrał, prawda? 3 Tik, tok, tik, tok. Staromodny budzik tykał nieprzerwanie na szerokim blacie biurka w gabinecie dr Sandersa – zgodnie z tym, co było napisane na drzwiach z taniej sklejki. Krył się tutaj przed swoimi godzinami, które musiał spędzić w przychodni. W obecnej sytuacji jakoś nie potrafił się przemóc, żeby przebywać z ludźmi. Przez uchylone okno do gabinetu wzionęło chłodne powietrze. Ben podrapał się po podbródku, wciąż bezmyślnie wpatrując się w ekran monitora, na którym od dziesięciu minut jeszcze nic się nowego nie pokazało. Tik, tok, tik, tok. Wciąż ze wszystkich swoich sił pragnął odpędzić czarne myśli, które pchały się do wnętrza jego mózgu niczym robactwo do padliny. Rozważał opcję planu ratunkowego dla swojego życia: z jednej strony wiedział, że musi coś zrobić, z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że żaden bank nie udzieli mu kredytu – już w tej chwili jest zadłużony po uszy, więc dokładanie sobie nowych zmartwień jakoś nie bardzo mu się spodobało. Nie było wyjścia, ale musiał coś z tym zrobić. Tik, tok, tik, tok. Jeśli nie chce, żeby ten budzik odmierzał jemu czas. Tik, tok, ti… Ciszę, jak grom z jasnego nieba, rozdarł dźwięk dzwoniącego telefonu. Sanders aż podskoczył. Dopiero po chwili zidentyfikował źródło hałasu. Spojrzał na numer: wyświetlacz bezprzewodowego Siemensa pokazywał numer wewnętrzny. Już wiedział o co chodzi. – Zaraz dotrę do przychodni – uprzedził rozmówcę. – Możesz powiedzieć pacjentowi, że jest dupkiem. – Świetnie – usłyszał głos Nettie Lawrence, jednej z pielęgniarek. – Wygląda mi na gangstera. Powiesz mi jakieś ciepłe słowo zanim pójdę na rzeź? – To zależy. – Od czego? – Od tego czy naskarżysz na mnie za czwarte spóźnienie z rzędu – wyszczerzył do niej zęby przez słuchawkę. – Dobra, niech ci będzie. Ale jeśli jutro… – Wiem, wiem. Widzimy się za trzy minuty – zostawił słuchawkę na biurku i udał się w kierunku rejestracji. Niechętnie powłócząc nogami po śnieżnobiałych płytkach obszernego holu, wyciągnął z kieszeni spodni starą Nokię i sprawdził rejestr połączeń. Czekał na telefon. Na Ostatnią Szansę. Podszedł do blatu i wziął na chybił trafił dwie karty pacjenta. Nettie z wdzięcznym uśmiechem wcisnęła mu także trzecią i powiedziała: – Gość czeka na ciebie w gabinecie. Chyba jest niecierpliwy. – Gdybym tylko przejmował się niecierpliwością pacjentów… – powiedział pod nosem. – Dobra, przyjmę go. Wszedł do pomieszczenia, gdzie siedział jeden facet, średniego wzrostu, ale dość krępy. Wyglądał na dużo starszego, ale mógł mieć najwyżej trzydzieści lat. Ciemne okulary wsunął sobie za T-shirt, ukryty pod skórzaną kurtką. Nettie miała rację; w jego wyglądzie było coś dzikiego. Może to tylko ciemniejszy kolor skóry powodował takie wrażenie, ale kto wie… W końcu gangster też człowiek. Zdarza mu się zachorować. – A więc panie… – zaczął Sanders i zajrzał w kartę pacjenta, aby zobaczyć nazwisko – Alvarez. W czym widzi pan problem? – Myślę, że mam raka mózgu – wypalił natychmiast. – Raka mózgu? – zdziwił się Ben. Pan Alvarez spojrzał na niego lekko poirytowanym wzrokiem. – Chyba istnieje coś takiego, prawda? – Oczywiście, że istnieje. Dziwi mnie jedynie, dlaczego ma pan takie podejrzenia - powiedział. – Czuje pan silne bóle głowy, miewa nudności, przywidzenia lub cokolwiek? – Czasami. Moja matka miała guza mózgu. – To jeszcze o nim czym nie świadczy. Jestem pewien, że wszystko jest z panem w porządku – możemy wykonać parę badań, jeśli bardzo by pan tego pragnął. Nie sądzę jednak, aby cokolwiek panu dolegało. Wygląda mi pan na zdrowego faceta. Jednak skoro mówi pan, że pana matka miała guza mózgu… Umówię pana na tomografię głowy. Odwrócił się, aby wyjść, jednak pacjent złapał go za rękę. – Ja po prostu wiem, że mam guza mózgu. Mam także silny kaszel. Pamiętam, że mama również taki miała, zanim umarła. Niech pan natychmiast zacznie terapię. – Nie mogę zlecić leczenia bez potwierdzenia obecności raka. Proszę się rozebrać. Muszę zbadać ten kaszel. W tym momencie pan Alvarez chrząknął znacząco. – Istnieje również pewien problem. – Słucham? – Chodzi o mojego… no wie pan o co chodzi. – Coś z nim nie w porządku? – zapytał Sanders. Pacjent niechętnie otworzył usta: – Myślę, że to zwykłe otarcie, ale nie mogę mieć pewności… – Jeśli chce znaleźć pan odpowiedź na wszystkie nurtujące pana pytania, proszę się rozebrać – wskazał na kąt pomieszczenia. – Tam jest parawan. Ben przysunął sobie plastikowe krzesło i spojrzał w kartę pacjenta. Wszystkie szczepienia zrobione na czas. Wszystko w porządku. Sięgnął ręką do bocznej kieszeni fartucha, ale nie znalazł tego, czego szukał. Przypomniał sobie, że z roztargnienia nie zabrał z gabinetu swojego stetoskopu. – Proszę chwilę poczekać. Zaraz wracam – powiedział w stronę pacjenta. Zajrzał do zabiegowego naprzeciwko. – Kelly, pożycz stetoskop – powiedział w kierunku młodej stażystki stojącej najbliżej. – Znów zapomniałeś swojego? – westchnęła ciężko. – Kiedyś będziesz wisieć. Brwi podjechały mu do góry. – Miałam na myśli wisieć mi kawę i dwa pączki, ale jeśli nie masz kasy mogę ci darować – wyszczerzyła do niego zęby. – Tutaj, masz swój stetoskop. – Kawa i pączki są w porządku. Dzięki, piękna! Zarzucił sobie go na szyję i wrócił do pacjenta, którego wciąż nie było widać zza parawanu. Znów mimowolnie wyciągnął telefon, ale nie zdążył niczego sprawdzić, bo coś spadło z brzękiem na ponurą podłogę szpitalnej przychodni. Odruchowo spojrzał w kierunku, z którego dobiegał hałas i zobaczył coś, co spowodowało, że serce jego nagle zaczęło bić szybciej. Pistolet. 4 Benett zszedł do piwnicy głównego budynku policji w Baltimore, aby zrobić to, co robił tutaj rok po roku przez ostatnie pięć lat. Kartonowe pudła z wypisanymi niedbałym pismem rozmaitymi literkami, kodami i opisami, których sama administracja czasem nie umiała zinterpretować, nie odstraszały go tak jak wtedy, kiedy postanowił sobie, że będzie tutaj spędzał co dwanaście miesięcy przynajmniej jedną chwilę. Czarne inskrypcje na pudełkach były już dla niego znajome, czasem przyjacielsko się do niego uśmiechały, krzycząc: „Przejrzyj mnie!”. Ale tym razem wiedział, która sprawa nie dawała mu spać tak długo, że wręcz marzył o dzisiejszej wizycie, tutaj, w pomieszczeniu, gdzie trzymane są wszystkie akta spraw wydziału morderstw. Morderstwa, których nie udało się wyjaśnić, zawalały półki obarczone numerami od 87 do 146 i znajdowały się w regałach po lewej od strony wejścia. Przynajmniej tak zapamiętał z poprzednich wizyt w przesiąkniętej nieświeżością piwnicy, która prawdopodobnie miała związek z zepsutym klimatyzatorem, dawno zapomnianym przez służby porządkujące. Lampy wisiały równo pod sufitem, a ich mrugające światło pojawiało się kolejno, im dalej zagłębiał się w ponury korytarz. Pamiętał dobrze numer półki i rzędu. Tym razem nie będzie wybierał na oślep. Ta sprawa gniła tutaj już o wiele za długo, żeby można było ją zbagatelizować. Jej smród docierał aż na trzecie piętro strzelistego budynku, tam, gdzie mieściło się jego biuro. Czuł go każdego ranka, każdego popołudnia, kiedy wraz ze swoją serdeczną koleżanką Lily Chavez popijali gorącą kawę i każdego wieczoru, kiedy robota nie pozwalała mu iść do domu. Chryste, to się ciągnie już za nim przez 21 lat! Oczywiście Benett nigdy nawet nie śmiał założyć, że jego praca będzie pasmem nieustających sukcesów. Ba, uważał to za nonsens. Nie ma sytemu, który wychwytywałby wszystkie błędy. A błędy natury ludzkiej są zwykle wynikiem impulsu, którego nie da się zdusić w zarodku. Głuche odgłosy kroków porucznika, toczyły się po korytarzu, ale ten dźwięk trwać miał jeszcze przez dziewięć i pół sekundy, bo właśnie za dziewięć i pół sekundy dotrze tam, gdzie ma dotrzeć i zrobi to, co miał zrobić już dwadzieścia jeden lat temu. Odszukać cel swojej pracy: Wyjaśnienie. Nagle kroki ucichły. Dotarł. Dotarł tam, gdzie nakazywało mu sumienie i inteligencja. Zagadka i Rozwiązanie; nie potrzebował żadnych innych używek. Pamiętał to uczucie satysfakcji, kiedy coś wreszcie doprowadziło go do zwycięstwa. Rozpierająca wnętrza jego ciała fala endorfin, które uwalniały się wraz z uwolnieniem prawdy. Proste równanie. Czysta matematyka. Tak właśnie działała na niego jego praca. Czy mu się to podobało? Czasem nie. Nie zarabiał przecież za wiele, a samotne wieczory w biurze, w aucie, czy gdziekolwiek indziej raczej zniechęcały go do tej profesji, ale cóż, musiał przyznać, że stało się to jego uzależnieniem. Bez względu na wszystko. Zagadki działały na niego jak narkotyk. Jak silny afrodyzjak. Zbyt silny. Teraz stał tam samotnie z ręką zawieszoną w połowie drogi między półką. Widział to pudełko. Widział je. Puszka Pandory jego egzystencji. Coś, co nie pozwalało mu spać przez długie miesiące. Coś, do czego wracał przez wiele lat. Coś, do czego klucza jeszcze nie odnalazł. 5 Madeleine Page siedziała w swoim biurze na trzydziestym trzecim piętrze nowo wybudowanego biurowca w centrum miasta. Jak tutaj trafiła? Boże, sama tego nie wiedziała. Może to los zaprowadził jej karierę właśnie tutaj, może były to tylko lata ciężkiej pracy, kto wie? Prawie każdy natomiast wiedział, że doktor Page jest trzydziestokilkuletnią terapeutką i od niespełna tygodnia posiada biuro w najbogatszej części miasta. Nic dziwnego, skoro przez jej pokój przewijali się najważniejsi ludzie tego stanu. Ba, mówiono, że sam Bill Gates dzielił się swoimi problemami ze słynną Madeleine. Zapewne to jedynie plotki, jednak Page wiedziała, że szefowie wielkich korporacji nie będą już nigdy jej obcy. Zwykle zaczynało się dokładnie tak samo; stali w drzwiach i nie mogli się powstrzymać, by nie przyznać, że potrzebują pomocy. Cóż, w końcu po to do niej przychodzili. Madeleine przeciągnęła się wygodnie, omiatając wzrokiem obszerny blat dębowego biurka i patrząc na przedmioty leżące w pudłach w całym pomieszczeniu. Nagrody, dyplomy, zdjęcia. Lata praktyki i wyrzeczeń. Lata tego, co inni nazywali młodością u niej kryło się zupełnie pod innym hasłem. Chcesz wskazówek? Sprawdź w słowniku i zobacz, co znaczy praca. Nie. Przyjdź do Madeleine i zobacz, co robi przez cały dzień. Albo przywiąż się do kaloryfera i od razu daj sobie z tym spokój. Tak czy siak, dr Page siedziała teraz w swoim biurze delektując się każdą chwilą mijającej nocy. Wspomnienia mknęły przed nią niczym błyskawiczny pociąg z mózgu prosto do jej serca. Pospieszny pociąg. Sceny rozmywały się jedna po drugiej, zmieniając się w coraz to nowe kształty. Kucie po nocach, odbieranie dyplomu, później jej pierwszy klient, pierwsze biuro… To było jak pamiątkowy film, zapisany na jedynych niewidzialnych taśmach, które zawsze nosiła przy sobie. Zawsze. Przypomniała sobie klientów, którym zdołała pomóc. Prawie zawsze jej się to udawało. Nikt z jej kolegów nie wyraził wątpliwości, że ma do tego talent. Czasami śmiali się z niej, że bierze EPO albo inne sterydy. Śmiała się razem z nimi. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy, jak blisko był odgadnięcia prawdy. I nie chodziło tylko o kilkanaście kubków kawy na dzień. O nie. Madeleine nie pamiętała, kiedy po raz pierwszy zaproponowano jej Złoty Środek. Czy to ważne? Od początku natomiast wiedziała, że nie była to tylko mocniejsza mieszanka chemii, która uśmierza bóle głowy, które często jej dokuczały całkowicie legalna w Europie, jak wmawiał jej Jamie Hayes. Może nawet nie miał pojęcia czym handluje. Chciała w to wierzyć i wierzyła przez lata. Chciała w to wierzyć także i teraz. Chciała wierzyć, że strzykawka, po którą sięga coraz częściej, to nie heroina. Chciała wierzyć w to całym sercem, ale nie mogła. Nie mogła już dłużej oszukiwać samej siebie. Wspomnienie narkotyków obudziło w niej źródło toksycznego płynu, przepełnionego żalem i goryczą. Przypomniała sobie wszystkie najgorsze chwile jej życia. Wiecznie pijany ojciec nagle wszedł do zagraconego pokoju nastolatki. Już przeczuwała, co się stanie. Czuła to całym swoim ciałem. Pamiętała tak dobrze, co stało się później. Pamiętała, co powiedziała ojcu, gdy się do niej zbliżył. Cuchnący potem i wódką. Pamiętała idealnie białe wnętrze karetki i ludzi kręcących się tam, w samochodzie. A potem ten okropnie głośny huk, wyrywający bębenki z wnętrza czaszki i ból. Ból tak niewiarygodny i niemożliwy do zniesienia… I obudziła się w szpitalu. Po trzech dniach bycia w farmakologicznej śpiączce. Po sześciu operacjach i tą najstraszniejszą ze wszystkich możliwych medycznych wyroków, że wózek inwalidzki będzie dla niej pisany do końca życia. Wtedy zrozumiała, że jej przyszłość została dokładnie zweryfikowana właśnie tego samego dnia, tą samą diagnozą. Była mocno zniekształcona i nadszarpnięta, ale wciąż jednak istniała. Fizycznie to niewielka szansa na normalne życie, psychicznie nie było dla niej żadnej nadziei. Kolejne dawki Haldolu tylko pogarszały sytuacje, gdyż zaczęła miewać nieustanne lęki. Szybko też się od niego uzależniła. Nagle zdała sobie sprawę, że przyszłość to nie jest ta sama przyszłość, którą zdefiniowała już dawno temu. Zdawało jej się, że tak dobrze rozumie ten świat. Rozumie jego prawa. Wtedy jeszcze nie wiedziała jak bardzo się myliła. Jak bardzo życie może się zmienić w ciągu jednej chwili, jednego dnia. Tego samego dnia, w której zaczęła się jej nowa przyszłość. 6 Benjamin Sanders wymacał palcem tętnicę szyjną i z zegarkiem w ręku zaczął badać sobie tętno, które kompletnie zwariowało. Dawka adrenaliny, która uwolniona została do krwiobiegu, prawdopodobnie była największą jaka kiedykolwiek krążyła po jego organizmie. Miał nadzieję, że nie ostatnią. W pierwszej chwili natychmiast uderzyło do niego wszystko to o czym myślał rano plus jedna bardzo wyraźna myśl. Nie dająca się zatuszować, wstrętna myśl. Za późno; dopadli mnie. Plan ucieczki opracowano w tej samej chwili. Nie był on szczegółowy; nie miał na to czasu. Jego mózg automatycznie zaczął analizować różne scenariusze i niestety wniosek był jeden – w starciu z uzbrojonym gościem, nawet stalowe mięśnie, rzeźbione na siłowni każdego dnia, nie pomogą. Nie pozwolił sobie jednak na ucieczkę. Może to nie ma nic wspólnego ze mną – pomyślał z nadzieją. – Ciemne typy czasem zachodzą do przychodni, co jeszcze nie znaczy, że muszą przystawiać odbezpieczonego gnata z pełnym magazynkiem do skroni swoich lekarzy. Zastanów się – podpowiadał głos, gdzieś w głębi jego czaszki. – Myślałeś, że cię tutaj nie odnajdą? Poza tym, kto przynosi pistolet na wizytę w przychodni w celach innych niż załatwienie cwaniakowatego doktorka, który wisi więcej kasy, niż dwa lata jego pensji? Tak, ale przecież nie spojrzał dokładnie w jego kartę – kłócił się z samym sobą. – Założę się, że jest gliną. To sprawdź – kusił głosik – a przekonasz się. Ale wtedy już naprawdę narobisz w gacie. No odważ się. Dalej. Ale Ben nie potrafił. Jakaś część jego nie mogła się przemóc, aby spojrzeć w te zawszone kartki. Nie chciał wiedzieć. Ale jakimś dziwnym trafem przeczuwał, że ten gnat trafił do adresata. Nie wiedział jedynie, w jakiej roli dzisiaj będzie występować. Po cichu modlił się, aby nie była to rola główna. Alvarez zarzucił spodnie na parawan. Pewnie już kończył, ale Sanders nie poruszył się nawet w kierunku pary lateksowych rękawiczek, które znajdowały się przy drzwiach. Szczerze mówiąc, w tej chwili gówno go to obchodziło. Wciąż nie podnosił kolta. Może to dobry znak? Może jednak nie zjedzą go na lunch? Jesteś żałosny – natarczywy głos nie chciał wynieść się z jego głowy. – Wiesz, że jesteś spisany na straty. Zaraz się przekonasz, że gość przyszedł po ciebie. Sanders oderwał spocone palce od swojej szyi, rozpiął kołnierzyk i poluzował krawat, jak najmocniej się dało. Oparł się ciężko o metalowe krzesło, które jęknęło pod jego ciężarem. – Niech pana nie martwi ten pistolet – powiedział wreszcie pacjent, nie ruszając się zza zasłony. – Przyjrzyj mu się pan bardzo dokładnie, bo to zabawka. Zwykła zabawka. Sanders odetchnął głęboko. Mówiłem ci idioto. Gość pewnie jest komikiem czy coś w tym stylu. Może z tego kolta wyfruwają kwiaty? – W przeciwieństwie do tego okazu, którego kula przeszyje ci mózg ćwierć miliona razy lepiej niż jakiekolwiek inne narzędzie – Alvarez wyszedł nagle zza zwiewnego materiału, celując prosto w jego głowę. – Może się już orientujesz dlaczego, ty żałosny gnoju? Szczęka opadła mu na sam dół. Pospiesznie zamknął ją. Nie chciał skusić go do włożenia tam Beretty 92F, zbliżającej się do niego niezwykle powoli, cały czas trzymającej go w ustawicznym strachu. 7 Porucznik Jacob Benett rozłożył się w niewygodnej dla niego pozycji na podłodze starej policyjnej piwnicy. W rękach ściskał pudło, którego wciąż nie otworzył. Chociaż to nie było nic takiego, bał się jak cholera. Nie do końca widział właściwie dlaczego, jednak im dłużej myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że tak po prostu musi być i już. Podobnie jak zwykłych, szarych ludzi intryguje zagadka, jaką jest kostka Rubika, tak i jego niewyjaśnione historie fascynowały tak mocno, że niekiedy nawet Annie wiedziała, co jest grane. Zdarzało się, że zamiast zajmować się tak pospolitą czynnością jaką jest sen, starał się wymyślić coś, co tłumaczyłoby wszystko. Co nasyciłoby jego wrodzoną ciekawość. Według niektórych lekarzy takie obsesje się zdarzają dość często. Oczywiście nie chodzi tutaj o zwyczajnych pracoholików – Benett raczej nie należał do tej grupy ludzi. Jego obsesją były zagadki, tak samo jak bohatera jego ulubionego serialu i wielu innych ludzi, którzy zamiast zaspokajać swoją ciekawość wścibianiem nosa w sprawy sąsiadów, zdecydowali się na pracę w policji. Bezmyślnie międląc w rękach tekturowy karton, sprawiał wrażenie jakby wpadł w trans. W rzeczywistości jednak pozwolił swojemu mózgowi na włączeniu wszystkich trybików przed najważniejszym sprawdzianem w swojej karierze. Wiedział, że na razie wynik jest 1- 0. A on bardzo nie lubił, gdy był taki wynik. Nie znosił tego. Dlatego właśnie sześć lat temu postanowił wdrożyć ten, dla niektórych jego kolegów, zupełnie niedorzeczny rytuał. Czasochłonny i czasem kompletnie pozbawiony sensu. Ale sumienie nie pozwalało mu nie doprowadzić przed sąd tych kretynów, którzy zadarli z prawem. Chciał ich za wszelką cenę udupić. W ten oto sposób zrodził się pomysł, aby raz na rok, schodzić tutaj, do śmierdzącej wilgocią piwnicy głównego budynku policji w Baltimore, by wybrać jedną, niewyjaśnioną i tajemniczą sprawę, sprzed wielu, wielu lat. Dzisiaj była właśnie rocznica. Dokładnie szósta. Benett był z siebie zadowolony. Spośród pięciu ostatnich pudełek, które zalegały tutaj, w dziale spraw niewyjaśnionych, wróciły trzy, co daje mu czterdziestoprocentową skuteczność. Całkiem nieźle, zważywszy na to, że spisano je całkowicie na straty kilkanaście lat wcześniej. Jacob w końcu zdecydował. Impuls z mózgu pomknął szybko; chyba za szybko dla niego. Chciał to zrobić subtelnie, trochę bardziej dramatycznie. Ale zamiast tego, szorstka dłoń zrzuciła kartonowe wieko błyskawicznie, jakby chciała mu powiedzieć, żeby się pospieszył. Nie była to wcale zła rada. Wnętrze pudełka nie było nadzwyczajne. Raporty, zdjęcia, parę dowodów. Wszystko opisane dokładnie i precyzyjnie zapakowane w foliowe torebki, te same, których używają do dziś. Wielki, pokryty pozostałością po zakrzepniętej krwi nóż, czekał na to, aż w końcu go ktoś podniesie. Delikatnie przesunął palcem po nierównej rękojeści, z którego wychodziło długie ostrze z nierdzewnej stali. Nóż, który spotykamy niemal w każdej kuchni. Zabawne jak ludzie nie dostrzegają tajemniczości różnych obiektów. Przechodzą obojętnie, nie zastanawiając się nad ich historią. Nie definiując każdej pojedynczej rzeczy tak dokładnie jak ludzi. Cóż, zapewne właśnie dlatego istniała posada dla takiego jak on; dla wszystkich tych, którzy badali te rzeczy dogłębnie. Wbrew pozorom, martwe rzeczy miały więcej do powiedzenia niż ludzie. Benett może niekoniecznie miał naturę filozoficzną, jednak w głębi duszy był człowiekiem-szachistą. Analizował wszystko, począwszy od chaotycznego toru lotu tłustej muchy, która w finałowym momencie swego żałosnego życia, wpadła mu do kubka z gorącym kakao, w chwili, gdy siedział na ganku w domu, aż po dziwne zachowania ludzi, które go fascynowały. Naprawdę. Będąc jeszcze krasnalem, który nie wiedział wiele o życiu, ale w swym szczęściu i poniekąd nieuświadomionej mu głupocie, marzył o tym by zostać psychologiem. Mimo swych ambicji, nigdy nie pragnął mieć na plakietce napisane: „Jacob Benett, neurosurgeon”. Nie chciał nawet: „Jacob Benett M.D.”. Był świadom tego, że medycyna pozwoli mu zwiedzić MÓZG człowieka, ale to nie tego oczekiwał. Chciał eksplorować jego UMYSŁ, tak fascynujący i pokręcony, nieduży a jednocześnie tak niebezpieczny i wciąż nieznany. W tym właśnie upatrywał swoje powołanie. Ale mylił się. Na drugim roku rzucił psychologię, która nie przynosiła mu żadnej satysfakcji. Benett doskonale pamiętał, jak wtedy się czuł. Jakby wewnętrzny GPS nagle przestał nawigować. Jakby zgubił swój cel. I tak było w istocie; dopiero wtedy postanowił, że wstąpi w szeregi policji. Zrozumiał, że aby odkryć to, czego nie widać, musimy szukać tego skutków. Mroczna strona ludzkiej inteligencji kryła dla niego wiele tajemnic, które chciał zgłębić. Chciał odnaleźć przyczynę, tę czarną dziurę ludzkiego istnienia, widząc skutki – morderstwa, gwałty i wszystkie te okropne rzeczy, które człowiek potrafi zrobić drugiemu człowiekowi. Czasami ze zwykłej głupoty. Czasami zaś z zawiści. Czasami z przyczyn, których sam nie rozumie. Stukot kroków odciął go od wspomnień i refleksji. Nasłuchiwał w ciszy jak ktoś schodzi na sam dół, potem kroki oddaliły się i został znowu zupełnie sam. Sam z tym cholernym pudełkiem. Z tą cholerną zagadką, której nie potrafił rozwiązać. Nie do końca rozumiał, dlaczego właściwie ta sprawa utknęła mu w głowie, niczym wbita do połowy siekierka w świeżym drewnie. Chyba miało to związek z tym małym dwunastoletnim chłopcem, który nie był niczemu winien. To był zapadający głęboko w pamięć drastyczny obraz. Do dzisiaj ciarki go przechodziły na myśl, że równie dobrze mógłby to być on, który znalazł swoją własną matkę, leżącą w zakrwawionej pościeli z nożem wbitym w podbrzusze po sam czubek rękojeści. Cichą jak wczorajszy poranek. Z jedną półotwartą powieką. Mały zniósł to bardzo ciężko, co zresztą nie było dla Benetta wielkim zaskoczeniem. Spodziewał się tego od początku. Ojciec chłopca zjawił się następnego dnia. Był w tym czasie na jakimś ważnym sympozjum, ale przyjechał najszybciej jak tylko się dało. Z tego, co udało mu się ustalić, zrezygnował z prywatnej praktyki, a swoją pracę naukową starał się ograniczać do minimum. Przeżył głęboką przemianę, pewnie pod wpływem wypadku zrozumiał, że teraz nadchodzi jego kolej na rodzinne obowiązki i zajęcie się synem, obarczonym psychicznie tak dużym ciężarem jakim jest śmierć bliskiej mu osoby. Straszne. Życie nie zna litości. No i została jeszcze ona. Jak miała na imię? Nie pamiętał już dokładnie. Maria albo Myrtle? Nie, chyba była to Myra. Tak, tak miała właśnie na imię. The sister. Siostra była starsza od swojego brata o równe osiem lat. Młoda dwudziestolatka, wtedy już na, nazwijmy to, przedakademickich wakacjach. Miło było na nią popatrzeć. Myra wydawała mu się kobietą z jajami, jeśli można tak powiedzieć. Była silna, kochała brata. Na jego pytania odpowiadała płynnie, bez zająknięcia, bez żadnego wahania. Widział w jej oczach smutek związany ze śmiercią matki. Ale znała swoją rolę. Wiedziała, że musi zastąpić mu teraz matkę. Mądra dziewczyna, pomyślał. Ale kiedy teraz to sobie uświadomił, poczuł, że to właśnie doprowadzało go do szału przez te wszystkie lata. Martwił się tym, że całkowicie spieprzył tę sprawę. Bezapelacyjnie. Miał do siebie żal, że pozwolił tej młodej dziewczynie być lepszą niż on, wykonać swoją robotę lepiej niż Benett. Widział, że istniała odpowiedź, ale nie potrafił jej odnaleźć. Widział w jej oczach i w oczach ojca to coś, co mówiło do niego: „Benett, zawiodłem się na tobie”. Mieli o tego prawo. Spieprzył to. Spieprzył to bezapelacyjnie. Teraz przyszła pora na Wyjaśnienie. 8 – Myślę, że dobrze wiesz dlaczego – powiedział Alvarez dokładnie artykułując każde słowo. Metalowy przedmiot tańczył przed nosem Sandersa, jakby był trzymany przez faceta z chorobą Parkinsona. – Bo dokładnie tyle jesteś winien mojemu szefowi. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy i ani dolara mniej. Sanders nie wiedział kompletnie, co ma odpowiedzieć. W głębi duszy modlił się, aby Beretta przypadkiem nie wypaliła, rozsadzając mu wnętrze czaszki i obryzgując ściany kawałkami jego mózgu. Nie chciał, żeby jego mózg tam się znalazł. Całą siłą woli starał się uspokoić, ale jego organizm w ogóle nie chciał się wdawać z nim w dyskusję. Czuł, że zaraz straci przytomność, jednak próbował opanować się. Nie wiedział, co będzie, kiedy wyłoży się jak długi w jednym pomieszczeniu ze świrem, który groził mu w tej właśnie chwili półautomatyczną bronią krótką. Bał się, że może się obudzić następnego dnia w piwnicy zapomnianego domku letniskowego w środku lasu, z nożem przystawionym do klejnotów i przestrzelonym kolanem. Tak „na wszelki wypadek”. – Nie wiem o czym pan mówi… – zaczął nieśmiało. Po chwili zrozumiał, że był to błąd. Duży błąd. Jego pacjent odbezpieczył broń bez żadnego ostrzeżenia i skierował ją prosto w jego stopę. – Wiesz ile newralgicznych punktów ma ciało człowieka? – zapytał spokojnie, tonem, który mógłby świadczyć, że popijają sobie herbatkę w jednej z herbaciarni w centrum Baltimore. – Przypuszczam, że lepszy z ciebie doktor niż gracz, więc postaraj się sobie przypomnieć… No, dalej! Sanders wciąż nie odrywał oczu od końca pistoletu, który tym razem obrał kierunek lekko w lewą stronę, aby natychmiast, prowadzony silną ręką, wrócić na pożądany kurs. Teraz wycelowany był idealnie w jego klatkę piersiową. – Może ci podpowiem po prostu od czego zacznę – powiedział z lekkim zniecierpliwieniem – tak będzie o wiele prościej. Szczerze mówiąc myślałem, że jesteś trochę bardziej rozmowny… Zrobił dłuższą przerwę, aby dobitniej wyrazić swoją dezaprobatę. Próbował go złamać taktycznie. – Mogę cię uspokoić – rzekł. – Nie zacznę od kolana, chociaż byłoby niezłe na początek. Chyba najpierw spróbuję ze stopą. Tylko nie jestem do końca pewien którą… Ściągnij skarpetki! – C-co? – zdziwienie wzięło górę nad panicznym strachem. – No co się tak głupio pytasz? Zdejmij te śmierdzące kawałki tkaniny, które znalazły się na twojej nodze! Sanders posłusznie wykonał polecenie. Drżącymi rękami rozwiązał sznurowadło jednego, potem drugiego skórzanego buta. Czarne skarpetki odrzucił w kąt: – Proszę, niech mi pan nie robi krzywdy – błagał. – A co to za krzywda? – powiedział ze sztucznym zdziwieniem. – Gdybym miał takie sery, sam bym sobie w nie strzelił – zarechotał z własnego dowcipu, wpatrując się w stopy Sandersa, który nie wiedział zupełnie o co nieznajomemu chodzi. – W sumie podobne – skwitował. – To może obie, co, Sanders? – Błagam… Alvarez westchnął głęboko. – Ile razy jeszcze usłyszę to słowo, powiedz mi? Dobra, daje ci promocję – powiedział nie kryjąc zniesmaczenia. – Niech stracę, co mi tam. Zastanów się dobrze, bo to będzie moja ostatnia oferta. Lewa stopa wygląda trochę lepiej. Co ty na to, aby urządzić ją „po żołniersku”? W rozszerzone źrenice Sandersa wkradł się strach. Ale nie ten, który czuje się przed publicznym wystąpieniem, czy choćby rozmową kwalifikacyjną. O nie. To zupełnie nie ten rodzaj strachu. To bardziej ta ostrzejsza odmiana: – Zastanów się, proszę – powiedział ze łzami w oczach. – Ja wam oddam te pieniądze jak najszybciej! – No ja myślę – uśmiechnął się do niego, obnażając brzydkie, nierówne zębiska. – Nie zrozum mnie źle, ale moja wizyta tutaj kosztowała mnie paliwo i zużycie już i tak cierpiących klocków hamulcowych, których na razie nie mogę zmienić. Rana postrzałowa to chyba nic w porównaniu z tym co ja przeżywam, co? Ben przełknął głośno ślinę. – Przecież jesteśmy w szpitalu, wszyscy cię usłyszą… Alvarez nagle pacną się otwartą dłonią w czoło i zaczął chichotać. – Dziękuję Ben – powiedział – za przypomnienie mi o tym jednym małym cholerstwie. Wciąż śmiejąc się do siebie, wyjął tłumik z bocznej kieszeni dżinsów i powoli, nie tracąc kontaktu wzrokowego ze swoim lekarzem, zaczął wkręcać go w pistolet. Po raz kolejny odciągnął bezpiecznik. Sanders wstrzymał oddech i starał się uciec w głąb własnego umysłu. Kto wie? Działało w przeszłości może zadziała i teraz. Poczuł zimno metalu na swojej prawej stopie i gdy już otwierał oczy, aby zaprotestować, ręka napastnika owinęła mu się wokół szyi i zatkała mu usta. Alvarez nacisnął spust Beretty. Po opętanym ciszą pomieszczeniu potoczył się suchy trzask. Spust dotknął ścianki pistoletu, zanim został zupełnie zwolniony. Sanders znieruchomiał z przerażenia. 9 Madeleine Page siedziała za biurkiem, tocząc nieobecnym wzrokiem po ruchliwych ulicach słonecznego Baltimore. Taksówki, rowerzyści i mniejsze ciężarówki sunęły na razie całkiem płynnie. Będzie to trwało prawdopodobnie do południa, później korki zagoszczą w mieście pewnie aż do wieczora. Już wiesz, dlaczego przedstawiam wam te idiotyczne myśli młodej pani doktor? Cóż, niektórzy z was pewnie powiedzą, że po prostu jestem idiotą i nie mam co powiedzieć. Niezbyt mili panowie, skwitują poprzedni akapit jako kompletną porażkę i zrzucą całą winę na brak talentu. Niezbyt optymistyczna myśl. Prawda jest taka, że Madeleine Page miała tego dnia po prostu wszystko w nosie. Od paru dni nie myślała o niczym innym jak o wakacjach, których nie miała już od paru lat. Jej paliwo po prostu się zużyło. Karma skończyła się. Czyżby młoda psychoterapeutka również utraciła wiarę w życie? Polly obudziła ją dzisiaj chyba za wcześnie, doszła do wniosku, gdy Artur Cunningham, spełniony prawnik, który przychodził do niej raz w tygodniu wyłącznie dlatego, że dostał wyraźne rozkazy od żony. Przyznał to po trzecim spotkaniu. Po drugim zaś zrozumiał, że bardzo dobrze się tutaj czuje. Ponieważ niewielki wzrostem Artie, szybko się rozkręcił i od tego momentu gadał non-stop przez całe poranne sesje, Madeleine miała czas na przemyślenia nad swoim życiem. Cunningham zaczynał jej przypominać oddychające radio, z paroma dodatkowymi funkcjami, raczej niż poważną osobę z wyżyn społecznych, która konsultuje się z nią w sprawie swoich poważnych problemów. Nie miała żadnych obiekcji. Płacił jej za to tyle, że mogła przez półtorej godzinki pracować, jednocześnie mając przerwę. Doskonałe połączenie dla takiego kogoś jak Madeleine. Artie był klasycznym przykładem człowieka zadowolonego z życia, nie obarczonego żadnymi poważnymi schorzeniami. Był obrzydliwie bogatym czterdziestokilkulatkiem. Z jego opowieści wywnioskowała, że oboje z żoną są szczęśliwi, dzieci również. Dość pozytywne nastawienie przekonało ją do tego, że może mówić rzeczywiście prawdę. Cóż, zdarzają się skrajne przypadki, prawda? Polly obudziła ją dzisiaj zdecydowanie za wcześnie. Nie potrafiła się nawet choć trochę skupić nad tym co mówi Artie, cieszyła się więc, że nie zadaje żadnych pytań. Jej pomoc domowa, która bywała u niej w domu częściej niż rzeczywisty właściciel tego mieszkania, musiała dzisiaj wcześniej pojechać załatwić jakieś ważne sprawy. Nie wnikała w to jakie. Płaciła jej, wymagała również budzenia o właściwych porach. Nie miała jednak za złe Polly, że przyszła wcześniej niż normalnie. Jakoś to przeżyje, a w końcu jej schludnie poszufladkowane życie, można troszkę urozmaicić jakimiś anomaliami. Nic jej się w końcu nie stanie. Pięć lat temu, kiedy przeprowadziła się do tego miasta, jej życie stało się naprawdę trudne. Wcześniej miała wszystko pedantycznie ustawione, zaplanowane, każdą godzinę dnia obarczoną odpowiednią naklejką z opisaną czynnością. Tutaj, w Baltimore, stanęła na nowo z problemami, których wyzbyła się lata temu. Szukała pomocy, ale nie znalazła odpowiednich kandydatów. Pamiętała niezdarnych ludzi, którzy kręcili się po jej mieszkaniu. Dziewczynę, która przewracała wszystko w promieniu dziesięciu mil. Chłopca, który starał się jak mógł, nie miał jednak doświadczenia nawet z bobasami. A ona była znacznie większa. Poza tym nie mógł pomóc jej w bardziej intymnych czynnościach. Wreszcie starsza pani, która cały czas wciskała jej grzybową zupę domowej roboty, która po pewnym czasie doprowadziła do tego, że zaczęła spać w pracy. Tam przynajmniej d a ł o się wyspać. Polly była idealna. Jak na babcię w jej wieku, była w zaskakującej kondycji. Czasem Madeleine zastanawiała się skąd tyle energii i wigoru w tej kobiecie. Nie zapominała o niczym. Miały być dwie bułki na śniadanie i cztery jogurty truskawkowe do pracy i były. Była niesamowicie odpowiedzialna. Page podejrzewała, że miało to związek z tym, że wychowała trzech synów. Samotnie. Niezależna kobieta. Madeleine po cichu chciała być taka jak ona. Niezłomna, zaradna i wyemancypowana. Cokolwiek to pieprzone słowo znaczy. Tak naprawdę Polly miała na imię Nina. Była ukraińską emigrantką, mieszkającą w Stanach już ze czterdzieści lat. A może dłużej? Czasem, kiedy jesienna chandra dopadała także i Madeleine lub gdy po prostu miała już wszystkiego dosyć, Polly opowiadała jej jak żyła kiedyś bez zielonej karty. W ciągu całego jej życia pracowała już po prostu wszędzie. Od sprzątaczki po kasjerkę, od niańki bogatych bachorów po pomoc w pakowaniu zakupów. Dla niej priorytet stanowiło jedynie dobro jej trzech synów i rodziny. Mąż został skazany w politycznym procesie na ciężkie więzienie. Jej samej udało się uciec będąc w ciąży i mając przy boku dwójkę małych dzieci. Ale uciekła. Uciekła na początku lat pięćdziesiątych. Tutaj w USA życie było bezlitosne, ale powoli dostosowywała się do szaleńczego tempa i reguł kapitalistycznego świata. Musiała przetrwać. Wspierała wszystkich. Czasem odejmowała sobie od ust jedzenie, aby nakarmić swoje dzieci. Madeleine podziwiała ją z całego serca. Podziwiała ją, że nigdy się nie załamała. Prawdę mówiąc, czasem myślała o śmierci w chwilach zwątpienia. Polly była jednak tym przykładem, który pozwalał jej mieć nadzieję. To właśnie jej osoba była dowodem na to, że poradzić sobie można ze wszystkim. Nawet z kalectwem. Nawet z depresją, która zjadała ją od środka. Nawet z Artiem, gadającym naprzeciwko niej jak najęty, nie pozwalając jej wtrącić ani jednego słowa. 10 Powieki Bena zacisnęły się tak mocno, że oczy zalały mu się łzami. Płakał jak bóbr, czekając bólu, który, razem z niewielkim ołowianym pociskiem kalibru 9 mm, miał mu przeszyć kości śródstopia. Pamiętał jak uczył się o tym na studiach. Właśnie: studia. Będąc w collage’u nigdy nie spodziewał się, że doświadczy takiej chwili. Nieważne nawet, czy w końcu zarobi kulkę, ale kto by pomyślał, że jego własny pacjent będzie mu grozić pistoletem w jednym ze szpitalnych pomieszczeń? Z drugiej jednak strony, jeśli było gdzieś na świecie dobre miejsce na zdobycie rany postrzałowej, to szpital był w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem. Szamocąc się w objęciach napastnika, próbował z całej siły poruszyć rękę oprawcy, aby zmienić tor lotu kuli. Nieskutecznie. Przeciwnik był silny; nie dał Sandersowi przejąć inicjatywy nawet w jednym momencie. Alvarez nacisnął spust Beretty. Po opętanym ciszą pomieszczeniu potoczył się suchy trzask. Spust dotknął ścianki pistoletu, zanim został zupełnie zwolniony. Sanders znieruchomiał z przerażenia. Wyczekiwał momentu, w którym obce, nieprzyjazne człowiekowi ołowiane ciało, znajdzie się przez chwilę w jego organizmie, po czym wyleci drugą stroną. Czekał aż metalowa łuska z cichym łoskotem odbije się od podłogi i potoczy pod ławkę. Czekał w napięciu, ale nic takiego się nie stało. Alvarez zwolnił uścisk i powalił Sandersa na podłogę. – Masz tydzień, gagatku – powiedział, wpatrując się w niego dzikim wzrokiem. – Tydzień. Dokładnie za siedem dni, zjawię się tutaj po kasę. Jeśli jej nie będzie, jeśli nie będzie ciebie albo nie będzie czegokolwiek innego, co powinno tutaj być w przyszły wtorek, przestrzelę ci rękę. Zrozumiałeś? Sanders leżał jak długi na podłodze i spijał z ust każde słowo napastnika. No jasne, że zrozumiał! – Tak – wydusił w końcu. – To dobrze – rzekł, zdejmując swoje spodnie z parawanu i wciągając je pospiesznie na tyłek. – To świetnie. Zapiął rozporek, patrząc na Sandersa jak na wyjątkowo obrzydliwego robala. Schylił się i wyszeptał. – Co do tych kończyn. Rozmówię się jeszcze z szefem – puścił do niego oko. – Miłego tygodnia, doktorku. Schował gnata za pas i zniknął mu z oczu. Sanders dysząc ciężko, oparł głowę o stabilne podłoże, jakim była zimna podłoga. Starał się wziąć głęboki oddech. W kieszeni fartucha miał gdzieś malutkie pudełeczko. Odrzucił nakrętkę i wysypał na otwartą dłoń dwie malutkie pastylki. Połknął je łapczywie, niczym narkoman, który dostał w końcu swoje prochy. Leki uspakajające potrzebowały jednak trochę czasu, żeby zadziałać. Oparł się na łokciach i chwiejnie spróbował wstać. Zlepione potem włosy przykleiły mu się do czoła. Wytarł się pospiesznie rękawem swojego swetra. Drżącą ręką wymacał kurek z zimną wodą. Poczekał moment, aż woda stanie się naprawdę lodowata i zanurkował pod jej strumień. Jeszcze nigdy tak się nie cieszył, że na sobie ma biały fartuch – jego gacie były totalnie przemoczone. Nie zniósłby kolejnego upokorzenia. Wystarczyło, że posikał się jak małolat. Jak kompletna ciota. 11 Porucznik zebrał się w końcu z podłogi. Spojrzał na swojego Lorusa z fluorescencyjnymi wskazówkami. Nie mógł uwierzyć, że spędził tutaj prawie godzinę! Kartonowe pudło wsadził sobie pod pachę. Nóż, trzymany w prawej ręce, znalazł się wraz z innymi przedmiotami w papierowym wnętrzu. Wstał, wytarł tyłek z kurzu, na którym przyszło mu tutaj siedzieć i wyłączył starą lampę bankierkę, którą pożyczył z pomieszczenia obok, gdzie dyżurował dozorca. Niezła miejscówka jak na gabinet, tak nawiasem mówiąc. O ile ciasna klitka w piwnicy bez okien może być nazwana „gabinetem”. Powolnym krokiem opuszczał nieświeże podziemia. Nie wiedział, dlaczego na jego twarzy gości dziwny pół-uśmieszek. Mógł się jedynie domyślać. Odłożył lampkę na swoje miejsce i zabrał się na górę. Spojrzał z utęsknieniem na windę, ale wybrał schody i powlókł się na trzecie piętro, po czym rozłożył się wygodnie w swoim biurze. Zdjął niewygodne buty i położył nogi na blacie wysłużonego biurka. Czuł się jak Columbo. Często czuł się jak on. Może coś ich łączyło? Inny charakter, inne buty, inny prochowiec, ale spojrzenia na pracę to samo. Upartość ta sama. Znów się lekko uśmiechnął. Lily nie było w pomieszczeniu obok. Chociaż czasami nie mógł jej słuchać, kiedy głośno wyrażała o nim, co myśli, dziś ciekaw był jej zdania. W głębi duszy cenił ją nie tylko jako współpracownika, ale jako osobę, konsultanta w sprawach służbowych i czasem również w osobistych. No dobra, zwykle chodziło jedynie o kolor krawata, jaki miał założyć na kolację z żoną. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie; czyli dokładnie tak, jak zazwyczaj otwierały się, gdy wchodził do niego Beaver. Beaver był jego najlepszym kumplem, z którym zwykle po pracy relaksował się zimnym piwkiem i ligą mistrzów albo NBA. Był w tym samym wieku, zresztą znali się już od czasów przedszkolnych. Co prawda, nigdy nie chodzili ze sobą do jednej klasy. Dzięki Bogu, bo po kilku latach pewnie mieliby siebie dość. A tak, ich przyjaźń trwała już bardzo długo. Nie pytajcie, jak Beaver został Beaverem . Czołowi naukowcy zastanawiali się nad tym problemem wiele lat. Ale wtedy Beaver miał głębszą depresję, coś jak kryzys wieku średniego, tylko w tej bardziej pesymistycznej odmianie. Dopiero po paru latach wyszczerzył swoje zęby w soczystym uśmiechu. Do tego czasu nikt nie podejrzewał, skąd wziął się jego pseudonim. Benett wiedział od początku. Patrzył jak mały chłopiec z niechęcią wkłada do ust swoją szczoteczkę do zębów w kształcie zielonego smoka, którą przywiózł mu ojciec i szoruje mleczaki do perłowego połysku. Kilka lat później po tej wycieczce, wymienił ten komplet pierwszych zębów na bardziej zaawansowaną wersję. Jeszcze wtedy nie wiedział, że para jedynek sprawi mu nowy wizerunek, a – co za tym idzie – nową ksywkę. Teraz stał przed nim. W ustach jak zwykle miał balonową gumę do żucia; żując ją często nie mógł oprzeć się pokusie zrobienia z niej soczystego i nabrzmiałego od wdmuchiwanej do jego środka mieszanki azotu, dwutlenku węgla i szesnastu procent tlenu, różowego pęcherza. Zwykle utrzymywał się parę sekund zanim rozsmarował się mu na twarzy. Lily kiedyś opowiadała, że zrobił to w trakcie rozmowy o pracę; szefa rozbawił do tego stopnia, że stał się nowym pracownikiem załogi. Skurczybyk. Beaver wszedł i siadając na brzegu biurka, zapytał: – Krążą ploty, że to dzisiaj nastał ten wspaniały dzień – zdjął z blatu nogi Benetta. – Czy to prawda, Coby? Nie przerywając ciszy, jaka powstała po tym pytaniu, Jacob wskazał palcem pudełko stojące u podnóża biurka. Beaver powędrował po szlaku wytyczonym paliczkiem prawej kończyny swojego przyjaciela i musiał stwierdzić, że szanse na obejrzenie kultowego meczu konferencji wschodniej nagle stoczyły się ze stromych schodów na sam dół i uformowało kształt przypominający nierówne, jajowate zero: – Aha – skwitował z kwaśną miną – a mówiłeś wczoraj, że nie masz w tym tygodniu wiele do roboty. Benett spojrzał na niego, a potem na swój kalendarz. Obrócił go w jego stronę. – Zobaczyłem dzisiaj wpis w tym cholerstwie. – Cenisz rytuał bardziej niż dobrego kumpla? – zapytał Beaver, unosząc brwi. – Cenię tradycje bardziej niż przyjaźń – poprawił go Benett. – Tradycje to jedyne, co mamy w świecie, gdzie nie istnieje prywatność i trzeba dbać o własną tożsamość. Tożsamość to jedyne, co jest warte nawet tej najwyższej ceny, Beaver. Pamiętaj. Tak naprawdę na imię miał Bill. I był jego najlepszym przyjacielem z dzieciństwa. – Coby, po co ci to? – spojrzał do wnętrza pudełka. – Widziałem cię już z tym kartonem. Nie miałeś wtedy tęgiej miny. Tak naprawdę był taki sam jak Benett. – Nie namówisz mnie na mecz, Billy – powiedział do niego, trąc zmęczone oczy. – Czekałem na to od dawna. Prawda musi wyjść na jaw – wstał i podszedł do ekspresu do kawy. Zaproponował Beaverowi kubek. Odmówił. – Ale serio? – zapytał z nutą niedowierzania w głosie. – Po dwudziestu latach? Przecież to jest lepsze niż „mission: impossible”. Już pomijając fakt, że rozdrapiesz im dawne rany. Benett włożył papierowy kubek z napisem coffé i nacisnął jeden z guzików. Po chwili z ekspresu zaczęła się sączyć pachnąca kawa. Wyjął kubeczek i potrząsał czarnym płynem przez dłuższą chwilę. Obrócił się do Beavera, – Wiem – powiedział – ale nie mogę tego strawić, że to pieprzone pudełko gnije na dole cały ten czas. Nie mogę znieść myśli, że koleś, który jest odpowiedzialny za tą rzeź, cały czas jest na wolności. Powinien siedzieć w kiciu. Powinien się smażyć w piekle. Beaver przesunął językiem gumę na drugą stronę swojej jamy ustnej. – Jesteś tylko człowiekiem – rzekł – już zrobiłeś co do ciebie należało. Nie jesteś nic nikomu winien. Benett zamieszał plastykową łyżeczką wodnistą kawę: – Jestem. Cały czas byłem – powiedział. – Jestem winien to temu biednemu dziecku i tej dziewczynie. Jestem to winien jej ojcu. Podniósł kubek do ust. Przechylił go i wypił wszystko za jednym razem. Jestem to winien gnijącej głęboko pod ziemią pani Sanders.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 26.07.2012r.

1     

Nowokaina Użytkownik wpmt 31 07 2012 (10:11:45)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj
I tym razem, podobnie jak Awareness jestem pod wrażeniem Twoich umiejętności. Jednakże i ten tekst potrzebuje nieco przeróbek.

Strona techniczna. Rozdział jest naprawdę długi, podzieliłeś go ponadto na 11 części i każda przyporządkowana jest danemu bohaterowi. Widocznym jest jednak, że przed oddaniem tekstu do Poczekalni nie sprawdziłeś go uważnie. Zdarzały się zdania, które zostały skonstruowane w dziwny sposób lub po prostu, czegoś w nich zabrakło. Z pewnością jest to spowodowane Twoimi niedopatrzeniami. Kilka przykładów:

Nie chciała się przyznać, ale Ben wiedział, że nie musiała nic mówić.
- zdanie, które nie ma dla mnie większego sensu.

Jacob Benett junior, nie był grzecznym typem, co nie zostało dobrze przez jego starszego odpowiednika.
- "zjadłeś" jakieś słowo i to gdzieś w środku. Ponadto, pierwszy przecinek jest niepotrzebny.

Przyjrzyj mu się pan bardzo dokładnie, bo to zabawka.
- brakuje przecinka, chociaż osobiście, zmieniłabym na "Niech pan przyjrzy mu się bardzo dokładnie. To zabawka."

¬¬– Może się już orientujesz dlaczego, ty żałosny gnoju?
- w niektórych miejscach pojawiały się właśnie takie znaki, które pogrubiłam tutaj. To dowodzi, że nie czytałeś tekstu po wstawieniu na portal.

Mieli o tego prawo.
- chyba "do tego prawo".

Płakał jak bóbr, czekając bólu, który (...)
- źle skonstruowane. "Płakał jak bóbr, czekając na ból, który (...)"

To tylko niektóre ze zdań, które zasługują na Twoją uwagę.

Treść. Co do niej, nie będę się rozpisywać, wszystko dokładnie napisała Awareness. Podoba mi się Twój styl i to w jaki sposób operujesz językiem. Przez to właśnie stwarzasz naprawdę dobrą historię.

Byłaby szóstka z mojej strony, jednak te niedociągnięcia dają wrażenie zaniedbania. Dlatego na chwilę obecną wystawiam piątkę.
Pozdrawiam

Awareness Użytkownik wpmt 27 07 2012 (21:30:30)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj. Zachęciłeś mnie abym skomentowała tę pracę, więc skomentuję. Mam nadzieję, że mnie nie zawiodłeś.
W początkowych rozdziałach przewijają się 3 historie. Historia lekarza, porucznika i terapeutki. O ile hostoria tej ostatniej nie została bardziej rozwinięta, to już porucznika i lekarza tak.
Zacznę od historii z lekarzem. Bardzo interesująco przedstawiłeś problemy związane z nałogiem. I to nie byle jakim, tylko z uzależnieniem od wyścigów konnych. W tejże części znalazłam kilka niedociągnięć. Pamiętasz ten moment z kontami w banku? Piszesz tam " opróżnił wszystkie konta w banku i postawił je na wyścig". Czy to przypadkiem pieniędzy nie stawia się na wyścig, zamiast kont w banku? Pisałeś też, że "ostatnie pieniądze rozeszły się jak ciepłe bułeczki". Te "ciepłe bułeczki" zastąpiłabym czymś bardziej dojrzałym - np. "Rozeszły się w mgnieniu oka". Co Ty na to? Pojawiło się tyam także powtórzenia słowa "był". Kolejnym fragmentem, który mi nie pasuje jest ten, gdzie piszesz o słabostkach. Wygląda na to, że każdy ma słabostki takie same jak Twój bohater. Po prostu źle to ująłeś.
Do 2 rozdziału nie mam zastrzeżeń. Podoba mi się.
Kolejny rozdział urzekł mnie natomiast dialogiem. Bardzo zręcznie go napisałeś. Akcja z pacjentem także poprowadzona została ciekawie.
Kolejny jest także dobrze napisany.
Rozdział 5 opowiada o terapeutce. I chyba on podoba mi się najbardziej. Znakomicie wplotłeś moment ze Złotym Środkiem do fabuły. Brawo.
Kolejna część również mi się podobała. Zręcznie wprowadziłeś napięcie, by potem móc je uspokoić. Gdy wszystko zmierza ku dobrej drodze okazuje się, że jednak pistolet jest prawdziwy! I znowu skoczyło nam ciśnienie...
Muszę Cię przeprosić, ale nie będę już rozprawiała o każdym z pozostałych rozdziałów. Z prostej przyczyny - są równie dobre (dochodzi także moje lenistwo, ale to już osobna sprawa).
Drogi Kamilu. Nie zawiodłeś mnie. Ale zaskoczyłeś. Uwielbiam Twoją prozę, Twój styl. Rośniesz nam na portalowy wynalazek, albo ewenement. Znakomicie. Czekam na dalszy ciąg. Szósteczka z minusem, za początkowe niedociągnięcia
Pozdrawiam. Awareness.



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(40): 40 gości i 0 zarejestrowanych: