warto go przeczytać
Stałam na skraju skarpy i spoglądałam w dół, patrząc jak fale rozbijają się o skały. Byłam świadoma tego, że w każdej chwili mogę spaść i zabić się. Napędzało mnie to adrenaliną jeszcze większą niż skok na bungee. Bryza morska rozwiewała mi moje włosy, dając uczucie świeżości i chłodu. W oddali słychać było pisk mew, które zataczały koła nad niewielkim cyplem.
Zmrużyłam powieki, spoglądając na zachodzące słońce. To był piękny widok. Natura była piękna. Wszystko w tym momencie mogłabym nazwać doskonałym. Wraz ze znikającym słońcem z linii horyzontu, robiło się coraz zimniej. Otoczyłam się ramionami i usiadłam na brzegu przepaści. Było mi zimno, bardzo zimno.
- Anna?! - usłyszałam krzyk z daleka.
Obróciłam głowę dostrzegłam znaną mi sylwetkę chłopaka. To był John; równie pospolite imię jak on sam. Był wysokim brunetem, z szerokimi barami i zabawnymi wąsikami. Nie wiem, co on tu robił, ale nie powinno go tutaj być. Nigdy. Przenigdy.
- Co ty tutaj robisz? Zimno jest, chodź ze mną - wołał.
- Odejdź. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć.
Łzy napłynęły mi do oczu, widząc jego smutną i zatroskaną twarz.
- Przepraszam cię, Aniu. Moglibyśmy porozmawiać…
- Nie ma o czym mówić i nigdy nie będzie - krzyknęłam, cofając się o krok w tył.
Wiedziałam doskonale, jaki był. Pod maską porządnego faceta, skrywał się podstępny lis, gotowy skusić niewiastę do złego czynu.
- Aniu…- podszedł o krok.
- Nie zbliżaj się - krzyknęłam.
- Dobrze, tylko uspokój się. Chodź ze mną. Dam ci gorącej herbaty i ciepłe łóżko.
- Nie chcę niczego od ciebie!- zawołałam wojowniczo.
Zrobiłam minimalny krok w tył i poczułam brak gruntu pod stopą. Zachwiałam się. John podbiegł do mnie i złapał mnie prosto w ramiona. Poczułam jego bliskość i zaczęłam się buntować. Krzyczałam i wyrywałam się na zmianę. A on niewzruszenie trzymał mnie w objęciach. Wreszcie się poddałam i opadłam w jego silne ramiona.
Po policzkach potoczyły się wielkie łzy. On otarł je kciukiem i pocałował mnie w czoło. Nie chciałam tego. Nie chciałam jego bliskości. Przytłaczał mnie. Dusił. Zatracałam się w nim nieodwracalnie. Ponownie.
Nagle widok morza nie spodobał mi się, a pisk mew, wydawał mi się niemym krzykiem mojego serca. Każda część mnie chciała jednocześnie uciec od niego i na zawsze do niego przywrzeć.
- Jestem tutaj, przy tobie. Jesteś bezpieczna - szepnął mi do ucha.
- Nie. Nie chcę tego! Odejdź! - krzyczałam. Chciałam się wyszarpać z jego silnych ramion, ale on nie chciał puścić.
- Aniu… Proszę cię. Nie walcz ze mną. Z naszą miłością. W domu czeka na nas Gosia, nasza córeczka. Tęskni za tobą.
- Ona nie żyje! To wszystko kłamstwo.
- Uspokój się i chodź ze mną - powiedział, ponawiając zachętę.
- Nie cierpię cię! Mam ciebie dość. Odejdź z mojego życia.
- Nie mogę. Mamy przecież naszą córeczkę.
- Nie ma jej! Zabiłeś ją - krzyknęłam.
Coś w jego wyrazie twarzy drgnęło, a mnie przed oczami stanął obraz z tamtego dnia.
Jedliśmy wspólne śniadanie; ja, John i Gosia. Smażyłam właśnie śniadanie, a on siedział przy stole. Kazałam porozkładać Gosi sztućce. Jeden z noży upadł na podłogę. John był wybuchowym człowiekiem, więc w jednej chwili potrafił się zmienić ze spokojnego człowieka w agresywną bestię. Wstał, odrzucając krzesło do tyłu i podszedł do wystraszonej Gosi.
- Dlaczego upuściłaś nóż na ziemię? Dlaczego?!
Dziewczyna się rozpłakała, co tylko go rozjuszyło.
- Przestań się w końcu mazać! Jesteś taka sama jak twoja zdzirowata matka. Nic tylko płaczesz. Masz dwanaście lat! - krzyknął i uderzył Gosię prosto w twarz z taką siłą, że ta upadła na podłogę.
Upuściłam talerz na ziemię, który rozbił się w drobny mak. Podeszłam do Johna i powiedziałam:
- Nie waż się więcej tknąć mojego dziecka. Zrozumiałeś?!
Jego twarz wykrzywiał grymas wściekłości, ale nic nie powiedział. Pochyliłam się nad Gosią i dotknęłam z czułością jej twarzy i przyciągnęłam do siebie. Powoli ją kołysałam, aż płacz ucichł. Wdzięczna, przytuliła się do mnie. Spojrzałam wtedy kątem oka na Johna, który stał z poczerwieniałą twarzą.
- I co, dumny jesteś? - zapytałam.
Podszedł tylko do mnie i szarpnął mnie mocno za włosy. Krzyknęłam z bólu, a on rzucił mną o ścianę. Kiedy leżałam obolała na podłodze, on wykorzystał tę sytuację i zaczął okładać Gosię pięściami. Wyrywała się i piszczała, a to go tylko napawało żądzą krwi.
- Przestań - szepnęłam, a potem powtórzyłam nieco głośniej rozkaz. Kiedy w dalszym ciągu mnie nie słuchał, wstałam lekko skołowana i podeszłam do niego. Uderzyłam go otwartą ręką w twarz i odepchnęłam na bok. Szok wywołany tym nagłym atakiem obrony, na moment unieruchomił go w miejscu.
W tym samym czasie dotknęłam, rozoranego czymś ostrym, policzka Gosi. Odgarnęłam blond włosy z jej twarzy i moim oczom ukazała się mocno zmasakrowana twarz. Łzy wściekłości i bólu spłynęły mi po policzku.
- Wynoś się stąd. Natychmiast! - krzyknęłam.
Złapałam nóż, który przed chwilą upuściła Gosia i zamachnęłam się nim w powietrzu, dając mu znać, że mogę mu wyrządzić krzywdę, jeśli tego będę chciała. Nadal rozwścieczony spojrzał tylko przelotnie na naszą martwą córkę i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
Od tego wydarzenia minęły dwa lata, a ja nadal czułam ból po stracie córki. Wstręt do Johna rósł z każdą sekundą w moim życiu, ale było coś takiego w nim, co przyciągało mnie. I za to siebie jeszcze bardziej nienawidziłam.
Teraz stojąc, przytulona do niego na skraju skarpy, miałam ochotę zrzucić go w dół. Ale sądzę, że bardziej ucieszyłaby mnie myśl, że umierał w męczarniach.
- Aniu, o czym ty mówisz, do jasnej cholery? - jego głos był spięty i informował mnie, że zaraz wybuchnie.
- Nie pamiętasz? Zabiłeś naszą córkę, bijąc ją - odparłam słodko. Już się go nie bałam. O, nie. Teraz to ja będę górą!
- Aniu… Ty oszalałaś.
- Ja oszalałam?! Biłeś ją tak długo, aż jej twarz nie była zmasakrowana. A za co ją zabiłeś?! Za to, że upuściła cholerny nóż.
- Mogła uważać, co robi - warknął ostrzegawczo.
- A ty mogłeś się leczyć - wysyczałam do jego ucha.
Moment szoku, który odmalował się na jego twarzy dał mi chwilę do działania. Wyrwałam się z jego objęć i popchnęłam w stronę skraju urwiska.
- Mam nadzieję, że będziesz wiecznie zdychał w piekle - powiedziałam.
Jego twarz gwałtownie zmieniła się w maskę wściekłości, a kiedy poczuł, że nie ma gruntu pod nogami zbladł i wrzasnął w tym samym momencie, kiedy zniknął w morskiej otchłani.
Słońce już dawno skryło się za horyzontem. Spojrzałam jeszcze raz w dół, ale nie ujrzałam jego ciała. Jakaś mewa przeleciała nade mną i zapiszczała, jakby wydając okrzyk triumfu, zamiast mnie.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 20.02.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46543 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 31 gości i 8 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Mii, Wojtex81, sniadaniedolozka, Maszard Namalowski