warto go przeczytać
Pseudonim: skandalistka
- Kim jesteś? – czarnowłosa powoli otworzyła oczy.
W granatowych oczach odbijały się tańczące, kolorowe świetliki. W białej sali było niesamowicie jasno, jak gdyby samo słońce chciało obudzić śpiącą dziewczynę. Jej czarne włosy kontrastowały się z bielą tak, jakby ktoś rzucił węgiel na puchaty śnieg. Biała postać tonęła w nich, rzucając granatowe oczy na wszystkie strony. Przy jej łóżka siedziała szczupła kobieta. Po atramentowych oczach i hebanowych włosach można było wywnioskować, że jest to matka leżącej dziewczyny.
- Kim jesteś?! – dziewczyna podniosła się do góry z wrzaskiem przenikliwym do szpiku kości. Kobieta delikatnie dotknęła dłoni dziewczyny, która z obrzydzeniem odsunęła się. – Nie dotykaj mnie! Kim jesteś?! KIM JESTEŚ?!
- Córeczko. To ja... mama...
- Nie znam Cię. – dziewczyna osunęła się na łóżku i z lodowatą pogardą patrzyła na bladą kobietę. – Mów prawdę! Kim jesteś?
- Twoją mamą.
- Nie kłam! Przestań kłamać! Przestań! – czarnowłosa objęła rękoma głowę i kręciła nią, kopiąc nogami pościel. – Wyjdź stąd! WYJDŹ!
- Ale...
- Niech pani stąd wyjdzie. – kobieta ubrana na biało pojawiła się w drzwiach. – Potrzebuje teraz spokoju.
- Ty też stąd wyjdź! – krzyknęła dziewczyna do kobiety, która powoli zaczęła się do niej zbliżać. – Idź stąd!
Dziewczę odprowadziło kobiety wzrokiem do drzwi, po czym rzuciło się na łóżko. Skuliła się i zaczęła wpatrywać się w okno, za którym wesoło ganiały wiewiórki po drzewach. Wiosna. Pąki niesamowicie szybko rozchylały się na wysokich drzewach, które swoimi gałęziami głaskały framugi okna. Soczyście zielona trawa, błękitne niebo z białymi obłoczkami powinny wprawiać w cudny nastrój każdego śmiertelnika, który miał w sobie choć małe ziarnko wrażliwości. Mrugając szybko powiekami, dziewczyna pochłaniała wzrokiem te wszystkie stworzone rzeczy, lecz czuła całkowitą pustkę. Powolutku, granatowe oczy przysłoniła zasłona snu.
*
- Kim jesteś? – czarnowłosa powoli otworzyła oczy.
Ogarniała ją całkowita ciemność, jedyne światło znajdowało się przy postaci ubraną na biało. Nie, nie był to fartuch. Była to lśniąca szata, która mieniła się jak diamenty błyszczące w promieniach słonecznych. Czy ta istota.. to było słońce? Gdyby nie widać było delikatnych rysów twarzy i burzy kręconych blond loczków, bez namysłu odpowiedziałabym tak. Więc, jeśli nie była słońcem – to czym była?
- Kim jesteś?
- Nie krzyczysz. – odpowiedziała istota. – Czyżbyś się bała?
- Kim jesteś?
- Dlaczego tak usilnie chce się dowiedzieć? Czy śmierci patrząc w oczy, też pytasz się, kim jest? – świetlista istota z ciekawością przyglądała się dziewczynie, powoli przekręcając głowę raz na jeden, raz na drugi bok.
- Czego ode mnie chcesz?
- Nie można grzeczniej?
- Nie bardzo. Gdzie jestem?
- Czemu żądasz? Czy życie nie nauczyło Cię, kim należy być, by przeżyć?
- Nie pamiętam jakie było moje życie. – dziewczyna odwróciła się. – Nie pamiętam. Nic.
- Czy nie cieszy Cię to, że dostałaś całkiem nowe życie? Dostałaś szansę, by zacząć swoje życie od nowa, uczynić je lepszym, niż było.
- Kto dał mi taką szansę?
- Bóg. – postać uśmiechnęła się, a blask ogarnął teraz całą ciemność, pochłaniając ją.
- Nie wierzę w Boga.
*
- Proszę się nie martwić. To całkiem normalne – z nicości wyrwał ją spokojny, całkiem przyjazny głos mężczyzny – Nie musiała stracić pamięci na zawsze. Jest to dla niej na pewno wielki wstrząs, wybudzić się ze śpiączki po tak wielu miesiącach. Ujrzała świat na nowo. Proszę dać jej czasu.
-Marysiu... Marysiu?
- Gdzie jestem?
- Córeczko...
- Nie mów tak do mnie. – dziewczyna zsunęła ze swojego ramienia białą rękę kobiety – Gdzie jestem?
- W szpitalu.
- Psychiatrycznym? Wypuście mnie stąd! – lekarz złapał Marię za rękę, która chciała wyrwać sobie kroplówkę z ręki.
- Dziewczyno, zwariowałaś?! W żadnym psychiatrycznym! Zrobisz sobie krzywdę! I przestań mnie gryźć! Siostro, proszę podać jej coś na uspokojenie. A najlepiej to niech pójdzie spać. – napięta ręka czarnowłosej, natychmiast rozluźniła się, kiedy tęga dziewczyna z wielką strzykawką podała jej leki.
Wysoki facet, blondyn, około 50-tki. Szczupła kobieta, czarnowłosa, około 30-tki. Oboje wyglądają mi na obcych, brakuje im tylko zielonych czułków i butli tlenowej. I ta wkurzająca czystość! Jakaś mgła... Zasypiam.
*
- Gdzie jestem?
- A na co Ci to wygląda? – jaśniejąca postać rozłożyła ręce i tak jak zawsze, przechyliła głowę na bok.
Ciemnowłosa rozejrzała się. Ciemność. Niekończąca się ciemność. Jeden krok. Drugi, trzeci, czwarty. Szła przed siebie, w bezgraniczną ciemność. Szła, ale nie oddala się od tajemniczej, świetlistej postaci.
- Wygląda mi to... – próbowała przypomnieć sobie jakiś tekst z książki, które bardzo lubiła, lecz nie umiała znaleźć żadnej formułki. – Na nicość.
- Pustka? – postać łagodnie uśmiechnęła się. To było wkurzające, patrzeć jak uśmiecha się przeżywając radość, która brała się... z pustki? – Musisz zacząć ludziom ufać. Bez nich, nie zbudujesz nowego życia. Masz 15 lat, na imię Marysia i nowe życie. Bez problemów, ale też bez wspomnień. Ryzykowne.
- Ale jak mam zaufać ludziom? Jak?!
Jaśniejąca Dama zrobiła jeden krok. Potem drugi, trzeci, czwarty... Tym razem to ona oddalała się od oderwanej z rzeczywistości dziewczyny. Powoli jej blask błysnął, tak jakby tym razem ciemność pochłaniała jej radość i jej życie. Tym razem to ona cierpiała, tracąc swój blask bytu. A może tak się tylko zdawało? Może, szła ocalić inne zagubione istnienie, które nie umiało wyruszyć samo w nową drogę życia.
- Poczekaj! Powiedz... powiedz tylko jak!
- Nie wołaj mnie. I tak się nie cofnę – postać odwróciła się i posłała ostatni swój przerażająco szczęśliwy uśmiech. I jej blask zniknął.
*
- To mój dom? Jest śliczny! - czarnowłosa stanęła przed dużym, obrośniętym bluszczem domem z czerwonej cegły. Framugi okien głaskały soczyście zielone liście drzew, które cieszyły się uwolnieniem z białych pąków swojego dzieciństwa.
- To chodź do środka, jeśli to Ci się podoba, to boję się co będzie w środku! – kobieta uśmiechnęła się i przekroczyła próg domu. Dziewczyna uniosła swoje granatowe oczy, na błękitne niebo i westchnęła:
Nie wołaj mnie, już się nie cofnę. – ruszyła powoli w stronę ciemnoczerwonych drzwi nowego życia. – Już idę, mamo!
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 15.02.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46543 | Użytkownicy: 3566
Online(39): 31 gości i 8 zarejestrowanych:
exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Mii, Wojtex81, sniadaniedolozka, Maszard Namalowski