Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt

Nie opuszczaj mnie [1]

Ona tak mnie kocha, że świata poza mną nie widzi. I dlatego kocha.
(„Sputnik Sweetheart” H. Murakami)







Obudziła ją melodyjka z Titanica, którą od 1999 roku, kiedy to usłyszał o niej świat, uważała za irytującą. Wyłączyła szybko budzik i delikatnie wyplątała się z objęć leżącego obok mężczyzny. Obróciła się i w ciszy przyglądała się, jak śpi. Go nigdy nie budził pierwszy dźwięk zegarka, może trzeci – czwarty owszem. Patrzyła na pełne usta, teraz lekko uchylone i powieki mocno zaciśnięte z wyjątkowo, jak na mężczyznę, długimi rzęsami. Ustami dotknęła ciepłego policzka, nałożyła, zostawiony w szczycie łóżka, szlafrok i i wyszła do kuchni.
Lubiła wstawać o 6 od małego. Wtedy zakradała się do łóżka rodziców i wchodziła między nich. Tata mruczał, że ma zimne stopy i obejmował, każąc spać, ale ona już nie była w stanie. Zaczynała opowiadać, co dzisiaj będą robić, gdzie chciałaby pójść, w co się bawić. Mama uśmiechała się sennie, brała ją na ręce i robiły razem śniadanie. Pozwalała jej myć warzywa i smarować plastikowym nożem kromki chleba. Pamięta to jak dzisiaj. Gdy była dużo starsza, o 6 zazwyczaj wracała do domu. Zawsze przez Pola Mokotowskie. Siadała na ławce przy stawie i patrzyła jak słońce wschodzi. Przymykała powieki, uśmiechała się lekko i przeczesywała powoli włosy. Uwielbiała takie chwile, należały tylko do niej. Tak poznała Jego. Pewnego ranka siedział na ławce oddalonej o kilka od jej ławki. Także miał oczy przymknięte, ręce splecione pod głową. Był taki... skupiający na sobie uwagę. Ciemny, tajemniczo przystojny. Groźnie przystojny. Usta pełne, te rzęsy. Włosy gęste, zarost trzydniowy. Taki zadbany, ale nonszalancki. Nie zwrócił wtedy na nią uwagi, ale ona wróciła do domu, wzięła prysznic i nie mogła zasnąć. Chodziła po pustych pomieszczeniach i nie mogła znaleźć w nich starej siebie. Zaparzyła kawy, nałożyła grube, wełniane skarpety od babci, szeroki kardigan ojca i z kolanami pod brodą usiadła na kanapie w pokoju. Po chwili usłyszała kroki w sypialni rodziców, śmiech mamy. Uśmiechnęła się na te dźwięki, bez których chyba nie była tym, czym jest teraz. Czym była wtedy. Ojciec wszedł do salonu i uśmiechnął się pogodnie.
- Nie śpisz, całodobowcu?
Odpowiedziała uśmiechem i spojrzała na niego wymownie. To była ich zabawa. Nic nie mówili na początku, a druga osoba po geście lub mimice musiała zgadnąć, o co chodzi. Mężczyzna spojrzał na córkę i również się uśmiechnął.
- Spotkało cię coś w parku?
- Ciepło, tatusiu.
- Hm... ale nie miłość, prawda? 5 nad ranem nie jest dobrą porą na miłość.
- Tato, chyba nie chodzi o porę, tylko o samą miłość. Jaką ma być, jaką jest.
- Możliwe, skarbie. Możliwe.
Widziała go na tej ławce jeszcze kilka razy, zawsze w niedzielne poranki. Nigdy nie zwracał na nią uwagi, ona za to przyglądała mu się długo, wyzywająco. Kiedyś jednak nie przyszedł. Spojrzała na jego pustą ławkę i poczuła zawód. Zawód! On, nieznajomy, rozczarował ją. Zbliżyła się całkiem zrezygnowana do swojej ławki i zobaczyła niebieską kopertę. Pismo było ostre, przechylone ku prawej stronie, zdecydowane. „Piątej nad ranem” podpisane. Chwyciła kopertę łapczywie i usiadła po turecku. Zamknęła oczy i przysunęła sztywny papier do nosa. Pachniał kasztanami. Uśmiechnęła się. Otworzyła. Serce biło jak oszalałe, podniecone.

„Dzisiaj mnie nie będzie. To znaczy już byłem, musiałem zostawić to tutaj i dopilnować, by trafił we właściwe ręce. Ja to wszystko powinienem Ci powiedzieć. Masz piękne włosy i palce. Oczy przejrzyste. Błękitne, prawda? Gdy patrzysz, na Twoim czole tworzy się taka śmieszna zmarszczka. Myślisz, że nie widzę, ale widzę. Pierwszy raz przyszedłem tutaj przez przypadek, później... bo musiałem. Ja to wszystko powinienem Ci powiedzieć, ale nie znamy się przecież. Jedyne, czego nie wiem o Tobie, to Twoje imię.
D.”


Przeciągnęła się leniwie i uśmiechnęła na samo wspomnienie. Jeszcze niedawno wzruszała się, myśląc o tym. Nie wiedziała, czym jest szczęście, może świadomością tego, co ma się tu i teraz. Tego, że to cieszy. Wypełnia.
Włączyła radio i wstawiła wodę na poranną kawę z mlekiem, bez której prawdopodobnie nie umiałabym egzystować. Prezenter rozmawiał o najnowszym filmie z Romą Gąsiorowską. Zazwyczaj irytował ją głos aktorki, ale tym razem uważała go za dosyć przyjemny. Wyjrzała przez okno. Słońce leniwie, wydawałoby się... z pewnym oporem, wstawało i wychylało zza wieżowców. Po prawej stronie był park, a w nim już pierwsi ranno-wstający spacerowali ze swoimi psami. Po przekątnej, na balkonie zauważyła pana Tadka, miłego grubaska, w skupieniu palącego papierosa. Zawsze nosił spodnie zawieszone w połowie pokaźnych pośladków i jego nieświadomość tego faktu zawsze przyprawiała ją o szczery śmiech.
Gdy zalała kawę, poszła wziąć długi, letni prysznic. Ciepła woda przez całe 15 minut rozbudzała jej nagie ramiona, piersi i biodra. Powoli mydliła skórę żelem, dokładnie masowała włosy i uśmiechała sama do siebie. Nagle usłyszała dzwonek telefonu... nie swojego, Dawida.
Rozczesała swoje krótkie, niesforne włosy, umyła zęby i owinięta w ręcznik wyszła do kuchni. Przy oknie stał Dawid. Dłonie schował w kieszenie szlafroku i nieobecnym wzrokiem wyglądał przez szybę. Być może obserwował to samo, co jeszcze niedawno widziała Oliwia. Podeszła do niego na palcach i pocałowała w szyję. Była wysoka i bardzo smukła, ale i tak głową sięgała jedynie jego podbródka.
- Kochanie? Gdzie jesteś? - zajrzała mu w oczy. Były ciemniejsze niż zwykle, rozbudzone, co nie było naturalne i objęte jakby cieniem. - Dawid, hallo?
- O, to ty... - spojrzał na nią i uśmiechnął się ciepło, dotykając dłonią policzka.
- Tylko ja, wypędziłam tuzin twoich kochanek, nawet zbytnio nie protestowały...
Zaśmiał się szczerze. I całkiem szczerze to nikt inny nie rozśmieszał go tak jak ona. Gdy się śmiał, ona nigdy nie śmiała się razem z nim, tylko urywała i przyglądała mu się, przekręcając głowę na lewą stronę. Była taka krucha, niewinna. Nieświadomie zatapiała swoich rozmówców w ogromnych, błękitnych oczach, nigdy nie malowanych. Były dzikie i szczere, mocno zaznaczone ciemnymi brwiami i gęstymi rzęsami. Równie trudno było oderwać wzrok od jej ust – z kącikami uniesionymi wiecznie do góry. Zauważył je już wtedy, o świcie, nad stawem. Nie wiedział, czy skradła tę czerwień różom, a błękit oczu niebu, czy może jest nierzeczywista. Nie znał jej, ale wiedział, że jest dobra. To trochę jak z Bogiem, On też coś niecoś wiedział. I On pewnie znał rozwiązanie tego spektaklu, którego punkt kulminacyjny zbliżał się nieuchronnie, a Oliwia była za bystra i zbyt uważna, by nie zauważyć, co się dzieje. Byli ze sobą już cztery lata, cztery intensywne lata. Nikt nie chciał go znać tak dogłębnie jak ona. Ona. Oliwia.
- Kto dzwonił? - zapytała, zalewając mu kawę.
- Z Wrocławia. Mam przyjechać na odczyt. Wszystko załatwione, zarezerwowany hotel... no, wszystko jak najlepiej. Tylko jechać. - przyjrzała mu się uważnie, tradycyjnie marszcząc brwi.
- I? I co jeszcze mówili, hm?
Odwzajemnił spojrzenie i bezradnie opadł na krzesło. Przetarł czoło dłonią i również zmarszczył brwi. Nie chciał tego wymówić na głos, nie chciał, by ona to słyszała. Nie chciał. Po prostu. Mógł nie chcieć, prawda?
- Chcą bym dał im odpowiedź teraz, gdy będę na tym odczycie... Oliwka, wiedziałaś, że tak teraz będzie. Jestem specjalistą w tej dziedzinie. Zaczynam robić habilitację. Warszawa już mi nie wystarcza. A ty? Ty masz ostatni rok, pracę w redakcji, te swoje spendy kulturalne, wieczorki... Boże, nie wiem. Chcę tam pojechać, chcę się rozwijać, dać coś z siebie ludziom. Oddać siebie. Nie wiem, nie wiem... powiedz coś – spojrzał na nią błagalnie i uśmiechnął się smutno.
- Ale co ja mogę? Wiesz, co najchętniej bym powiedziała... przecież wiesz najlepiej... powiedziałabym to, czego nie chciałbyś usłyszeć, a może być chciał? - skrzyżowała ramiona i spuściła wzrok, myśląc o czymś intensywnie. Wiedziała, że ta chwila w końcu nastąpi, starała się o niej nie myśleć, odsunąć w czasie, ale ona sama się o siebie upomniała. Faktycznie, miała ostatni rok dziennikarstwa. Pracowała w swojej gazecie. Wyjeżdżała jako korespondentka. Nikt nie pisał takich reportaży jak ona, nikt nie umiał tak dotrzeć do ludzi i wydawało się, że nikomu innemu ludzie nie chcą opowiedzieć swojej historii. Powoli stawała się popularna w kręgach publicystycznych, zauważalna. Dawid był taki z niej dumny, śmiał się, że dociekliwość wypracowała sobie na nim. Rodzice także byli dumni... właśnie, rodzice. Ze względu na nich też nie chciała opuszczać Warszawy. Mama ostatnio dziwnie się czuła, miała iść do szpitala, zrobić kompleksowe badania, a tata... był jej najlepszym przyjacielem. Podniosła głowę.
- Dawid, ale ty przecież nawet nie zapytałeś, czy pojadę z tobą. Nie powiedziałeś – kochanie rzuć wszystko i jedź ze mną!
- Oliwia... - spojrzał zmieszany – bo ja nie wiem, czy miałbym tam czas dla ciebie... Rozumiesz? Będę pracował codziennie, wolny czas spędzał w bibliotekach lub w laboratorium. I tak przez pięć lat. Kochanie, rozumiesz, prawda?
- Nie, nie, nie, nie, nie! Czemu nie rozmawialiśmy głębiej o tym wcześniej? Powiedz!
Dawid spojrzał na nią z bólem. Co mógł zrobić? Miał w sobie coś, czego nie mógł się pozbyć. Rodzice, znani w Polsce neurochirurdzy, od małego wmawiali mu, że praca i sukces są najważniejsze, że musi przede wszystkim polegać na sobie, spełniać się w tym, co kocha.
Miłość do Oliwii była dla niego zawsze czymś nierzeczywistym, całkowicie odrealnionym. Była cierpliwa, wyrozumiała, pełna energii i pomysłów. Nigdy nie narzekała. Nigdy nie wymawiała się bólem głowy, niewyspaniem, brakiem czasu. Zachowywała się, jakby miała dobę rozszerzoną o kilka godzin ekstra, by załatwić wszystkie swoje sprawy. Miała czas na studia, pracę, rodzinę, przyjaciół, sport, wyjazdy. I przede wszystkim na niego. By wstać i zrobić mu kanapki do pracy, by wyskoczyć z nim na lunch, by zabrać do kina lub porozmawiać w parku. Nie wiedział jak sobie poradzi bez jej uśmiechu, pocałunków, bez jej wesołych opowieści. Nie wiedział, jak odnajdzie się w pustym łóżku, w którym zabraknie rozwartych ud, wyciągniętych ramion, jęków. Ale wiedział też, że ona tam się zmarnuje, zmęczy, zanudzi, może nawet przestanie go kochać. Może znienawidzi. On naprawdę chciał poświęcić całe 5 lat na habilitację. Chciał dopracować lek, którego działanie było jeszcze owiane tajemnicą, ale gdyby tylko zadziałał, ocaliłby życie tylu osobom. Ta świadomość sprawiała, że był gotów poświęcić wszystko. Wszystko. Był gotów odsunąć na dalszy plan siebie i przede wszystkim ją, Oliwię, by wrócić do niej za 5 lat. Wierzył, że historia Penelopy zapadła jej wystarczająco w pamięć, by przełożyć ją na własne życie. Być może były to tylko mrzonki, na których nie powinien opierać swojego być albo nie być. Musiał spróbować, był stworzony do podejmowania ryzyka, do spełniania swego celu. Spojrzał na jej śliczną, niewinną buzię. Na śniade policzki. Czarne, krótkie włosy, które tak lubił mierzwić. Ramiona lekko jej drżały. Dolną wargę przygryzła. Walczyła ze sobą. Chciała się gniewać i nie umiała. Chciała po kobiecemu trzasnąć drzwiami i wykrzyczeć wiele słów, których by żałowała po czasie. Wiele chciała, ale kochała go i nie mogła go stracić. Nie mogła mu niczego zabronić. Zawsze był zajęty i poświęcony wyższej idei, to musiało pójść o krok dalej. Jakoś nigdy nie wierzyła, że zostawi to i będzie ułożonym mężem szalonej dziennikarki. Musiała pozwolić mu być sobą. Kochała go jak nigdy nikogo, dlatego... Zrezygnowana podeszła do niego i usiadła na kolanach. Przytulił ją bardzo mocno, gładząc powoli po plecach. Wtuliła głowę w jego szyję i cicho załkała. Łzy spływały szybko po policzkach, znacząc coś, co miało długo jej nie opuszczać. Po chwili pokój wypełnił bezsilny szloch. Płakała już nie tylko ona, także on, całkowicie bezradny, oddany swojej Ananke, musiał za nią podążyć, zostawiając za sobą coś, co kochał, coś, dzięki czemu czuł.

Gdzie powinnam być?

Ostatnie dni przed wyjazdem upłynęły prawie w zupełnej ciszy. Oliwia próbowała zacząć luźne rozmowy o niczym, ale ilekroć słyszała brzmienie swojego głosu, natychmiast urywała. Dawid wtedy patrzył na nią wyczekująco i przenikliwie smutno, sam nie podejmował żadnego tematu, jedynie wzdychał ciężko. Musieli być parodią samych siebie – zazwyczaj żywych, przebojowych, zorganizowanych. Przyjaciel z Wrocławia, Ernest, załatwił Dawidowi mieszkanie stosunkowo blisko uczelni i biblioteki.
- Pewnie i tak nie będziesz wychodził z laboratorium, po co mieszkanie? - zauważyła smutno Oliwia.
Nie odpowiedział, tylko biernie kiwnął głową. Noce były inne. Wtedy świadomość przyszłego, straconego czasu wychodziła z nich i wskakując na żyrandol, śmiała się głośno i drwiąco. Pewien ból, znany tylko im, przeraźliwie mocno i zdecydowanie oplątywał krtanie, serca, dusze. Co mieli znaczyć bez siebie? Jak mieli żyć, żyjąc czekaniem, myśleniem. Nocami garnęli się do siebie, milcząc. Wtulali się, nie pozostawiając pustej przestrzeni między ciałami. Gdy jedno zasypiało, za chwilę budził je szloch drugiego. I tak na zmianę, w nieskończonym różańcu dni.
Ostatnie godziny unosiło rozdrażnienie, bezsilność wyrażana nerwowym gestem, ocieraniem się o siebie bez słowa. Oliwia, gdyby tylko mogła okazać jakąkolwiek słabość, chętnie wybiegłaby z mieszkania i znalazła pustą ławkę na Polu Mokotowskim. Cofnęła całe cztery lata, zatkała uszy, zamknęła oczy i wyrzuciła niebieską kopertę do stawu. Zapomniała o nim! Zniszczyła ulotność, przemijanie! Zniszczyłaby możliwość rozstań!
Dawid spoglądał na nią tęsknie. Wiedział, że będzie mu trudno ją opuścić, zostawić samą w Warszawie, ale nie zdawał sobie sprawy, że aż tak ciężko. Obserwował jak w ciągu tygodnia jej twarz zmizerniała, poszarzała, widział, jak wybiega do łazienki, by wypłakać cały ból, całe myślenie. Kucał bezradnie pod drzwiami i gardził sobą. Nienawidził siebie za to, że ona płakała. Ona, która nigdy nie była zmuszona do płaczu, której rodzice zaoszczędzili wszelkich cierpień i udręk. Wychowali w atmosferze miłości skończonej, zupełnej, najlepszej. Ona podała tę miłość dalej. Oddała ją mu, by dbał o nią, by całował na dobranoc, by czyścił rękawem swetra rano. By chuchał. Ochraniał przed deszczem i wiatrem. Wystawiał na słońce. Zaufała mu. Oddała mu swoją ławkę na Mokotowskich, oddała mu swoje miejsce od ściany, swój ukochany kubek. Bezmyślnie. Bez słowa. Z uśmiechem. I on musiał to teraz ze sobą zabrać. Odebrać jej radość bycia świadkiem jego życia. Musiał. Musiał?
Ostatnie minuty minęły... chciał o nich zapomnieć. Chciała o nich zapomnieć. Nie chciał pamiętać, jak chciał ją pocałować, a ona odwróciła głowę i uciekła. Nie chciała pamiętać, jak zabrakło jej sił na pożegnanie. Chciała pamiętać jak dogonił ją, nie patrząc na pociąg i tulił, długo tulił, nie zważając na zdziwionych ludzi. Wzruszonych. Na początku wyrywała się w głuchym buncie, ale po chwili drżąc, całowała jego policzki, oczy, nos, szyję, dłonie. Zapamiętale. Zawzięcie. Na zawsze. Stali tak, mijani przez pasażerów, dopóki nie usłyszeli dźwięku odjeżdżającego pociągu. Dawid ostatni raz spojrzał prosto w oczy Oliwii i wskoczył do wagonu.
Dziewczyna została. Nie biegła pseudo-romantycznie za odjeżdżającym pociągiem, nie machała chusteczką. Odwróciła się na pięcie i pobiegła, nie patrząc na nic i na nikogo.
Znalazła Pola Mokotowskie i swoją ławkę. Jego ławkę. Ich wspólną ławkę. Wyjęła schowany przed wyjściem na dworzec list w niebieskiej kopercie.
„ Dzisiaj mnie nie będzie. To znaczy już byłem...”
Nie wiedziała, gdzie jest. Gdzie powinna być. Być może jej nie było. Być może.

Z Warszawy do Wrocławia pociągiem odjeżdżającym o 5.55 z Dworca Centralnego podróż trwa pięć godzin i trzydzieści jeden minut. To zwykłe liczby. Oliwii w żaden sposób te liczby nie uspokajały. Jutro jak zwykle wstanie o godzinie szóstej. Nikogo nie pocałuje w policzek. Niczyjemu spaniu się nie przyjrzy. Nie będzie oglądała pana Tadka przez okno.
Być może.



        Dedykacja: Miłości i jej satelitom

Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 8    
Data dodania: 15.12.2011r.

1     

Groszek 17 12 2011 (13:59:43)

Użytkownik ocenił pracę na 5

A ja lubię opowiadania o miłości. Owszem - te z pomysłem i werwą. Bo mimo, że to wszystko jest takie smutne, że się płakać chce, daje jakiś zalążek nadziei na to, że mężczyzna w końcu wróci i będą razem bardzo szczęśliwi. Szczerze przyznaję, że stęskniłam się za Twoją prozą i ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że wreszcie jakąś wysłałaś na WPMT. Czasem trochę gmatwasz w opisach, szczególnie na początku i wydaje mi się, że z tego powodu nie wszystko jest idealnie dopracowane, być może sama się w tym gubisz i ciężko Ci wyłapać błędy (to oczywiście tylko moje przypuszczenia, mogę się mylić), ale z drugiej strony, bez tego zagmatwania praca nie byłaby tak atrakcyjna i ciekawa. Zwykle przy tak długich opisach siedzę i się męczę. U Ciebie czytałam, czytałam i czytałam, a dalej nie było mi dosyć i teraz mi przykro, że już skończyłam.

Zdarzały się jakieś literówki, czasem brakowało przecinków albo składnia była nieodpowiednia, np.: "Pewnego ranka siedział na ławce oddalonej o kilka od jej ławki." - tutaj ewidentnie brakuje mi jakiegoś słowa po "kilka", może "kroków"? Albo tutaj: "Go nigdy nie budził pierwszy dźwięk zegarka" - "go" zmieniłabym na "jego", moim zdaniem lepiej brzmi. Ale wiesz, to tylko takie drobne usterki i jak na tak dużą objętość tekstu nie znalazłam ich tak wiele.

Ogólnie bardzo mi się podobało, zdecydowanie mnie wciągnęłaś. Teraz tylko proszę o więcej :)

P.S. Zauważyłam kilka wątków biograficznych. Redakcja, co prawda w innym znaczeniu tego słowa i Dawid. Spowiedź prozatorska? ;p

amymone 17 12 2011 (14:09:27)
Nie, nie:) Ja nie wyglądam jak Oliwia, Dawid - bo zaczęłam lubić to imię, redakcja - myślę, że to jest coś, co kiedyś będzie częścią mojego życia, co mnie intryguje. Zobaczymy:) Zresztą - nie jestem zwolenniczką odsłaniania swojego życia, ani publicznego striptizu :)

amymone 17 12 2011 (14:10:04)
A, wiesz, że miałam poprawić te dwa miejsca, ale kompletnie zapomniałam! Dzięki!

amymone 17 12 2011 (11:37:06)

Chciałam się tylko wytłumaczyć - moja składnia to raczek kwestia mojego stylu, dużo w nim inwersji i podobnych środków, jest całkowicie świadoma. Na podobnej zasadzie tworzył Białoszewski "Pamiętnik...", zdania są urywane, proste, "wyrzucane z siebie". Możliwe, że zdarzyły się błędy stylistyczne, zawsze były i niweluję je powolutku. Jeśli chodzi o interpunkcję nie wydaje mi się, aby jej nieudolność aż tak raziła. Przejrzałam pracę i raczej jest całkiem ok. Chyba, że chodzi Ci o zdania, które istnieją samodzielnie, a powinny być zdaniem podrzędnym, oddzielonym przecinkiem, a nie comą. Dziękuję za opinię. :)

PS Zresztą, po prostu chciałam siebie wytłumaczyć, ale jak najbardziej szanuję Twoją opinię i odczucia. Podoba mi się Twoje podejście.

Marybeth 17 12 2011 (11:44:13)
Możliwe, że trochę inaczej mi się czytało właśnie ze względu na te zdania. Pewnie przez to dałam Ci tylko "Czwórkę" mimo całej mojej sympatii, którą obdarzyłam ten tekst.

amymone 17 12 2011 (12:13:59)
Spokojnie, na ocenach mi nie zależy, wręcz jestem ich przeciwniczką. Przeciwniczką ograniczania i wszelkich ram. Zależy mi jedynie na Twoim zdaniu, odczuciu - to jest bezcenne. Dlatego nawiązałam dialog czytelnik - utwór - autor. :)

Marybeth 17 12 2011 (10:49:36)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Tylko ja jestem tak genialna, że zapomniałam wystawić ocenę, o której napisałam w komentarzu ;)

Marybeth 17 12 2011 (10:48:47)

Znalazłam jeszcze chwilę wolnego czasu by zajrzeć do Poczekalni, a tu? Twój tekst :)
Jak widzę, będzie to kolejne opowiadanie w częściach. Główny motyw to miłość. Osobiście uważam, że miłość jest tematem oklepanym i przerabianym na milion sposobów by wynaleźć w końcu coś nowego. Jednak pomysł z ławkami na Polach Mokotowskich bardzo mi się spodobał. W końcu Warszawa jest magiczna, tak samo jak uczucie wiążące Dawida i Oliwię.
Nie jestem najlepsza w ocenianiu tego rodzaju miłosnych opowiadań. Jednak postaram się zrobić to jak najlepiej.
Pojawiło się tu mnóstwo cierpienia i bólu z powodu wyjazdu Dawida. To całkiem zrozumiałe. Mimo wszystko czytałam z czytelniczą przyjemnością. Chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej, w jaki sposób zakończysz tą część. I stało się, Dawid wyjechał.
Moim zdaniem przed oddaniem tekstu do Poczekalni powinnaś przejrzeć go jeszcze raz, bo niestety, jest sporo błędów interpunkcyjnych, składniowych i stylistycznych. Mimo wszystko stworzyłaś coś bardzo dobrego. Jednak poprzez błędy, opowiadanie stało się miejscami chaotyczne, a wprowadzenie poprawek zmieniłoby wiele. Moja rada jest taka, byś przed publikacją swoich tekstów dawała je do korekty komuś ze swoich przyjaciół, rodzinie, znajomym. Zwykle jest tak, że sami nie dostrzegamy błędów (a robi je każdy), a później powstaje ich całe mnóstwo.
W tym przypadku znowu dopadł mnie dylemat. Gdyby można było dodawać plusy, otrzymałabyś ogromnego obok oceny jaką Ci wystawiłam. Poza tym, pisz dalej, dziewczyno! W Twoim stylu jest coś, co mnie przyciągnęło i nie chce odpuścić. Zaskakujący jest również fakt, że to opowiadanie jest tak inne od "Zdążyć przed szeptem". Jednak to jest plus, bo pokazuje, że jesteś wszechstronna.
Pozdrawiam :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7847 | Artykuły: 264 | Recenzje: 234 | Proza: 1645 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46543 | Użytkownicy: 3566
Online(38): 30 gości i 8 zarejestrowanych: exother, Fał, Salem_de_Lincourt, pasieczny14, Mii, Wojtex81, sniadaniedolozka, Maszard Namalowski

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl